Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Polska » Włóczykij 2011

888 kilometrów motocyklowej włóczęgi, czyli Włóczykij 2011 (2011)

Autor: cynek

We wczesnych godzinach popołudniowych, po wnikliwej analizie plusów dodatnich i ujemnych, postanawiam wybrać się jednak na Włóczykija, pomimo kompletnego braku zainteresowania tym rajdem ze strony warszawskich V-stromowców. No cóż, taka sytuacja ma swoje zalety: nie muszę na nikogo czekać, stawiać się w miejscu zbiórki, zatrzymywać co 50 kilometrów na tankowanie, itp. Po prostu o 15-tej pakuję aparat fotograficzny, wsiadam na maszynę, obieram kierunek na zachód i pruję. Zanim dojadę do Piły, czterokrotnie moknę i czterokrotnie schnę. Ponieważ były to tylko przelotne opady, dwukrotnie udaje mi się przeczekać je pod wiatą na przystanku autobusowym. W Płocku zatrzymuje się nawet jakiś Austriak jadący na Deauville i w 15 minut opowiadamy sobie po krótce historie naszego życia. Rozstajemy się po uprzejmym „it was nice to talk with you” i dalej w drogę.
O 20.00 docieram do Piły, gdzie czekają już na mnie Andrzej i Tomek. Mamy fajny 3-osobowy pokój w motelu Stawisko. Idziemy do centrum na kolację (bigos i zupa węgierska smakują po podróży wyśmienicie) i wracamy do motelu na imprezę delikatnie zakrapianą alkoholem. Podczas tej imprezy udowadniam chłopakom, że da się wypić szklankę wódki bez zagryzki i popitki. Niestety tą szklanką wódki wyczerpałem swój wieczorny limit, więc wkrótce wszyscy idziemy spać.
Rano przygotowania do rajdu. Najpierw śniadanko, potem pakowanie i tankowanie maszyn i już o 8.30 docieramy na start. Jesteśmy pierwsi. Chłopaki z Husarii cieszą się, że nie zniechęciliśmy się po zeszłorocznym „wypadku” Olka i że przyjechaliśmy. Wkrótce docierają do nas na swoich DL-ach Kalina i Stalker, a także dwóch kolegów z Piły (niestety nie znam nicków z forum). Odbywa się tradycyjne komisyjne sprawdzenie „kto co ma” na swoim motorze i dyskusje na tematy różne. Potem wpłacenie wpisowego i kilka informacji od organizatora. Nas szczególnie zmroziła ta, iż do wykonania jest aż 18 zadań. Potem okazało się, że zadania były proste i nie było się czego bać.

Wreszcie start. W tym roku organizatorzy nie wypuszczali nas pojedynczo, więc start przypominał trochę wolną amerykankę. Wszyscy uczestnicy wyruszyli niemal jednocześnie, wzburzając tumany kurzu i płosząc zwierzynę z pobliskich lasów, więc postanowiliśmy nieco poczekać, aż odjadą. Ruszyliśmy i już po 6-ciu kilometrach pierwsze zadanie. I od razu schody. A dokładniej 147 schodów. Znalezienie pomnika radzieckiego majora nie było wcale łatwe, ale udało się. Niektórzy po wdrapaniu się na górę poprosili o tlen.

Jeszcze tylko krótka lekcja historii i ruszamy dalej. Już po chwili pojawia się temat na kolejną fotkę. Nie mogłem jej nie zrobić…

Zadania od 2-go do 17-go były do siebie bardzo podobne. Polegały ogólnie na zaparkowaniu motocykli w pobliżu jakiegoś pałacu, lub kościoła, określeniu jego stylu, właściciela, roku budowy, wpisaniu tego wszystkiego na kartę zadań i dalej w drogę. Monotonię tych zadań przerywało nam szukanie punktów kontrolnych (nie da się ukryć, że zostały przez organizatorów dosyć dobrze zakamuflowane) i przejazdy po szutrach. W tym roku szuterki były bardziej ubite od tych zeszłorocznych i dzięki temu obyło się bez sensacji.

Miłym, zaskoczeniem było również zadanie numer 5, które oprócz wymienionych przeze mnie wyżej czynności, polegało również na zjedzeniu słodkiej bułki i wypiciu kawy lub herbaty w pałacowej kawiarni. Nie musze dodawać, że do zadania 6-go ruszyliśmy w znakomitych nastrojach…

Przy zadaniu numer 9 należało odpowiedzieć na pytanie, które dotyczyło oczywiście budowy motocykla, ale które nie było zadawane wprost, lecz odpowiedź należało skojarzyć ze słowami-kluczami. I tutaj wykazałem się niemałym refleksem, pomagając Andrzejowi „skojarzyć” jego odpowiedź, podczas gdy zupełnie poległem na swojej. Dzięki temu wyjechałem z jednym punktem, podczas gdy inni (w tym Andrzej) zazwyczaj dostawali dwa.
Ostanie zadanie – na szczęście – okazało się nieco inne od pozostałych. Żeby je zaliczyć, należało odnaleźć wielki głaz, a na nim wyrytą dedykację. Pierwsza trudność polegała na tym, że głaz leżał na środku jakiegoś pola i oczywiście o mało nie ominęliśmy drogi do niego prowadzącej. A właściwie, to ja o mało jej nie ominąłem, a ponieważ prowadziłem grupę DL-ową, zrobiło się nieco nerwowo, gdy nagle gwałtownie wyhamowałem z 90km/h do zera. W lusterku zobaczyłem tylko wielkie oczy moich kolegów „nurkujących” na swoich maszynach i próbujących się nawzajem nie pozabijać. Drugą trudnością było to, że napis na kamieniu należało odszukać i odczytać, ale litery okazały się już mocno wytarte i chyba nikt dobrze nie przepisał nazwiska tego pana, co wyrył dedykację dla swojej matki. Tego zadania chyba nie zaliczyliśmy.

Do mety dotarliśmy o 17-tej. Czekała tam na nas pyszna grochówka z „wkładką”, w ilości takiej, że mało nie popękały nam brzuchy. Andrzej i Tomek, oraz koledzy z Piły wyruszyli do domu, a ja, Kalina i Stalker, rozgościliśmy się w luksusowym internacie OHP, który – prawdę mówiąc – standardem nie odbiegał wiele od motelu z poprzedniej nocy, za to był cztery razy tańszy. Wieczorne ognisko z kiełbaskami i piwkiem spuentowało ten bardzo udany rajd. Po powrocie do domu w niedzielę, licznik na moim rumaku wskazał 888 km. Do zobaczenia w przyszłym roku!