Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Z szarym Misiem na południe

Z szarym Misiem na południe (2011)

Autor: express

Pomysł wyjazdu motocyklem na wakacje powstał wiosnę. Był dość prosty: jedziemy po flaszkę do Normandii. Normandia jak wiadomo to cydr i calvados, więc i flaszka była z jabłkami związania - Apéritif au Calvados ""Coeur du Breuil"", pyszny aperitif na bazie calvadosu, o smaku jabłek i wanilii.

Do Normandii kawał drogi, więc postanowiliśmy, że odwiedzimy znajomych w Holandii i stamtąd przez Belgię dotrzemy do Francji, a potem jakoś wrócimy. Przymiarki pokazały, że przelot do Holandii to jakieś 1250-1300 km zależnie od trasy, więc dosyć dużo jak na pierwszą wyprawę motocyklową (zwłaszcza w wykonaniu mojej współpodróżniczki). Start zaplanowany na 13 sierpnia 2011. Czas: 9 dni.

Jakiś tydzień przed wyjazdem plan wziął centralnie w łeb. Za daleko do tej Holandii, pogoda niepewna, niezbyt ciepło.

Powstał nowy pomysł: Chorwacja.
Cel:
1. zamoczyć tyłek w ciepłym morzu,
2. trochę odpocząć,
3. zobaczyć coś ciekawego,
4. napić się czegoś dobrego.
O to wszystko w Chorwacji nie jest trudno.

Środa, trzy dni do wyjazdu. 

Zonk. Chorwacja nie jest w Unii, ani nawet w strefie Schengen więc potrzebny jest paszport. A tych u nas brak. Zmiana planów. W takim razie Włochy przez Austrię. Spokojnie kupiłem przewodnik po Italii, zacząłem planować trasę - Wiedeń, Graz, Triest, Wenecja, Bolonia, Florencja, Toskania, La Spezia, Garda, Dolomity, Grossglockner, Linz, dolina Dunaju i przez Czechy do Polandy.

Czwartek, dwa dni do wyjazdu

A może by tak wyjazd kempingowy, zamiast spania w pensjonatach?! Zatem kierunek Decathlon, celem nabycia namiotu i maty do spania, test namiotu na balkonie i do dzieła: pakowanie. Na początku nie wyglądało dobrze ale jakoś się udało, wszystko udało upchnąć się do kufrów.

Piątek, dzień zero:

po pracy kufry na moto i szybki, wieczorny przelot Kraków - Bielsko-Biała, aby oszczędzić kilka chwil w sobotę.

Dzień 1, sobota 13.08.2011

Prognoza pogody w sumie dość łaskawa: słonecznie, niezbyt ciepło, z szansą na opady na Słowacji. Zarządzam dopięcie membran do kurtek. Cel na dziś: austriacki Graz - stolica Styrii.

A zatem zaczynamy, ekipa w składzie:
- jedna Czarna Kawa,
- jedna Czarna Zuzanna,
- jedna Ania zwana też czasem Łatką,
- jeden express.

Na początek przez Żywiec i Zwardoń na Słowację. Tam bardzo fajna trasa do Bańskiej Bystrzycy, przez Harmanec i super winkle - taka uwertura do tego co czeka w Alpach. W Bańskiej krótki postój w fastfoodzie na literę M, szybki lunch, sprawdzenie pogody (darmowy net) i w drogę. Przelot do Bratysławy, w tym nudny jak dla mnie kawałek autostrady (dla moto na Słowacji bez poplatku znaczy za darmo). Granicę austriacką osiągamy ok. 14, kupujemy winietę na motki (4,40 EUR na 10 dni) i hajda na Wiedeń. Cel Triester Strasse 258 czyli jeden z dwóch znajdujących się w Wiedniu sklepów Louis.

Zapada decyzja: nasz pokładowy nawigator Krzysztof H. znany też jako Hołek dostaje zakaz pilotowania nas po autostradach. Lecimy Bundesstrasse B17 na południe. Z Wiednia wyjeżdżamy grubo po 17. Z początku płasko, prosto i nudno, asfalt jak stół. Im dalej na południe tym bardziej ciekawie: góry, zakręty, piękne widoki. Zachód słońca w Alpach piękna rzecz. Do Grazu na kemping docieramy już po ciemku. Rozbijamy namiot i jedziemy szukać kolacji - co wcale nie jest takie proste: o tej porze Austria zaczyna już powoli spać. Skończyło się na ciastkach, soku i puszce Gosser Radler - mieszaninie piwa i lemoniady.

Dzień 2, niedziela 14.08.2011

Obudziło nas słońce. Dużo słońca. Mimo wczesnej pory grzało dosyć mocno i zmusiło nas do szybkiego opuszczenia namiotu. W sumie nawet dobrze. Bety spakowane, łańcuchy nasmarowane, no to ubieramy lakierki.

Dziś znów dzień bez autostrady. Celem miał być kemping kolo Triestu, ale okazało się nasi znajomi zakotwiczyli w okolicy Bibione (a to od Triestu niebyt daleko) i do tego w poniedziałek 15 sierpnia mają się tam odbyć pokazy lotnicze z udziałem Włochów z Frecce Tricolori, więc nasz plan ulega pierwszej modyfikacji. Krzysztof H. dostaje zestaw wytycznych dotyczących trasy i wykombinowuje nam cos takiego. W skrócie: ok 250 km radości na drogach Austrii, Słowenii i ok 50 km nudy i skwaru we Włoszech.

Cały czas towarzyszą nam wspaniałe alpejskie krajobrazy

Spotyka nas też mała przygoda; Dialog z Anią, która jedzie za mną:
A: Masz osłonę na łańcuchu?
E: No mam.
A: Bo chyba coś z nią nie tak...
E: Yyyyy.... Co nie tak?!
A: No telepie się jakoś dziwnie.
Stop. Oględziny osłony wykazują brak śruby mocującej. Awarię usuwam odwalając kombinację ze śrubami mocującymi nawigację. Nawigacja musi wytrzymać na jednej. Droga cały czas prowadzi po górach, więc na nudę nie ma co narzekać. Przez Sankt Veit docieramy do Villach, a stamtąd kierujemy się na Wurzenpass (przełęcz), przez którą jedziemy do Słowenii. Tam odkrywamy, że w ekipie mamy jeszcze jednego podróżnika: To zwykły Szary Miś z niebieskim nosem z białą kropką

W Słowenii gościmy zaledwie chwile, gdyż Krzysztof H. kieruje nas do Włoch. Początkowo jestem nieco zaskoczony obrotem sprawy, gdyż chciałem jechać przez Słowenię, ale stopniowo moje zaskoczenie ustępuje miejsca zadowoleniu. Głównie z powodu drogi (mocno pokręconej) i coraz ciekawszych widoków. Droga wijąca się doliną rzeki a potem zboczem góry doprowadza nas na przełęcz Predil/Predel (zależnie od języka). Na przełęczy pozostałości po przejściu granicznym.

Dalej droga wije się w dół do doliny rzeki Soczy, którą to doliną pojedziemy spory kawałek - przez Bovec, Kobarid aż do Tolminu. Generalnie prawo, lewo, prawo, lewo i tak cały czas. Z lewej rzeka, z prawej skały. Asfalt jak stół. Cud, miód i orzeszki. Słowenię opuszczamy w Novej Goricy - wjeżdżamy do Włoch. A tam gorąco, płasko i nudno. I tak prawie do Bibione. Unikamy autostrad jak tylko możemy, ale coś się pochrzaniło w nawigacji (Hołek to dobry kierowca, ale nawigator jak z mysiej pipki wór na mąkę) - trafiamy na autostradę. Biorę bilecik, przejeżdżam szlaban i czekam na Anię. Szlaban się nie zamknął, Ania walczy z wielkim czerwonym przyciskiem w automacie do drukowania biletów wjazdowych, a ten pozostaje niewzruszony i biletu wydać nie chce. Cóż. Jedziemy z jednym. Autostradę opuszczamy po 5 km i zaczyna się cyrk na bramkach - dwa moto, jeden bilet. Płacę 2x40 centów, ale gość z budki coś tam zaczyna marudzić, że musi być bilet, coś tam drukuj i daje Ani i w końcu ją przepuszcza. Na tym czymś wieczorem odkrywam napis, że za przejazd bez biletu wjazdowego jest stawka podwyższona: 62 euro

W Bibione upał na maksa. Szukamy kempingu, dzwonimy do znajomych i po krótkich konsultacjach docieramy pod bramę. Sierpień to wakacje we Włoszech więc ludzi wszędzie od groma. W recepcji słyszymy “Brak miejsc”. Telefon do znajomych - miejsca obok nich w cholerę. Znów rozmowa z recepcją:
R: Wszystko zajęte
Ja: Ale jak zajęte jak znajomi u was są i mówią, że jest miejsce na końcu kempingu.
R: Aaa... no tak, ale to taki plac, bez prądu i wody. W tem samej cenie co “działka”. Jak Pan chce to proszę podejść zobaczyć. Idę.
Miejsca w cholerę. Dwadzieścia namiotów by postawił, ale faktycznie nie ma prądu... No tak: ""działka"" to obsadzony wysokim żywopłotem kawałek gruntu z przyłączem wody i prądu, przeznaczony do postawienia kampera, samochodu i przyczepy albo wielkiego namiotu. Wracam do recepcji. Po drodze stwierdzam, że Ania zaparkowała moto na środku podjazdu pod recepcję, więc sugeruje przestawienie gdzieś bliżej mojego. Za chwilę zaczynam żałować. Ania moto przestawiła, ale zanim postawiła go na nóżce, ślizgnęła się jej lewa noga i Kawa majestatycznie zwaliła się na ziemię, zahaczając lusterkiem o kufer na Zuzannie i lądując szybą jej na tylnym kole. Ani na szczęście nic się nie stało, choć poleciała na ziemię razem z Kawą. Szybko znalazło się dwóch chętnych do pomocy, więc moto dosyć sprawnie wróciło do pionu. Starty: urwane lewe lusterko, lekko porysowana szyba, obtarty crashpad. Wracam do recepcji. Widzieli całą akcję z motkiem, jakoś już nie ma problemu z miejscem. Zameldowani wjeżdżamy na kemping, rozbijamy namiot i lecimy zrealizować cel numer 1 - moczenie tyłka w morzu. Potem już tylko wino i długie, nocne Polaków rozmowy.

Dzień 3 - Poniedziałek, 15.08.2011

Z wczorajszego wieczora zapamiętałem tyle, że sjesta to we Włoszech rzecz święta. Jest i nie ma przeproś. Tak mniej więcej od 13 do 15. Przypadek znajomych pokazał, że trzeba się z tym nauczyć żyć. Na kempingu była tabliczka z napisem: ""Cisza. 13:30-15:00. 23:00 - 07:00"". Jak cisza to cisza i o 14:00 nie otworzą szlabanu wyjazdowego z kempingu, bo sjesta i basta. I tak to właśnie znajomi do Wenecji nie pojechali. Dziś dzień siedzenia na plaży i pokazów lotniczych. Na plaży za długo nie wytrzymam - szybka wizyta w morzu, obtoczenie się jak kotlet w piasku, znów do wody, prysznic i odwrót na kemping.

Chwila zastanowienia (sjesta zbliża się dużymi krokami) - bierzemy Zuzannę na przejażdżkę po okolicy a potem jedziemy na pokazy do sąsiedniego Lignano Sabiadoro. Przejażdżka ma też drugie dno - może znajdzie się okolicy jakiś sklep albo warsztat motocyklowy i jakieś lusterko do Kawy. O naiwności. Raz, że wakacje więc większość interesów (poza turystyką) zamknięta na wakacje; dwa, że 15 sierpnia to we Włoszech święto jak w Polsce. Ma to też swoje zalety. Pusto na drogach, więc chwilę snujemy się po okolicy zaliczając ciepły letni deszcz - duża ulga w ogólnym skwarze. Pora obiadowa. Wypadało by coś zjeść. Decydujemy się na zakupy w jakimś, nie wiedzieć czemu czynnym markecie (na 100% nie prowadza go Włosi bo czynni od rana do nocy 7 dni w tygodni).

Najedzeni szynką, pomidorami, oliwkami i jakiś nawet jadalnym pieczywem leniwie udaliśmy się na parking w poszukiwaniu miejsca pokazów. Po samych pokazach nie spodziewaliśmy się zbyt wiele - znajomi mówili, ze pewnie będzie 20 minut pokazu Frecce Tricilori i tyle. Wiec przygotowaliśmy się na krótka piłkę. Tymczasem, jak już się wreszcie ok 16:15 zaczęło to trzeba przyznać zrobiło na mnie niezłe wrażenie (pierwszy pokaz i do tego na morzem).

Po pokazie powrót na kemping i kombinacja co dalej. Miała być Wenecja, Bolonia a potem Toskania i Garda, a wyszło coś zupełnie innego. PS. Wino kupione w lokalnym sklepie po 1,5 euro za butelkę jest naprawdę dobre. Warto spróbować.

Dzień 4 - wtorek 16.08.2011

Poranne lenistwo przerywamy szybka decyzją: jedziemy do Słowenii. Znajomi mają namiary na ponoć fajny kemping, jakąś jaskinię, ponoć jest fajna rzeka. Rzut oka na mapę do rzeczonego kempingu mamy może ze 120 km. Czyli na kompletnego lenia maksymalnie dwie godziny. Szybkie zwijanie namiotu, ostatnia wizyta w Adriatyku i opuszczamy kemping. Wydaje się proste, ale w końcu to Włochy więc niespodzianki muszą być. Tym razem niespodzianka w recepcji - niby akceptują karty płatnicze i kredytowe, ale chyba włoski system bankowy tez ma wakacje bo żadna Visa nie chce działać. Płaska, wypukła, płatnicza, kredytowa - nie ważne. Nie robi i tyle. No cóż. Szukam bankomatu. Po 15 minutach w skwarze dobrze powyżej 30 stopni znajduję w końcu ścianę z eurasami, wracam na kemping i płacę. Jako, że znów nastało pora lekko obiadowa znajdujemy pizzerię i zamawiamy ""rolpizzę"" z rukolą. Dostajemy takie coś (przyznam, smaczne było), ale na dwie osoby aż za dużo.

Najedzony po same uszy wstukuję trasę w nawigację. Cel: Kobarid w Słowenii. Toczymy się leniwie pustymi drogami - w końcu jest SJESTA. Czyli wszyscy zniknęli. W Udine zahaczamy o salon Kawasaki. Oczywiście zamknięty na wakacje od 13 sierpnia... lusterka nie będzie. Ale przez szybę widok jest na prawdę imponujący - mają chyba każdy model i to często we wszystkich produkowanych kolorach. Razem jakieś 70-80 motocykli na stanie. Ok. 17 docieramy do Kobaridu - taka mała mieścina, mekka lotniarzy, paralotniarzy i wszelkiej maści spływaczy rzecznych. W jedynym spożywczym robimy zakupy na wieczór, jakieś wino, suszone wędliny, banany i paradiżniki (znaczy pomidory). Strasznie na te ""paradiżniki"" rozbawiły. Pozytywne zaskoczenie: każdy spotkany tubylec mówi w lengłydżu Z resztą ze zrozumieniem pisanego słoweńskiego nie powinno być problemu. Od znajomych, którzy jeszcze nie dotarli do Kobaridu (zwiedzają Grota Gigante) dostajemy namiary GPS na kemping: Kamp Nadiza, Podbela Jedziemy. Pod górę , potem wąską drogą w dół, trochę na koniec świata. Na kempingu luz. Miejsce: jest. Jest też bar Obsługa mówi płynnie po angielsku. Pomny włoskich ""działek"" proszę obsługę o wskazanie miejsca na nasz namiot i na drugi duży znajomych - miły pan pokazuje mi wielki kawał trawy pomiędzy drzewami informując, że mogę sobie wybrać dowolny fragment, który nam pasuje. Rozbijamy namiot i w oczekiwaniu na znajomych podziwiamy widoki gór.

Wieczorem odbezpieczamy włoskie wino (to po 1,5 euro) - znów jest wyśmienite. Tym razem zbiornik ma 5 litrów Towarzyszą nam ogniska palone przez mieszkańców kempingu, bezchmurne niebo, księżyc i tyle gwiazd, że nie pamiętam kiedy ostatnio tyle widziałem. Aha: Szary Miś zamieszkał w tankbagu.

Dzień 5 - środa 17.08.2011

Plan na dziś urodził się wczoraj Było prosty: jedziemy zwiedzać jaskinię. No nie byle jaką, tylko Postojnską Jamę. Droga wydawała się prosta - 110 km tam i drugie tyle z powrotem. Jednak coś takiego jak prosta droga w Słowenii chyba nie istnieje. Każda jest pokręcona w mniejszym lub większym stopniu. W końcu jak nawigacja pokazuje 110 km i lekko powyżej DWÓCH godzin to prosto być nie może. No i nie było. Było rewelacyjnie. Poznaliśmy wszystkie rodzaje winkli. Długie, łagodne i szybkie. Krótkie, szybkie, naprzemienne. Krótkie, ciasne, wolne na wąskich drogach. Winkle pod górę, winkle w dół, winkle po laskim. Serpentyny poorane podnóżkami i co tam sobie można wymyślić. Asfalt w większości przypadków równy i przyczepny. Na parking przez jaskinią dotarliśmy faktycznie po około 2 godzinach. Banan gościł na naszych twarzach. Dodatkowo powiększył się kiedy okazało się, że parkowanie motocykli jest darmowe i do tego w dużym namiocie halowym. W środku stało zaparkowanych kilkanaście sprzętów różnej maści.

Po zaparkowaniu motków spotykamy się ze znajomymi (jechali za nami puszką). Mają dla nas newsa. Daniel (znajomy): No to stawiacie dziś grilla!
Express: Hę?! Że co?
D: Jak to co?! Grilla. Mamy coś waszego. Warte chyba coś koło stówy...
E: Zgubiliśmy coś?
D: Rejestrację od Kawy.
Faktycznie warte coś koło stówy. Tyle, że w urzędzie miasta, a nie zagranicą, tysiąc kilometrów od domu. Tam jest bezcenne. Kawa przed wyjazdem była na przeglądzie (gwarancyjnym, niestety) i łosie w serwisie* założyły ramkę pod rejestrację oczywiście nie pytając o zgodę. A ramka jak to ramka, zwłaszcza założona byle jak, po prostu czekała aby się od motocykla oddalić, robiąc to w najmniej odpowiednim momencie. Przed nami zwiedzanie jaskini. Kupujemy bilety, które do tanich nie należą - 56 Euro za dwie dorosłe osoby za pakiet: jaskinia plus zamek w Predjamie (jakieś 9 km od jaskini). Zwiedzanie jaskini zaczyna się od jazdy kolejką, która dowozi turystów do właściwej trasy zwiedzania na piechotę robi się jakieś 1,5 km. W jaskini jest zimno - stale ok 8 stopni. Nie wolno też robić zdjęć Za użycie lampy błyskowej gonią, ale od czego wysoka czułość w lustrzankach.

Po wyjściu z jaskini można dostać lekkiego szoku z powodu nadmiaru światła. Otoczenie wejścia do jaskini to kombinat turystyczny, z hotelem, kawiarniami i sklepami. Na szczęście dość ładne otoczenie. Przed jednym ze sklepów z minerałami stoi sporej wielkości geoda pełna ametystów.

Kolejny punkt wycieczki to zamek. Zanim jednak tam pojedziemy czeka nas jeszcze drobny serwis: montaż tablicy. Obyło się bez komplikacji. Ramka odpadła w całości z rejestracją, śruby zostały na motocyklu, więc montaż poszedł gładko i szybko (dziury w rejestracji już były). Już w pełni legalni jedziemy do zamku Predjamski Grad. Te 9 kilometrów to znów czysta przyjemność z jazdy. Prostej wszystkiego może 500 metrów.

Obiekt o tyle ciekawy, że zbudowany na skale i zasłaniający wejście do systemu jaskiń. Zwiedzanie zamku zajmuje ok. 30-40 minut. Jaskinie tez można zwiedzić, ale zmęczeni upałem odpuszczamy i lecimy z powrotem na nasz kemping na końcu świata.

Dzień 6 - czwartek 18.08.2011

Dziś dzień na lenia. Oczywiście nie całkowitego, ale przemieszczeń duży nie będzie. Raptem kilka kilometrów na parking a potem piechotą nad rzekę i dalej do wodospadu. My jednak spływać nie będziemy - postanowiliśmy dotrzeć do wodospadu Kozjak. Chwilę na to zajęło, towarzyszyli nam znajomi z dwójka dzieciaków oraz pół arbuza, który został pożarty w okolicach wodospadu. Sam wodospad jest dostępny po przejściu wąwozu i wdrapaniu się po skale na platformę albo rozebraniu się do kąpielówek i forsowaniu wypływającego spod wodospadu potoku. Sprawdziłem obie opcje. Widok z poziomu wody był lepszy

Powrót z wąwozu do rzeki gdzie pozwalamy sobie na małe lenistwo. Kąpiel w zasadzie wykluczona. Woda lodowata, nurt żwawy. W nagrodę za wytrwałość w obcowaniu z dziką przyrodą przyznajemy sobie nagrodę. Obiad w barze na pobliskim kempingu. Do wyboru naleśnik

A wieczorem ognisko. Powiedzieć łatwo, trudniej zrobić. Jedyne co mieliśmy to kamienie na obłożenie miejsca na ognisko. Kamieni tam wszędzie pełno. Jedna na ognisko konieczne jest drewno. Skoro drewno to wycieczka do lasu. Siekierę zorganizowaliśmy od jakiegoś uprzejmego Słoweńca. Powiedział nam też gdzie najlepiej udać się po drewno - nie było to całkiem obok kempingu, więc zakomunikowałem Danielowi, że jedziemy jego puszką po drewno. Wyobraźcie sobie zdziwienie posiadacza beżowej, welurowej tapicerki, w samochodzie nabytym 3 może 4 tygodnie wcześniej gdy słyszy, że w bagażniku (a właściwie w tylnej części vana) będzie woził drewno z lasu. Mina bezcenna Z drewnem poszło zaskakująco łatwo, ognisko się udało. Karkówkę upiekliśmy na kamieniach ułożonych w okół ogniska - wyszła re-we-la-cyj-na. Została pożarta i popita słoweńskim piwem.

Dzień 7 - piątek 19.08.2011

Słowenia to piękny kraj - niestety dłużej nie zostajemy; rozpoczynamy powrót w kierunku domu. Żaden tam przelot 1000 km, byle wrócić. Przy śniadaniu rozkładamy dużą, papierowa mapę Alp i zaczynamy wyznaczać trasę. Ania podaje kolejne nazwy miejscowości a ja wklepuję w nawigacje. Padają kolejne nazwy Bovec, Krajnska Gora, Villach, Feldkirchen, Turacher Hoche, Murau, Sankt Oswald, Treiben, Admont. Niektóre brzmią znajomo, w niektórych byłem, o części słyszałem. Admont nie mówi mi kompletnie nic, ale na mapie zaznaczone jest żółtą ramką wiec coś tam musi być ciekawego. Trasa wyszła muszę przyznać dość ciekawa - niezbyt długa bo ok. 300 km, ale za to treściwa. Dolina Soczy, spora przełęcz przez Krajnską Gorą, a i przez Austrię też prostych odcinków jak na lekarstwo. Oczywiści znów żadnych autostrad. Śniadanie, niespieszne pakowanie betów, zwijanie namiotu - wszystko idzie gładko. Aż do zakładania ciuchów motocyklowych - to nie przychodzi łatwo bo temperatura zewnętrzna raczej sprzyja krótkim gaciom, klapkom i winie w cieniu drzewa niż jeździe na motocyklu. Jakoś zmuszam się do ubrania spodni i butów i już zaczynam się rozpływać. Kurtka ląduje w worze, a wór przypinam na siedzenie w miejsce pasażera. Jeszcze tylko wizyta w recepcji kempingu i w drogę. Pozbywam się po 11 euro za każdy spędzony na kempingu osobo-dzień. Kierunek Bovec, po prawej rzeka, po lewej skały i znów: prawy, lewy, prawy, lewy i tak kilkadziesiąt kilometrów. Po drodze mija na mnóstwo motocykli - zaczynam rozważać skonstruowanie automatyczne ""lewej"", bo moja lewa zaczyna mnie już boleć od pozdrawiania mijanych motongów. Dolina Soczy w czasie I Wojny Światowej była areną 12 bitew między Italią a Austro-Węgrami i tego nie da się nie zauważyć. Sporo fortyfikacji, bunkrów, schronów i takich tam. Wiele dróg swoje powstanie tez zawdzięcza wojnie. W okolicy jest ponoć 5 muzeów I WŚ.

Za miejscowością Bovec skręcamy na Krajnską Gorę. Droga wiedzie przez Park Narodowy Triglav. Okolica robi się coraz ciekawsza. Droga wije się coraz bardziej, aż w końcu pojawia się tabliczka z napisem ""Zakręt 50"". A to oznacza, że opony i silnik dostaną nieźle w kość. Prawy, lewy, prawy, lewy. Cały czas pod górę. ""Zakręt 45"", dwa, jeden, gaz, dwa, jeden, prawy, ""Zakręt 44"", ognień i tak aż do przełęczy Vrszić, czyli 25 razy. Cud, miód, malina.

Na przęłczy zimno, ubieramy kurtki. Widoki niestety przesłaniają nam chmury ale i tak jest pięknie. Motocykli oczywiście spore stado. A potem w dół, aż do Krajnskiej Gory. Zakręty od 24 do 1 są wyłożone kostką brukową, a to oznacza ryzyko ślizgu, więc nie ma tej radości co na podjeździe pod przełęcz. W Krajnskiej Gorze dopada mnie głód. Nie jakiś mały głód, ale taki normalny obiadowy. Niczym zbawienie pojawia się szyld chińskiej restauracji; postanawiamy spróbować. Restauracja nie jest zbyt okazała, ale menu wygląda dobrze, obsługa azjatycka, kucharz mam nadzieje też. Wybieramy dwa dania i zamawiamy. Trochę śmiesznie - kelnerka (chyba Wietnamka) mówi po słoweńsku, ja po polsku i spokojnie się rozumiemy. Po kilkunastu minutach podano jedzenie. Pierwsza myśl: trzeba było wziąć jedno danie. A mamy dwa dania, dwie porcje ryżu i do tego jeszcze surówki. Wypas na maksa. Wizualny także.

Najedzeni chińszczyzną tak dobrą, że nie pamiętam kiedy jadłem rownie dobre dania rodem z Azji, nie możemy wstać od stołu, więc fundujemy sobie małą sjestę. Po przerwie jedziemy na znaną nam z niedzieli przełęcz Wurzen. ""Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście!""

Tak po prawdzie to bunkry są, ale trzeba zboczyć nieco z drogi. Jest nawet Bunker Museum Z przełęczy w dół do Villach, przetaczamy się przez miasto i względnie prostą drogą lecimy w kierunku Feldkirchen, podziwiając widoki.

Po drodze trafiamy niestety na wypadek (jedyny jaki do tej pory widziałem w Austrii) i zablokowaną drogę. Wypadek z udziałem moto i do tego raczej poważny. Przejechać w każdym razie się nie da. Szczęśliwie znajduje kawałek szutrowej drogi na prawo od szosy - szybka decyzja; objeżdżamy. Na Zuzannie nie robi to wrażenia, ale Ania na swojej szosowej Kawie musi trochę powalczyć. Szuter zamienia się w grubsze kamienie, droga skręca po górę, robi się miękko, tył zaczyna pływać ale udaje się podjechać i wylądować na podwórku gospodarstwa. Przez podwórko wyjeżdżamy na drogę. Blokada ominięta. Ania zgłasza chęć wymiany moto na coś terenowego bo jazda po szutrze strasznie się jej spodobała. Dalsza droga to coraz fajniejsze góry, zakręty, kolejne miejscowości i tak aż do Murau gdzie robimy sobie przerwę na kawę.

Z Murau przez kolejne niezliczone zakręty o zmierzchu docieramy do Admont. W samym Admont kempingu nie ma - musimy przejechać kolejne kilkanaście kilometrów. W końcu jest. Bardziej pole namiotowe niż kemping. Biuro nieczynne, więc rozbijamy namiot a formalności załatwimy rano. Ściemniło się całkowicie, a my przypomnieliśmy sobie, że poprzedni posiłek to obiad spory kawał czasu temu. Na kolację nie mamy w sumie nic. No może poza paczką ciastek. Do picia też nic. Pojawiają się już myśli o wodzie z kranu, bo jazda do Admont mija się z celem - wszystko zamknięte; może jakaś knajpa by się znalazła, ale jakoś nie mam ochoty. Z wielką radości stwierdzam obecność automatu z napojami w budynku recepcyjnym. Wszystko fajnie, ale automat działa na monety, w portlefu niby sporo eurasow ale głownie banknoty - udaje nam się wygrzebać w sumie cztery euro. Akurat na dwa piwa, więc kolacja będzie wyjątkowo wykwintna: składa się z piwa i połowy paczki ciastek. Siedząc w świetlicy, zajadając ciastka i popijając piwo przyglądamy się stojakowi z ulotkami reklamującymi okoliczne atrakcje. Znajdujemy: - Park Narodowy Gesäuse - Browar Gosser - producenta popijanego przez nas piwa - opactwo Benedyktynów w Admont (pewnie dlatego ten żółty prostokącik na mapie) - odkrywkową kopalnię rud żelaza Eisenerz. Chwilę główkuje nad tym Eisenerz i doznaję olśnienia: to tam jest rozgrywane Erzberg Rodeo - motocrossowa rzeźnia, którą Teddy Błażusiak wygrał 5 razy z rzędu. Ulotki przejrzane, piwo wypite, drobnych na kolejne brak, w oddali słychać grzmoty więc pora do namiotu. Wczołgałem się do śpiwora kiedy pierwsze krople zaczęły spadać na namiot. Zasypiam jakby ktoś wyłączył mnie głównym wyłącznikiem prądu. Pstryk.

Dzień 8 - sobota 20.08.2011

Obudziłem się nawet dość wcześnie, ale coś mi mówiło, że może lepiej jeszcze poleżeć w śpiworze. Pomyślałem, że w takim razie wyśle gapowicza z tankbaga na zewnątrz, celem zbadania warunków zewnętrznych. Raport nie wyglądał zbyt ciekawie: chmury, dużo chmur, słońca nie widać, deszczu nie ma, trawa morka. Jednak wstać trzeba - biuro kempingu czynne 8:00-9:00. Wyczołgałem się z namiotu i niespiesznie podreptałem do biura uiścić opłatę za nasz pobyt. W biurze tradycja: karta meldunkowa, książka z rejestrem gości. Żadnych nowoczesnych wynalazków. Nikomu się nie spieszy, żadnych nerwów - po co to komu. Jednym słowem: Austria. W międzyczasie (o ile coś takiego w ogóle istnieje) pogoda zaczynała pokazywać swoje ładniejsze oblicze, chmury zaczęły znikać i doszedłem do przekonania, że dziś będzie ładny dzień.

Pakownie poszło błyskawicznie, jedynie namiotu nie było jak wysuszyć, więc do kufra trafił wilgotny. Trzeba przyznać wczorajszą burzę zniósł dzielnie. Wieczorny przegląd ulotek zaowocował decyzją: jedziemy do Admont. Opactwo zapowiadało się ciekawie. Na początek jednak śniadanie. Parkujemy pod sklepem. Admont to miejscowość licząca ok. 2500 mieszkańców, co w pewnym stopniu determinuje wygląd i asortyment rzeczonego sklepu. Jest tam wszystko co potrzebne w austriackim domu i zagrodzie: jedzenie, napoje, alkohole, wyposażenie kuchni, garnki, foremki, sztućce, plastikowe tace udające kryształ, tekstylia, włóczki i kto wie co jeszcze - tyle było widać przez witrynę, a po jedzenie poszła Ania. Wróciła z gotowymi kanapkami z wędliną i serem prawie jakby poszła po nie do babci, a nie do sklepu. Kanapki pożeraliśmy na parkingu przed sklepem pozdrawiając przejeżdżających motocyklistów, obserwując okolicę, Austriaków przyjeżdżających do sklepu na zakupy, sklepową przynosząca klientowi skrzynkę z piwem do bagażnika samochodu. Naszła mnie taka refleksja, że są jeszcze miejsca, których nie zabiła szalona pogoń za ""nie wiadomo czym"" i właśnie trafiliśmy do jednego z nich. Najedzeni rozpoczynamy zwiedzanie. Na pierwszy ogień idzie neogotycki kościół znajdujący się na terenie opactwa

Zaglądamy też do klasztornej apteki i w inne zakamarki, aż wreszcie docieramy do muzeum. Wejście do starego, bardzo zadbanego budynku obudowano nowoczesną szklana dobudówką z automatycznymi drzwiami. Kasa - nowoczesność na maksa, komputery, bilety z kodami kreskowymi, bramki z czytnikami do biletów, monitory z informacją, infokioski z dostępem do Internetu - jak na opactwo dość niecodzienne. Miła pani w kasie zgadza się przechować nasze kaski. Zaczynamy zwiedzanie poskrzypując na pustych korytarzach. Na pierwszy ogień idą zbiory sztuki i szat liturgicznych. Oczywiście zakaz fotografowania. Eksponaty robią spore wrażenie.

Kolejna część - multimedialna prezentacja historii klasztoru, historii św. Benedykta i coś co trudno opisać - pomieszczenie z lutrami ułożonym w taki sposób, ze odnosi się wrażenie jakby przez nami była wielka kula (ze 30 metrów średnicy), zwieszona w powietrzu na której pokazywane są obrazy z projektora. Tu niestety ze względu na bardzo mizerne oświetlenie zdjęcia brak. Kolejna sala: zbiór inkunabułów i starodruków. W ciemnej sali, bardzo skąpo podświetlane, wysawiane jest kilkanaście sztuk ze zbioru liczonego w tysiącach.

Biblioteka. Tak, przez duże B. Największa na świecie biblioteka klasztorna. Zbudowana w stylu barokowym, o rozmiarach: długość 70 m, szerokość 14, wysokość 13, podzielona na trzy części, zdobiona freskami Bartolomeo Altomonte. Zdjęcie można zrobić jedynie zza drzwi (dozór kamerami i pilnują żeby nie robić zdjęć w środku). Od wejścia szczęka ląduje na ziemi...

Wchodzimy a skrzypienie naszych butów zostaje zwielokrotnione - niesamowita akustyka; zdobienia i freski robią spore wrażenie. Każdy fresk opisany na tabliczkach stojących obok ławek. Siedzę i podziwiam. Staram się nie skrzypieć

Kończymy wizytę w opactwie, odbieramy kaski z kasy, przechodzimy przez sklepik ulokowany na wyjściu, pełen produktów z logo ""Made for Admont"" - win, konfitur, miodów, nalewek, ziół i innych tego typu wynalazków. Skoro wrażenia wzrokowe i nazwijmy to duchowe już były to pora zadbać o ciało. Pora obiadowa i przejechane jedynie 16 km mówią: obiad. Pierwsza z brzegu gospoda w Admont, stolik na świeżym powietrzu, dwie szklanki coli i grill teller - talerz grillowanych mięs plus dodatki (frytki i jarzyny). Jeden na dwójkę - tak w sam raz. Austriackie porcje są... dość duże W drogę. Znów bez autostrad - cel Melk, a może nawet Mikulov. Trasa wklepana w nawigację; jedziemy. Znów mnóstwo winkli, podjazdów, zjazdów, przełęczy i serpentyn. Znów piękne góry, lasy i rzeki. Znów asfalty gładkie niczym stół. Znów kulturalni kierowcy, szanujący się nawzajem. Znów mnóstwo motocykli.

Krótka wizyta w Mariazell, kawa i ciastko. Kawa z baru, ciastko z Billi. Ludzi tłum. Motocykli też. Upał daje popalić. Kolejny przystanek: Melk. Znów opactwo. Znów Benedyktynów. Tym razem jednak tylko z wierzchu i od jednej strony.

Od Melk nasza trasa wiedzie doliną Wachau czyli przez winnice - temat na osobną wycieczkę. Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi, więc możliwie żwawym tempem (czyli 100 poza teren zabudowanym i maks 50 w terenie) kierujemy się do granicy z Czechami z planem nocowania w hotelu lub pensjonacie - taka nagroda za bohaterskie zwiedzanie opactwa i muzeum. Góry ustępują miejsca pagórkom, łąki polom uprawnym.

Dobrze po zachodzie słońca docieramy w końcu do Mikulova i zaczynamy szukać (w Czecha to niebyt dobre słowo) jakiegoś noclegu. Tabliczki doprowadzają nas do położonego w centrum hotelu Reva. Krótka wizyta w recepcji kończy się sukcesem i recepcjonistka prowadzi mnie do naszego lokum. Jest OK. Wracam po Anię, parkujemy motocykle, zabieramy kufry i wchodzimy do hotelu. Ot, taka większa, dosyć stara kamienica u stóp zamku. Korytarz, pierwsze drzwi na lewo. Schody w dół.
Ania: Aaaa... do piwnicy?
E: Spokojnie to nie Austria, tu z piwnicy jest wyjście.
Kręte schody na dół, jakby do lochu. Na dole kawałek korytarza i na końcu nasz apartament. Oryginalny dość trzeba przyznać.

Szybka kąpiel i sekretnym bocznym wyjściem udajemy się w poszukiwaniu kolacji i czeskich napojów. Jesteśmy w samym centrum więc restauracji jest kilka, niestety czynne do 22:00 a jest może za dwadzieścia. Chwila łażenia, 22, 22, 22, w końcu jest; czynne do 23:00, ogródek na drewnianym podeście, zadaszone, wolny stolik, można płacić w euro (koron nie mam). Siadamy. Obok dość niecodzienny widok: dwa czerwone kabriolety z czarnym koniem na masce. Ferrari. Chyba California i jakiś drugi, do dziś nie nie wiem który model. Pierwszy zdecydowanie fajniejszy. Skoro jesteśmy w Czechach to koniecznie muszę zjeść knedliki. A jak knedliki to i gulasz. Do pełni szczęścia kapusta i duże piwo. Zajadając powyższe spostrzegam, że (nieco odrażający) właściciele jakże pięknych pojazdów wsiadają do nich i odjeżdżają - trudno fotek nie będzie. Pozostało nacieszyć uszy dźwiękiem wydobywającym się z poczwórnych wydechów. Arcydzieło inżynierii Najedzenie idziemy postraszyć nieco na zamku. Chętnych do bycia wystraszonym nie znaleziono, za to zamek i okolica chętnie pozowali do zdjęć.

Dzień 9 - niedziela 21.08.2011

Zegar... całą noc na wieży zamkowej bił zegar. Co kwadrans. Najgorsze było o północy czyli zanim zdążyłem zasnąć. 4 razy mniejszy dzwon na czwarty kwadrans godziny a potem większy dzwon 12 razy. Do rana zdążyłem go znienawidzić... Lekko po 9, spakowani opuszczamy hotel. Oddaje klucz w recepcji, a w zamian dostaję... moją kartę kredytową. Szit... trzeba się zacząć leczyć. Wsiadamy no moto i udajemy się w kierunku restauracji, w której jedliśmy kolację; centralnie przez rynek, na którym było sporo samochodów. Gdzieś kątem oka widziałem jakiś taki śmieszny niebieski, okrągły znak z dwoma białymi postaciami. Podziwiając ładne otoczenie dotaczam się prawie do restauracji, gdzie znienacka spotyka mnie astronomiczna przygoda cyklu ""duży wóz, mały wóz, o kur.. radiowóz"". - Dobry den, Mestska Straz mesta Mikulov. Wyste wjechali w peszi zonu. Pokuta 2000 korun. No to śniadanie właśnie poszło na spacer... Daje dokumenty. SM: - A Polak. To jeszcze dokumenty od kolegi. Podaje dokumenty z tankbaga. Strażnik nieco zdziwiony Ja: To żony. SM: Eeee.... aha. To będzie dwa razy po 500 korun. Ja: No to będzie potrzebny bankomat. SM: Nie będzie. I wyciąga z auta terminal do kart. Rwał ich nać. Zwykły biznes. Za nami zdążyli już nałapać 4 samochody i jedno moto. A jeszcze nie ma 10. Tradycji stało się zadość, znów zapłaciłem mandat w Czechach za jakąś głupotę. Strefa piesza, gdzie stoi pełno aut i drugie tyle wjeżdża. Albo parkowanie na ulicy, bo na wjeździe do miejscowości (Havirov) jakieś 4 km wcześniej był znak, że na przelotowej to jest strefa zakazu zatrzymywania. Albo w Brnie, za przejechanie ciągłej linii na zjeździe na Wiedeń. Linii której prawie nie da się nie przejechać, bo zjazd jest wyjątkowo idiotycznie rozwiązany. Wszytko po czesku złośliwie, celowo na wyciągnięcie kasy od przyjezdnych, którzy mają marną szanse na wypatrzenie znaków albo celowo utrudnia się im życie (np. zjazd w Brnie). Lekko zły opuszczam Mikulov. Kierunek Breclav, Hodonin, Starżnice. Oczywiście drogami innymi niż autostrada. Na początek trafiamy do miejscowości Valtice. Morawy, więc wszędzie pełno winnic i piwnic, ale w Valtice jest ich cały labirynt. Trzymają tam beczki i butelki morawskiego, zwykle białego wina.

Oprócz tego jest tam zamek czy pałac i trochę innych zabytków. Valitce do spółki z zespołem pałacowym Lednice (kilka kilometrów obok) są wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Kolejna miejscowość na trasie to Breclav. Na wjeździe trafiamy na kościół, w sumie wydał mi się dość ciekawy. W każdym razie dość fotogeniczny i nie uciekał sprzed obiektywu.

"Mandatem głodu nie zaspokoisz"" - tym hasłem zarządzam postój w najbliższym sklepie. Padło na Lidla. Ania przyniosła dosyć standardowy zestaw: bagietka, sucha wędlina i coś do picia. Stojąc na parkingu podziwiam ruiny zamku. Droga przez Morawy do najciekawszych niestety nie należy, płasko, prosto, nudno, krajobraz rolniczy, do tego gorąco. Nasz następny cel: Kromieryż - coś mi się tłukło po głowie, że warto tam zajrzeć, choć okolica mało zachęcająca, a my zaczynaliśmy mieć tej morawskiej nudy i upału lekko dosyć. Ale skoro wymyślimy to będziemy twardzi. I w sumie dobrze, że byliśmy bo miasto jest ładne, czyste, zadbane. Zabytek na zabytku.

Wszędzie pełno ładnych, odnowionych, mocno zdobionych kamienic. Zmęczeni upałem postanawiamy poszukać... może raczej znaleźć coś do zjedzenia. Wybór pada na pierwszą z brzegu restaurację w kolejnej fajnej kamienicy. Restauracja całkiem, całkiem. Menu obiecujące, wyposażenie i wystrój też.

Do tego lemoniada domowej produkcji z imbirem, sałatki i jeszcze raz lemoniada (w taki upał robi dobrze, jak mało co) plus dwie porządne kawy (czyli standardowo jak dla nas: cafe latte i espresso). Wszytko za okrągłe 512 koron. Morał z tego taki: rano straciliśmy dwa porządne obiady... W restauracji czytam przewodnik po Czechach i odkrywam, że na na najciekawsze zwiedzanie w Kromieryżu to braknie nam czasu: pałac arcybiskupi z ogrodami. Trudno, innym razem. Z Krakowa w sumie niedaleko - można wyskoczyć na weekend. Robi się późno a my w lesie... znaczy na Morawach, a chcemy dotrzeć do domu. Krzysztof H. dostaje wytyczne: ogień do domu. Może być autostrada. W Czechach dla moto bez opłat. Z Kromieryża przez Prerov, Lipnik na Becvou, Hranice lecimy na Cieszyn, Bielsko, Andrychów, Wadowice i do domu. Szybko i nudno. Gdzieś po drodze, w okolicach Wysokiej robię ostatnie zdjęcie wyjazdu. Beskidy i widok na Kalwarię.