Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Polska » Wschód Polski

Wzdłuż wschodniej granicy (2010)

Autor: bibop

Weekend 1

Nigdy nie udawało mi się zebrać żeby pojechać pod wschodnią granicę. Niby co tam może być ciekawego, pewnie bieda aż piszczy, dziurawe drogi i nic poza tym. Postanowiłem jednak to sprawdzić i którejś pięknej soboty obrałem kierunek na Terespol. Ponieważ nie lubie szybkich przelotów (znaczy lubię, ale nie koniecznie głównymi drogami) to postanowiłem pojechać drogą 673 przez Stanisławów i Liw do Węgrowa, a stamtąd drogą 696 do Siedlec i znowu “3 cyfrówką” 692 do Terespola. Po drodze można natknąć się na Mordy. Dla miłośników koników (nie mechanicznych) jest po drodze Janów Podlaski, a kawałek dalej w miejscowości Pratulin znajduje się Sanktuarium Męczenników Podlaskich - Unitów, a także droga krzyżowa zbudowana na dworzu.

W Terespolu zatrzymuję się tylko na przejeździe kolejowym i już czuję inny “świat” jak widzę białoruską lokomotywę ciągnącą wagony z węglem i drewnem. Niby nic wielkiego, ale jakoś nie czuje się takich rzeczy jadąc wzdłuż zachodniej czy południowej granicy. Przejeżdżam kawałek krajową “2” w kierunku przejścia granicznego i skręcam w prawo w kierunku Kostomłotów. Droga kiepska, asfalt, ale nierówno, przejeżdżam przez Murawiec i Żuki i zatrzymuję się w Kostomłotach żeby zobaczyć cerkiew Św. Nikity Męczennika.

Chwilę się kręce, robię trochę fotek i jadę dalej. W kierunku miejscowości Jabłeczna gdzie znajduje się Monaster Św. Onufrego. Jest to jeden z pięciu prawosławnych monasterów męskich na terenach Polskich.

Teoretycznie zdjęć robić nie można, ale mnich który otworzył kratę tylko “puścił oczko” więc kilka zrobiłem. Wstęp jest chyba płatny, ale nikt pieniędzy nie zbierał, stała tylko puszka “Datki”. Kiedyś monastyr stał na drugim brzegu Bugu (prawym), ale po zmianie koryta stoi teraz na lewym.

Wracam do drogi 816 i udaję się na południe. W miejscowości Sławatycze robię jeszcze “z drogi” zdjęcie cerkwi Opieki Matki Boskiej i jadę dalej do miejscowości Sobibór gdzie znajdują się pozostałości po hitlerowskim obozie zagłady. Trochę błądze po lasach bo przecież nikogo nie zapytam o drogę i już gdy pogodziłem się z porażką i jechałem w kierunku “powrotnym” zobaczyłem drogowskaz do obozu. Znajduje się on trochę za wsią Sobibór więc trzeba szukać wjazdu z drogi 816 lub jakoś z samej miejscowości (pewnie rozsądnie jest kogoś zapytać).

W samym obozie nie pozostały żadne budynki, ponieważ w wyniku wybuchu powstania został on zniszczony. Jest jeden budynek - muzeum, do którego wejście kosztuje 3 zł i jest tam opisana historia obozu, jeńców i samego powstania przeciw hitlerowcom.

Później można (a nawet trzeba) przejść trasę zagłady jeńców przy której ustawione są tablice informujące jaki w tym miejscu znajdował się budynek i za co był odpowiedzialny. Po drodze znajduje się aleja pamięci zamordowanych, przy której znajdują się kamienie z tabliczkami pomordowanych. Na końcu alei kamień, a kawałek dalej pomnik ku czci pomordowanych i kopiec usypany z prochów pomordowanych. Smutne wrażenie robi całe to miejsce w takim pięknym lesie.

Późno się robi więc trzeba powoli wracać. Standardowa trasa to drogi 3 cyfrowe i “bez numerków”. Dla DLa w sam raz. Zaczyna się kończyć paliwo, a ja jestem gdzieś niewiadomo gdzie. Znak “Orlen” trochę mnie uspokaja, ale okazuje się, że ten orlen był chyba nierentowny. Pytam młodzież na przystanku autobusowym gdzie jest jakaś stacja benzynowa, a oni zupełnie jak bym wiedział gdzie jestem podają mi nazwy miejscowości. Bystry mój wzrok odnalazł szybko drogowskaz z nazwą Wierzbica - 10 i ruszyłem tam czym prędzej. Później już tylko Cyców, Kock, Dęblin i drogą 801 do domu.

Przejechałem 650 km. Wystartowałem o 7.30, a w domu byłem o 20.

Weekend 2

Spodobało mi się na wschodzie. Postanowiłem w kolejną sobotę udać się wzdłuż granicy, ale tym razem na północ. Nie chciałem jechać do Terespola, kierunek był na Hajnówkę, a później miałem pojechać do Kruszynian, gdzie znajduje się spora grupa tatarów zamieszkujących ziemie Polskie.

Oczywiście wszystko jak najbliżej granicy. Start standardowo, koło 8 rano. Fajnie jest jak nikt cię nie ogranicza i na nikogo nie czekasz. Jedziesz kiedy chcesz i którędy chcesz. Pogoda taka sobie, za ciepło nie jest, ale takie to już są wrześniowe poranki.

Trasa znowu na Węgrów, a później 62-ka na Sokołów Podlaski gdzie zaczyna padać deszcz. W Drohiczynie szukałem góry zamkowej, ale ponieważ padało to nawet nie chciało mi się zsiadać z motocykla. Nadrobię następnym razem. Jadę dalej, do Siemiatycz gdzie szukam oleju bo w okienku zaczyna go brakować (co mnie trochę zaniepokoiło). Na jednej ze stacji obsługi samochodów, właściciel wykonał kilka telefonów i już wiedziałem gdzie mogę olej do motocykla kupić bo w Siemiatyczach nie ma sklepu motocyklowego.

Ciągle pada... niby tylko mżawka, ale i tak nie jest przyjemnie. Po dolewce jadę na Św. Górę Grabarkę, są jakieś uroczystości więc do środka nie wchodzę, a tylko kręcę się dookoła robiąc zdjęcia. Na górze znajduje się podobno ponad 10 tysięcy krzyży wotywnych, które to trafiają tu z pielgrzymkami z Polski i nie tylko.

Przestaje padać, kondonki można w końcu zdjąć. Do Hajnówki jeszcze kawałek drogi. Droga raczej bez specjalnych atrakcji. Las, mało samochodów. Jakieś cerkwie po drodze. W Hajnówce zatrzymuję się koło Soboru Św. Trójcy.

Później tankowanie i hot dog na dalszą drogę i przed siebie. Z drogi 687 odbijam na chwilę w kierunku miejscowości Siemianówka nad Jeziorem Siemianowskim, które to jezioro przecina most kolejowy na Białoruś.

Wracam na drogę główną by po kilkudziesięciu kilometrach skręcić w prawo w drogę 686 do miejscowości Jałówka. Znajduje się tam Cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego i ruiny kościoła Św. Antoniego, który został zniszczony przez hitlerowców.

Chciałem podjechać pod samą granicę, ale na drodze był zakaz wjazdu wszelkich pojazdów i nie chciałem ryzykować odstrzelenia przez pograniczników, którzy “czatowali” we wsi na przemytników. Podnobno na cmentarzu w Jałówce znajduje się grób Bohatyrowiczów z “Nad Niemnem”. Nie wiem, nie szukałem. Z Jałówki jadę do Bobrowników. Teraz to już prawie po samej granicy. Za przepompownią gazu w Kondratkach zaczyna się szuter. W końcu. Liczyłem bardzo na jakieś nieasfaltowe drogi. Jest mokro, ale nie ma błota i jedzie się przyjemnie. 60-80 km/h bez problemu.

W Bobrownikach przejeżdżam na drugą stronę drogi nr 65 i dalej szuterkami przez Chomontowice i Łosiniany dojeżdżam do Kruszynian. Tam chciałem coś zjeść w Tatarskiej Jurcie, ale jak zobaczyłem, że stoją tam 2 autokary i dopiero z nich wysiadają ludzie to zrezygnowałem. Poszedłem zwiedzić drewniany meczet. Wstęp kosztuje 4 zł i można w środku posiedzieć i posłuchać opowiadania o tatarach w Polsce i o Islamie.

Zdjąć trzeba tylko buty więc nie ma takiego twardego prawa, a może to tylko dla turystów? W tej sali modlą się mężczyźni, a na górze chłopcy. Za ścianą (i firankami) jest sala dla kobiet, która posiada oddzielne wejście. Podział taki ma na celu koncentracje na modlitwie, a nie niewiadomo na czym. Ta ściana nazywa się kibla i jest prostopadła do linii łączącej meczet z Mekka. Ciemne wgłębienie to mihrab, który wskazuje kierunek Mekki, a obok jest minbar, coś a'la ambona. Na ścianach znajdują się cytaty z Koranu. Później podjechałem jeszcze kawałek za meczet gdzie znajduje się mizar, czyli muzułmański cmentarz.

Powrót przez Białystok i szybki przelot 8-ką do domu. Ile kilometrów zrobiłem nie wiem, ale postanowiłem, że w następną sobotę ruszam znowu na zwiedzanie wschodnich terenów.

Weekend 3

Więcej szutrów, więcej kontaktu z naturą. Po całym tygodniu ulew sobota zapowiadała się bezdeszczowo. Ruszyłem rano w kierunku Siemiatycz. Przejeżdżając przez Drohiczyn postanowiłem znaleźć górę zamkową. Warto było. Widok na wijący się w dole Bug przepiękny. Słońce świeci więc nastrój bojowy. Dojechałem do miejscowości Tokary, ostatniej przed granicą i skręciłem w kierunku Czeremchy.

Początkowo byłem trochę rozczarowany bo był tylko asfalt, a ja liczyłem na szutry, ale później szutry też się pojawiły. Chciałem dojechać do Białowieży “po granicy” no i prawie się udało. W miejscowości Wojnówka lokalni doradzali żeby jechać do drogi głównej i nie pchać się w las, ale co tam, żądny szutrów przecież jestem. Powiedziałem “dzięki za radę” i pojechałem.

Początkowo nie było źle, były nawet znaki drogowe, ale w Nikiforowszczyźnie coś pokręciłem (chyba). Pytam jakiejś kobiety którędy do Białowieży to ona popatrzyła na mnie jak na ufoludka i mówi, że nie wie. Przez chwilę zastanawiałem się czy gdzieś nie przekroczyłem nielegalnie granicy i zaraz się okaże, że jestem na Białorusi. Mój telefon w każdym, razie już tam był. Pokazała mi tylko, że przez las dojadę do Topiła. No dobra, jadę, przecież nie będę wracał, tylko mięczaki wracają.

No i pojechałem “w pi**u”. Mądrości ludowe głoszą, że jak w las to tylko z kompanem, a ja sam. Co prawda nie przewidywałem aż takich atrakcji, ale jednak można coś takiego spotkać. Jeżeli przez cały tydzień pada deszcz, a po lesie jeździ straż leśna swoimi jeepami i pewnie leśnicy traktorami to zrobili taki błotne koleiny, że podnóżki miałem na wysokości “środkowego” pasa. Jakimś cudem wjechałem właśnie na środek i powoli, powoli dojechałem do drogi asfaltowej.

Na zdjęciu tego nie widać bo na zdjęciach nigdy nie widać jaki okropny był teren, ale buty miałem w błocie ponad kostki. Poza tym jakoś dziwnie nikt tego najcięższego terenu nie fotografuje bo jak już się go przejedzie to nikt się nie ma ochoty się zatrzymać żeby fotkę cyknąć. Pięknie to tam było, ale jadąc jakimś 4x4 bo ja to tylko się spociłem mocno i mało nie zrobiłem w majty ze strachu, że zaraz wyląduję w jakimś bagnie. Nigdy więcej błota.

Wyjeżdżając z lasu zobaczyłem jakiegoś kolarza stojącego pod drzewem i oddającego mocz. Na mój widok zaczął się oddalać, bo jak mi później powiedział, myślał, że to Straż Leśna. Pokazał mi na mapie gdzie jestem bo ja mapę miałem, ale tego miejsca na mojej nie było. Aha. Od strony asfaltu do lasu wjeżdżać nie wolno, zakaz wjazdu, a tak poza tym to po lasach należących do Lasów Państwowych i nie prowadzących do jakichś miejscowości jeździć nie wolno. Dojechałem do Topiła, zrobiłem kilka fotek i wracałem kawałek bo kolarz powiedział, że do Białowieży może dojadę, ale nie wie jaka tam jest droga po tych ulewach i może być taka sama jak ta którą jechałem.

Nie zaryzykowałem i pojechałem inną szutrową drogą do Hajnówki, a stamtąd asfaltem do hodowli Żubrów i innych zwierząt niedaleko Białowieży.

Niestety musiałem wracać do W-wy więc dalsza część wyprawy (m.in. drogą przez Puszczę do Narewki) została anulowana. Tak czy inaczej w tym sezonie miałem zrobić jeszcze jeden wypad na wschód. Oczywiście w następny weekend.

Weekend 4

W sobotę pada, nic to, pojadę w niedzielę. Muszę tam pojechać bo czuję, że będzie to najlepsze “zakończenie” sezonu.

Tym razem bez zbędnej filozofii grzeje 8-ką do Białegostoku i dalej chcę jechać 676 do Krynek. Wszystko fajnie pięknie, jest chłodno więc jedzie się przyjemnie, ruch taki sobie, ale trzymam 140 km/h. W Białymstoku trochę błądzę bo najpierw autokar zasłania mi znak i nie wiedziałem czy dobrze jadę, a później przegapiam zjazd na Krynki. Na rondzie podłączył się do mnie nieoznakowany Opel Vectra. Jechałem spokojnie, 70-80 km/h na dwupasmowej drodze z pasem zieleni po środku, na której było ograniczenie do 50. Pan policjant dał o sobie znać jak zawracałem na skrzyżowaniu gdzie zawracać nie wolno (sygnalizator wskazujący na bezkolizyjny skręt w lewo i znaki poziome to samo). Zawracałem za jakimś innym przyjezdnym i mało nie władowałem się mu w bagażnik bo jak usłyszał dźwięk syreny to zaczął hamować. Na szczęście skończyło się bez gleby i tylko na 100 zł i 4 pkt. (chociaż co po niektórzy “weterani” mówili, że pewnie dało się bez mandatu - nie wiem, nie znam się to mój pierwszy więc przyjąłem z radością). Później rozmyślając o sytuacji mało nie wjechałem w pana w astrze, który z lewego pasa wjeżdżał na miejsce parkingowe na prawym chodniku pod kościołem i nawet nie wrzucił kierunku.

W końcu wyjechałem za to miasto wstrętne i w Krynkach skręciłem na Jurowlany i znowu lekkie rozczarowanie bo asfalt jakby świeżutki, kilka zakrętów fajnych, ale dużo piachu. Jadę spokojnie, mijam się z jednym motocyklistą na jakimś criuserze i robię fotki owieczkom bo nic innego ciekawego nie ma dookoła. W Wojnowicach jest drogowskaz “w las” wskazujący, że tędy da się dojechać do Nomiki. Jadę. Nie jest źle, trochę ostrych kamieni na drodze więc czujność wzmożona, ale jedzie się fajnie. W Nomice, przy pomocy miejscowych dowiaduje się, że przez to “jeziorko” dojadę do Klimówki, a stamtąd do Kuźnicy i dalej do drogi 670.

Tam skręcam w prawo za znakiem “Granica Państwa”. Jak można było się spodziewać zastaje taki oto widok

skręcam w lewo do wsi Chworościany i dalej wzdłuż granicy testuje miejscowe piaski. Fajowa droga, szeroko, nawet nie bardzo dziurawo, z prawej widok na Białoruskie lasy i pola, a z lewej na nasze. Żyć nie umierać.

Trasa przebiega bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy, dojeżdżam do miejscowości Gruszki. Jadę dalej i wjeżdżam w las za znakami do śluzy Sosnówek na kanale Augustowskim. Widać, że po sezonie bo wszystko remontują. Robię kilka zdjęć i jadę dalej.

Tutaj trochę się gubię bo nie ma drogowskazów w lasach i tak trochę kręcę się bez celu. Jadę przez wieś i nagle kończy się asfalt. Niby nic nowego więc jadę dalej, w las. Jadę w ciemno bo nie bardzo mogę się zlokalizować na mapie. Na drodze w lesie widzę znak “Uwaga ścinka drzew, zakaz wstępu” no i co, mam wracać. Przecież nie było nigdzie skrętu w lewo, a chcę podjechać jak najbliżej granicy. Jadę bo chyba w niedziele to nie pracują, a przecież nie będę wracał z powodu jakiegoś znaku (i to ledwo widocznego). Na rozjeździe odręcznie napisany drogowskaz “Muły” i strzałka w prawo. Nie wiem co to oznacza, ale jadę bo może dotrę do jakiejś cywilizacji. W końcu wiem o co chodzi.

Koło wsi dwa jeziora, lasy, cisza i spokój, całkiem fajnie. Jadę dalej bo muszę w końcu znaleźć drogę do jakiejś cywilizacji. W lesie zatrzymuje VW Transportera gdzie 2 lekko przestraszone kobiety mówią, że jak do cywilizacji to dobrze jadę. Po drodze mijam śluzę Kudrynki.

Kawałek dalej stwierdzam, że dojechałem nie tam gdzie chciałem. Dobra, trzeba wrócić. W sumie to fajnie bo droga bardzo fajna, taką chciałem, las, jeziora i ładne słońce. Wracam do Mułów gdzie odbijam w prawo na skrzyżowaniu gdzie teoretycznie (wg. mapy i googla) powinienem odbić. Jadę przez las i tylko nieliczni grzybiarze patrzą na mnie dziwnie. Po jakimś czasie dojeżdżam w końcu do “przesieki” w lesie i okazuje się, że jest to pas graniczny no i oczywiście przejście surowo wzbronione. Nie ma jednak żadnych zasiek czy płotów. Jest za to droga wzdłuż lasu i nią postanawiam jechać. Niestety po kilkudziesięciu metrach widzę, że w oddali jest niezłe błoto i pomyślałem, że jeżeli go nie przejadę to mogę utknąć tu na dłużej, a dzień powoli zmierzał ku końcowi.

Zawróciłem więc i wróciłem do miejscowości Rygol gdzie z pomocą przyszła mi jakaś lokalna kobieta mówiąc, że powinienem skręcić w lewo przy leśniczówce i dojadę do Gib. Tak też zrobiłem. Po drodze odbiłem jeszcze nad jezioro Brożane. Chwila odpoczynku i trzeba się zbierać bo do domu daleko.

Wyjechałem w Gibach i “16” dojechałem do Augustowa, a później już prosto do domu. Jeżeli ktoś nie planuje jechać dalej na północ to polecam skręcić na tym skrzyżowaniu w lewo bo trochę można zaoszczędzić drogi z Gib do Augustowa.

Trzeba będzie więcej czasu przeznaczyć na badanie tych rejonów bo mają dużo do zaoferowania dla chcących oderwać się od miastowego zgiełku i chcących potestować swoje umiejętności jazdy w lekkim terenie. Dla zainteresowanych, jechałem na Conti TrailAttack i nie było problemów z trzymaniem.

Trasa