Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Weekend majowy 2011

Weekend majowy 2600km - Ukraina/Mołdawia/Rumunia/Węgry (2011)

Autor: Mowso

Koło lutego zapadła na grupie decyzja - w długi weekend majowy jedziemy na Litwę i Łotwę - 4dni. Życie jednak zweryfikowało zamiary - okazało się, że rodzina H@nsa akurat gdzieś jedzie więc szybka zmiana planów - cel Kiszyniów:
Wyjazd w piątek po pracy umawiamy się na stacji w Katowicach, w domu trzeba się pożegnać z Żonką i synkiem który jak zwykle łezki uronił za tatusiem, przełknięcie guli w gardle i zaczynamy. Dojeżdżam sobie z Żor na stację, tankuje, "miła" Pani nie uruchomiła dystrybutora, dopóki nie wszedłem na stację i zapytałem czy awarię mają. Okazało się, że motocykliści muszą zdjąć kask - "Proszę Pani nie po to sobie kupowałem szczękowca, żeby mi Pani kazała go ściągać" Nic to - tankuje biorę fakturę, Pani pyta o nr rejestracyjny, ja do dowodu a tam papiery ze skuterka Żony ;] Hmm... dobrze, że teraz a nie na granicy, krótki telefon - "kochanie podjechałabyś z papierami ?" Dojeżdża Żona, dojeżdzają znajomi (V-strom w wersji traveller i CBF 600) No i ruszamy o 19.00
Początek jak zwykle szybki - omijamy wszelkie korki (jakieś 2 większe na 5-10km) poboczem, lawirujemy między autami - cbf i ja sakwy traveler kufry - ale okazuję się, że praktycznie nie wychodzą poza kierownicę więc luzik. Zaczyna się powoli robić ciemno, siąpi deszcz - do Rzeszowa nie dojedziemy, zapada decyzja szukamy noclegu. 21.30 znajdujemy miły pensjonacik, miły Pan stróż pozwala schować maszyny w zamykanej na noc myjni - kolacja i spanko

Rano śniadanko i szybki wyjazd - w planach dotarcie na strzał do Kiszyniowa. Niestety 1 błąd to zaufanie nawigacji i dotarcie do Medyki "widokową" trasą i godzina w plecy ;]
Na samej granicy ładnie poboczem na czoło peletonu - raczej nikt obiekcji nie miał. Przed nami poszło 8 albo 12 aut do sprawdzenia co zajęło celnikom 1,5h !! Stwierdziliśmy, że jeśli na euro nie zrobią jakichś uproszczonych procedur to będą korki po 30-40km
Na granicy dla jednych długi weekned i wakacje dla innych normalny dzień pracy Na tym motorku koleś wiózł kilka opon, tapczan i dodatkowo jeszcze kilka "drobiazgów" - nawet spryciaż chciał się wymienić ale nie daliśmy się przekonać

Na granicy Oczywiście nie obyło się bez problemów, H@ns pierwszy, wsio w pariadku, ja drugi - motocykl w leasingu więc wszystkie dokumenty w pogotowiu - dowód rejestracyjny, upoważnienie firmy leasingowej do użytkowania, upoważnienie do wyjazdu za granicę, zielona karta, wszystko po kserowane oraz na pendrivie zeskanowane na wszelki wypadek, - ok w porządku proszę dalej, Smokfa biedny patrzy na plik papierów i mina mu zrzedła - co jest ? to potrzebne takie coś za granicę ? Nie ku..a nie czytałeś, że to już nie Schengen i trzeba wszystko mieć ? No to świetnie pewnie pojedziemy na Słowację zamiast na Ukrainę. Pan celnik patrzy srogo i niestety nie ma dokumentów nie ma wjazdu koniec - myślcie co teraz, Smokfa się miota, nie wie co robić, rozgardiasz straszny, tłumaczenia celnikom na nic się zdają - za pół godziny podchodzi celnik i się pyta Co panowie wymyśliliście coś ? A co mamy nie wymyślić: - Smokfa daj panu jakiegoś europejczyka jak chcesz jechać dalej. Banknot 20e zmienia właściciela i droga wolna. Pamietaj Smokfa od tej pory masz mówić, że Ci nie oddali/zapomniałeś dokumentów w Medyce, zobaczymy co będzie.
Za granicą zupełnie inny świat tak jakbyśmy się cofnęli 100 lat wstecz - przy granicy jeszcze wszystko podobnie jak u nas w przygranicznych wioskach ale dalej to już pola, pługi, konie i ręczne oranie i sianie - i tak już było przez całą Ukrainę - budynki gdzieniegdzie które wyglądały jak nasze PeGeEry 50 lat temu U nas wszyscy się pytają ile pojedzie, jaka pojemność, tam tylko ile kosztował. Na początek droga w miarę dobra - myślimy nie będzie źle, coś opowieści się nie sprawdzają

Pierwsza "większa" stacja benzynowa, to co Panowie tankujemy i zobaczymy jak smakuje benzyna za niecałe 3zł
Na dystrybutorach 90/91/95/100 okatanów Za ile pyta pan - jak to za ile nie wiem ile wejdzie tankuj Pan - no ale musi Pan powiedzieć za ile, ke? do pełna Pan tankuj, aa do pełna to w porządku Kartą można płacić więc tankujemy. Płatność kartą dość problematyczna ale po 10 min maszynka zagadywała i transakcja przechodziła . Batoniki, piciu i ruszamy dalej.
Ok jedziemy, jedziemy i okazuje się, że Ci od dróg mieli rację - nawierzchnia nawet na głównych drogach jest po prostu zmasakrowana, wygląda tak jak u nas w czasie remontu wycinają dziury, to tam jest to defaultowo. Pogoda dopisuje, cieplutko, letnie i przyjemnie, połykamy kilometr za kilometrem. DL-e spisują się wyśmienicie, takie drogi to dla nich pikuś przy 120km/h przelatuje się po prostu nad dziurami . Kolega z CBF-a zostaje w tyle i narzeka na bolacy kręgosłup - coż nie każdy ma 19" z przodu.
Po południu zaczyna lekko kropić ale nic to nawet przeciwdeszczówki zbędne, gps pokazał jakiś fajny skrót - ok jedziemy, po kilku km znak "droga w remoncie" hmmm.... to jak główne drogi nie mają takiego znaku to jak wygląda ta w remoncie ?
Nic to powoli dajemy radę - Niestety w pewnym momencie przednie koło H@nsa trafia na zdradziecką koleinę i pach paciok gotowy, damnnn.... kufer się oderwał od stalaża. Kufry aluminiowe niestety są miękkie i co się okazuje, że przy byle pacioku przy 20km/h gną się jak papier i spadają ze stelaża. Plusem jest to, że przy pomocy młotka, znaczy się kamienia wyprostowaliśmy wszystko.

Ogólnie droga przebiega już bez problemów - po drodze ładny Tarnopol. W sklepikach Panie liczą dalej na liczydłach, i robią to szybciej niż u nas na kalkulatorach, wszyscy są mili. Trochę zmęczeni dojeżdżamy do Kamieńca Podolskiego Piękne miasto, śliczny zamek. Zatrzymujemy się i spotykamy jakąś grupę polaków którzy też się wybrali na weekend, za chwilę podjeżdża grupa endurowców - afryki i ktmy na kostakch. Oni przejechali dziś 400km ale w terenie. Niestety nie integrujemy się bo chciałem za wszelką cene dojechać dziś jak najdalej ale niestety musimy zweryfikować plany 4 dniówki - każdy z nas powiedział w pracy, że może się zdarzyć opóźnienie i dojazd dopiero w środę więc ok, trochę ponarzekałem jak to mam w zwyczaju, ale nic, trudno.

Trochę za Chotyniem stwierdzamy, ze nie damy rady dalej jechać i szukamy już trochę po ciemku noclegu. Pierwszy hotel - proszę zapomnieć święta nie ma miejsc. No to problem będzie, ale zapytajcie po przeciwnej stronie drogi jest hotel olimp. Dumna nazwa okazuję się salą gimnastyczną z internatem i warunkach takich, że daaawno nie pamiętam - kible potrzaskane, prysznice z paletami drewnianymi pod nogami itp. Ale za 16zł człowiek nie będzie narzekał, zwłaszcza, że pozwolili nam zaparkować motocykle w środku
Standardowo gotowanie jedzonka, piweczko i spać. Ranek przywitał nas pięknym słoneczkiem i temperaturami w okolicach 23-25 stopni więc lato na całego. Okolice przepiękne, rozległe pola, drogi niestety dalej w stanie tragicznym, czasem dziury na pół metra w głąb i metr szerokości więc trzeba uważać

Około 10.00 dojeżdżamy do granicy z Mołdawią, Smokfa znowu pokazuje Ukraińcom i Mołdawiakom "europejskie" dokumenty i po krótkiej kontroli jedziemy dalej.
Na Mołdawii podobnie jak na Ukrainie, tylko drogi trochę lepsze, często płyty jak kiedyś do Wrocławia, co 40-50km studnie z zadaszeniem, można sobie ugotować jedzonko z czego chętnie skorzystaliśmy.

Koło 14 dojeżdżamy do Kiszyniowa, robi się prawie europejsko. Na miejscu bezskutecznie szukamy umówionego wcześniej hotelu - okazuje się, ze to jakieś obrzeża i w końcu eskortuje nas Milicja, ewidentnie czekając na jakieś podziękowanie, trudno damy panom 10e ale trochę tak wymuszone.
Na miejscu okazuje się, że hotel jest zamknięty i w dupie mają, że się umawialiśmy i rezerwowaliśmy wcześniej miejsce ;] WIęc po krótkich naradach z tambylcami lądujemy w relikcie z poprzedniej epoki - Hotel Cosmos.

Mamy dziś czas więc odpoczywamy, wyskakujemy na miasto, zjadamy rybkę w miłek knajpie
Potem drinkujemy i piwkujemy do nocy w hotelowym barze, bo ceny tak jak u nas w normalnej knajpie Potem lulu i spać Kiszyniów sprawił nam niespodziankę, niczym się prawie nie różni od dużych miast w Polsce. mieszka tam 700tys ludzi (w całej Mołdawi trochę ponad 3mln) Ładna zielona stolica z miłymi ludzmi. W knajpach wszyscy oglądają hokeja i kibicują Rosjii
Ranek dość zachmurzony więc pewnie będzie zimno, ubieramy podpinki i jedziemy w stronę Rumunii, tankujemy ostatni raz tanie paliwo i po 30min zaczyna padać deszcz. Niestety okazuje się, że będzie tak padało cały dzień także niestety najgorszy dzień z wyprawy - zimno i pada i tak 400km piękne góry i agrafki w Rumunii pokonujemy w ślimaczym tempie, z widoków nici, bo chmury leżą dość nisko, po drodze mcdonald na suszenie i odpoczynek. No i niestety plany na przełęcz Bicazu i połowę transfogarskiej diabli wzięli.

Wieczorem znajdujemy miły pensjonat gdzie stoi sporo tirów, więc zmęczeni dokumentnie, montujemy się, suszymy co się da i spanko. Wiadomości z Polski nie nastrajają optymistycznie - śnieg i minusowe temperatury stawiają pod znakiem zapytania jutrzejszą drogę. Ale rano pogoda sprawia niespodziankę i jest słonecznie choć chłodno, więc na spokojnie planujemy dotrzeć do Holendra na Węgrzech.

Na Rumunii widać, że coś się dzieje - większość głównych dróg remontowana pełną parą i ogólnie ludzie sprawiają wrażenie trochę "bogatszych" ciągniki zamiast koni i krów itp.
Po ominięciu kilku korków mijamy granicę, już łatwiej bo to już unia więc pobieżne sprawdzenie i w drogę.
Na Węgrzech byłem kilkukrotnie więc ogólnie nie ma się co rozpisywać - drogi lepsze niż u nas, słoneczko i takie klimaty towarzyszą nam przez całą droge - skracamy sobie trochę drogę autostradą i lądujemy popołudniu u Holendra.
Koleś ogólnie niesamowity - prowadzi zajazd dla motocyklistów przy węgierskiej Route66 - sam ma chyba z 6 motocykli w garażu. Jest Holendrem i osiadł na stałe na Węgrzech, piwo i opowieści snują się do nocy i tak jest u niego za każdym razem. Przyjechaliście sami ? aa Żony zostawiliście w domu ? hmm... macie rację, jak kochacie swoje Żony to zastawiajcie je w domu itp.
Rano z lekkim szumem wstajemy, zjadamy resztę zapasów i do domu. Tu się nie ma co rozpisywać - Słowacja przez Harmaniec (też zawsze polecam - piękne zakręty niedaleko w sumie nawet jak na 1 dniowy wypad), potem chwila Czechy i w domu po południu.

Reasumując:
5 dni, 2600km, nowe klamki z ebaya okazały się strzałem w 10-kę ręka od sprzęgła już nie boli, nie kupujcie przeciwdeszczówki w lidlu jak chcecie cały dzień w deszczu jechać, buty z goreteksu który kupiłem 1 raz dały radę i nie przemokły z czego byłem naprawdę mile zaskoczony.