Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Solar ut kezdőknek czyli żółtodzioby na Węgrzech


Solar ut kezdőknek czyli żółtodzioby na Węgrzech (2011)

Autor: nanka

Kiedy w kwietniu rzuciliśmy hasło Węgry, myśleliśmy, że przyjdzie nam jechać we dwoje. Tymczasem, borem.. lasem… zebrało nas się całkiem sporo, bo 5 motorów w składzie: Rakotwórczy, Kastor z nanką, Arni, Arur8K8 z Agą no i oczywiście Przemooo bez tłumnika hehehe Przemooo: „Miałem, ale puste..” W Budapeszcie dołączył do nas Manson, ale to potem… Kastor dwa miesiące wcześniej zaczął planować traskę – znaczy się – każdy wolny wieczór siedział na wujciu gogle maps i planował… planował… planował… a potem zmieniał, zmieniał… zmieniał… aż doszedł do powiedzmy wersji końcowej..

czyli wyruszyliśmy … Najpierw wszyscy musieli uczestniczyć w pożegnaniu naszych dzieciaków jadących na obóz i w drogę!! O dziwo, wyjechaliśmy nawet przed czasem… jeszcze większy szacun, ze wszyscy trafili do nas na wieś, łącznie z Przemkiem, który nawet nie dzwonił do Marlona, ze się zgubił hehehe

Słowacja zaskoczyła nas pięknym widokami na Tatry, niskimi cenami piwa oraz umywalkoprysznicem w hotelu. Szokujące były romskie favele rozrzucone wzdłuż drogi.. tak serio to baliśmy się zrobić zdjęcie, nawet z motoru… Droga do Moldavy, zwłaszcza odcinek ze Smolnika do Jasef, to prawdziwy raj dla motocyklistów: zakręt za zakrętem wśród lasów… to zdecydowanie to, co lubię najbardziej!

Pierwsze wrażenie hotelu nie było zbyt dobre, ale to trwało tylko chwilkę… do momentu, kiedy bardzo miła Pani pozwoliła parkować naszym cudorumakom w holu. Niby dwie gwiazdki, ale czysto, miło i dobre śniadania za 2 euro. Następny ranek to kawa w Koszycach (piękne miasto, pełne fontann i uroczych zakątków).

Nawigacja nie jest doskonała i wywozi nas w pole i jakieś opuszczone gospodarstwo. Znajdujemy jednak piękne ruiny zamku w Boldgkovaralja, zatrzymanie na zdjęcia, nasze i deeli, mała zabawa ze statywem Maćka i lecimy…

Nie zabawiliśmy długo, bo w głowach mieliśmy już węgierskie winiarnie, Tokaj no i baseny w Miszkolcu. Droga się wiła, winkielki urozmaicały jazdę. Pięknie rozłożone wzdłuż drogi winiarnie zachęcały do rozkoszowania się widokiem, smakiem i zapachem. Niestety, degustować mogłam tylko ja (hehehehhe ) i Agnieszka. Panowie, zdając się na mój gust, kupili buteleczkę lub dwie. Jeszcze tylko wpis pamiątkowy i spowrotem na siodło. I choć teoretycznie odległości to nieduże to z bólem wielkim przyznajemy się – na baseny termalne przyjechaliśmy za późno, bo po 19 a czynne do 20.00. Trzeba też przyznać, że niepotrzebnie wcześniej zahaczyliśmy o Sarosptak, do którego droga może i piękna ale samo miasto już niekoniecznie Rozczarowani troszkę ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Ostatnie 70 kilosów to deszcz i silny wiatr, ale daliśmy radę! i nasze deszczówki też. Z tego co mi opowiadali to była jeszcze jakaś pizza, piwko, pogaduchy ale o tym to muszą sami, bo ja – przyznaję się bez bicia – po 12 godzinach w siodle padłam bez życia i nic nie pamiętam

Kolejny dzień to już droga przez Węgry i cel: Budapeszt. Jaskinia Balarda, część Nemzeti Parku, w Aggtelek. W sam raz na zwiedzanie w motorowych ciuchach. Duża, z nietoperzami, krótkim koncertem z utworkiem Vangelisa a przede wszystkim z węgierskim przewodnikiem i prawie dwugodzinną godziną zwiedzania wrażenia niezapomniane. Potem Eger, malowniczy bardzo, gdzie panienki robiły sobie z Maćkiem fotki… no i jego sprzętem oczywiście, a my kupowaliśmy pyszne wino w dobrej cenie. Budapeszt. Moto camping 6 przystanków metrem od centrum. Maleńki, przyjazny i riderzy z całej Europy. Pierwszy wieczór to próby pisania relacji i pogaduchy z Finnem na Kawasaki. Efekt: zaklepana meta w Finlandii i 4 litry wina mniej Następny dzień to zwiedzanie stolicy metrem, busem i na nogach, żeby tyłki od siodła odpoczęły. Dla Mansona , który dołączył do nas pod wieczór, był to pierwszy przejazd węgierskim metrem, czego niestety nie udało się obfotkować.. Manson, te Twoje wielgachne oczy i przerażenie na twarzy… bezcenne Cały dzień w Budapeszcie naładował akumulatory na dalszą drogę na Seged.

Prawie całą drogę do Szeged przekimałam na moto Kastor tylko co jakiś czas budził mnie przez interkom, albo sama uchylałam oko na rondkach Pierwszy postój to Kecskemet, urocze miasteczko z ciekawą architekturą.

Puszta węgierska robi wrażenie, a już dojazd na piaskowe wydmy.. musiałam to nakręcić piach, dziury i bezcenna rada Rakotwórczego – minimum 40km/h inaczej się nie da udało się i nasze stopy zanurzyły się w rozgrzany węgierskim słońcem piasek… Spanie w Segedynie… Hmmm kiedy Kastor rezerwował noclegi nie było wzmianki o tym, że będziemy spać w kolegium grekokatolickim trudnym do znalezienia zresztą.. i tu pytanko na marginesie– Panowie, czemu Wy o nic po drodze nie pytacie?? gdybym nie podeszła do bardzo miłej węgierki, mówiącej – dzięki niebiosom – po angielsku, szukalibyśmy tego hoteliku i szukali… Spokojnie, czysto i co najważniejsze w łóżku, po dwóch nocach w namiocie, nie do przecenienia

Część grupy skoczyła na baseny (było tak fajnie, że Manson przetarł na ślizgawkach spodenki ), ja z Kastorem wyszliśmy chłonąć miasto.. warto było, w Szegedynie odbywał się właśnie festiwal teatralny.. dużo ludzi, węgierskich przysmaków, dobrego winka, piękne Stare Miasto. Wieczór już wspólny w dobrym towarzystwie!

Rano zapewnienie Kastora – Zaprawdę powiadam Wam, dziś moczyć dupska będziecie w Balatonie (pewnie wpływ miejsca ) i w drogę. W planach był Pecs, ale część grupy marzyła już o ciepłych wodach węgierskiego „morza”, Maćka dopadła klątwa Rakoczego (*niech sam opisze hehe), więc w Baja my, Mason i Przemooo polecieliśmy zgodnie z planem a Artury, Maciek i Arni nad Balaton z prikazem znalezienia campingu w cieniu, z dobrym widokiem i w dobrej cenie trzeba przyznać – udało im się ! Pecs – co tu dużo pisać – piękny! A już zanurzenie nóg w fontannie… wyobraźcie sobie 28 stopni, siebie na moto, a potem ten moment, kiedy ściągacie buty i stopy lądują w zimnej wodzie… super prawda? do tego cudne widoki, meczet w tle, kamieniczki oświetlone słońcem, kobiety do zakochania (to Przemooo ) – to właśnie był Pecs. No nie mogę nie wspomnieć o kakakumbie (pisownia celowa ) wpisanej na listę UNESCO. Kastor bardzo się na nie cieszył… no i była jak to chłopaki określili, trochę kamieni, malunek na ścianie i przesłonięte to ścianką, żeby trzeba było zapłacić 600 forintów tak, wiemy Przemooo, że będziesz to pamiętał IV wiek n.e., Przemo, IV wiek

Potem jeszcze lepiej, bo droga z Pecsu nad Balaton – bajka! Piękne widoki, zakręty, poczucie wolności i super ekipa – niczego więcej do szczęścia nie trzeba : długie proste z hopkami, szerokie serpentyny, a to wszystko zakończone długą prostą ekspresową, po której można szybko śmigać Reszta ekipy czekała już na nas nad Balatonem i w prawie pełnym składzie opijaliśmy (delikatnie oczywiście;P) dojazd nad Balaton.

Ps. CIPOBOLT po Węgiersku to SKLEP OBUWNICZY! bez głupich skojarzeń

Następny dzień to luz. Ja i Kastor do leżenia na plaży się nie nadajemy, musimy być w ruchu, więc motor i w objazd wokół Balatonu. Jadą z nami Manson, Przemek i Maciek. Przeprawiamy się promem na Tihany (jak ja kocham motor…! Między autkami i bez kolejeczki! Tam auta przepuszczają, nie to co u nas… )

Jedziemy do Topolca, do jaskini z podwodnym jeziorkiem.. No jeziorko to nie było, ale łódeczkami płynęliśmy Przemooo, przerażony, rozpoczął spływ w kacholu hehehe , potem to już była duża frajda, większy śmiech i największe przerażenie Mansona, kiedy prawie tonknęli się łódeczką gromki śmiech nas wszystkich niósł się po jaskini… jedno ale – traska zdecydowanie jak na nasz gust za krótka! i w drogę do buddyjskiej świątyni. Szuter, pod górkę, dziurska jak w Polsce… Banany chłopaków na twarzach – duże… moje jęki z powodu bolącego tyłka – jeszcze większe…! w świątyni drogę oświecenia przeszli tylko Kastor i Manson (ja niestety różnicy przed i po nie widzę.. ) reszta padła w cieniu i tylko strzelaliśmy fotki

Potem zjazd na stojaka i w drogę na Heviz, na najstarsze kąpieliska termalne w okolicy. Nenufary, wysokie stężenie minerałów, głębokie jezioro wewnątrz („aaaa… teraz to już wiemy czemu wszyscy idą z kółkami albo czymś takim..”) i panowie, odnowieni, wynurzyli się po godzince. Ja pospałam przy motorach, znaczy się pilnowałam motorów, kasków, butów, portfeli, aparatów, kurtek, a nawet telefonów. ( tak tak, plecaczek się czasem przydaje) Bo ja, sierota ostatnia, zapomniałam stroju.. Potem to już, wynudzeni na maksa, 50 na godzinę, wróciliśmy na camping w Balatonszemes. Wieczór na molo, winko i jaskółki Mansona (taaaa.. )

Rano pakowanie, pożegnanie z Arturami i w drogę na Sopron. Nie mogliśmy nie pojechać na Panonian Ring, testowy tor wyścigowy. Wprawdzie panowie planowali odpiąć kufry i pośmigać, ale widok ścigaczy z 250 na blacie w zakrętach szybko ostudził nasze zapały samo oglądanie podniosło adrenalinę a mi motylki w brzuchu

Za to chłopaki namówili mnie na jazdę tyłem na motorze, w celu nakręcenia filmu.. To było coś! nogi na kufrach, przy przyspieszaniu wbija cię w centralny.. Warto było! W Sopron znaleźliśmy mały hostelik, Przemooo wytargował niższą cenę, więc w dobrych nastrojach udaliśmy się na zwiedzanie. I o ile Pecs był piękny to Sopron zwalił nas z nóg! Miasto, któremu udało się przetrwać w stanie nienaruszonym wszystkie wojny; wąskie uliczki pełne ciekawych zaułków, szyldów i kamieniczek.

No i długo wyczekany węgierski gulasz, po którym chłopakom zrobiło się gorąco, pot zrosił im czoła a papryczka zabarwiła poliki i nie tylko Do tego oczywiście pyszne, jak zawsze, lokalne winko. Wieczór podsumowujący wyjazd, pasta do zębów na klamce rano i… do domu niestety. Ostatni dzień to podróż przez cztery granice Węgry – Austria – Słowacja – Czechy – Polska.

W Czechach dowodzenie przejął Maciek i sobie tylko znanymi dróżkami dowiózł nas do Ustronia, do siebie na kawę. Ostatni pyszny obiad w pobliskim barze i najgorszy odcinek do przejechania – polski. I koniec. Niestety. Do następnej wyprawy!

Kilka przemyśleń na koniec, jak najbardziej subiektywnych:

Dziewczyny, kobiety, panie! Podróżowanie motorem to niesamowita frajda i zanim powiecie: nigdy w życiu, spróbujcie choć raz! Warto! Jak już spróbujecie i przygotujecie sobie rzeczy na wyjazd to weźcie z nich połowę. I tak wystarczy, a zamiana szpilek na motorowe ciuchy działa bardzo oczyszczająco na psychikę a i wynegocjowane miejsce na mini suszarkę na pewno się znajdzie Poczucie wolności, przynależenia do grupy i wiatr rekompensują wszelkie niedogodności. Węgry na pierwszą wyprawę nadają się idealnie! W tym miejscu dzięki Jarsonowi, który na wiosennym zlocie poradził ten kierunek, miałeś rację! Kulturalni kierowcy, zdecydowanie mniejszy ruch niż w Polsce (zwłaszcza jeśli chodzi o tiry), ciepłe słońce tylko dodają radości pierwszym motorowym śladom. Ceny paliwa zbliżone do polskich, jedzenia również. Drogi gładkie, rzadko zdarzają się dziury, często ronda. Nie brakuje ciekawych odcinków pełnych łuków, serpentyn i pięknych widoków. Pamiętać trzeba, że w soboty, a już na pewno w niedziele sklepy są zamknięte, a weekendowy ruch bliski zeru (oczywiście nie nad Balatonem, tam to sajgon). Autostrady są płatne, winietki można kupić u nas, ale taniej wychodzi na miejscu (25zł w PZM i ok. 12zł na Węgrzech za 4dniową winietę). Podobnie z walutą, lepiej wziąć euro i wymienić na miejscu niż wieźć forinty z Polski.
Nie ukrywam, że jazda w wysokich temperaturach może być męcząca, i jeśli ktoś lubi ciepłe klimaty to warto zainwestować w letnią kurtkę – sprawdziła się idealnie. Podobnie jak zwykłe dżinsy z ochraniaczami na kolana. Może się nie znam, w końcu – tylko plecaczek, ale jeździło się dobrze a i poczucie bezpieczeństwa nie ucierpiało. Na końcu podziękowania dla tych wszystkich, dzięki którym ten wyjazd był tak udany. Kastorowi (wiem, wiem.. prywata), za to, że mnie wziął i teraz to już będzie musiał hehe Maćkowi (Rakotwórczemu), Masonowi, Przemkowi, Arturowi i Agnieszce oraz Arniemu (kolejność przypadkowa). Dziękuję za ciepłe przyjęcie, żarty i śmiech. Z tymi ludźmi można jechać wszędzie a i Węgry polecamy!!
Ps. Zamieszczone zdjęcia są autorstwa Maćka, mojego i Kastora.