Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Skandynawia

Skandynawia 2010

Autor: bibop

Sam pomysł wyprawy na Nordkapp powstał prawie rok temu po powrocie z poprzednich wakacji. Siedziałem i patrzyłem gdzie można by pojechać i po przeczytaniu jakiejś relacji i spojrzeniu na mapę powiedziałem, że właściwie dlaczego nie.
Powoli zaczęliśmy zdobywać informacje na temat krajów skandynawskich i ustalać trasę przejazdu.
Pierwszy pomysł był taki żeby jechać przez kraje nadbałtyckie do Helsinek i przez Finlandię na Nordkapp. W czasie pogłębiania naszej wiedzy zmodyfikowaliśmy trasę tak żeby przez Finlandię wracać, a przepłynąć promem do Karlskrony lub Nynashamn i jechać przez Szwecję i Norwegię.

Do wyjazdu było bardzo dużo czasu, ale powoli zaczęliśmy kompletować sprzęt i zastanawiać się co będziemy jedli. Wyjazd miał być nisko budżetowy, a słysząc z relacji ludzi jakie są tam ceny żywności postanowiliśmy wziąć jedzenia na 15 dni, tak, aby być samowystarczalnym.
Dodatkowo chcieliśmy jakieś małe, ale ciepłe śpiwory i maty, które nie będą zajmowały dużo miejsca. Wiadomo, jak się jedzie w pojedynkę to miejsca na moto jest dużo, ale jak się ma plecaczek to już tak dużo miejsca nie ma, w dodatku jeżeli planuje się spanie na dziko i jedzenie dla dwóch osób na prawie 3 tygodnie.

Na zdjęciu tylko obiadki. Do tego było jeszcze ze 3 kg różnych orzechów, owsianka i płatki ryżowe, białko, kaszki i gorące kubki i MRP Olimpa.
Z innego wyposażenia to kartusze z gazem, palnik, menażki, kubki i inne duperele.
Z “małych” akcesoriów dodatkowo kupiliśmy śpiwory puchowe, które po spakowaniu maja objętość 2 kartonów mleka, maty dmuchane Fjorda Nansena, które są mniejsze niż butelka 1,5L, ręczniki z mikrofibry.

Oczywiście im bliżej dnia wyjazdu tym więcej kilometrów do trasy dochodzi i tak “ostateczna” trasa zamyka się w prawie 8000 km.

Jako miejsce lądowania w Szwecji wybieramy Karlskronę. Kupujemy bilety na nocny prom Gdynia - Karlskrona. Data startu 05/07, godz. 21.
Oczywiście przed wyjazdem przegląd motocykla, wymiana świec, oleju, montaż podgrzewanych manetek i gniazda zapalniczki. Klucz dynamometryczny jedzie z nami.

04/07/2010 - Warszawa - Sopot

Ruszamy dzień wcześniej żeby odwiedzić babcię Agnieszki i spędzić dzień w Trójmieście. Rano oczywiście głosowanie i koło 9 w drogę. Na liczniku 38806 km.

Początkowo jestem przerażony bo motocykl nie daje się prowadzić (kufer centralny z jedzeniem i dodatkowym bagażem waży 30 kg)... jest niestabilny i zastanawiam się jak daleko dojedziemy bez gleby Razz, ale po kilku kilometrach wszystko jest już okej i jedziemy na północ.

Po drodze przerwa na jedzenie i krótki odpoczynek. Jest gorąco, ale da się jechać. Na szczęście TIRy w weekendy nie jeżdżą (tylko te z produktami łatwo psującymi się) więc nie jest źle.
Docieramy o 14, jest dobrze, trzeba tylko zanieść bagaże do mieszkania... uff... można się przebrać w cywilne ciuchy, coś zjeść i iść nad morze.

Za nami 373 km co w perspektywie 8 tysięcy jest niczym.

Idziemy przejść się plażą do molo i na “monciak” gdzie chcemy coś zjeść... wybór pada na pizzerie Pinokio gdzie na rybę czekamy z godzinę.
Wracamy do domu i idziemy spać.

05/07/2010 - Sopot - Prom

Ponieważ prom mamy o 21, a do przejechania 20 km to rano udajemy się na zwiedzanie Gdańska. Wsiadamy w SKM i jedziemy. Kręcimy się po mieście jedziemy do Gdyni i koło 15 wracamy do Sopotu żeby powoli szykować się i moto do wyjazdu.

Do naszej dwójki dołączyć ma Jaro, z którym umówiliśmy się koło 18 w porcie w Gdyni. Niestety trzeba było kufry wnieść po schodach, na szczęście tylko jeden pokład, bo winda była popsuta. Trochę się spociliśmy targając bagaż na 2 razy.

Kupując bilety wybrałem kabinę bez okien, która była 100 pln tańsza, ale podczas odprawy mogło się komuś coś pomylić i dali nam kabinę na dziobie w dodatku z oknem

Szybki prysznic i przepierka, i idziemy na pokład zobaczyć zachód słońca. Później idziemy na kolacje (w cenie biletu), która jest w formie szwedzkiego stołu (z dobrym jedzeniem), a koło północy spać bo o 7.30 dopływamy, a jeszcze przecież śniadanie trzeba zjeść (też w cenie biletu i też w formie szwedzkiego stołu).
Jakby nie było zrobiliśmy 350 km

06/07/2010 - Karlskrona - Sala

W nocy trochę buja, a przez okno widać jak fale uderzają o prom.
O 6 rano budzi nas pokładowy budzik informując, że za 1,5h dopłyniemy i zapraszają na śniadanie...
Z rozładunkiem jesteśmy trochę spóźnieni bo trzeba te kufry znowu na dół zanieść, ale ruchu nie blokujemy bo nasze moto stoją na środku i nikt tamtędy nie jeździ.

W Karlskronie jest zimno i lekka mżawka, ale w ogóle to bardzo przyjemnie, nie to co u nas.
Pierwsze kilometry ostrożnie bo sie nasłuchaliśmy jak to wszyscy przepisowo jeżdżą w tej Szwecji, ale jeżeli TIRy przekraczają prędkość to chyba jednak nie wszyscy tak przepisowo jeżdżą.
Powoli docieramy na rynek, kilka fotek “z miejsca” bo do Sztokholmu mamy 500 km więc nie ma co tracić czasu.

Jedziemy E22 do Norrkoping, a stamtąd E4 do Sztokholmu. Droga jest fajna, jedziemy prawie cały czas 100-120 km/h. Nie maja tam caly czas dwóch pasów tylko są 3 pasy, z których środkowy raz jest w jedną stronę, a raz w drugą przeznaczony do wyprzedzania. Odcinki na jakim dystansie jest “przekładka” są opisane na tablicach i jest np. że przez 1,6 km jest jeden pas, a później przez 2,2 km dwa pasy... nikt się nie stresuje, nie podjeżdża na zderzak żeby zjechać bo wie, że zaraz będą dwa pasy. Fajne rozwiązanie.
Po kilkuset kilometrach zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu, który wygląda bardzo fajnie. Są stoliki, jest kibelek, jest miejsce do rozbicia namiotu więc myślimy, że takie parkingi będą wszędzie

Do Sztokholmu docieramy chyba koło 16 więc już późno... nie sądziłem, że aż tyle czasu nam to zajmie... O tej godzinie to wiadomo, godziny szczytu więc korek jak cholera. Niby lokalesi jeżdżą po bus pasie, ale my się na to nie decydujemy i stoimy grzecznie w korku... za bardzo między samochodami tam nie jeżdżą, a dodatkowo Jaro nie chce się pchać w środek bo to jego pierwsza trasa z kuframi bocznymi.

GPS prowadzi nas do muzeum Vasa.
Statek Vasa jest jedynym siedemnastowiecznym statkiem na świecie, który przetrwał do dzisiaj. Ozdobiony setkami rzeźb i zachowany w prawie 95 procentach w oryginale statek jest unikalnym skarbem sztuki oraz jedna z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych świata.

Dlaczego zatonął w czasie swojego dziewiczego rejsu? Podczas budowy król Gustaw II Adolf zażądał większej ilości dział, które umieszczono za wysoko (na górnych pokładach), kiedy wychodził z portu dwa podmuchy wiatru spowodowały położenie statku na boku, nabrał wody i zatonął.
Po 333 latach od zatonięcia został wydobyty i ciągle trwają prace konserwatorskie.

Warto odwiedzić to muzeum. Cena 110 SEK za osobę.
Jak ktoś chce więcej historii to jest ona tu http://vasamuseet.se/en/Sprak/Polski/

Po zwiedzaniu jest już po 18 więc pora wydostać się z miasta i poszukać miejsca na pierwszy nasz nocleg. Ustalamy, że jedziemy E18 do Enkoping, a stamtąd drogą nr 70 w stronę Mory.

Niestety na tych drogach nie ma już takich fajnych parkingów... dodatkowo nie mamy wody więc zatrzymujemy się w jakimś sklepie żeby kupić, a tam zonk... jest woda, ale tylko gazowana... znajdujemy niegazowana importowana, która jest 2 razy droższa od zwykłej, ale co zrobić trzeba kupić... później się domyśliliśmy, ze oni to wodę piją prosto z kranu więc nie ma potrzeby sprzedawać jej w sklepie.

Już na drodze 70 znajdujemy polankę przy drodze na której chcemy się rozbić, ale nie ma równego miejsca więc jedziemy dalej... kilka km później kolejna polanka, tym razem równo więc wyciągamy namioty i kolejny zonk... wszędzie kamienie, nie da się wbić szpilek w ziemie, a bez tego nie rozstawimy naszego namiotu. Jaro ma samonośny więc od biedy jest w stanie się rozbić i widzę, że ma ochotę zostać, ale mówię, że my jedziemy szukać czegoś innego bo tu nie ma szansy dla nas... nie jest ciekawie bo już po 20, a wszędzie albo pełno domów, albo kamienie... niby można się rozbić wszędzie, ale przecież nie będziemy rozbijać się komuś w zbożu.
Na stacji benzynowej w Sala pytam dziewczynę, czy możemy się rozbić na trawce, a ona, że przy stacji to nie bardzo, ale za stacją jest trochę miejsca i tam nie ma problemu.

No to jedziemy i się rozbijamy... nikt się nie czepia, policja nas widzi, ale zero zainteresowania.
O 23 jest jeszcze słońce.
W nocy ktoś jeździ na skuterze i trąbi... może pijany? Dzisiaj przejechaliśmy 649 km.

07/07/2010 - Sala - gdzieś w drodze do Sarna

Rano wstajemy, jemy śniadanie i jedziemy w drogę do Orsa Bjornpark. Chwile po tym jak wróciliśmy na drogę 70 widzimy wielki parking ze stolikami i sanitariatami uppss... Nic, trzeba jechać.
Dzisiaj pogoda dopisuje, czasami nawet trochę za ciepło. Jedzie się przyjemnie, czasami zatrzymujemy się żeby zrobić zdjęcie.

Dojeżdżamy do miejscowości Rattvik gdzie zatrzymujemy się na trochę. Kaski zostawiamy przy moto, raczej nie kradną bo obok stoi H-D i zostawili na nim kurtki i buty.
Idziemy nad wodę. Rattvik to taka fajna wypoczynkowa miejscowość nad jeziorem Siljan. Z plaży jest molo, które zostało chyba wybudowane za pieniądze ze zbiórki. Na każdej desce jest imię i nazwisko “właściciela”. Fajna inicjatywa i fajne molo. Aż do jego końca jest woda płytka (im dalej tym trochę głębiej) i żadne wodne sprzęty się tam nie zapuszczają. Z boków molo są pomosty na których można się rozłożyć z ręcznikiem i iść pływać.
Na końcu są łódki żaglowe dla dzieci i kilka motorowych, nic nie jest pilnowane i chyba wszystko jest za free. Nie ma też ratowników, dzieciaki robią co chcą.
Mamy ochotę wskoczyć do wody, ale chwilę się kręcimy i wracamy bo trzeba jechać do niedźwiadków.

Do Orsa Bjornpark dojeżdża się bocznymi drogami z fajnymi zakrętami. Kilka razy przytarłem w zakręcie płytą pod silnik.
Sam park jest opisany jako największy w europie wybieg dla niedźwiedzi. Wejście kosztuje 200 SEK za osobę. Przed rozpoczęciem zwiedzania jeszcze posiłek. Jest bardzo ciepło.
Później idziemy zobaczyć niedźwiedzie (polarne, syberyjskie, brunatne), wilki, tygrysy amurskie, rysie i inne “polarne” zwierzęta w prawie naturalnych warunkach.
Wszystkie są za siatką i to nawet pod napięciem... jakoś nie wykazują zainteresowania turystami Trasa ułożona jest tak, że wiele zwierząt można oglądać z góry, teren jest rozległy i czasami te zwierzęta są daleko od nas, ale widać je dobrze, nawet jak małe niedźwiadki się bawią.
Kilka fotek, kiepskiej jakości, ale lepsze takie niż spotkać takiego na żywo w lesie bez siatki Z parku wychodzimy jak już zamykają. Trzeba jechać znaleźć miejsce do spania.
Bocznymi drogami jedziemy do Alvdalen i dalej drogą 70 kierujemy się do miejscowości Sarna.
Po drodze chcemy gdzieś rozbić obóz, ale wjeżdżając na “parking” widzimy, że jest to taki camping tylko niestrzeżony... napisane jest (również kartka po polsku), że ustanowili, że wzdłuż rzeki nie można obozować na dziko i oni zrobili specjalne miejsca dla camperów i namiotów, z kibelkiem, miejscem do grillowania, ale za to się płaci... jest skrzyneczka do której się wrzuca pieniądze razem z własnoręcznie wypisanym rachunkiem i można się rozbijać. Nawet już chcemy zapłacić, ale wszędzie te wstrętne kamienie... nie ma szansy rozbić naszego namiotu. Jedziemy dalej, chcemy odjechać trochę od rzeki i rozbić się gdzieś w lesie. Jaro mówi, że on musi mieć wodę żeby się wykąpać, zobaczymy co będzie.
Na drodze do Sarna jest objazd i nim, przez las jedziemy przed siebie. Najgorsze, że butelki mamy puste bo bez tego nie ma kolacji i nie ma śniadania, a poza tym bez wody to się nie da żyć. Zatrzymujemy się w jakiejś miejscowości żeby uzupełnić zapasy, ale wszystko pozamykane, ludzie w domach też nie otwierają... wtf, nie jest jeszcze późno. Nagle z lasu wychodzi kobieta i pyta czy czegoś potrzebujemy. Mówimy, że potrzebujemy wodę, a ona oferuje pomoc. Idziemy z nią do domu i rozmawiamy chwilę, że szukamy noclegu, że jedziemy teraz do Fulufjallet zobaczyć wodospad, a dalej na NC itd. Wodę dostajemy z kranu, a więc potwierdza się, że u nich wodę pije się z kranu. Kobieta mówi nam też, że przy drodze nad jeziorem jest kemping i że nie ma tam kamieni. Jedziemy, patrzymy, faktycznie wszystko fajnie... cena coś koło 150 SEK więc jedziemy w las bo jest jakiś drogowskaz do “Naturcamping”. Kawałek trzeba przejechać szutrami przez las, ale raczej nic strasznego... dróżka wysypana kamieniami więc nawet po deszczu nie ma za dużo błota.
W końcu dojeżdżamy i zastajemy fajne miejsce. Przejechane 372 km.

08/07/2010 - gdzieś w drodze do Sarna - gdzieś w drodze do Are

W nocy trochę pada, rano wstajemy i jest już w miarę ok bo nie pada, ale jest pochmurno...
Ruszamy zobaczyć najwyższy wodospad Szwecji znajdujący się w parku Fulufjallet.
Po drodze zatrzymujemy się na parkingu i pytamy jakąś parę jedzącą śniadanie z samochodu, czy dobrze jedziemy. Tłumaczą nam drogę i mówią, że na moto to dojedziemy bardzo blisko tego wodospadu i dają jakiś przewodnik i mapkę.
Tutaj mała uwaga na temat jedzenia w Skandynawii. Tam nie ma tak jak u nas, ze co chwila jest jakiś bar, karczma czy namiot z grochówką (są, ale nie tak często i nie takie duże). Tam ludzie kupują jedzenie w sklepie lub biorą z domu, zjeżdżają na parking przy drodze i robią sobie krótki piknik.

W Sarnie robimy zakupy, tankujemy i jedziemy. Kawałek za Sarna trzeba skręcić w lewo i jechać przez kilkanaście kilometrów dobrą, asfaltową drogą. Dojeżdżamy do parkingu na którym widzimy drogowskaz do wodospadu... ponieważ kobieta mówiła, że na naszych moto dojedziemy tam to jedziemy. Najpierw przez most za którym jest wał z ziemi (oczywiście przytarłem płytą pod silnik, nawet myślałem, że uszkodziłem nóżkę boczną), później szutrową drogą przez jakieś 3 km. Docieramy do przesieki w lesie i myślimy, że to tamtędy mamy iść w górę. Czy czerwone krzyże oznaczają szlak? HGW, idziemy... po przejściu dzikim terenem, po mchu, przeskakując strumienie stwierdzamy, że emeryci to raczej tędy nie przejdą i wracamy do moto.

Patrzę na mapę, a tam okazuje się, że do wodospadu to trzeba jeszcze kawałek dalej asfaltem jechać i do parkingu odchodzi inna droga... nic, wracamy i Cała droga oczywiście oznakowana znakami i strzałkami więc rada dla przyszłych zwiedzaczy, nie próbujcie szukać czegoś na własną rękę bo tam wszystko jest oznaczone i wszędzie są znaki Wodospad nazywa się Njupeskar i ma 93 m wysokości.
Po zwiedzaniu jedziemy z powrotem do Sarny żeby stamtąd odbić w boczną drogę bez numerka w stronę Ostersund.

Ruszamy, goni nas ulewa, a ja podczas robienia zdjęć lub jakoś wcześniej gubię sprężyny od centralnej podstawki i po kilku km centralka opada i szuram nią po asfalcie... mocujemy ją na stałe przy pomocy sznurka i dajemy 120 km/h bo deszcz zaczyna już kropić. Na szczęście udaje nam się uciec.

Dojeżdżamy do Ostersund. Przechodzimy się trochę uliczkami, idziemy do portu i na rynek trzeba jechać dalej, w stronę Norwegii, szukać miejsca do spania.
Jaro patrzy na GPSie i znajduje jakieś boczne drogi do jeziora, skręcamy więc w nie i jedziemy. Pierwsza odnoga i szlaban, nic, wracamy... dojeżdżamy do końca drogi i górki za którą jest jakiś domek. Sprawdzamy co i jak i wygląda na to, że domek jest pusty (znaczy ludzi nie ma bo w środku są meble i jakieś zabawki) więc postanawiamy się rozbić, niestety bez widoku na wodę bo zbocze za strome i nie było gdzie.

Przejechane 454 km.

09/07/2010 - gdzieś w drodze do Are - kawałek za Trondheim

Ruszamy jak zawsze, koło 10 i ruszamy w stronę Norwegii. Plan na dzisiaj to zobaczyć góre Areskutan i “zwiedzić” Trondheim.
Z naszego obozu do drogi głównej wiedzie taka ładna droga przez las. Pojawia się góra Areskutan. 1420 m.n.p.m. Chcemy tam wjechać kolejką linową. Cena za kabinbanan to 120 SEK, wjazd trwa ok 7 minut, a wagoniki jeżdżą co 20 min.
Na górze chłodno.
Ponieważ nie ma śniegu więc narciarzy nie ma to co można zrobić żeby góra żyła? A no trasy rowerowe... są trasy dla downhillowców jak i zwykłego XC. Sporo ludzi przyjeżdża z rowerami, maja specjalne wyciągi gdzie z boku mogą przyczepić rowery i nie muszą ich trzymać na kolanach.
Oprócz tego jest to baza wypadowa w dalsze góry gdzie jest mnóstwo jezior do łowienia ryb, są przygotowane domki do obozowania.
Na górze siedzimy chwilkę i wracamy żeby pojechać do kolejnego wodospadu na naszej liście.
Jest to Tannforsen, najszerszy wodospad Szwecji. Szerokość 60m, wysokość 32m, w jednej sekundzie przepływa przez niego 715 m^3 wody.
Na żywo robi piorunujące wrażenie.

Przy wodospadzie robimy przerwę na jedzenie i później lecimy już na Trondheim. Ponieważ pierwszy raz wjeżdżamy do Norwegii to nie wiemy czego się spodziewać. Ze Szwecją już się oswoiliśmy, ale nie wiemy jak tam jeżdżą, czy mają ukryte fotoradary, czy może Norwegowie dzwonią na policję jak widzą “wariatów”? Po przekroczeniu granicy na tablicy są pokazane prędkości. W terenie zabudowanym 50 km/h, poza 80 km/h... no dobra, jedziemy 80-tką i ku naszemu przerażeniu zauważamy, że wszyscy jadą przepisowo Sad Nigdzie nie widzimy żadnych znaków, że jest fotoradar więc nie kombinujemy i grzecznie jedziemy ze wszystkimi. Motocyklistów dużo więcej niż w Szwecji, ale nikt nas nie wyprzedza, jadą tylko z naprzeciwka więc nie wiadomo czy “kozaczą”. Dodatkowo jeżdżą same choppery, cruisery i customy, ścigów i japońców prawie brak.
Po jakimś czasie zatrzymujemy się na parkingu bo widzimy znaki, że droga E6 jest częściowo płatna i trzeba zapłacić na stacji za przejazd, bo wszystko jest automatycznie monitorowane. W cenniku nie ma motocykli, ale cholera wie, może płacą tyle co samochody? Walimy na stację i pytamy laski czy i ile mamy zapłacić. Ta trochę zaskoczona mówi, że chyba tyle co w cenniku, a my, że w cenniku nie ma moto na co ona, że w takim razie chyba nic Very Happy Po chwili młody chłopak mówi, że moto nie płacą bo nie mają tablic z przodu i kamery ich nie odczytają. Fajnie, jedziemy do Trondheim. Krajobraz się zmienia, zaczynają się fjordy, tunele w skałach, “autostrada”.

Po drodze kilka tuneli, takie po 2 km, mniej niż kilometr i prawie 4 km.
Na tej płatnej drodze faktycznie monitoring tablic jest, ale kamery ustawione są tak, że z tyłu też raczej sczytują tablice. No nic, poczekamy na rachunek, który wg. cennika ma przyjść na adres tego, który płatności nie dokona

Idziemy zobaczyć też katedrę Nidaros, zbudowaną nad grobem Olafa II Świętego. Jest to najwspanialsza budowla sakralna Skandynawii i najważniejszy zabytek miasta.
Jest nawet duża i nie mieści się w moim małym aparaciku. Do środka nie wchodzimy bo nie chce nam się szukać wejścia, a znając Norwegów to pewnie liczą sobie jakieś kosmiczne pieniądze za wejście, robimy rundkę wokół idziemy na rynek na lody i wracamy do moto... jednak chyba wolimy naturę niż miasta

Nie chcieliśmy wracać tą samą drogą do Szwecji bo i tak kolejny dzień miał być w górach przy granicy z Norwegią więc postanowiliśmy znaleźć nocleg po drodze. Droga bardzo fajna, widoki przepiękne, niestety mój aparat ładuje się pod kanapą i nie ma fotek, poza tym kiepsko wychodzą i dużo na nich nie widać. Tankujemy i ruszamy dalej. Rozpędzam się na ograniczeniu do 60 km/h i nagle patrze, a przy drodze policja z “lizakiem”, patrze na licznik - trochę ponad 80... hmmm... lekko hebelek i policja tylko na nas patrzy, udało się jak się później okazuje był to jedyny patrol policji spotkany w Norwegii. Pojawiły się też pierwsze fotoradary. Są oznakowane, ale tylko te, które robią zdjęcia z przodu, tzn. są po prawej stronie drogi. Te, które teoretycznie robią fotki od tyłu nie są oznakowane z naszej strony, a patrząc na jazdę norwegów, którzy jeżdżą już trochę szybciej niż przepisy pozwalają można wnioskować, że od tyłu nie strzelają. Ja mam jednak jeden “incydent” z fotoradarem z lewej strony. Mianowicie zabieram się za wyprzedzanie kolumny samochodów i na liczniku trochę ponad 100, a tu patrze radar z mojej lewej, ja na lewym pasie więc jak nic pyknie fote... ostre hamowanie i chowanie się między samochody, mam nadzieje, że się udało i nie będzie dodatkowych fotek

Zatrzymaliśmy się na parkingu przy drodze E6, ale tam napisali, że nie jest to kemping i po krótkim postoju życzą nam przyjemnej podróży. Włosi chyba nie znają angielskiego bo jak następnego dnia rano przejeżdżaliśmy w tamtym miejscu to normalnie tam rozbili namiot, ale dobrze się stało bo po jakimś czasie i odbiciu w boczną drogę udaje nam się znaleźć miejsce noclegowe.Chcemy kogoś zapytać czy nie ma problemu żeby zostać tu na noc, Jaro jeździ po domach, a tam nikt nie otwiera... samochody stoją otwarte, ale żywego ducha nie ma... później rozmawiamy z rowerzystą, który mówi, że spoko, nie ma problemu, co prawda to nie jego teren, ale raczej nikt się nie będzie czepiał i faktycznie nikt się nie czepia.
Niestety nie mamy wody co dla nas jest problemem. Jaro śniadań nie je więc jemu nie potrzebna, ale nam tak. Bierzemy butelki, wsiadamy na moto bez kufrów i ruszamy na poszukiwania... kurde, ale ten DL jest zrywny bez obciążenia. Widzimy ludzi na werandzie jednego z domów i Aga idzie napełnić butle. Są tak mili, że dają nam nawet torbę. Ok, wszystko jest, można iść spać.
To, że jest widno już nas nie dziwi. Swoją drogą to głupie uczucie jak masz non stop widno. Człowiek nie jest w ogóle zmęczony i przy dobrych wiatrach to w 2 dni dałoby się dojechać na Nordkapp.
Jak już się rozbijesz i wejdziesz do namiotu to z zaśnięciem nie ma problemów.

Dzisiejszy dystans to 373 km. Bez rewelacji, ale nie jest źle, chociaż ja się martwię, że to już 4 dzień, a na NC tak daleko (biorąc pod uwagę, że jeszcze parę miejsc po drodze chcemy zobaczyć).

10/07/2010 - kawałek za Trondheim - Storsele

W nocy trochę pada, wychodzimy z namiotu i jest ładne słońce. Jemy śniadanie, powoli się pakujemy, a ja widzę, że w naszą stronę nadciąga ulewa... nagłe przyśpieszenie, ale i tak moczy nam trochę namiot. Ale leje. Zakładamy kondonki, a po chwili wychodzi słońce. My jednak w nich zostajemy bo pewnie dogonimy ten deszcz... nie doganiamy Dzisiaj wracamy do Szwecji. Tam jedzie się przyjemniej.
Chcemy dojechać do drogi nr 74, którą dojedziemy do Gaddede, ale jazda po Norwegii nie jest łatwa, jak mówi później Jarowi jeden norweg “u nas na drodze mieszczą się tylko dwa samochody” No i tak jest... póki jedziesz i masz pustą drogę to jest fajnie, z jednej strony woda z drugiej skały, droga z zakrętami, lewo - prawo - lewo - prawo i jeb, kolumna camperów. Wyprzedzić coś takiego nie jest łatwo bo oni jada te 70-80 km/h, a obciążony DL to nie Hayabusa i trochę miejsca potrzeba, a dodatkowo zakręty i skały ograniczające widoczność nie ułatwiają zadania.
Udaje nam się dojechać do drogi 74 chociaż gdyby nie Jaro to ja bym pojechał dalej prosto, a cały czas powtarzałem sobie w myślach “74, 74, 74”.
Teraz przejazdy między Szwecją i Norwegią odbywać się będą przez góry. Droga fajna, jest chłodno i z każdym metrem wyżej coraz chłodniej. Pojawiają się szlabany, które są zamykane w zimę jak przełęcze są zamykane.
Widoki przepiękne, ale nie można się zatrzymywać co chwilę na foto tylko trzeba jechać.
No i jak sobie jedziemy tak spokojnie, chyba już po stronie Szwedzkiej to widzimy znak “roboty drogowe” i tu zaskoczenie. U nich roboty drogowe nie odbywają się jak u nas, tzn. jak u nas zrywają asfalt to jeden pas jest przejezdny i np. ruch wahadłowy. U nich zrywają asfalt z całej drogi i masz kilkaset metrów lub kilka km “szutrów”, dziur i kamieni. Na początku nie wiemy o co kaman bo na drodze jest kopny piach w dodatku polewany przez polewaczkę, tak, że robi się błoto.
Pytam kierowcy jakiegoś spychacza czy w ogóle możemy tędy jechać, a on mówi, że tak, a na pytanie jak długi jest to odcinek, mówi, że kilka km, ale później droga jest już lepsza.
aro na początku jest przerażony, jego pierwsza wyprawa z kuframi i takie drogi... jedzie powoli i ostrożnie.
Po kilku km faktycznie docieramy do asfaltu. Co ciekawe sprzętu typu koparki, i inne maszyny nie widać za dużo.
Prawie od razu po wjechaniu na asfalt jest drogowskaz do najfajniejszego naszym zdaniem wodospadu - Hällingsåfallet. Niestety droga szutrowa i w dodatku trzeba jechać nią 20 km co dla Jaro po tych robotach drogowych jest za wiele. Postanawiamy się rozdzielić i spotkać się w Gaddede za godzinę.
Droga spoko, 80-90 da rade jechać i nic nie urywa.

Sam wodospad jest piękny. 43m wysokości, woda wypływa z pomiędzy skał i spada na dół kanionu, który ma 800 m długości.
Naprawdę warto tam pojechać i go zobaczyć.
Wracamy do Jaro, który odpoczywa na słońcu w Gadedde. Jemy obiad, tankujemy i zdejmujemy kondonki bo słońce “mocno operuje”. Jedziemy w stronę Stora Blasjon, a po drodze odbijamy 20 km po szutrach (tym razem z Jaro) zobaczyć kościół na plaży w Viken.
Uwaga. Ja piszę szutry, ale tak naprawdę większość tych dróg to taki gorszej jakości asfalt posypany piachem i kamieniami żeby go wyrównać. Domyślam się, że skoro dopuszczają opony z kolcami w zimie, a tych dróg raczej nie odśnieżają to nie ma sensu ich remontować.
Jeżeli ktoś ma ochotę pokręcić się po prawdziwych szutrowych drogach to powinien wybierać żółte drogowskazy z nazwami miejscowości. Myślę, że te drogi są wprost stworzone dla DLa i można tam fajnie polatać... niestety nie mieliśmy za bardzo w planach eksploracji tych tras więc nic więcej nie powiem (z boku wyglądają zachęcająco

Wracamy do głównej drogi i przed Stora Blasjon zatrzymujemy się żeby zobaczyć najbardziej romantyczny wodospad - Brakkåfallet.
Jest naprawdę bardzo ładny chociaż mały. Niestety zdjęcia tego nie oddają, a szkoda. Całą “romantyczność” tego miejsca tworzą te kamienie i wijąca się woda, ale jak widać na foto wyszło całkiem zwyczajnie.
W Stora Blasjon jest park łosi do którego nie wchodzimy bo nie ma za bardzo czasu, a także można odbić do Ankarede (jedno z miejsc kultury Samów) skąd można iść 3km do wodospadu Lejarfallet. Jest już trochę późno więc darujemy sobie. Jesteśmy w górach, jest zimno i “mrocznie” i chcemy dotrzeć do Vilhelminy. Przejazd przez te rejony jest niezwykłym przeżyciem... w dodatku w takich warunkach pogodowych, masz wrażenie, ze jak coś się spier... to tutaj umrzesz
A propos spierd.... to miałem nieciekawą akcję. Jedziemy sobie tym pustkowiem, wiatr wieje na całego, jest zimno jak cholera, ale podziwiamy ten surowy krajobraz i nagle znak ostrzegawczy (!) i jakiś podpis pod nim, oczywiście w niezrozumiałym języku i nagle patrze, a przede mną “śpiący policjant” tylko taki wysoki i krótki, a ja na budziku mam coś koło 100 km/h. Ostre hamowanie, podniosłem jeszcze dupę i przed przeszkodą gazu, ale jak przywaliłem osłoną to myślałem, że osłony już nie mam i kolektora też... już widzę jak umieramy na tym pustkowiu, ale na szczęście oderwał się tylko sznureczek który trzymał centralkę. Dorabiamy nowy i w drogę. Chwilę po tym zdarzeniu widzę jakiś “szałas” na wzniesieniu.

Prowadzi do niego szuter więc dzida pod ten namiot... wieje jak cholera, a na drodze pełno kamieni no i drugi raz tego dnia moja płyta zapoznaje się ze Szwedzką ziemią... grrr... myślę sobie, że teraz to już na pewno coś odpadło, ale patrze, że znowu tylko sznurek się urwał. Tym razem w użyciu taśma McGyvera i jedziemy dalej.
Tak pisze, że to takie pustkowie, ale tam jest pełno camperów. To jakiś narodowy sport Skandynawów, kupić sobie campera, jechać gdzieś, zatrzymywać się na parkingach i “obozować”. Tak w ogóle to po Szwedach, Norwegach i Finach nie widać jakiegoś wielkiego bogactwa. Nie mają oni super wypasionych domów w stylu naszych nowobogackich, nie mają monitoringi i murów wyższych niż na Wawelu, mają drewniane domki w lesie, jakiś samochód (dużo szwedów ma amerykańskie krążowniki w bardzo dobrym stanie) no i campera albo przyczepę. Jeżdżąc tam pomyślałem sobie, że kiedyś zamienię moto na campera Koniec dygresji. Okolice po których jeździmy to są oczywiście święte miejsca Samów więc pewnie jakieś dobre duchy czuwały nad nami W trasie się ubraliśmy w kondonki bo zanosiło się na deszcz.

Po drodze, u podnóża góry Mars jest Fatmomakke, miejsce kultury Samów, ale ponieważ byliśmy trochę zmarznięci i trzeba było odbić na szutry przez 7 km to sobie darowaliśmy. Następnym razem tam pojedziemy Im niżej tym cieplej i więcej słońca. W Vilhelminie tankujemy i postanawiamy zatrzymać się na kempingu żeby wysuszyć się i namioty. Niestety na pierwszym kempingu nie ma już domków więc jedziemy w stronę Storuman bo GPS pokazuje, że tam coś jest... no i jest, tylko domków nie mają.
Gość mówi, że może w Storsele coś znajdziemy i faktycznie na “chybił trafił” lądujemy w jakimś schronisku “wędkarskim” za 135 SEK/ os. Jest ciepła woda, jest kibelek, jest kuchnia, jest sauna i co najważniejsze jest ciepło i duży pokój w którym rozkładamy namiot do suszenia.
W środku nocy widno
Total na dzisiaj 550 km.

11/07/2010 - Storsele - Bodo

Spanie w wygodzie nie jest dobre ruszamy godzinę później niż zwykle. Do Arvidsjaur mamy 250 km, a to niecała połowa planowanej trasy bo chcemy dotrzeć do Kiruny.
Wskakujemy na drogę E45 i grzejemy... pojawiają się pierwsze renifery i jeden łoś. Zdjęć nie mam, są na Jara aparacie, renifery z mojego będą przy etapie “finlandzkim”. Łoś niestety ucieka zanim zdążam wyjąć aparat.
Oprócz zwierzątek pojawiają się też roboty drogowe.
Kolejne kilka kilometrów piachu i kamieni... czekając na Jaro zatrzymuje się przy nas dziadek na H-D i mówi, że jeszcze ze 2,5 km tych robót i żebyśmy uważali, mówimy, że w drugą stronę też kawałek jest rozkopane. Pyta też gdzie jedziemy i życzymy udanej podróży.
Dołącza Jaro. W miejscowości Arvidsjaur i okolicach znajduje się wiele ciekawych miejsc jak również atrakcji w stylu kajaków, raftingu, najdłuższej kolejki linowej (13 km), wierzy widokowej. Książeczkę o atrakcjach w tym rejonie można oczywiście dostać w biurze turystycznym.
My zwiedziliśmy tylko Lappstaden, czyli najstarsze osiedle Samów. Jest to około 80 drewnianych budynków z XVII w.

Będąc w informacji turystycznej pytałem dziewczynę o kopalnie w Kirunie. Powiedziała, że rezerwacji można dokonać przez internet i nawet próbowałem to zrobić, ale niestety nie akceptowało mojej karty kredytowej i nie mogłem zapłacić za rezerwacje. Miłe dziewczę próbowało nam pomóc dzwoniąc do Kiruny i pytając czy mogą zarezerwować trzy miejsca, ale powiedzieli, że jeżeli ktoś zarezerwuje przez net i zapłaci to będzie kicha bo jedna grupa może mieć maks. 50 osób.
No cóż, będziemy jechać do Kiruny, ale na razie zmieniamy plan. Postanawiamy udać się do Bodo i stamtąd przepłynąć promem do Moskenes na Lofotach. Później Lofotami przejechać do Narviku i stamtąd skoczyć do Kiruny na zwiedzanie. W kopalni są 2 wycieczki z angielskim przewodnikiem, o 11 i 15, chcielibyśmy załapać się na tą o 11 za 2 dni. Cena za osobę to 295 SEK... dużo jak cholera, ale ja lubię takie industrialne klimaty i dodatkowo głupio nie zobaczyć największej w europie kopalni rudy żelaza.
I wracamy na drogę 95, a w Norwegii 77 do Bodo.
Jest ładna pogoda, renifery biegają sobie po drodze albo poboczu i tylko my zwalniamy na ich widok... lokalni (samochodziarze co prawda) nawet nie odejmują gazu.
Dzisiaj przekraczamy krąg polarny. Jest naprawdę gorąco jak na “polarny”

Ponieważ jedziemy do Norwegii to trzeba przejechać przez góry. Dzisiaj świeci słońce i jest ciepło, nie to co wczoraj i jedzie się super przyjemnie.
Widoki wspaniałe, asfalt równy i przyczepny, zakręty bezproblemowe. Do Bodo docieramy koło 18 czy 19 i jedziemy od razu zorientować się jak wygląda sprawa promów... Widzimy w porcie kolejkę samochodów ustawioną w 2 rzędach więc myślimy, że prom zaraz będzie, a tu dupa... prom będzie ale o 00.40... hmmm... pogoda ładna, słońce świeci więc jedziemy zatankować i wracamy na początek linii 3 i postanawiamy płynąć tym promem. Czas podróży 3h z hakiem. Cena za moto z kierowcą 258 NOK, a za pasażera 158 NOK... sporo, ale nie ma odwrotu.
Robimy sobie mini obozowisko.
Nic nie zapowiada nadciągającego załamania pogody.
ale niestety nadchodzą chmury i zanosi się na deszcz.
Przejechane 589 km

12/07/2010 - Moskenes - Kiruna

Pogoda nastraja optymistycznie, zjeżdżamy z promu i myślimy co dalej, ja jestem za jechaniem. Postanawiamy dojechać na koniec Lofotów do miejscowości A. W porcie podjeżdża do nas Słowak na Varadero i po słowacku pyta ile za prom i gdzie bilety... samotny jeździec Ruszamy do A i po chwili zatrzymujemy się by założyć kondonki... okropnie pada, droga wąska i bardzo kręta, przez chwile myślę sobie, że jak będą takie warunki przez cały czas to nie dojedziemy dzisiaj do Narwiku.
A - tabliczki z nazwą miejscowości nie znaleźliśmy.
Pogoda okropna, nie ma szans na rozbicie namiotu, a jakoś nie wpadliśmy na pomysł wzięcia domku, jeszcze nie.
Wracamy tą krętą i wąską drogą, na szczęście po jakimś czasie robi się już całkiem niezła, szeroka z dobrym asfaltem. Jak jest słońce to Lofoty muszą wyglądać pięknie, a tak wyglądają strasznie ale też pięknie

No i jedziemy tak sobie, zimno jest, deszcz powoli przestaje padać ale wiatrzycho hula i w pewnym momencie orientujemy się, że nie ma Jaro... postanowiliśmy z Agą zjechać i wziąć jakiś domek żeby się przespać i ogrzać więc zjechaliśmy w bok jak był znak. Aga miała się dowiedzieć co i jak, a ja wróciłem na drogę żeby Jaro mnie widział... patrze, Aga wraca, a Jaro nie ma. Próbuje do niego dzwonić, ale nie mogę z mojego telefonu, coś gadają po norwesku więc myślę, że to info, że ma wyłączony telefon. Postanawiamy wrócić 10 km i poszukać go, może coś złego się stało albo nie wytrzymał i został na jakimś kempingu po drodze? Niestety nie znajdujemy go i już myślimy kiedy powinniśmy zgłosić jego zaginięcie. Postanawiamy jechać do Narwiku i co jakiś czas próbować się z nim skontaktować i jeżeli się nie uda to w Narwiku idziemy na policję.
W Svolvaer zatrzymujemy się na śniadanie bo nic nie jedliśmy. Jest zimno i pada. Jesteśmy przemoczeni więc przy okazji postanawiamy się przebrać i osuszyć. Najpierw znaleźliśmy stolik pod dachem jakiegoś sklepu. Ponieważ jeszcze było zamknięte to zrobiliśmy tam kuchnie polową, a po śniadaniu poszliśmy do marketu żeby skorzystać z kibelka. Kupiłem torby foliowe bo nasze kondonki na buty nie dały rady, a mój gore tex w butach już dawno zmienił się w zwykłe “linoleum”. Zmieniliśmy skarpety, założyliśmy torby na nogi i w drogę.
Jakieś 80 km przed Narvikiem zatrzymujemy się żeby zrobić zdjęcie fajnemu mostowi (zdjęcie jest mniej fajne Razz) i patrzę, że Jaro do mnie dzwonił. Próbuję oddzwonić, ale znowu się nie udaje. Biorę telefon od Agi i tym razem sukces... okazuje się, że Jaro jest po drugiej stronie fotografowanego mostu.

Później się okazało, że Jaro zjechał na parking z którego była niezła panorama i minął nas jak zjechaliśmy pod domki. Gdybyśmy nie wracali z akcją poszukiwawczą to pewnie byśmy go dogonili. Tak czy inaczej skończyło się dobrze.
Spotykamy się po drugiej stronie mostu i ustalamy, że jedziemy do Narviku i Kiruny. Po drodze cykamy fotki na jednym z wielu pomników ustawionych dookoła Narviku odnoszących się do walk toczących się tu podczas II Wojny Światowej. Jaro stwierdza, że jest tak zmęczony, że zaraz rozbije się o barierki i on musi się przespać. Zostaje więc w Norwegii, a my udajemy się do Kiruny zahaczając “po drodze” (bo to wcale nie było po drodze) o Narwik. Zdjęć nie zrobiliśmy, ale trochę się pokręciliśmy po mieście szukając drogi do Kiruny, a okazało się, że ta droga to jest, ale z 15 km za miastem, tam skąd przyjechaliśmy... grrr... wracamy, odbijamy w prawo na drogę E10, która na znakach prowadzi do Lueli i mamy tylko 150 km przez góry w deszczu i “mrozie”. Ja jadę w skórzanych rękawiczkach letnich bo mogę “gore” przemokły, manetki na 100% co skutkuje wielkim bąblem na prawej łapie, kondonki mają chyba gdzieś dziury bo trochę mokro w środku, a może po prostu tak się skraplała wilgoć? W butach mokro mimo torebek, a my dawaj przez góry.
W końcu udaje się dojechać, jedziemy do biura turystycznego kupić bilety na wycieczkę na następny dzień. Udaje się. Ponieważ jest to nasz ostatni raz w Szwecji to chcemy wziąć jakiś pokój/domek żeby po takim hardcorowym jechaniu przez 2 dni z 3 godzinna przerwą na bujającym promie trochę lepiej się wyspać i wydać ostatnie SEKi, których nam zostało 530. Jedziemy na kemping gdzie kobieta oferuje nam pokój w hotelu za 950 SEK, aha... jedziemy dalej. Są jakieś prywatne “apartamenty” i nawet dwójka za 400 SEK, ale nie ma nikogo kto by tym zarządzał, jedziemy dalej. Jest hotel i hostel w jednym, są dwójki za 500 SEK w hostelu, ale nie ma wolnej, są jedynki za 400, ale nie pozwalają nam spać we 2 osoby w jednym pokoju oferując pokój w hotelu za 750 SEK, no way, jedziemy dalej Razz. Jest hotel przy drodze, nazywa się tak jak droga, E10. Tam oferują nam pokój za 1045 SEK... no pojebało ich tam wszystkich... na szczęście rozpogodziło się, wyszło słońce i zrobiło się ciepło więc rozbiliśmy się nad jeziorkiem z widokiem na kopalnie.

Jest wcześnie, ale idziemy spać bo w ciągu dwóch dni zrobiliśmy 586 km do promu, “spania” 3h i 627 km z promu do Kiruny...
W nocy wieje tak silny wiatr, że kładzie namiot tak mocno, że ściany dotykają do mojej twarzy. Na szczęście jeszcze nic nie pęka

13/07/2010 - Kiruna - Tromso

Wstajemy rano, jest chłodno, przyjemnie. Obok naszego namiotu rozbili się fińscy motocykliści. Policja się nie czepia chociaż wczoraj wieczorem jeździli dosyć często. Rano chłopaki wstali, przepalili szlugiem i w drogę. My śniadanie jemy na stoliku w centrum, owsianka, orzechy, kawa, herbata full wypa.
O 10.45 mieliśmy być pod biurem żeby ładować się do autobusu. Do kopalni, na poziom 540 m zawozi nas autokar. Wycieczki są organizowane w trzech językach(szwedzkim/angielskim i szwedzkim/niemieckim), trzeba zapisać się na wycieczkę, której język się rozumie. Godziny są naprzemiennie tzn. 9 i 13 wycieczka SWE/DE, 11 i 15 SWE/EN, zwiedzanie trwa ~3 h.
Jak ktoś chce się więcej dowiedzieć lub zarezerwować wycieczkę to http://www.kirunalapland.se/en/Essentials/LKAB-InfoMine/ Samo zwiedzanie jest hmm... fajne, ale nie jakieś super klimatyczne. Wszystko odbywa się na jednym poziomie specjalnie przygotowanym do zwiedzania, nie da się pobrudzić Do kopalni wjeżdża się autokarem po drodze z 10% nachyleniem... jest ciemno, a ruch normalnie jak na ulicy. Tunel jest tak szeroki, że mijamy się bez problemu, są tam ulice poprzeczne normalnie podziemne miasto.
Te 540 m to nie jest tak dokładnie pod powierzchnią ziemi bo poziom 0 jest liczony od szczytu góry, który w dodatku się zapadł (jak wydobywano metodą odkrywkową) i obecnie jest on (szczyt) na poziomie 142 m. Poziom morza jest na poziomie 775 m.
W tej chwili prawie cały proces wydobycia jest automatyczny, mają sprzęt jak w jakiejś grze s-f, siedzą dzieciaki w budynku głównym na powierzchni i przy pomocy joysticków i monitorów operują ładowarkami i pociągami W czasie wycieczki jest przerwa na kawę i ciastka (w cenie) oraz film poświęcony kopalni i spółce LKAB.
Jest też muzeum pokazujące sprzęt i początki prac w tym miejscu.

Kopalnia w Kirunie jest największa w Europie, ale na świecie są dużo większe. Znajdują się w Australii i Brazylii i obie zdaje się są odkrywkowe. Australijska i Brazylijska dostarczają 70% światowych zasobów, ta “tylko” 4%, ale jej flagowym produktem są tzw. pellets, czyli kulki (wielkość grochu) prawie czystej rudy. Wystarczy wrzucić do pieca i nic już nie trzeba oczyszczać dlatego tak dobrze radzą sobie na rynku.
Transportem zajmują się statki z portów w Narviku (ogromny port, szkoda, że nie zrobiłem zdjęć, który nie zamarza zimą i jest bardzo głęboki co powoduje, że można tam załadować 350000 ton na statek - tak z pamięci pisze) i Lueli (na Bałtyku gdzie taka ilość spowodowałaby, że statek osiadłby na dnie). Transportem do tych dwóch portów zajmują się pociągi z najmocniejszymi lokomotywami i 68 wagonami, z których każdy ma pojemność 100000 ton. Takich pociągów wysyłają dziennie kilka lub kilkanaście (nie pamiętam dokładnie), ogromne ilości.

Po zwiedzaniu wracamy na rynek. Ostatnie pieniądze wymieniamy na korony norweskie (wymiany dokonuje się w bankach), a za resztę kupujemy lody i batoniki Ok, jest 14 i trzeba wracać do Jaro, który nocował w hytte przy drodze na Kirunę. Mamy do przejechania ze 150 km, a po drodze jest 12 km odcinek robót.
Te są najgorsze ze wszystkich, jest bardzo nierówno, jade 50-tką, a i tak czasami mam wrażenie, że trochę za szybko.
Na całym 12-sto kilometrowym odcinku jest to jedyna koparka. Zastanawiam się, czy oni zdążą przed pierwszym śniegiem Jadąc dzień wcześniej nic nie było widać bo była duża mgła, ale teraz jest w miarę przyjaźnie.

Spotykamy się z Jaro i czym prędzej jedziemy w kierunku Tromso. Tam chcemy dzisiaj dojechać, a jutro “atakować” Nordkapp.
Całą drogę aparat się ładuje więc nie ma zdjęć, poza tym jazda jest wkurzająca... dość mam tych fjordów... jedziesz, po lewej w odległości 2 km widzisz ciężarówkę (oczywiście za wodą) i wiesz, że masz do niej 10 albo 15 km bo trzeba objechać tą przeklętą zatokę. Widzisz zabudowania w oddali i wiesz, że tam będzie “nawrotka”. W linii prostej to tam wszędzie jest blisko.
Do Tromso dojeżdżamy późno i postanawiamy zostawić zwiedzanie na rano, a teraz wynająć hytte i iść spać.
Udaje się, domek 4 os. za 620 NOK. Na przyszłość trzeba rezerwować wcześniej bo wieczorami to już wszystko pozajmowane. Ponieważ jest darmowy internet to Jaro rezerwuje domek na jutro na NC żeby nie było skuchy, że nie ma gdzie spać jak będzie brzydka pogoda.
Ustalamy, że rano przejedziemy się trochę po Tromso i uderzamy w stronę Alty i docieramy do celu naszej wyprawy. Żeby zaoszczędzić trochę km (ok. 100) wybieramy drogę 2 cyfrową z 2 przeprawami promowymi przez fjordy.

Czas spać. Dystans dzisiejszy 420 km.

14/07/2010 - Tromso - Nordkapp

Rano leje, zanosi się na kolejny deszczowy przejazd. Sklejamy taśmą McGyvera kondonki, patrze czy torebki są całe bo coś zaczynają przepuszczać wodę i jedziemy.
Szybki objazd miasta i kilka fotek bo mamy przed sobą 550 km, a już prawie 11. Największa neogotycka drewniana świątynia w Norwegii. Most w Tromso.

Jak już pisałem wybraliśmy przejazd drogą 91 w celu zaoszczędzenia 100 km. Jak się okazuje byliśmy stratni bo na prom czekaliśmy ponad 1,5 h na deszczu, wietrze i zimnie. Tylko kite surferzy byli zadowoleni.
Przeprawa przez dwa fjordy (drugi to Lyngenfjord z ładną alpejską panoramą, zdjęcia ma Jaro więc może wrzuci) zajmuje nam bardzo dużo czasu (i pieniędzy - moto na dwa promy to ok. 120 NOK + pasażer ok. 60-70 NOK więc prawie 200 NOK - ~100 pln tak więc jak się nie śpieszysz i jest ładna pogoda to tak, a jak się śpieszysz to lepiej +100 km. Niby 100 pln to nie dużo, ale za to można zrobić 400 km więc dużo jak za 20 km wody).
W Olderdalem na drodze E6 jesteśmy chyba koło 15 więc bardzo późno. Mamy przed sobą 400 km więc trzeba grzać. Czekając na prom Jaro potwierdził rezerwację hytte i powiedział, że będziemy po 21, wszystko git. Jedziemy, zakręty fajne w Alcie jesteśmy chyba koło 18 więc olewamy malunki naskalne bo trzeba do nich iść kawał drogi (cała trasa ma z 5km), a my jesteśmy mocno spóźnieni. Kupujemy coś do jedzenia w sklepie, szybko się posilamy i jedziemy.
Krajobraz za Altą zmienia się o 180 stopni. Nie ma fjordów, są góry, pustka i wiatr.

Jedzie się fajnie chociaż w butach mokro i ostro wieje. Docieramy do tunelu. Przejazd 117 NOK za moto i pasażera w jedną stronę. Jesteśmy na wyspie, ale do celu jeszcze jeszcze z 50 km. Trasa bardzo fajna, zakręty non stop. Z jednej strony skały z drugiej morze tylko dlaczego tak wieje? Zatrzymujemy się na pierwszym napotkanym kempingu i Jaro pyta czy ma tu rezerwacje. Pani z uśmiechem odpowiada, że nie, wszystko zarezerwowane. Ok, pewnie mamy gdzieś dalej, jedziemy, jest późno i “groźnie”. Od skrzyżowania z drogą do miejscowości Skarsvag do celu mamy 13 km. 13 km zakrętów bez barierek i z widocznością 50 m.

Szybka fotka bo jutro może być gorzejw górę. Pod bramki docieramy w bardzo gęstej mgle mając nadzieję, że za bramkami jest nasz kemping, a tu okazuje się, że dupa, tam jest tylko parking i możesz co najwyżej namiot rozbić... ups... jest prawie 23, 6*C, a my nie mamy noclegu, poza tym musimy w tych warunkach zjechać 13 km po drodze bez barierek (na szczęście nie widać gdzie można polecieć w razie błędu) i z mnóstwem autokarów jadących pod górę żeby turyści mogli zobaczyć “słońce o północy”, jasne, chyba w kinie Udaje się bez strat w ludziach. Jaro patrzy w GPS i okazuje się, że ten kemping na którym pytał to ten sam w którym rezerwował. Telefon i wszystko jasne... mieli problem z pobraniem środków z karty i nie zatrzymali rezerwacji, nawet nie dali znać, ekstra. Na szczęście pierwsze podejście w szukaniu przynosi sukces i mamy 4 os. hytte za 500 NOK. Ciepła woda pod prysznicem 10 NOK za chyba 10 min.

Dzisiaj przejechaliśmy 564 km.

15/07/2010 - Nordkapp - Kaamanen

Tego dnia zostaliśmy dobrowolnie obrabowani... wszyscy którzy piszą, że na NC jest niebotycznie drogo i cholernie komercyjnie mają rację (ale tylko częściową, jest w Skandynawii bardziej komercyjne miejsce) , ale warto tam pojechać. Chociażby dla samej trasy pod bramki i jak ktoś nie chce płacić 235 NOK za osobę za przejazd to może zawrócić.
Na szczęście pogoda w miarę dopisała. Słońca nie ma, ale horyzont widać... wieje bardzo mocno, głowę urywa. Rozmawiam z jednym motocyklistą, który mówi, że jest alternatywna droga (z resztą bardzo przyjemna) wydostania się z wyspy. Z Honningsvag trzeba wziąć prom do Kirkenes i stamtąd do Finlandii to już rzut beretem. Zapytałem tylko ile czasu ten rejs trwa, podobno 1 dzień, o cenę już nie pytałem.
Nie wiem też niestety czy jest jakiś bezpośredni prom czy trzeba się przesiadać.

Trochę chodzimy, fotografujemy globus z różnych stron i miejsc, pijemy kawę i idziemy do sklepu z pamiątkami...

Kartki pocztowe po 9 NOK + znaczki 11 NOK x 4 = 80 NOK
Broszurka z kilkoma kartkami pocztowymi = 59 NOK
Magnetyczne globusik, zorza, niedźwiedzie, flaga = 126 NOK
Koszulka = 179 NOK
Mały globusik metalowy = 75 NOK
Naklejki (2 szt.) = 50 NOK
Renifer rzeźbiony w szkle (bardzo ładny trzeba przyznać) = 255 NOK
Certyfikaty 2 szt. = 100 NOK
Razem: 924 NOK... niby Tax Free czyli 110 NOK do odzyskania, ale olewamy.
Jak dodamy do tego tunel 2x117 = 234 NOK, wjazd 2x235 = 470 NOK, domek 333 NOK za dwie osoby to wychodzi na to, że zostawiliśmy tam prawie 2000 NOK czyli 1000 zl w dwa dni

Na stacji w Olderfjord spotykamy silną grupę rodaków na V-Stromach i Transalpach, którzy jadą na NC. Chwile rozmawiamy, dają nam tip, że pasażer przez bramki przechodzi i za niego się nie płaci... spróbujemy następnym razem Lecimy w stronę Finlandii, robi się cieplej i słoneczniej. Jemy ostatni posiłek na Norweskiej ziemi.
Docieramy do Karasjok, które jest uważane za nieoficjalną stolicę ludu Sami. Przechodzimy się po Parku Sapmi gdzie robimy fotki domom w jakich mieszkali Samowie.

Za resztkę pieniędzy kupujemy jakieś produkty żywnościowe w sklepie i wjeżdżamy do Finlandii.
Tutaj też zasady proste. Teren zabudowany 50, poza 80. No i oczywiście sławne mandaty uzależnione od zarobków, trzeba się pilnować.
No i jedziemy tak 80 drogą przez las, prostą jak strzała tylko pofałdowaną... o fuck, ale nudno Chcemy dojechać nad jezioro Inari, ale wcześniej jest jakiś kemping na którym ostatecznie zostajemy. Ceny mają wyższe niż na Nordkappie bo za osobę płacimy 28 euro. Pokój mamy w takim długim domku (oczywiście z drewna) z łazienką/prysznicem, kuchnią i kącikiem TV. Jest tam już jakaś ekipa wędkarzy, jest fajnie, chociaż z perspektywy czasu zastanawiamy się czy spanie w tym domku było potrzebne? Jest już ciepło, nie pada więc tak chyba z rozpędu (i wygody ostatnich dni) się tam zatrzymaliśmy.
Oczywiście jest sauna i rzeka obok.

Dzisiaj przejechane 344 km i +1h bo to inna strefa czasowa.

16/07/2010 - Kaamanen - okolice Rovaniemi

Jak już pisałem, spanie w domkach nie jest dobre, ruszamy o w pół do 12. Ja nie wierzę, że już wracamy, że jesteśmy w drodze już 10 dni (samej Skandynawii).
Jest przyjemnie chłodno, słońce świeci, droga pusta to jedziemy 100-120 km/h Po drodze rodzinka reniferów.
W Ivalo zatrzymujemy się żeby w markecie kupić jakąś wędlinę z renifera. Wybór pada na kabanosy i jakieś inne mięsko. Smak ciekawy, mogę jeść Do Murmańska 303 km... ehhh... gdyby mieć wizę.
Aga nie rozumie o co chodzi z tym Murmańskiem. Miasto jak miasto, sam nie wiem co sprawia, że chce się tam jechać. Sama nazwa trochę elektryzuje My jednak wybieramy drogę nr 4 przez Sodankyla do Rovaniemi.
Fotoradary w Finlandii też są oznakowane i też raczej nie robią zdjęć z tyłu. Finowie prędkość przekraczają, ale tak jak gdzie indziej na zasadzie: ograniczenie do 40 i 50 to nie bardzo ograniczenie do 60 to tak +10 (no i też zależnie od warunków na drodze bo jak są roboty to jadą też wolniej) ograniczenie do 80 i 100 to + 20 Fotoradary i duży ruch jest na drogach jednocyfrowych tak więc nimi lepiej nie jeździć jeżeli się ma alternatywę. Dwu i trzycyfrowymi drogami jeździ się szybciej i przyjemniej (brak fotoradarów, policji i samochodów).
Koło 17 docieramy do Rovaniemi.
Pisałem już, że jest bardziej komercyjne miejsce niż NC. No to właśnie ono Na dużym terenie jest pełno sklepów z pamiątkami i biuro Mikołaja.
Jest też linia koła polarnego (podobno tylko dla turystów bo prawdziwa jest gdzie indziej)

Mikuś przyjmuje do 19 i w jego budowli zdjęć robić nie można. Dochodzimy do jego “biura”, chwilę rozmawiamy z elfem i po chwili siedzimy i rozmawiamy z Mikołajem. Po polsku. Pyta gdzie jedziemy, na jakich moto i takie tam duperele... wychodzimy i dowiadujemy się, że możemy kupić sobie duże zdjęcie za 30 euro, 6 małych pocztówkowych za ileś tam i dostać pena z 2 zdjęciami, filmikiem jak szliśmy przez dom (nikt nas nie informował, że będziemy nagrywani :>) i filmikiem z naszego spotkania i rozmowy z Mikołajem za jedyne 50 euro.
Decydujemy się na pena, ale jak czekamy w kolejce żeby go odebrać i zapłacić to stwierdzamy, że nie potrzebne to nam i uciekamy. Ciekawe czy Mikołaj przyjdzie w tym roku

Jedziemy na stację, tankujemy pojazdy i butle z wodą i jedziemy szukać miejsca do spania.
Ponieważ nie mamy jakiegoś specjalnego planu na Finlandię to decydujemy się jechać drogą 78 w stronę Kuopio, zobaczyć skocznie narciarską, później pokręcić się trochę po krainie jezior i jakoś dotrzeć do Helsinek.
Miejsce do spania znajdujemy kawałek za Rovaniemi, klucząc bocznymi drogami rozbijamy się na jakiejś polance.

Dzisiaj zrobione 428 km.

17/07/2010 - okolice Rovaniemi - okolice Kuopio

Jedziemy drogą 78. Jest przyjemnie, nie ma dużego ruchu, fotoradarów, trzymamy 120 km/h.
Dookoła las więc nie ma co opisywać. Po jakichś 60 km docieramy do Ranua, a tam Zoo...
Oczywiście zwierzęta “polarne”. Idziemy zwiedzać, wejście 14 Euro, za 1,5h będzie karmienie niedźwiedzi Smile Są sowy, orły (niestety małym aparacikiem dobrych fot nie da się zrobić) Zoo bardzo fajne bo zrobione tak jakby w naturalnych warunkach... trasa tak poprowadzona, że wiele zwierząt obserwuje się z góry, naprawdę warto.
Karmienie niedźwiedzi o 12.30-12.45, kotowatych 2 h później.
Miśków nie karmi się mięsem tylko jabłkami i marchewkami, ale i tak jest ciekawie.

W zoo jesteśmy ze 2 godziny więc trzeba nadrobić. Praktycznie bez przystanków dojeżdżamy do Kuopio. Dziewczyna na stacji tłumaczy nam drogę pod skocznie, ale ja coś źle chyba zrozumiałem bo trochę kręcimy po autostradzie, ale w końcu znajdujemy.
Jest późno więc nic już się nie dzieje.

No nic, dzień się kończy, trzeba znaleźć miejsce do spania. Patrze na mapę i widzę drogę nr 17, która idzie w stronę Joensuu i w stronę jezior. Postanawiamy jechać tam i coś znaleźć do spania (Jaro postanawia jechać na kemping), a my się trochę gubimy bo nigdzie na drogowskazach nie ma drogi 17. Okazuje się, że zmieniła ona numer na 9 (na google maps jest cały czas jako 17). Jedziemy kawałek i odbijamy w prawo w 539. Po jakimś czasie znajdujemy plaże miejską, na której już “koczują” szwajcarzy w samochodzie.
Plaża fajna, ma nawet publiczną, darmową saunę (z której niestety nie wiemy jak korzystać).

Nawinięte 567 km.

18/07/2010 - okolice Kuopio - Kotka

Z Jaro umawiamy się koło 11 w Vehmersalmi. Tankujemy, kupujemy coś do jedzenia w markecie i jedziemy “bokami” na czuja w stronę Savonlinna. Po drodze jakieś szutry za którymi Jaro nie przepada i lądujemy w Savonlinna.
Zwiedzamy główną atrakcję miasta czyli zamek Olavinlinna. Zwiedzanie z przewodnikiem trwa godzinę i kosztuje 5 Euro za osobę.
Zamek niczego sobie, ale w porównaniu z tymi, które mamy w Polsce to słabiutki

W dużym skrócie. Zamek zbudowali Szwedzi na granicy z Rosją, później zamek przejęli Rosjanie i go umocnili. Kiedy Finlandia zyskała niepodległość wrócił on w ich posiadanie.

Po zwiedzaniu Jaro postanawia jechać prosto do Helsinek i jutro koło południa złapać prom do Estonii. Żegnamy się i czekamy na smsa z informacją o promach do Tallina i cenach.
My z drogi nr 14 odbijamy w 435 na Sulvakę, a później na 438. Bardzo fajna trasa. Jedziemy nasypem między dwoma jeziorami, drzewka, zakręty piękne słońce i nagle stop... prom... hmmm... tego nie było na mapie. Prom przez rzekę więc krótki, nie to co w Norwegii.

zukamy cennika, ale nigdzie nie ma. Aga pyta fińskich motocyklistów ile kosztuje prom, a oni z uśmiechem mówią “we’re in finland, it’s free”. No to jak free to free. Aha... tutaj moto nie podjeżdżają na początek kolejki. Wszyscy stoją grzecznie i czekają. Po drugiej stronie przez chwilę utykamy za samochodami, a droga wspaniała, asfalt równy i pełno fajnych zakrętów, a my telepiemy się 80-ką. No i dojeżdżamy w końcu do drogi nr 6 czyli na kawałek Via Karelia... Jest gorąco, ruch ogromny, roboty drogowe i fotoradary. Męczymy się tak do Lappeenranty gdzie odbijamy na drogę 390 która idzie wzdłuż granicy z Rosją do Zatoki Fińskiej. Chcemy dzisiaj się rozbić nad zatoką, ale tam jest bardzo dużo gospodarstw i jest problem ze znalezieniem miejsca. Odbijamy na drogę 3513 na której jest pełno zakrętów, ale jest bardzo wąsko, niemniej jedzie się fajnie tylko wolno. Jest już trochę późno, coś niby znajdujemy, ale na skale więc znowu szpilek nie wbijemy. Dobra, jedziemy szukać kempingu. Wracamy do “7”. Po drodze jest fajne miejsce nad jeziorem i trochę lasu, ale są też tabliczki, że teren wojskowy... grrr... Próbujemy nawet na parkingu przy autostradzie, ale też pełno kamieni.
Patrzę tak po mapie i stwierdzam, że jak tak dalej pójdzie to dojedziemy dzisiaj do Helsinek... w sumie dlaczego nie. Jedziemy i widzę znak kempingu... dobra, jedziemy. Na drogowskazach widzę, że to jakieś 5 gwiazdkowe pole z polem golfowym... aha, pewnie z 50 euro za namiot. Trudno. Jak mamy już ze 2 km do kempingu to widzimy plaże w zatoczce i tam się rozbijamy
Przejechane 504 km
W nocy pęka łączenie jednej z rurek, ale szybka akcja naprawcza i śpimy dalej.

19/07/2010 - Kotka - Helsinki

Rano jest ładnie i już nie pada.
Do Helsinek mamy ze 120 km, grzejemy autostradą 120-140 km/h, bokami nie ma co jechać bo idą wzdłuż autostrady i nic tam ciekawego nie ma (może oprócz miejscowości Porvoo). Docieramy koło 13. Jest niezły upał.
Port w Helsinkach jest przy rynku/centrum więc najpierw sprawdzamy promy. Jaro jeszcze nie pisał więc idziemy do informacji turystycznej gdzie dziewczyna mówi, że są 2 linie do Tallina - Viking, który pływa 11.30 i 21.30 oraz Tallink, który pływa co 2 czy 3h. Rysuje nam na mapie gdzie jest biuro jednego i drugiego i jedziemy kupić bilety. Pierwszy na liście jest Tallink gdzie za 59 Euro kupujemy bilet na prom na godzinę 22 (15 euro za moto i 22 euro za osobę w Vikingu jest tyle samo za moto i euro drożej za osobę).
Specjalnie wybraliśmy tą godzinę bo chcieliśmy się przejść trochę po mieście.
Zostawiamy sprzęta w jakiejś ulicy, zmieniamy ciuchy na cywilne i idziemy szukać sklepu żeby kupić wodę.
Co prawda kurtki i kaski przyczepiłem, ale myślę, że nikt nie chciał tych śmierdzących i starych ciuchów Znaleźć sklep nie jest łatwo. Pytani ludzie mówią, że jest coś w Stockmannie.
No to sruu... wchodzimy do sklepu a tam ciuchy... hmmm... miał być spożywczy, no dobra idziemy piętro niżej, a tam galeria handlowa... grrr.... o, jest jeszcze piętro niżej.... hurra, jest market, szukamy wody niegazowanej i jedyna jaką znajdujemy to baniak 5L. Bierzemy, wracamy do moto, bierzemy wołowinę po węgiersku, gary i idziemy do parku-cmentarza (normalnie nagrobki są, a ludzie siedzą na trawie i piknikują) zjeść obiad.
Jakiś koleś (żulik), mówi, że zginiemy, że takie jest nasze przeznaczenie. Dziękujemy za przepowiednie i idziemy w miasto.
Same Helsinki są bardzo ładne. Już jak jechaliśmy to mi się podobały. Do 19 kręcimy się na piechotę.
Mamy mapkę i idziemy zgodnie z punktami.
Katedra Uspenski - Ukończona w 1868 r., jest największym kościołem Prawosławnym w zachodniej Europie.
Ze złotymi kopułami i czerwoną cegłą jest symbolem Rosyjskiej obecności w Fińskiej historii.
Niestety w poniedziałki zamknięte dla zwiedzających.

Teraz idziemy zobaczyć “nowsze” centrum gdzie znajduje się dworzec kolejowy, który jest zaprojektowany przez legendarnego architekta Eliel Saarinena (dla tych co się znają) i jest on przykładem Fińskiej architektury przejścia z Narodowego Romantyzmu do nowej Funkcjonalności (czy jakoś tak).
Stacja została otwarta w 1919 r.

Idziemy jeszcze kawałek i widzimy monumentalny gmach parlamentu, muzea sztuki nowoczesnej, Narodowe Muzeum Finlandii, Halę Finlandia i wracamy do moto zobaczyć czy stoi, odpocząć chwilę i szykować się do szukania portu bo Tallink ma go w innym miejscu.
Trochę euro wydajemy w makdonaldzie bo Aga chce “normalnego” jedzenia, jeszcze zatankować i można jechać.
Prom znajdujemy bez problemu, ustawiają nas na początku kolejki i czekamy. Z nami jeden estoński motocykl, później dojeżdża jeszcze kilka.
Ten prom jest ogromny. Ten którym płynęliśmy z Gdyni można by bez problemu zmieścić w środku tego i jeszcze pewnie drugi by się zmieścił.
Tym razem bagaży nie bierzemy bo nie mamy kajuty, a rejs trwa 2h.
Po odpłynięciu idziemy do restauracji się przespać.

Przejechane 120 km

20/07/2010 - Tallin - Warszawa

No dobra, dopłynęliśmy o 00.00 i co tu robić? No chyba trzeba jechać. Jest fajnie chłodno, ruch nieduży to może zrobimy pare km. No i tak jedziemy E67 na Parnu, trzymam 120 km/h, cały czas las, co jakiś czas jakiś TIR. Po jakichś 2 godzinach wjeżdżamy na Łotwę gdzie zrobiło się tak nieprzyjemnie zimno, że zatrzymujemy się aby założyć podpinki, dodatkowe bluzy, skarpety, po chwili gdzieś w okolicach Rygi zatrzymujemy się na stacji zatankować, wypić kawę i zjeść hot doga.

Jest koło 3, Aga ma chyba dość, ale przecież nie rozbijemy się w tym mrozie, a szukać noclegu o tej porze też chyba nie ma sensu.
Jedziemy dalej, w głąb lądu, tam powinno być cieplej, a dodatkowo słońce już powoli zaczyna wychodzić.
Po kolejnych 100 kilkunastu km, już na Litwie znowu zatrzymujemy się na kawę. Nie jest nic cieplej, Aga śpi na stojąco, a ja czuje się bardzo dobrze. Z jednej strony mi jej szkoda, a z drugiej szkoda przerywać tak dobrze idącą podróż.
Dobra jedziemy dalej, może w Kownie. Aga chyba śpi, jest już widno, ale słońce za chmurami i jest nam zimno, to pewnie efekt tego nocnego przemarznięcia. Z Kowna to już rzut beretem do Warszawy, około 400 km, to może już w PL coś znajdziemy. Granice przekraczamy koło 9 chyba, w Suwałkach tankowanie i dzida do w-wy.
Po dwóch tygodniach w krajach cywilizowanych przestawienie się na ruch w Polsce jest trudne. Droga 61 to jakieś nieporozumienie, same TIRy, nierówno, psychopaci w samochodach wyprzedzający jak nie ma miejsca gdzie się schować i wpychający się na chama, non stop teren zabudowany. Telepiemy się tak przez kilka godzin i pod Łomżą Aga mówi, że musimy się zatrzymać. Odpoczywamy przez chwile na polu pod drzewem i jedziemy dalej bo do domu 200 km to nie ma co przestawać.
Ja jestem wkurzony tym co mamy non stop na drodze i mam ochotę zawrócić do Skandynawii Wink Bez przeszkód docieramy około 14 do domu. Jedzenie i spanie.
Przejechaliśmy 1022 km w jakieś 14 h, masakra.
W sumie zrobiliśmy 8016 km.
Ile wydaliśmy nie wiem, na samo paliwo poszło 2300 zl, moto spaliło 4,97 l/100 km.
Problemów żadnych nie było, oliwy trochę chlapnął (dolałem w sumie ze 300 ml), ale tak poza tym nie mam zastrzeżeń.
Najchętniej dzisiaj pojechałbym znowu.

Koniec