Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Rumunia cz. 2

Rumunia cz. 2 (2009)

Autor: micek

Istambuł

Istambuł to jedyne na świecie miasto które leży na dwóch kontynentach. Leży też nad dwoma morzami. Ma 150 na 80km, i zajmuje powierzchnię ponad 1500km kwadratowych (dla porównania, berlin ma 800 km kwadratowych, nowy jork 1200 ale tylko 750km to ląd). Miasto jest ogromne, ciągnie się i ciągnie jak sie przez nie jedzie, aż niewiarygodne. Do tej pory się zastanawiam, w jaki sposób udaje się czymś takim zarządzać...

Dzień 10

Jedziemy autobusem, gdy już wszystkich pozbieraliśmy, czas na pierwszy postój i sikanie, w końcu przejechaliśmy już 20km! Rosjanom w kółko chce się sikać, wiec postoje są co chwile! Ok pierwszej w nocy , przekraczamy granicę turecką. Należy wykupić wizę za 15Euro, i koniecznie dostać pieczątkę od celnika, inaczej może być problem z wyjechaniem z kraju. Jedziemy dalej, w Istambule jesteśmy o piątej rano. Pierwsze wrażenia? Jest zimno, na ulicach jest brudno, i meczet na meczecie. Gdzie się nie obejrzysz tam minarety i kopuły, małe duże, średnie, stare, nowe, oni tu nic nie robią tylko się modlą czy jak? Zadziwiająco wąskie, są tutaj domy stojące przy ulicach, często mają szerokość dwóch okien, zastanawiam się jak oni tam ustawiają łózko?

Logujemy się w recepcji hotelowej, mamy poczekać do ósmej, na śniadanie i zakwaterowanie. Próbuję się w tym czasie przespać. Po śniadaniu, idziemy zwiedzać plac „Hipodrom”.

Zwiedzać, to w sumie trochę złe słowo, idziemy z Albeną na spacer po Hipodromie, chodzimy, ona nam opowiada, zna całą masę ciekawostek których nie zdążyła by opowiedzieć gdyby było nas więcej, ale dziś mamy ją tylko dla siebie...

Plac hipodrom, był kiedyś ścisłym centrum Istambułu, mieszkał przy nim (przez jakiś czas) sułtan, odbywały się tu sądy, egzekucje, festyny, targi niewolników, i w ogóle było to centrum kulturalne i geograficzne miasta. Początkowo poziom placu był ok sześć metrów niższy niż jest teraz, ale przez lata jego poziom się podniósł. Jest na nim miejsce, gdzie można zobaczyć jak nisko był oryginalnie. Na oryginalnym poziomie jest ustawiony 23 metrowy obelisk Totmesa III. Oryginalnie był wyższy, miał ok. 32 metry wysokości, ale pękł w czasie transportu. Na przeciwko, stoi obelisk Konstatntyna.

Jego powierzchnia jest bardzo zniszczona, to dlatego, że kiedyś był pokryty blachą z brązu, ale podczas jednej z wypraw krzyżowych, blacha została wywieziona do Wenecji, i wybito z niej monety.

Potem idziemy do „Błękitnego meczetu”. Naprawdę nazywa się Meczet Sułtana Ahmeda, błękitnym nazywają go tylko turyści. Tambylcy w ogóle nie kojarzą tej nazwy. Na zewnątrz imponuje, jest ogromny! Ciekawostka: to jedyny meczet w Istambule który ma sześć minaretów. Po turecku słowo sześć i słowo złoto różnią się tylko akcentem, kiedy sułtan zamawiał u architekta meczet, powiedział, że ma mieć złote minarety, ale wtedy Turcja przeżywała kryzys, architekt stwierdził więc, że pewnie chodziło o sześć minaretów, i stąd taki nietypowy meczet:

Jeden minaret się gdzieś schował, ale zapewniam ze jest ich sześć . Z meczetem związane są jeszcze dwie ciekawostki, ale najpierw spójrzcie tutaj:

Niestety giaurom nie wolno stanąć na środku i zrobić zdjęcia sklepienia głównej kopuły pionowo w górę, ale przyjrzyjcie się, czy widzicie w sklepieniu złoty "koralik", mniej więcej na środku zdjęcia? W środku znajduje się jajo strusia, zostało tam umieszczone, żeby odstraszać komary, i nikt nie wie jak to się dzieje, ale to działa! W środku w ogóle nie ma owadów.

Druga sprawa to fakt, że przez setki lat jak meczet stoi, polichromie w środku nigdy nie były konserwowane, a mimo to nie blakną (a powinny), i też nikt nie wie jak to się dzieje.

Potem idziemy do pałacu Topkapi. Jest ogromny, był wielokrotnie niszczony przez trzęsienia ziemi, a potem odbudowywany, rozbudowywany, przebudowywany. W czasach świetności w jego kuchni pracowało 1200 kucharzy. Podzielony jest na trzy części, w pierwszej mieszkali ludzie po prostu, w drugiej urzędnicy i rodzina sułtana, do trzeciej miał wstęp jedynie sułtan i jego najbliższa rodzina, np. matka. Matka sułtana pod jego nieobecność przejmowała jego obowiązki, ale też przywileje. Dlatego w haremie, każda kobieta chciała być tą, która urodzi sułtanowi pierworodnego syna. Wtedy wiedziała, że jej syn będzie kiedyś sułtanem, no a ona będzie matką sułtana. W ten sposób można było dojść od nałożnicy często kupionej na targu niewolnic, do drugiej najważniejszej osoby w państwie. Pałac jest ogromny, zwiedza się go kilka godzin, i Ciężko zmieścić go w całości w kadrze, dlatego tutaj pokażę Wam tylko trochę szczegółów:

A tu tron, sułtan nie siedział na tronie tak jak europejscy królowie, tylko cały dzień leżał na ogromnym łóżku, na zdjęciu tego nie widać, ale na tym „tronie” spokojnie można by ustawić ze 4 łoża małżeńskie:

Zdjęcie jest kiepskie, bo tron był wykończony złotem i drogimi kamieniami, więc żeby nikt ich nie „dotykał” stoi za pancerną szybą....

Na tym zdjęciu, jest widok na budynek, gdzie sułtan przyjmował ważnych urzędników i wojskowych. Miał bardzo ciekawy system anty podsłuchowy, na zewnątrz był kran, z którego bardzo głośno leciała woda, w środku można było normalnie rozmawiać, bo woda na zewnątrz wszystko zagłuszała.

W drodze powrotnej widzimy rodzinę, która idzie z ciekawie ubranym chłopcem. Albena tłumaczy, że w Turcji wciąż kultywowana jest tradycja obrzezania. To wielkie święto dla całej rodziny, chłopca ubiera się w takie właśnie ubranie, i od rana do wieczora spełnia się jego wszystkie zachcianki, chce do zoo, nie ma sprawy, samochód zdalnie sterowany? Proszę bardzo, a wieczorem do szpitala i CIACH!

Wieczorem idziemy na kebaba i spacer po starówce. Ludzi jest bardzo dużo na ulicach, ale klimat miasta jest niesamowity, śmiało można powiedzieć, że Istambuł to prawdziwe przedmieścia Azji.

KEBAP

Od czego by tu zacząć, czy od tego, że pisze się „Kebap” a nie „Kebab”, czy od tego co to jest Döner, czy od tego ile kebapa jest w polskim kebabie?

Po kolei, pisze się Kebap, a Döner to nie jest Kebap po niemiecku (jak niektórzy myślą) ale to znaczy kurczak po Turecku. Wiec „ Döner-Kebap” to „Kebab z kurczaka”. Oczywiście będąc w Turcji, nie można kebapa nie spróbować, i nawet taki niejadek i wróg kebabów jak ja nie mógł sobie odmówić. Idąc ulicą, zobaczyliśmy budkę a kebapami, pod nią stoliki, i całą masę tambylców. Podchodzimy więc bliżej, właściciel wychodzi, wita się z nami, przedstawia się nam, pyta co słychać, skąd jesteśmy, chwilę rozmawiamy (jak się potem okazało, robił tak z każdym klientem), i w końcu się pyta na co mamy ochotę. Proszę o Kebapa, takiego typowego, mówię mu, którego wszyscy jedzą. Uśmiecha się, mówi że nie ma sprawy, mówi coś do kucharza, kucharz kiwa uśmiechnięty głową, i zaczyna dzieło. Kucharz ma czyste ręce, nie dotyka pieniędzy, tylko jedzenia. Mięso piecze się podobnie jak u nas, ale troszkę inaczej. Jest nabite na wielką szpadę, oparte o piecyk, nie obraca się, na górze jest taki jakby placek z tłuszczu, ma ok 3-4 cm grubości, jest wymieszany z ziołami i przyprawami, w czasie gdy piecyk ogrzewa mięso, ogrzewa tez ten „placek”, który się topi i wraz z przyprawami spływa po mięsie. To powoduje, że nabiera ono aromatu, jedynego w swoim rodzaju, nie jest ostry, ani jakiś taki ziołowy, tzn jest ziołowy, ale zupełnie inaczej niż jesteśmy (my - europejczycy, Polacy) do tego przyzwyczajeni. Wyczuwa się w nim nutkę pomidorów, troszkę słodyczy, nie jest ostry ale nie jest ani trochę mdły, absolutnie nie do opisania smak! Kucharz bierze taki placek, jak naleśnik, i wyciera nim mięso z tego tłuszczu, potem układa go płasko na stole. Kroi mięso, i natychmiast obraca trochę szpadę, żeby się piekło w innym miejscu, następnie układa z mięsa taki pasek, na całej długości, przez środek naleśnika. Potem posypuje je posiekaną sałatą, daje troszkę frytek (dość grubo pokrojonych, a nie takich makdonaldowych) i zawija naleśnika, w taki sposób że od spodu nic się z niego nie wysypie. Potem chwyta go w połowie takimi szczypcami, i wkłada go na kilka sekund do ognia, po czym wkłada go do zawiniętej papierowej chusteczki, i teraz już, trzymając za nią, podaje Ci go do ręki. Nie ma żadnych sałatek, cebuli, nie wiadomo czego jeszcze. Nie ma trzech litrów sosów, nie potrzebny widelec żeby go zjeść, nie ma szans się pobrudzić. Smak? CUDO! (a jak ja mówię, że kebab jest dobry, to zapewniam Was, jest to prawda absolutna, bo ich po prostu nie cierpię z założenia). To mięso jest strasznie delikatne, bardzo intensywnie pachnie, nic nie cieknie po brodzie, a jednak nic mu nie brakuje! Jak będziecie mieli okazję, koniecznie spróbujcie.

Dzień 11

Rano mamy trochę czasu, więc idziemy na bazar, po pamiątki (dla siebie) i szefa Marty (jako prezent dziękczynny za długi urlop, i błagalny o długi urlop w przyszłym roku). Bazar jest ogromny, ponad 60 ulic, i 3 tysiące sklepów, tworzą absolutnie niepowtarzalną atmosferę. Oczywiście jak to na południu, pełno naganiaczy, ale jakoś się przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem, o oni tez jakoś szybko zauważają, że jak nie będę chciał gdzieś wejść to nie wejdę, i szybko odpuszczają. Spora część bazaru znajduje się pod dachem, a wąskie i podobne do siebie uliczki tworzą istny labirynt, w którym naprawdę łatwo się zgubić. Sklepiki są malutkie, bardzo duża część towaru jest wystawiona przed sklepem, gdzie zresztą urzędują też sklepikarze. Są ludzie którzy parzą herbatę, inni nie parzą, tylko chodzą z już zaparzoną, można zapłacić i się napić. Ludzi jest dużo, ale sklepów też, więc w sumie w żadnym nie ma specjalnie dużego ruchu, sklepikarze dla zabicia czasu grają razem w tryktraka, w kości albo warcaby. Palą fajki wodne, układają po raz pięćdziesiąty trzeci w tym tygodniu towar, żeby się wystawa klientom nie opatrzyła. Klimat nieprzeciętny.

Po zakupie pamiątek (które jeszcze nie wiadomo jak mamy zamiar upchać na motocykl), wracamy do hotelu. Aha, na targu można płacić w Lirach, Euro i Dolarach, NIE MA ZNACZENIA w jakiej walucie zapłacisz, w złotówkach i tak wyjdzie to samo (sic), więc nie specjalnie jest sens wymieniać pieniądze, najwyżej jakąś drobną sumę (10 euro spokojnie wystarczy).

Jedziemy na rejs po Bosforze. Najpierw trzeba zajść do portu, co za miasto, można po nim jeździć autobusem, tramwajem, trolejbusem nawet maja krótkie metro, no i promy pasażerskie! Normalnie są tacy co statkiem do pracy codziennie płyną, dla mnie (szczura lądowego) to totalny odjazd, tym bardziej, że są tacy co rano wstają w Europie z łóżka, idą na statek i płyną do pracy do Azji, z której wracają statkiem do domu do Europy jeszcze tego samego dnia.

Idziemy popływać. Albena opowiada o wszystkim co mijamy po drodze, ja cykam fotosy.

300 lat temu, Turecki wynalazca, wystartował z niej na samodzielnie skonstruowanej lotni, i poleciał wzdłuż Bosforu. Przeleciał ok 3 kilometry po czym bezpiecznie wylądował. Wyczyn zrobił na mieszkańcach miasta ogromne wrażenie, na sułtanie też. Dostał od niego wiele nagród, tytułów i przywilejów, po czym został skazany na śmierć a wyrok natychmiast wykonano. Prawo mówiło, że nikt nie może stać ponad sułtanem....

Widzicie jeden z licznych meczetów, a w tle jeden z dwóch mostów na Bosforze. Jest zawieszony na wysokości 63 metrów, a te kropeczki na nim to samochody. Przejazd nim kosztuje 1,5 euro, co dzień przejeżdża nim 500tyś. (słownie: pół miliona!!!!) samochodów....

Przepływamy na drugi brzeg, Bosforu, i widzimy najstarszy dom nad Bosforem. Pochodzi z XVI wieku i jest na sprzedaż, z tym, że ciąży na nim nakaz wyremontowania. Domy nad Bosforem to cudne miejsce, ludzie w ogródkach maja hangary na motorówki, jachty, itp., można wyjść przed dom i się opalać jak nad morzem, przycumować jacht 10 metrów od wejścia do własnego domu. Klimat niesamowity, niestety najtańszy dom kosztuje tu 5mln. $, najdroższy 110....Ponoć! Dom za piątkę jest taki drogi nie dlatego, że jest taki fajny, tylko dlatego, że leży nad Bosforem. Ale i tak chciało by się tam zamieszkać..... Nie sądzicie? Po zakończeniu rejsu, powoli żegnamy się z Istambułem, wsiadamy do autobusu pełnego Rosjan i wracamy do Bułgarii...

Dzień 12-15

Po powrocie z Istambułu, pół dnia przespaliśmy, drugie pół przeleżeliśmy na plaży. Ogólnie dużo chodzimy po promenadzie, odganiamy się od naganiaczy, którzy są naprawdę uciążliwi.

Pewnego dnia, idziemy sobie spokojnie, doprowadzając do absolutnej perfekcji wymowę zdania: „No thank You, I'm not hungry.”, gdy nagle, z za krzaka wyskakuje kowboj, w a każdej ręce trzyma drewnianą łyżkę, krzyżuje je razem (jakby odganiał wampira czy coś, nie wiem, wydawało mi się, że aż taki blady nie jestem) 10 cm od mojego nosa! „Stop!” stwierdza. No to staje, nigdy nie wiadomo co takiemu do głowy strzeli! Odruchowo stwierdzam, że „thank You” i że „I'm not hungry” a ten, że nie szkodzi, bo on nie serwuje jedzenia. Sprzedaje bardzo dobre drinki, no to ja mu (zgodnie z prawdą), że właśnie piliśmy i że już nie chcemy, i próbuję go wyminąć. Kowboj prostuje prawa rękę, wystawia ja na bok, i łyżką zastawia mi drogę, Marta próbuje z drugiej strony. Teraz kowboj zajmuje łyżkami pół chodnika, a jak próbuję go minąć to chodzi na boki i nimi wymachuje! Kurcze, przed nożem uczą się bronić, przed mieczem, przed kijem (jo) ale nikt nigdy nie mówił jak się bronić przed drewnianą łyżką i kowbojem! Próbujemy z gościem pertraktować dobre dwie minuty, ten nas ciągle do swojej knajpy zagania, mówimy mu że najwyżej przyjdziemy później, a teraz idziemy tylko na plażę! Zgadza się, ale łyżek nie opuszcza, co za koleś. Oki idziemy na plażę, mijamy knajpę, całkiem ładna ale już do niej nie zachodzimy, naprawdę mieliśmy dość na dziś.

Zaczęliśmy też chodzić na kebaby, takie przejściówki, miedzy tymi tureckimi a europejskimi. Budka mieści się na przeciwko hotelu Lilia, na promenadzie w Złotych Piaskach i polecam ją całkowicie. Obsługa jest bardzo miła, a jedzenie na prawdę dobre. Gdy przyszliśmy trzeci raz, właściciel spytał czego się napijemy, my mu mówimy, że przyszliśmy tylko zjeść. Mówi, że ok. Jak dostajemy jedzenie, wyciąga z lodówki butelkę koli, dwa kubki, polewa nam, i stawia butelkę na stole. Stwierdza, że obiad należy popijać, bo inaczej nie smakuje dobrze, a on chce żebyśmy dobrze wspominali jego restaurację, i że od dziś jak będziemy przychodzić, to zawsze da nam flaszkę pepsi na koszt firmy „no bo przecież tak się właśnie umówiliśmy”. Super!

Chcieliśmy pojechać do Warny na pokaz delfinów. Szukaliśmy dworca autobusowego, ale jakoś... Jakoś się nie znalazł. Zrezygnowani, wracamy do hotelu po motor. I nagle zatrzymuje się taxi, i kierowca (po angielsku!)(SIC!!!) pyta czy nie chcemy gdzieś pojechać. Mówimy ze do delfinarium, on mówi, że za 20 lev (20km za 20 lev, 2 zł za kilometr, nie źle w sumie). Jedziemy, taxi obiecuje na nas poczekać do końca pokazu i zabrać z powrotem. Delfinarium niewielkie, ale delfiny fajnie skaczą, robią sztuczki, siedzi się blisko basenu, wszystko wyraźnie widać. Odnosi się wrażenie, że naprawdę to lubią, jeszcze przed pokazem, kiedy miały czas wolny, popisywały się same z siebie, i patrzyły czy ludzie patrzą. Robiły też taki gest, stawały pionowo, wystawiały ogon nad wodę i potrząsały nim na boki.... W czasie pokazu, pani powiedziała, że to znaczy, że chcą żeby im klaskać. Muszą lubić te występy. Delfin, co mnie zdziwiło, jest zadziwiająco duży, jest taki długi jak średniej klasy samochód, i jest gruby! Normalnie tłusty, zupełnie inny niż te na obrazkach dla dzieci, są takie jakby napompowane. Ale maja różowe brzuchy, a na nich wyraźny kaloryfer (sześciopak, czy jak to nazwać). Są naprawdę fajne.

Kupujemy pamiątki dla znajomych, wino dla siebie, jemy naleśniki z bułgarskim serem (ja hurtowo, Marta detalicznie), kąpiemy się w morzu, opalamy się, relaks i nieróbstwo totalne... Jest Super, ale pod koniec zaczynam tęsknić za jazdą, w dniu wyjazdu jest mi szkoda, bo zaczynam czuć, że wycieczka się kończy, ale z drugiej strony, za chwile znów zaczną się przygody.

Piętnastego dnia, idziemy się pożegnać z menadżerką, i podziękować jej za wszystko. Uśmiechnięta stwierdza, że miło jej było nas poznać, i że jesteśmy mile widziani. Jakbyśmy chcieli ze znajomymi przyjechać, to oprócz motocykla w klatce schodowej, jest w stanie jeszcze dwa upchać w fitness klubie. Wieczorem pakowanie, jutro zaczynamy powrót....

Dzień 16 - Rumunia cd

Jemy lekkie śniadanie i ruszamy. Najpierw w kierunku Warny (ok 20km), żeby tam wskoczyć na autostradę. Do granicy w Ruse mamy ok 200km, droga do granicy – bajka! Nawierzchnia super, ruch bliski zera. Około 60km przed granicą zjeżdżamy z autostrady, Jedziemy wąskimi drogami, ale nawierzchnia nadal extra, a ponieważ ruch praktycznie zerowy a policji nie ma wcale, jedzie się naprawdę przyjemnie. Chociaż jest czerwiec, w Bułgarii żniwa idą już pełną parą. Praktycznie bez zatrzymywania dojeżdżamy do granicy. W Ruse, na Dunaju jest płatny most, ale jak to w Bułgarii, nie dotyczy to polskich motocyklistów. W połowie mostu wisi transparent „Rumunia” i momentalnie pojawiają się dziury, piasek na drodze i znika pobocze (na moście!).

Jesteśmy w Rumunii. Gorąc taki sam jak w Bułgarii, z tym, że tu dodatkowo jest bardzo sucho. Jedziemy wąską, dziurawą, ruchliwą drogą, z piaskowym poboczem. Upał jak nie wiem, a ruch ogromny, mam więc podniesioną szybę w kasku, i nagle widzę jak z zagajnika po lewej stronie, nad drogę wylatuje wróbel, i zaczyna lecieć wzdłuż drogi, przede mną. Chłopak z całych sił stara się wzbić wyżej, ale coś mu nie wychodzi, kiedy jest ok dwa metry nad ziemią traci cierpliwość i w tym momencie świat zaczyna kręcić się wolniej....

Wróbel postanawia się odciążyć, widzę jak „coś” od niego „odpada” i leci prosto w moim kierunku, próbuję się uchylić, ale skończył mi się kręgosłup i dalej nie mogłem, „coś” trafia mnie prosto w twarz przez otwartą szybę w kasku! Nie widzę na jedno oko, oczywiście zachowuje się, jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji, tzn wpadam w panikę! Zaczynam hamować, z tyłu trąbią, ja skręcam na pobocze, Marta pyta co jest grane, ale jej nie odpowiadam bo na ustach tez „coś” mam. Zatrzymuje się, i pokazuje jej żeby szybko zeszła, ta dalej nie wie o co chodzi. Kiedy odwracam się w jej kierunku, ta się zaczyna śmiać, matko, co za niewdzięczny egzemplarz! Mówi, że mogę mówić, to tylko morwa, była dojrzała i soczysta więc się rozbryzgała po wszystkim po czym się da. Na oczach miałem okulary, więc w oko w sumie nic się nie stało, ale uczucie niezbyt przyjemne....

Pozbierałem się i jedziemy dalej, bez dalszych przygód i tylko z jednym postojem na tankowanie, dojeżdżamy do Curtea de Arges. Zatrzymujemy się w pensjonacie, moto ląduje tym razem na trawniku, bo parkingu nie ma wcale, nawet dla samochodów. W pokojach stoją piękne drewniane meble, jest WiFi, balkon z widokiem na góry Fogarskie, telewizor LCD, czyściuteńka łazienka, wszystko super, za 50 euro. Idziemy na obiad, porcja niby dla 2 osób, ale ledwo się nią najadłem, w sumie się nie najadłem, tylko tyle, że nie byłem głodny, cóż, może tu się tak mało je?

Po obiedzie, idziemy zwiedzać monastyr. Jest ok 1,5km od naszego pensjonatu, idziemy na piechotę, pogoda jest extra, przy drodze stoją drzewa więc idzie się w cieniu, czasu jest bardzo dużo. Przed monastyrem odpust, sprzedają miód, pierniki, drewniane zabawki, to co u nas na odpustach, ale nie korzystamy, idziemy zwiedzać. Monastyr okazuje się, że jest super, dużo lepszy niż na zdjęciach!

W środku dominuje kolor złoty. Wszystko jest bardzo ładne. W przewodniku pisze, że kiedyś w środku były piękne malowidła, ale uległy zniszczeniu, i potem ktoś namalował nowe (czyli te co są do dziś) i mu nie wyszło.... Cóż, jak komuś nie wyszło, to ja nie wiem jak to mogło wyglądać w oryginale... A no i ciekawostka, opłata za fotografowanie, jest uzależniona od narodowości, Polacy – 0Lei

Potem chodzimy jeszcze po ogrodzie w którym stoi monastyr, i powoli wracamy do domu. Zaraz za bramą, gdzie odbywa się odpust, podbiega do nas dziewczynka (czysta, ładnie ubrana, normalne dziecko, ok 8 może 9 lat) wyciąga rękę, i coś zaczyna nawijać do Marty. Marta nic, idziemy dalej, a ta za nami, rękę ma wyciągniętą i nawija. Marta do niej mówi „Jak powiesz coś po polsku to Ci dam.”. Dziewczynka przewraca oczami, i skraca swój monolog do krótkiego „mandżari” (jedzenie). Marta mówi, że nie da. Mała nie ustępuje, idzie za nami dalej, najpierw mówi, potem mówi dobitnie, potem bardzo dobitnie, potem krzyczy aż w końcu po ok pięciu minutach wrzeszczy wniebogłosy na całą ulicę „MANDŻARIIIIIIIIIIIII!!!!!!!!!”, w międzyczasie, Rumuni zwracają jej uwagę żeby się od nas odczepiła, ale mała im odszczekuje i idzie za nami dalej. Całe przedstawienie trwa dobre pięć minut, my idziemy i „nie zwracamy na nią uwagi”, wiara na ulicy opieprza małą, ta najpierw wrzeszczy coś do nich, oni się odwracają wyraźnie zniesmaczeni, po czym mała dalej, że „mandżari”. Kiedy Marta jej po raz sto pięćdziesiąty mówi ”nie”, mała w końcu traci cierpliwość, daje Marcie klapsa w tyłek, odwraca się na piecie i odchodzi strasznie obrażona! Ale szopka, mówię Wam

Wracamy do domu, siedzimy trochę na balkonie i oglądamy zachód słońca, a potem przed telewizor, i oczywiście TarafTv. Dziś wieczór z Nicolae Gutą.

Trasa 430km (Złote piaski – Curtea de Arges)
Czas ok 5,5h

Dzień 17

Schodzimy na śniadanie, pół godziny po tym jak się zaczęło, i już prawie nic nie ma i nic nie dokładają (wspominałem o wczorajszym obiedzie?). W akcie desperacji zjadam parówkę (bo tylko to zostało). Po „mega śniadaniu” szybko się pakujemy i lecimy na trasę transfogarską. Zapowiada się nie źle, ale tylko się zapowiada. Okazuje się, że asfalt jest absolutnie fatalnej jakości, dziura na dziurze wielkości garnka do gotowania kompotu! Kamienie, a na zakrętach piach, taki sypki jak mąka! I w takich warunkach, przez 130km, zakręt, potem 30 do 80 metrów prostej, i następny zakręt. Z tym co było na Słowacji nie da się tego porównać, tu nie ma ŻADNEJ przyjemności z jazdy, cały czas patrzysz pod koła, omijasz piasek kamienie, pełne skupienie, prędkość? Rzadko przekracza licznikowe 50 na godzinę, nawet samochody jadą powolutku! Ten piasek jest dobijający, na forach pisało, że tak będzie (ale nie myślałem, że aż tak!), i że potem się asfalt poprawia, (serio?). Zęby zaciśnięte, mój dentysta mnie chyba zabije, ale jadę, widoki może i by były niezłe, gdyby człowiek miał czas chociaż na chwilę rzucić okiem w ich kierunku.

W pewnym momencie, na ostrym zakręcie w prawo, moto zaczyna trzepać kierownicą, i rzucać tyłem! Jedziemy ok 45 na godzinę, a ten najwyraźniej ma zamiar za chwile się przewrócić, całe moto lata na boki, kierownica to samo, a moto nagle, chociaż pochylone przestaje skręcać, tylko jedzie prosto! Kurcze, będzie gleba! Szybki rzut oka na przeciwległy pas, nikt nie jedzie, a na asfalcie nie ma piasku, tylko dziury, no to szybko kiere ostro w prawo, moto na moment wstaje do pionu, to prostuje kierownice i wypadam na przeciwległy pas prosto w te dziury wielkości starego monitora! Moto przestaje trzepać kierownicą, teraz zaczyna podskakiwać w górę i w dół, no to ja kiere w lewo, znów przeciwskręt, i jak najszybciej uciekam na swój pas, odzyskuje zimna krew i trafiam miedzy dziury, sytuacja się uspokaja... Zwieracz mam zaciśnięty z taka mocą, że mógłbym tyłkiem gwoździe z desek wyciągać, ale się udało! Cała walka trwała ok 30 metrów, ale mam wrażenie, że była to wieczność, mam serdecznie dość, a tu jeszcze 80 km takiej drogi przede mną!

Po złapaniu oddechu jedziemy dalej, nie mogę się doczekać tego super asfaltu, ta droga jest chyba w ogóle nie remontowana, ten Ceauşescu to miał wyobraźnię, jak on tędy chciał te czołgi na ciężarówkach wozić??? W pewnym momencie widzimy skałę wielkości mikrobusu, oderwała się i spadła na asfalt, zajmując 2/3 szerokości drogi. Postawiono tablicę, żeby uważać i to wystarczy

Jedziemy coraz wyżej, i widoki stają się naprawdę imponujące, zatrzymujemy się co jakiś czas na fotosy. W końcu dojeżdżamy do tunelu na wysokości 2056m n.p.m i zaczyna się zjazd w dół. Dziury znikają, piasek i kamienie też, za to pojawiają się rowki wzdłuż drogi, biegnące jeden obok drugiego na całej długości zakrętu, i zmuszające do jazdy zupełnie nie motocyklowym torem, więc choć asfalt jest niby ładniejszy, to jedzie się tylko trochę lepiej....

Jadąc w dół robi się coraz cieplej i przyjemniej, po jakimś czasie asfalt traci rowki (z powrotem zyskuje dziury, ale niewielkie, takie typowo Rumuńskie) i śmigamy! Składam się w zakręty jak mistrz superbike, i nagle za jednym z nich, stado, to jeszcze pół biedy, ale jak te barany już sobie poszły, to już nie było drogi, tylko „pole minowe” .

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do głównej drogi prowadzącej do Sibiu... I tu moja mała, subiektywna uwaga:

Zupełnie nie rozumiem, czym się ludzie zachwycają, tragedia jest ta trasa! Dziury, piach, ciągły strach przed wywrotką, makabra! 100km jedzie się przez 3 godziny prawie! Cięgle na drugim biegu! Widoki ładne, ale zupełnie nie warte tego poświęcenia, bo w Rumunii jest masa dróg dużo mniej stresujących a z podobnymi widokami. Naprawdę, nie uważam, żeby był to jeden z punktów w tym kraju który trzeba koniecznie zaliczyć. Podejrzewam, że w Rumunii będę jeszcze nie raz, ale nie podejrzewam żebym jeszcze kiedyś się rzucił na tą trasę, i nikomu jej nie polecam, bo naprawdę nie warto, szkoda nerwów! Koniec subiektywnej uwagi.

Robimy przerwę w makdonaldzie. Przejechaliśmy może ze 150km, a jestem totalnie styrany. No ale nic, dziś w planie dojechać do Hunedoary, więc po obiedzie wsiadamy i jedziemy dalej. Po drodze widzimy drogowskaz na Calnic 3km, kiedyś o nim słyszałem (w Calnic jest cytadela, jak się za chwilę okazało), więc szybka decyzja i jedziemy.

Zatrzymujemy się przed cytadelą, zaraz obok zatrzymuje się polak na BMW. Zaczynamy rozmawiać, ale zaraz dopada nas zgraja dzieciaków, mówią, że mamy postawić motory na podwórku na cytadeli. Wyglądają tak jak sobie rumuńskie dzieci wyobraża znakomita większość polaków. Brudne, bose, ciemna skóra, no i oczywiście chcą kasę. Jest ich z 4 albo 5, hałasują i w ogóle, ale zaraz przybiega nastolatek, odgania od nas dzieciaki kopniakami w tyłek, i przeprasza za kłopot, mówi żebyśmy wjechali na podwórko i poszli za drogowskazami po klucz do gospodarza. Chłopak odchodzi my wjeżdżamy. Zsiadamy z motocykli, zdejmujemy kurtki, i na ulicy znów słychać hałas. Widzimy chłopaka który nam pomógł, ucieka w popłochu, chwile później przebiega banda gówniarzy, krzyczy na niego i rzuca kamieniami... chyba się wkurzyli, że stracili przez niego klientów z zagranicy

Zdobywamy klucz i idziemy zwiedzać cytadele. Kiedyś był to zwykły dom jakiegoś szlachcica, ale chłopi się zrzucili i go odkupili. Otoczyli dodatkowym murem, w środku postawiono kaplicę, wybudowano cele, po jednej dla każdej rodziny (można się w nich dot ej pory przespać, 15 euro za noc) i tak powstał kolejny chłopski zamek. Jest zachowany w naprawdę bardzo dobrym stanie, podwórko jest duże, ładna trawka, mury obronne, wszystko super. Aż chciało by się w nim zamieszkać, no i piwnica, chłopaki mieli czego bronić.

W zamku znajduje się też muzeum, ale wszystkie eksponaty były podpisane po Rumuńsku...

Po zwiedzeniu Calnic ruszamy do Hunedoary. 12 km przed miastem, zatrzymuję się na stacji benzynowej, jest nadal bardzo ciepło, chociaż już zbliża się wieczór. Leję, idę zapłacić, wychodzę, a na dworze LEJE! Pogoda zmieniła się w ciągu 30 sekund. No nic, jakoś dojedziemy. W Hunedoarze szukamy hotelu, w końcu znajdujemy hotel Maier, moto ląduje w pralni, właściciel mówi, że dwa tygodnie wcześniej były tu zawody Enduro, i w pralni stało 40 motocykli, więc mój jeden to żaden problem. Obsługa hotelu jest bardzo miła, cena śmieszna, a warunki super!

Trasa ok 290km (Curtea de Arges - Hunedoara)

Czas ok 9h (w tym ok 2h zwiedzania i obiadowania)

SAMOCHODY

O ile na wioskach, dość często jeszcze spotyka się Dacie, i furmanki, o tyle w miastach Dacie są prawdziwą rzadkością. W zeszłym roku, najpopularniejszym samochodem był mercedes E klasy, taki najwyżej 2 letni, w tym roku nie wiem czy widziałem chociaż 5 takich samochodów... Moda się zmienia, w tej chwili, w mieście co drugie auto to BMW X6, jest tak popularne, że zdążyło mi się opatrzeć, i w tej chwili(2009r) nie robi już na mnie najmniejszego wrażenia. W ogóle, po Rumunii jeżdżą takie bryki, że nawet w Berlinie się takich nie spotka. Widziałem kilka mustangów (ech, marzenie), Bentley'ów, Meroli eSek całą masę po prostu, ale motocykle nie są tu popularne, a jak już się zdarza to są to raczej 18 letnie Gsx'f itp. Nowe moto to tutaj rzadkość, nie wiem naprawdę czemu (biorąc pod uwagę to jakie bryki maja Rumunii, to chyba nie jest to kwestia kasy). Tu mały flasch back do zeszłorocznej wyprawy, ale napisze o tym bo to tez (IMVHO) ciekawe

Postawiliśmy moto na parkingu, i poszliśmy zwiedzać cośtam, wracamy, a tu normalnie sesja zdjęciowa się odbywa. Tata stoi, syn robi fote, potem zmiana, potem babcia, potem wujek z tatą, gdy nas zauważają, grzecznie pytają czy mogą robić foty, kiwamy że tak, no to oni nas proszą, żebyśmy stanęli z nimi, potem że kucamy, itp. itd.... Na końcu ładnie nam dziękują, łapka łapka, i się zawijają do nowiutkiego A6 Avant które stało na miejscu obok

Dzień 18

Wstajemy rano, leje...... Bierzemy taxi i jedziemy do zamku, płacimy 1Euro (słownie: jeden euro). Zamek na zewnątrz boski, świetnie zachowany, wieżyczki, szpiczaste dachy, kładka nad fosą.

Niestety wnętrzem jestem poważnie zawiedziony . Prawie nigdzie nie można wejść, a tam gdzie można wejść tam jest zawsze sklep z pamiątkami. Koniec świata, mogło by się tak fajnie zwiedzać zabytek (jak w Bran chociażby), a te sklepy z pamiątkami totalnie psują klimat

Ale chodzimy po zamku dość długo, ze 2 godziny, potem na piechotę (zrobiło się w międzyczasie ładnie) wracamy do hotelu. Chociaż jest już grubo po 12 (doba hotelowa się skończyła), obsługa nie robi z tego najmniejszego problemu. Pakujemy się i ruszamy w drogę.

Kierujemy się w stronę Aradu, droga ma dobrą nawierzchnię, ale jest bardzo kręta i wąska, a zakazu wjazdu dla ciężarówek nikt nie respektuje, więc wleczemy się niemiłosiernie. Pogoda zaczyna się psuć, dzień wcześniej w wiadomościach mówili coś o możliwych powodziach w tym rejonie. Powolutku dojeżdżamy do granicy, przed samą granicą tankujemy Rumuńskie paliwo i „Lare Wedere” (do widzenia)

Wjeżdżamy na (moje ukochane) Węgry, i kierujemy się do Szeged. Wąsko, koleiny, ograniczenie do 30 w każdej wiosce i oczywiście pełno policji skrupulatnie egzekwującej zakazy, makabra. Jedzie się tragicznie po prostu. Dojeżdżamy do Szeged, szukamy hotelu, 70Euro! A niech ich, no ale co zrobić, zostajemy. Idziemy na miasto szukać makdonalda jakiegoś, Szeged okazuje się bardzo ładne.

Trasa ok 320km (Hunedoara - Szeged)
Czas ok 5,5h

Dzień 19

Na początku 150km autostrady do Budapesztu, jechaliśmy trochę ponad godzinę. Potem ok 40 minutowa przeprawa przez miasto. W Budapeszcie dzwonimy do Marka, naszego kuzyna który z rodziną wybiera się za parę tygodni do Bułgarii, obiecaliśmy dać mu mapy. Umawiamy się z nim na następną noc, przenocujemy u niego, pogadamy, będzie fajnie

Ruszamy dalej, za Budapesztem zaczęło padać, zrobiło się zimno, chwilę potem przekraczamy granicę ze Słowacją. I tu wariat zaczyna nas prowadzić takimi drogami, że tylko kóz na nich brakuje! Co chwile się zatrzymuję i pytam czy jest pewny, że inaczej się nie da, ale idzie w zaparte i gada, że tak trzeba i koniec! W tym kraju nie ma głównych dróg czy jak? Tempo jazdy jak w Rumunii, tylko dziur w drodze nie ma, ale ciągle mijamy jakieś wiochy. Dojeżdżamy do Zyliny, szukamy hotelu trochę długo, ale w końcu znajdujemy, moto ląduje na parkingu za hotelem, a hotel w ogóle należy do jakiejś firmy budowlanej, także pełno fachowców się po nim kreci, a na parkingu sporo betoniarek itp., ale jest stróż i wszyscy są mili, i chcą tylko 55 euro za noc....

Trasa ok 485km (Szeged - Zylina)
Czas ok 9h

Dzień 20

Rano dochodzimy do wniosku, że w sumie to Oświęcim jest po drodze, Marek i Justyna prosili, żebyśmy zjawili się dopiero po 17:00, więc w sumie możemy się zatrzymać i zwiedzić obóz. Wariat stwierdza, że Polskę to on zna jak własną kieszeń i chętnie nas zaprowadzi. Kupuję jeszcze tylko dwa Złote Bażanty dla rodziców, i mykamy.

Jedziemy, po 120km (ostatnie 30km to błądzenie po drogach nie wiem dla kogo, dla zajęcy? Rowerów? No nie wiem), wariat stanowczo stwierdza, że jesteśmy na miejscu i możemy zwiedzać!

Jest sklep spożywczy, przystanek, kilka domków, ale obozu nie ma. Pytam, go czy na pewno, on stwierdza, że oczywiście! Marta idzie spytać w sklepie, i się okazuje ze jeszcze jakieś 10 km musimy jechać i tam spytać kogoś gdzie dalej! Szlak by wariata trafił! Jedziemy, pytamy, w końcu dojeżdżamy. Moim zdaniem, ten obóz powinien być lepiej oznakowany jednak.

Idziemy zwiedzać, tzn ja oprowadzam Martę, bo byłem tu już i wszystko zapamiętałem (poza dojazdem). Obóz jest dołujący, chociaż teraz coraz bardziej przypomina galerię sztuki nowoczesnej a coraz mniej miejsce zadumy (ci co byli, wiedzą o czym mówię). Widzimy całą masę wycieczek z Izraela, patrzą się na nas jakoś tak dziwnie, jakby myśleli ze jesteśmy Niemcami, bo przecież każdy motocyklista to Niemiec, a każdy Niemiec to faszysta i morderca..... A może po prostu na wszystkich się tak patrzą, i nikogo nie przepuszczają w drzwiach, nie wiem.... Po 3 godzinach, zdołowani, idziemy na parking i ruszamy dalej.

Ruszamy w kierunku Głogowa, po drodze za Wrocławiem, zaczyna lać. Nie padać, tylko lać, LAĆ!! Samochody zatrzymują się na poboczu autostrady, i nie jadą dalej, ja się podczepiam pod tira, który z prędkością 30km/h zmierza na najbliższy parking. Przypomina mi się stare Indyjskie przysłowie: „Nie ma rzeczy nieprzemakalnych”.

po 10 minutach jazdy, mam kałuże w butach i rękawiczkach, kask mi nawet przecieka, ale kurtka i spodnie o dziwo dają radę (ale i tak z całej przygody wyszedłem przeziębiony).

Dzwonimy do kuzynostwa, że się spóźnimy. Gdy się przejaśnia, jedziemy dalej, zmoknięci, zziębnięci, zdesperowani żeby dojechać jak najszybciej. Justyna z Markiem szykują nam bardzo miłe powitanie. Jemy ciepłą kolację i do 2 w nocy rozmawiamy. Umawiam się z Justyną, że jak wróci z Bułgarii, to jedziemy razem na koncert Jacksona, którego fanami byliśmy w dzieciństwie, bo być może najbliższa trasa koncertowa będzie ostatnia....

Trasa ok 485km (Zylina – okolice Głogowa)
Czas ok 11h (w tym ok 3 godziny przerwy)

Dzień 21

Przy śniadaniu słuchamy radia, i pierwszą wiadomością którą słyszymy jest to, że Jackson umarł. Kurcze flaki! I już nie zobaczę na żywo tańca szkieletów, ani JetPacka w akcji

Justyna wypuszcza nas o 14:00, do domu dojeżdżamy ok 17:00. Przygód brak. Wjeżdżając na osiedle, dobija mnie widok fontanny (bardzo charakterystyczny punkt osiedla) która uświadamia mi, że to koniec, i że już naprawdę wróciliśmy...

Ale jak to stwierdził Dwukwiat, „Nie możesz powiedzieć, że gdzieś byłeś, dopóki nie wrócisz stamtąd do domu, a układanie obrazków z ikonografu w klaserze, i opowiadanie rodzinie co się przeżyło, to również część podróży.”

KONIEC