Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Vstromem w poszukiwaniu maskonurów

Vstromem w poszukiwaniu maskonurów (2011)

Autor: maciejza

Najpierw musiałem załatwić okresowy przegląd po przebiegu 24kkm. Olsztyn z niewiadomych względów jest traktowany po macoszemu przez firmy i serwisy motocyklowe, więc przegląd wykonałem w ASO Suzuki w Gdyni. Chłopaki z Ingot i Krawczyk Motocykle, po wcześniejszym umówieniu, dokonali w ekspresowym tempie stosownych wymian i regulacji. Motocykl przygotowany, w międzyczasie kupione śpiwory zapewniające komfort termiczny w dość chłodnym islandzkim klimacie. Odliczamy dni do wyjazdu. Gdy w końcu nadszedł ten dzień (a była to niedziela) poranna kawa i realizacja planu przebicia się z Olsztyna do Szczecina. Tam jakiś kemping-nocleg i w poniedziałek przelot przez Niemcy i Danię do portu w Hirsthals. Szybka kima i we wtorek skoro świt meldujemy się na odprawie promowej Smyryl-Line. Przed nami ponad 48h rejs. Upierdliwe, rytmiczne bujanie ustaje na 1,5h podczas postoju na Wyspach Owczych.

Mamy okazję zejść na pokład ""parkingowy"" i sprawdzić czy się motocykl nie przewrócił, zabrać jeszcze jakieś pierdoły z naszego motocyklowego bagażu. Czas powoli mija, my się szwendamy po promie .. dolny pokład, górny pokład, sklep bezcłowy, górny pokład, kawiarnia ... Idziemy w kime i rano przy porannym papierosie wita nas na horyzoncie stały ląd

Dwie kawy w barze za 40DKK i pakowanie gratów. Do portu wpływamy o 9:30 (7:30 islandzkiego czasu). Odpinamy moto, zjeżdzamy na ląd, szybka gadka z celnikami/pogranicznikami. Pytają o długość pobytu, naklejają naklejkę na szybę, uśmiechają się i życzą udanego pobytu. Pierwsze kroki kierujemy do bankomatu. Dookoła jest cudownie, port jest między fiordami, wszędzie górki, wodospady.

Zaskakująco ciepło i nie wieje. Sytuacja się diametralnie zmienia gdy przebijamy się przez szczyty fiordów. Na górze wielkie pola śniegu, termometr przy drodze pokazuje 5st, ale jest odczuwalnie zimniej. Uzbrajamy się w przeciwdeszczówki, które chronią nas przed pędem zimnego powietrza. Po zjechaniu z fiordu robi się ciepło, bardzo ciepło. Kierujemy się w stronę naszego pierwszego dużego wodospadu – Hengifoss. Prowadzi do niego 3 cyfrowa droga 931. Mijamy niezliczoną ilość miejsc postojowych, przygotowanych dla turystów spragnionych odpoczynku. Przemieszczamy się wzdłuż jeziora i postanawiamy na jednym z „rest area” zrobić przerwę na sniadanie.

Rzucamy okiem na prawo i lewo, pogoda dopisuje jest miodnie. Z pełnymi brzuchami ruszamy dalej. Po godzince jesteśmy u celu. Parkujemy moto przy takim baraku. To nic innego jak schronienie dla turystów. Do środka można wejść bez problemów, wewnątrz jakieś plastikowe krzesełka, bieżąca woda i prąd. Wspinamy się na górę, aby zobaczyć wodospad z bliska. Ścieżka wiedzie dość stromym zboczem. Robimy serię zdjęć, wsłuchujemy się w szum wody.

Możemy lecieć dalej. Z asfaltowej drogi lecimy odcinkiem górskiej szutrowej drogi. Na niej są piekielnie strome podjazdy i zjazdy. Początkowo jeździmy bardzo ostrożnie po islandzkich szutrach, przyczepność jest dobra, ale jest masa ostrych kamieni. Zatrzymujemy się co chwilę na zrobienie zdjęcia.

Po naszym pierwszym 17km szutrze docieramy do głównej drogi, na której znowu musimy się zatrzymywać. Są takie widoki, że nie mamy ani umiejętności ani sprzętu foto potrafiącego to oddać choćby w 10%. Mimo wszystko focimy.

Kierujemy się w stronę Jokulsarlon, miejsca gdzie lodowiec wpada do zatoki, a jego oderwane wielkie bloki dalej wędrują do oceanu. Kuźwa nie idzie jechać, co kilometr widoki się zmieniają, na dodatek gdy słońce przykrywa jasna chmurka to pojawiają się inne kolorki niźli przykryła je chmurka ciemniejsza. Można się gapić w jedno miejsce, a ono się co chwila zmienia. Zbieramy szczęki z asfaltu, znowu kilka zdjęć i wio. Lecimy wzdłuż oceanu, jakieś 160km. Nawigacja po jakimś czasie pokazuje że, do celu 600m. Ale jak to? Jakiś most tylko widać i pagórki … gdzie ten lodowiec … po raz kolejny Islandia nas zaskoczyła … po 600m wyłonił się między pagórkami lodowiec, rzeka i wielkie bryły lodu.

Z wielce uśmiechnietymi gębami kierujemy się w stronę lodowca Vatnajokull. Fajne uczucie gdy przejeżdża się obok takich mas śniegu i lodu, jakby ktoś otworzył lodówkę. Na przemian miesza się ciepłe i zimne powietrze. Lodowiec wystawił jęzor, więc strzeliliśmy fotę i postanawiamy kończyć dzień.

Nawinęliśmy przeszło 450 km nie wiadomo kiedy. Cały czas jest jasno więc nie czuć, że kończy się dzień, jedzie się ile sił i ochoty starcza. Kemping znajdujemy w kirkjubaejarklaustur (nazwa utworzona od słów kościół, farma ,klasztor) na miejscu miła niespodzianka, Pani informuje nas że dzisiaj kemping jest za darmo, tylko musimy mieć monety na prysznic. Rozmieniamy kasę i za kwotę 250ISK (~6PLN)możemy się cieszyć 5 minutowym ciepłym prysznicem. Namiot rozbity, zaczyna padać. Na kempingu jest jadalnia wyposażona w stoliki, krzesełka, kuchnię gazową, czajnik elektryczny. Na ścianie wisi mapa z aktualnym stanem dróg górskich oraz leżą darmowe przewodniki. Dopijamy piwko zakupione jeszcze w bezcłowym i kończymy dzień.

Z zasłużonego snu budzą nas krople deszczu obijające się o namiot. Standardowe poranne zamieszanie i już jesteśmy w drodze. Zaczynamy od bazaltowego wąwozu. Szumna nazwa, w rzeczywistości kawałek dziury z bazaltowymi ścianami o wysokości ok 20m. Jedyny smaczek, że wyglądają jak ścianka ułożona z sześciokątnych ołówków.

W tym czasie deszczyk sobie nadal pada, zaczyna mocno wiać. Mijamy czarne plaże Vik i Myrdal. Widoczność kiepska, więc czarne plaże na nas nie robią piorunującego wrażenia, być może dlatego również, że już widzieliśmy podobne. Uderzamy na półwysep Dyrholaey, na którym wg przewodnika spotkamy długo wyczekiwane przeze mnie ptaszyska – Maskonury. Wiatr się wzmaga i pozostaje na poziomie takim, że mam wrażenie że jadę z 200km/h, na prędkościomierzu zaś 70-80.

Pochylam motocykl aby móc jechać prosto, wiatr stara się zepchnąć nas do oceanu. Po kilku km przyzwyczajamy się, czasem musimy zwolnic do pięćdziesiątki. Wzmagamy czujność zbliżając się do mostów. Na południu najwięcej jest metalowych konstrukcji z blaszaną nawierzchnią, która przy tych opadach jest bardzo śliska. Dodatkowo na mostach wiatr zmienia gwałtownie siłę i kierunek. Walczymy też gdy mija nas lub wyprzedza jakieś duże islandzkie terenowe auto bądź autobus. Zabierają nam na chwilę wiatr, motocykl się prostuje, by za chwilę dostać potężnego wietrznego strzała. Na szczęście główna asfaltowa droga nr 1, jest niesamowicie przyczepna, czuć jak opony wgryzają się w ichni asfalt. Aby dojechać do samych klifów musimy jednak skręcić w boczną dróżkę. Mijamy znak „koniec asfaltu” i uwaga roboty drogowe. Nawierzchnia jest bardzo wymagająca, teraz uważam że nic mnie tak nie zmęczyło jak ten krótki, może 5-7km dojazd. Z ubitych szutrów, zmienia się w luźną nawierzchnię, za chwilę w śliską glinę, byłoby łatwiej gdyby nie potworny wiatr. Dojeżdżamy do robót drogowych, a tam koleś z ciężarówki wysypuje czarne kamyczki, by za chwile inny lokales wyrównał to tylko spychaczem. Prawie grzęznę, zbieram samoistnie moim pługiem spod kolektora garście Islandii na pamiątkę.

Na miejscu całkiem fajnie, wysokie klify, tylko gęsty deszcz i potężny wiatr odbierają dużą część radochy, ale i tak jest pozytywnie i humory nam dopisują. Aby iść musimy się pochylać, robimy dwa kroki w przód a za chwilę bezwiednie jeden w tył.

Kilka zdjęć i siup na moto. Maskonurów nie widzieliśmy . Ta sama męczarnia by dojechać do asfaltu. Kierujemy się do wodospadu Skogafos, ale zanim do niego docieramy mijamy dziesiątki mniejszych wodospadzików, oraz wielkie pole kamienistych kopczyków. Nie mamy problemu by dołożyć do nich coś od siebie.

Dojazd do Skogafosu główną drogą. Wodospad otoczony zielenią, strumień wody wpada na czarne piaski. Deszcz trochę odpuszcza. Nie mamy sił ani ochoty by wspinać się na szczyt wodospadu aby podziwiać go z wysokości.

Deszcz na chwilę przestał padać, dostajemy odrobinę wytchnienia. Seria zdjęć i dalej … jak tylko ruszamy znowu leci woda na łeb, bynajmniej nie z wodospadu. Teraz przekonujemy się o słuszności twierdzenia, że na Islandii nie ma nieprzemakalnych rzeczy. Nawet mój foliowo-gumowy strój wędkarski wpuszcza gdzieś wilgoć. Na szczęście, albo się przyzwyczailiśmy do temperatur albo te 10-13st. jest dla nas wystarczające i nie jest nam zimno. Z uwagi na pogodę rezygnujemy z dzisiejszego planu wjazdu w interior. Kierujemy się dalej na zachód, na najbardziej wysunięty południowo zachodni koniuszek – do Grindaviku. Zjeżdżamy z głównej drogi i lecimy dziurawymi luźnymi szutrami. Jednak i ten plan zawodzi, po 30km odpuszczamy. Jedziemy cały czas wybrzeżem, nie zapowiada się by deszcz i wiatr odpuścił. Łańcuch radośnie i głośno terkocze – zajmiemy się nim później, do tej pory jakoś nie było sposobności, nie pomaga rozkręcony na 1/3 scottoiler. Decydujemy się odbić na północ do Reykjaviku. Kilkanaście km walki o przyczepność, widzimy znak Seltun. Zajeżdżamy by obejrzeć po raz pierwszy pola geotermalne. Na miejscu pustki, widzimy tylko jakieś dwie osoby skrywające się przed deszczem i wiatrem za budką informacji turystycznej. Wyciągam aparat i okazuje się, że nawet uszczelniany obiektyw pentaxa puścił wilgoć między soczewki. No kuźwa!, mam jeszcze ze sobą stałkę, ale zmiana obiektywu w tych warunkach jest chyba kijowym pomysłem. Mimo wszystko zwiedzamy i robimy zdjęcia. Miejsce jest magiczne, kolorowa nawet w tych warunkach ziemia, ciepłe barwy brązu, żółci, czerwieni. Do tego wszystko paruje, bulgocze, pyrka i pierdzi, a na dodatek pobudza nozdrza specyficznym zapachem siarkowodoru.

Zanim się zapakowaliśmy na moto, robimy przerwę na tytoń pod skromnym daszkiem toalet. Podchodzi do nas jeden z turystów chowających się przed islandzkimi warunkami. Zamieniamy kilka zdań. To rowerzyści z Węgier. Wypytują czy po drodze widzieliśmy jakąś opuszczoną farmę gdzie mogą przenocować, my próbujemy im przetłumaczyć „polak i węgier dwa bratanki ..” Przemiłą konwersacje przerywa nam jego współtowarzysz, który pojawia się z szerokim uśmiechem na twarzy i z nożem w ręku. Oznajmia nam że udało mu się otworzyć drzwi od informacji turystycznej i mają gdzie spać!. Dostajemy od nich zaproszenie do tych królewskich warunków. Ślicznie dziękujemy ale lecimy dalej. Kozaki na max, wyjazd na moto przy kolarskim wyjeździe to mały pikuś. Żegnamy się i ustawiamy Reykjavik w nawigacji. Przestaje padać, wiatr się uspokaja … cudnie. Znajdujemy kemping. Wielki kemping. Ceny standardowe 1200ISK od osoby.

Na miejscu oczywiście kuchnie, łazienki, tym razem darmowy prysznic i nawet wielki 3 stanowiskowy grill. Oczywiście jest pralnia i suszarnia, tyle że te maszyny dostępne są za opłata 400ISK od sztuki. Rozbijamy namiot na sucho, kolacja i można uzupełnić dziennik podróży. Jest godzina 2:20, jest widno. Jako że mamy wolną chwilę, oglądam moto. Łańcuch zwisa, oleju w scocie nie ma. O co chodzi, nawinięte może z 2500km i już poszedł cały zbiorniczek? Nie ważne, coś się wymyśli. Sprawa się tymczasowo rozwiązuje, gdyż przy recepcji kempingu jest szafeczka, w której ludzie zostawiają nie potrzebne już im rzeczy. Od sznureczków, linek, chemii gospodarczej, butle z gazem po .. olej silnikowy . Przechwytuję litrową butelkę .. prawie pełną półsyntetycznego samochodowego mobila. Maziam nim łańcuch a ten odwdzięcza się chwilą ciszy. Z obiektywu odparowuje wilgoć. Idziemy w kimę.

Bezdeszczowy poranek, ciepło. W planie wizyty w Reykjaviku mamy tylko rzeźbę Solfar, kościół i Hofdi. Odległość z kempingu do centrum to zaledwie 2,5km. Rzut oka na nasze punkty zainteresowania, fotki.

Kierujemy się do parku narodowego, w którym można oglądać styk dwóch płyt tektonicznych amerykańskiej i europejskiej. Po drodze zatrzymuje nas powalający kolorowy widok na jezioro Pingvallavatn.

Po krótkim postoju jesteśmy gotowi na przejście do Ameryki, potem Europy, znowu Ameryki itd. Między płytami tektonicznymi wybudowane są małe drewniane mostki.

Robimy przerwę kawową w pobliskiej restauracji. Patrzymy na mapę i wybór padł na próbę dojazdu do Landmannalaugar, gdzie jeszcze przed naszym wyjazdem górskie drogi były pozamykane. Z uzyskanych informacji wiemy że do samego środka kolorowych gór nie można dojechać, ale chcemy chociaż podjechać ile się da, być może coś wypatrzymy. Wbijamy się w stroje wędkarskie. Moja kurtka przeciwdeszczowa poległa wczoraj na wietrze – rozszarpało zamek więc muszę się ratować srebrną taśmą krokodylkiem. To nie jedyna 'strata" bowiem mocowanie deflektora zrobiło ten sam numer co rok temu w Rumunii i nie wytrzymało wertepów. Pękły 3 z 4 mocowań. Więc teraz będzie poprawiać aerodynamikę w środku kufra. Jedziemy drogą F26, która po 30km zmienia się w szutrówkę i wiedzie nas przez 13km do drogi górskiej F225.

Przed wjazdem na F225 czytamy tablice z ostrzeżeniami, że wjazd tylko dla aut 4x4, występują brody, sprawdzić ubezpieczenie auta z wypożyczalni i inne takie dobre rady. Dookoła klimat ciemnej strony księżyca, nad wulkanem Hekla zebrały się chmury, które zabrały resztki promieni słońca. Przejeżdżamy kilka km i postanawiamy zawrócić.

Szukamy asfaltu, wyjeżdżamy na drogę 32. Szorstki i przyczepny asfalt pozwala nam zwiększyć prędkość i zostawić myśli o silnym spychającym z drogi wietrze. Dojeżdżamy do Fludir. Trafiamy na kemping, na którym życzliwy Pan informuje nas, że tak naprawdę to u niego nie ma kempingu i prawdziwy jest 2km dalej. Jedziemy, pokazują się spore ilości kamperów. Na miejscu młody koleś z obsługi nie bardzo trybi po angielsku, sugeruję mu odpalenie translatora googla. Znajduje „tent” i już wie o co chodzi. Jest w takim szoku, że skasował nas tylko 1200ISK. Na kempingu dość marnie, wszędzie daleko, wieje. Pod prysznic musimy się wspinać na mały Mount Everest. Nie marudzimy bo pada. Rozbijamy namiot, wciągamy kolację w naszym szmacianym apartamencie i idziemy spać. Zasypiamy przy dźwiękach nasilającego się deszczu. Całą noc padało, poranek też nas wita deszczem.Tankujemy motocykl (średnio 230ISK za litr 95tki) i docieramy do Gejzerów. Zalane gorącą wodą kolorowe dziury w ziemi są całkiem przyjemne dla oka, co 5-7min strzela w górę gejzer Stokkur, za którymś razem zalewając kompletnie dwie turystki. Nie sprawdziły kierunku wiatru.

Robimy rundkę przy Gullfosie i wracamy na parking. Pojawił się kierowca terenówki, po czym daje znać uniesionym kciukiem, że mu się podoba motocykl. Odwzajemniam gest, sugerując, że to jego maszyna jest „klawa”. Na efekty nie czekaliśmy długo, podjechał do nas i gawędziliśmy dość długą chwilę. Orri opowiadał o tym jak woził turystów z ameryki, a Ci widząc przedziwne formy lawy i gejzery zapytali go „kto to wszystko wybudował”. Po otrzymaniu odpowiedzi „natura”, tylko ze zdziwieniem kiwali głową. Wymienialiśmy szczegóły techniczne dotyczące naszych pojazdów oraz zaplanowanej dalszej trasie. Na wieść o tym, że lecimy w interior do Hvelleverir, chwycił za telefon i próbował poinformować ludzi że mają nas oczekiwać, a on zadzwoni ok 20 i się będzie dopytywać czy się udało dojechać. Na pytanie czy droga jest przejezdna, czy dam radę na takim motocyklu, w odpowiedzi otrzymaliśmy dłuższą chwilę ciszy i „difficult … but possibly”. Później wspominał jeszcze, że rozumie, że to ja jestem wariatem, ale muszę pamiętać o tym, że jadę z żoną i odpowiadam również za nią i muszę ją dowieźć całą i zdrową. Pocieszył nas, że prognozy pogody dla północy są dobre i życzył powodzenia. Jeszcze tylko spytaliśmy gdzie kupił swój piękny i ciepły sweter … z dumą odpowiedział że w Norwegii … ehh, namieszał nam trochę, nie mamy tyle urlopu by jeszcze o Norwegię zahaczyć, nie pamiętałem też numeru do Providenta Trzymamy się więc naszych założeń. Z pewną dozą nieśmiałości wjeżdżamy na drogę 35. Zaczynają się pustkowia, ostro wieje. Grząskie szutry za chwilę zmieniają się w kamienistą drogę. Maksymalne prędkości jakie nam się udało wykrzesać to 30-35km/h. Zaliczamy nasz pierwszy bród. Woda w zetknięciu z gorącym silnikiem generuje spory ilości pary. Mimo wszystko jest fajnie, bardzo fajnie. Gdy tylko pojawia się lepsza nawierzchnia, na której można bezpiecznie postawić motocykl, robimy pamiątkowe fotki. Otaczają nas jęzory lodowców, czarne, brązowe, białe szczyty gór i wulkanów. Nam pozostało tylko wywalić jęzory z wrażenia.

Gdy stoimy tak sobie z boczku, mija nas auto i od razu się zatrzymuje. Pyta czy wszystko ok, czy nie zabłądziliśmy. Nauczeni doświadczeniem, aby nie zawracać gitary Islandczykom, gdy tylko nadjeżdżało auto, pozdrawialiśmy kierowcę gestem uniesionego w górę kciuka. Co jakiś czas tylko kalibrowaliśmy wskazania z satelit z analogowymi wskaźnikami.

Z takimi pomocami trafiliśmy bezbłędnie do Hvelleverir. Odcinek 80-85km zajął nam prawie 3,5h. Na miejscu darmowy basenik geotermalny, gorące źródła, gejzerki, kolorowe formacje i potworny wiatr. Składanie mapy zajęło mi dobre 5 minut, przy czym wspomagałem się wszystkimi kończynami. Rozstawienie namiotu raczej nie wchodziło w grę, a tym bardziej rozdziewanie się z motocyklowej zbroi i taplanie w basenie

Dochodzimy do wniosku że lecimy dalej. Jest ok godz.17, przed nami do cywilizacji jakieś 110-120km, tylko droga zmienia się z 35 w F35. Spodziewamy się większych problemów, ale do wieczora pewnie dojedziemy. Otwieramy sobie bramkę na drodze i lecimy na północ. Szuterek super, twarda nawierzchnia, bez kamieni, za chwilę zmienia się w jasną ubitą gruntową nawierzchnię. Ciśniemy zgodnie z przepisami 80km/h, czasem tylko tylne koło ucieka na boki, ale frajda jest i uśmiechy na słowiańskich gębach. Widoczki oczywiście nie zawodzą.

Dojeżdżamy do asfaltowej „1” i znajdujemy kemping w Vermahlid. Prysznic za free. Kolejny raz bez problemu regulujemy płatność za nocleg kartą Visa. Przy kolacji rozmawiamy ze Słowakiem, za chwilę z Islandczykiem. Chyba jesteśmy dla niego jakąś ciekawostką bo pojawia się ponownie. No skoro już jest, to częstuję go naszą żołądkową gorzką z trawą żubrówki. Nie robiłem mu testu językowego i nie prosiłem o przeczytanie etykiety. Kończymy dzień. Na nowy dzień zaplanowaliśmy trasę ok 150km, 2 wodospady i zakupy pamiątek. Do pierwszego wodospadu Godafoss docieramy po przejechaniu 100km. Wodospad całkiem sympatyczny, ma 3 wloty wody, robi dużo hałasu

Kierujemy się w stronę Aldeyarfoss, zjeżdżamy z głównej drogi w szutrówkę, którą musimy turlać się przez 40km. Zaczęło padać, droga zrobiła się mazista i co parę chwil walczymy o pion i właściwą trakcję.

Zatrzymaliśmy się, jedno spojrzenie i wiemy, że dla kolejnego wodospadu nie musimy się poświęcać. Lecimy na „shopping” . Zaczynamy od znalezienia kempingu w środku drugiego co do wielkości obszaru urbanizacyjnej Islandii. Rozładowujemy graty i idziemy opanować uliczki Akureyri.

W tym 20tys miasteczku bez problemu znajdujemy sklep ze swetrami islandzkimi i pamiątkowymi pierdółkami. Sprzedawcy sami wciskają nam formularze taxfree i zapraszają na dalsze zakupy. Spotykamy małomównych ziomali.

Limit wolnego miejsca bagażowego mamy wykorzystany, więc serwujemy sobie w kawę i niskoprocentowe piwo Gull w okolicznej kawiarence. Wracamy na kemping, przy kolacji Jagna testuje islandzki sweter – jest zachwycona komfortem termicznym.

Wtorek, 05.07

Słoneczny poranek, leniwie zbieramy się do w okolice jeziora Myvatn, którego nazwa to po prostu jezioro muszek/komarów. W okolicach jeziora jest mała kumulacja atrakcji turystycznych, więc dzisiejszy dzień też będzie łagodny dla naszego łańcucha. Mijamy jakieś pagórki, przy których jest dziwny turystyczny tłok. Na parkingu ze 20 aut. Lekko zdziwieni lecimy dalej i po 3km dojeżdżamy do punktu widokowego na jezioro. Jeziorko – szału nie ma, okolica dość nietypowa, bo zalana lawą. Niepodważalne jest, że panują tu wspaniałe warunku dla przeróżnego ptactwa. Oglądamy widoczki, straszymy barany i owce i zerkamy w przewodnik. Te pagórki, które mijaliśmy, to były małe kratery powstałe przez wydostające się gazy podczas erupcji pobliskiego wulkanu. Wracamy. Przechodzimy z krateru na krater i jesteśmy gotowi na Dimmuborgir.

Dojazd do bram piekieł prowadzi, krótką szutrową drogą.Robi się piekielna temperatura, chyba z 18 stopni – słońce praży. Marsz wyznaczonymi ścieżkami zajmuje nam sporo czasu. Co chwilę wyłaniają się przeróżne dziwne formy naciekłej lawy.

Na to wszystko spogląda zwłowrogi czarny krater wygasłego wulkanu Hverfell. Czarny wulkan, ma jednak wielką siłę i zajeżdżamy do jego podnóży by po kilku minutowej wspinaczce zajrzeć mu do gardła.

Lecimy sprawdzić co to za dymiące kolorowe góry widać w oddali. Na miejscu okazuje się, że to większy od Seltun aktywny geotermalnie obszar. Bulgoczące błota, syczące kopce, kolorowe formacje.

Na domiar szczęścia znajdujemy w pobliżu SPA - basen geotermalny. Sprawdzamy ceny, godziny otwarcia. Już wiemy że wieczorkiem będziemy się tu relaksować. Ale przed nami jeszcze wjazd pod sam krater wulkanu Krafla. Ah, cóż to był za dzień. Nasze obozowisko organizujemy tak, by mieć cały czas oko na czarne straszydło, które w przeszłości zrobiło z okolicy straszne spustoszenie. Drugie wyjście z namiotu ustawiamy na innego „bandytę”

Śniadanie rozpoczynam od aplikacji środków przeciwbólowych. Przepyszna mikstura wykręcająca pysk na lewą stronę powoli zaczyna działać i zapominam o dyskopatii. Podczas pakowania namiotu zagaduje nas Anglik polskiego pochodzenia. Opowiada swoją historię, pyta o nasze plany. Jesteśmy pełni podziwu, dojrzały mężczyzna podróżuje samotnie rowerkiem po Islandii. Trzeba mieć cochones by przy takim ukształtowaniu terenu, takiej nawierzchni i wiecznym w_morde_windzie pokonywać dzienne dystanse rzędu 80km. Wybieramy się do wodospadu Dettifoss, możemy przyatakować od zachodu drogą klasy F lub „zwykłą” od wschodniej strony rzeki. Wybór pada na zwykłą. Przed nami 30km szutrów. Trudno nie jest, początek tylko z tarki a dalej już zwykłe ostre islandzkie kamyczki i w miarę utwardzona nawierzchnia. Prędkości rzędu 45km/h przy tym dystansie to przyzwoite wartości. Wodospad sympatyczny, można go dotknąć, albo pomoczyć nogi

Dopiero po powrocie do kraju doczytaliśmy, że nasz wybór drogi był błędny: „Zapewne niejednego podróżnika ucieszy fakt, iż tydzień temu (przyp. 08.07) zakończyły się prace nad utworzeniem nowej, asfaltowej drogi, do jednej z głównych atrakcji turystycznych Islandii, wodospadu Dettifoss. Jest on jednym z najpotężniejszych wodospadów w Europie, który znajduje się na północnym-wschodzie kraju. Nowa i zdecydowanie lepsza droga, którą położono po zachodniej stronie rzeki Jökulsá á Fjöllum, która tworzy wodospad Dettifoss, przyciągnie w to miejsce więcej turystów. Zgodnie z informacjami podanymi przez ruv.is, Dettifossvegur, (F862), nie skraca odległości pomiędzy Reykjavikiem a wodospadem, ale sprawia, że podróż staje się o wiele bardziej komfortowa i szybsza, w porównaniu z tym jak to było do tej pory. Stara droga, która leży bliżej Reykjahlíd, koło jeziora Mývatn, jest drogą szutrową, która nie nadaje się dla samochodów osobowych. Wyboista i kamienista droga, prowadząca do wodospadu, bardzo często wymagała dużej cierpliwości zarówno od kierowców jak i pasażerów. Nowa droga daje zdecydowanie więcej możliwości, teraz każdy będzie mógł dojechać do wodospadu Dettifoss, nie obawiając się przy tym, o stan swojego pojazdu. Droga najprawdopodobniej będzie uznana za jedną z głównych dróg w kraju, a Zarząd Dróg ma również zadecydować o tym, czy w zimie będzie ona regularnie odśnieżana.”

Lecimy szukać maskonurów. Kierujemy się w stronę naszego promu i odbijamy na drogę 94 kierującą na północno-wschodnie fiordy, wcześniej robiąc przystanek przy jakimś nieznanym nam wodospadziku.

Droga 94 po 10km zmienia się w szutrówkę i przez następne 60 prowadzi nas przez przecudne fiordy. Mamy przed sobą strome podjazdy i zjazdy z widokiem na morze Grenlandzkie. Błękitne niebo i warstwa niskich chmur na wysokości połowy fiordów tworzą niesamowity śródziemnomorski klimat. Docieramy do końca drogi, jesteśmy trochę zawiedzeni, bo nie było śladów ptactwa. Przed nami pozostała tylko mikroskopijna wysepka, a przed nią znak informujący o punkcie obserwacji ptaków. Zatrzymujemy moto i tak mieliśmy zrobić przerwę przed powrotem. Podchodzimy do wysepki i wtem pokazują się pokraki. Latają nam nad głowami, pozują na krawędzi, chowają się do swoich norek. Widok tych uroczych ptaków poprawia nam i tak niezłe humory.

Teraz możemy kierować się na kemping usytuowany przy samym porcie. Jutro nasza Islandzka przygoda się kończy. Wracamy tą samą, jedyną drogą. Chmury schodzą coraz niżej, wiatr się wzmaga ale jest pięknie. Dojeżdżamy do asfaltu i przed nami ostatnie islandzkie kilometry przez szczyty fiordów. Początek drogi standardowy, zmienia się w miarę zbliżania się do wierzchołka. Widoczność z powodu mgły spada do 20m, temperatura nie więcej jak 3 stopnie. Leżący dookoła śnieg zdaje się machać nam na pożegnanie. Droga po 2-4km powoli opada w dół i robią się przyzwoite motocyklowe warunki. Wyłania się panorama portowej miejscowości. Dojeżdżamy do kempingu i wdrażamy standardowe wieczorne procedury.

Chłodny poranek, zagaduje do szwajcara, że nie musi malować swego nowego czarnego BMW800GS bo i tak jest ładny. Z pędzelkiem w ręku, lekko zmieszany, mówi że czyści łańcuch. Pyta czy mam może klucz 13 bo chce naciągnąć łańcuch. Szukam w swoim zabranym zestawie, wtedy podchodzi Brytyjczyk od Suzuki DRZ400 i mówi, że nie znajdę bo to porządny japoński motocykl. Nic to, że w Dl-u dopatrzył się Hondy. Chwilę gadamy i odsyłamy go do pobliskiej Dacii Logan lub do lawety z zapakowanymi siedmioma BWM 1200GS. Pakujemy manele i ok 9-tej podjeżdżamy do odprawy promowej. Zajmuje to ok 10min. Chwila oczekiwania na pozwolenie wjazdu na prom i zaczynamy życie na morzu od wizyty w pływającym oddziale banku, gdzie przedstawiamy wypełnione naszymi danymi personalnymi formularze TaxFree. Mimo zaznaczonej opcji, że chcemy zwrot zapłaconego podatku na konto karty Visa, koleś z rozmachu wypłaca nam duńską gotówkę, potrącając równowartość ok 30PLN kosztów operacji. Złodziejski przelicznik ISK → DKK nam nie przeszkadza. Ze zwrotu mamy na 2 obiadowe posiłki i chyba jeszcze na jakieś 4 cole wystarczyło.

Spotykamy naszych znajomych Italiańców, wymieniamy wrażenia. W jego Hondzie Dominator łańcuch się potwornie wyciągnął, wcześniej jak pytałem Rosjanina z Transalpa czy wszystko ok, to odpowiedział, że „chain is dead”. To poprawiło trochę moje morale, że mój trzyma normę. Może trochę bardziej hałasuje, ale od początku wyjazdu nic z nim nie zrobiłem. Ma prawo wydawać agonalne dźwięki. Potem już tylko znane kółko → górny deck, bezcłowy, kawiarnia, górny deck. Taki tryb życia towarzyszył nam do sobotniego przedpołudnia.

Sobota, 09.07

Dopływamy do portu Hirsthals w Danii ok 12:30. Przekonuję się że zostawienie kasku wraz z motocyklem to błędna decyzja - jest szczytowy okres połowu i eksportu dorsza i mintaja. Szybka ewakuacja i lecimy nudną do bólu autostradą, aż do Szczecina. W międzyczasie ścigamy się z burzą i sprawdzamy jaki minimalny zasięg może mieć V-strom na jednym zbiorniku. Udało nam się wykręcić spalanie na poziomie 7,2 l/ 100km. W Szczecinie nocujemy na znanym nam już kempingu. Bierzemy wersję wypasioną, bo domek … z opcją śniadania. Wybór był trafny. Burza dotarła do Szczecina, mocno padało, a my zrelaksowani leżakowaliśmy pod dachem. 450km dojazd do Olsztyna. Deszcz na nas nie robił wrażenia. Czasowo zajęło nam prawie tyle samo czasu co wczorajsze pokonanie odcinka 1000km po zachodnich trasach. Po 5300km drogi lądem i 3600km przez wodę, jesteśmy w domu.