Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Rumunia cz. 1

Rumunia cz. 1 (2009)

Autor: micek

Dzień 0

Zaczynamy z przebiegiem 11500 na liczniku, z pracy zwalniam się godzinę wcześniej niż normalnie bym wyszedł, jadę do domu po moto, które już stoi zapakowane w garażu. Szybko się przebieram, wciągam nosem jakąś kanapkę i jadę po Martę do pracy. Przed bramą garażową znajduje jeden grosz, na szczęście....? Żegnani przez Marty współpracowników ruszamy w kierunku Legnicy, tam mamy zaplanowany pierwszy postój. Zimno, pełno policji, radarów, słupów udających radary, tirów, kolein to Polska właśnie. Po ponad 3,5 godziny dojeżdżamy. Moto ląduje na zamkniętym parkingu pod hotelem a my idziemy na kolacje. W sumie nic ciekawego się nie dzieje...

Trasa 219km (Gorzów - Legnica)
Czas 3h 50min

Dzień 1

Ruszamy ok 9:00. Najpierw pół godziny jeździmy w kółko po Legnicy (objazdy, remonty), w końcu trafiamy na autostradę i prujemy w stronę Krakowa. Zimno, chmurzy się coraz bardziej, czasem kropi, morale spadają. Narobił na mnie ptak, na szczęście??? Autostrada bezpłatna przyzwoita, płatny odcinek, bez komentarza! Kierujemy się w stronę Nowego Targu by kawałeczek dalej przekroczyć granice ze Słowacją. Po wjechaniu w góry pogoda się poprawia, ale bez jakiejś rewelacji... Granica miedzy Polską a Słowacja jest bardzo wyraźna, momentalnie dziury znikają, a droga otrzymuje pobocze. Górskimi, krętymi, nieczęsto uczęszczanymi drogami, kierujemy się w stronę Popradu. Widoki po drodze świetne.

Wariat (GPS) mówi żeby jechać do hotelu Atrium, no to jedziemy.... "Hotel", zwykła kamienica na pierwszy rzut oka, zero parkingu jakaś taka mała, ale myślimy co nam szkodzi zapytamy o pokój i o parking (w którego istnienie szczerze wątpię). Okazuje się, że pokój będzie kosztował 45euro, parkingu oczywiście nie ma, ale za to jest duża i wygodna.....spiżarka!

Okazuje się, że za kamienicą jest ogromne podwórko, świetnie urządzone, pokoje absolutna rewelacja, tv z dekoderem cyfrowym, ogromna łazienka, sejf czyściuteńko, obsługa mówi po polsku, super jedzenie, absolutna rewelacja. W nocy leje jak z cebra, rano pogoda piękna, widok z okna okazuje się że też niezły...

Trasa 520km (Legnica - Poprad)
Czas ok 9h

Dzień 2

O 9.40 ruszamy. Kierujemy się do Oradei, mieliśmy jechać 5 godzin, wychodzi 8. Co chwile się zatrzymujemy na fotosy.

Asfalt kręty jak nie wiem, ale nie ma ani jednej dziurki, ani jednego ziarnka piasku, zakręt za zakrętem, i ostro pod górę i z góry i znów pod górę i znów z... super się jedzie, i do tego te widoki, naprawdę nie ma się co spieszyć tutaj... Z każdym kilometrem jest coraz cieplej, w końcu wypinamy membrany. 1050m n.p.m pękło.

Po drodze mijamy ciekawy obrazek, którego niestety nie sfotografowałem... w samym środku gór, stoi ogromny tartak, obok stoi normalny blok z płyty betonowej. Przed blokiem sznurki do suszenia bielizny, takie wieszaki, jest ich ze cztery albo pięć rzędów, wysokie na 2 metry, długie takie same jak blok, i wszyscy robią pranie, wszystkie wieszaki zajęte, baby z miskami jedno zdejmują następne wieszają, normalnie wygląda to tak jakby tylko raz w miesiącu włączano tam pralkę. Trudno to opisać, trzeba to zobaczyć, widok nieziemski.

Wpadamy na Węgry gdzie postanawiamy zjeść w McDonaldzie. Nie cierpię tego kraju, normalnie nie cierpię, ale co zrobić. Idziemy do McDdonalda, sami studenci za lada, podchodzę do babki i pytam czy mówi po angielsku. "Yyyyyyyy my no but friend yes" i woła tego friend. Friend podchodzi i mówi "Yes?", no oki, dobrze zaczął, no to ja mu mówie co chcę, a ten tu się zaraz do śmiertelnego zejścia szykuje, robi się blady, chyba przestaje oddychać.... Dobra, zaczynam mu pokazywać palcem jednej dłoni na obrazki, a na palcach drugiej pokazuję ile tego chce, "Aha" odpowiada i mówi do koleżanki po węgiersku co mu właśnie pokazałem palcem... potem patrzy na mnie z uśmiechem, i stwierdza: "Aha?", ja mu elokwentnie, że "Aha" i mu pokazuje, że chce się też napić, na co on "Aha" no to ja mu że kola (i pokazuje dwa palce), "Aha kola" odpowiada, i mówi koleżance, że dwie kole. Super tłumacz, widać po angielsku kuma tylko "Aha, aha i Kola" i tu się kończą jego możliwości... Ale ostatecznie dostajemy co chcieliśmy, co za kraj....

Dojeżdżamy do Rumunii, jesteśmy tu już drugi raz, i drugi raz jesteśmy zachwyceni! Stojący obok nas na światłach ludzie, odsuwają szyby żeby nas zagadać. Pytają dokąd jedziemy i skąd jesteśmy, potem życzą nam powodzenia, niektórzy rozmawiają dłużej. Wszyscy się miło uśmiechają i są bardzo przyjaźni. Zatrzymujemy się w hotelu Atrium, nie wiem czy to przypadkowa zbieżność nazw czy jakaś sieć hoteli, ale warunki również doskonałe. Moto ląduje bezpośrednio przed wejściem do hotelu, obstawione doniczkami z tujami.

Idziemy "na miasto". Oradea jest miastem starym, ale sukcesywnie odnawianym. Śródmieście jest śliczne, secesyjne kamienice, niektóre jeszcze przed remontem, ale te wyremontowane już są przepiękne! Cała masa pomników, pięknych mostów, cerkwi, tu nawet latarnie przy drodze są ładne... Cudo, można chodzić bez końca po tym mieście, bo z za każdego rogu wyłania się inny , jeszcze piękniejszy budynek niż ten obok którego się stoi....

No i jeszcze kilka obserwacji, dotyczących tak samo Oradei jak i całego kraju... Po pierwsze, Rumunki są naprawdę bardzo ładne, i to nie niektóre, po prostu prawie wszystkie. Bardzo ładnie się obierają. 80% dziewczyn NIE NOSI STANIKA co doskonale zresztą widać! Marta mówi, że chłopaki tez fajne, no i 100% nie nosi stanika. Przeciętna Rumunka nie wygląda tak jak nam się często wydaje, jest tylko troszeczkę ciemniejsza (ale tylko troszeczkę) niż my, ale prawie zawsze maja duże czarne oczy i ciemne włosy. Chłopaki podobnie, przeciętny Rumun nie wygląda jak "Rumun", że się tak wyrażę.... Wszyscy są tu bardzo mili, bardzo chętnie pomagają, zwłaszcza obcokrajowcom na motocyklu, młodzi ludzie doskonale władają angielskim, nie ma najmniejszego problemu z porozumieniem się w tym języku w tym kraju.

Trasa 348km (Poprad - Oradea)
Czas ok 8h

Dzień 3

Mieliśmy ruszyć o dziewiątej, ale przecież są wakacje. Wyrabiamy się na dziesiątą. Planujemy dziś dojechać do Sibiu, w sumie to też dojazdówka, ale już w Rumunii. Początkowo mieliśmy wpaść po drodze do Hunedoary, ale jest poniedziałek, a w poniedziałek zamek jest zamknięty, wiec postanawiamy obejrzeć go w drodze powrotnej. Ruszamy zatem do Sibiu, przez Deve, na mapie ta droga jest zaznaczona jako czerwona. Potem parę razy się zastanawiałem co tak naprawdę oznaczają kolory dróg na Rumuńskiej mapie...

Ruszamy, najpierw przejazd przez Oradeę, ruch spokojny, drogi całkiem niezłe, szybko się nie da jechać bo to dość duże miasto, ale w korkach też nie stoimy. Po drodze oglądamy kamienice, cerkwie, dopiero na obrzeżach miasta zaczynają się blokowiska. No i wyjeżdżamy....na DROGĘ.... CZERWONĄ!...

Najpierw koleiny, potem serpentyny, potem dziury i serpentyny, potem tylko dziury, a potem extra asfalt i ruch jak w centrum miasta (sic!). Piekarnik po drodze niesamowity, ale trasa niezwykle malownicza, początkowo wiedzie przez wioski. Rumuńskie wioski maja bardzo ciekawą architekturę, jadąc przez nią ma się wrażenie, że jedzie się wzdłuż bardzo długiej ściany. Na każde podwórko prowadzi brama, bardzo często niezwykle zdobiona, te najładniejsze są drewniane, czasem są ładne metalowe, a czasem to po prostu brama z arkuszy blachy pomalowanej na brązowo. Ale brama jest zawsze (jak się potem okazało, nie zawsze, ale na razie była zawsze). Brama przylega jednym końcem do domu właściciela, a drugim do domu sąsiada. Podwórka w ogóle nie widać z ulicy. W mijanych miejscowościach, jest pełno ludzi w knajpach, oni to w ogóle nie pracują czy coś?Potem odcinki drogi miedzy wiochami staja się coraz rzadsze, i zaczyna się przyroda, taka której jeszcze nie widziałem....

Wyobraźcie sobie prostą drogę po horyzont, a gdy rozglądacie się dookoła, po sam horyzont nie ma NIC! Nie ma drzew, słupów z prądem (jedynie wzdłuż drogi, idą drewniane ledwo stojące słupy, a na nich jedna nitka), domów, pól uprawnych, nic! Czasem jakieś mizerne krzaczki, i w oddali widać stada koni (podejrzewam, że nie są dzikie, ale wrażenie robią niezłe).

Po kilkunastu(kilkudziesięciu) km zaczynają się serpentyny. Zakręty, zakręty, zakręty, dziury, piach, kamienie, ale jakoś się da jechać.... Górale mają tu bardzo ciekawy sposób na robienie interesów, siedzą pod parasolem ogrodowym przy drodze i sprzedają czystą wodę w butelkach po coca-coli, fancie, i czym tam jeszcze sobie wymyślą... Butelki są brudne, i w ogóle wygląda to obrzydliwie, zastanawiam się czy ktoś to kupuje, tym bardziej, że co parę kilometrów przy drodze są źródełka z wodą... Po przejeździe przez góry, jedziemy doliną, niby jest płasko, ale gdziekolwiek się nie rozejrzysz, na horyzoncie są góry.... Dojeżdżamy do Devy. Upał jest taki, że wytrzymać się nie da, trochę nas to deprymuje, od Devy zaczyna się extra asfalt, ale zaczyna się też ruch taki, że makabra. No nie wyprzedzisz choćbyś miał tam R1. Wszyscy grzecznie jada tempem przeładowanej ciężarówki. Dojeżdżamy do Sibiu, i się załamujemy. Miasto brzydkie jak nie wiem, a w dodatku same Hiltony. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, pytamy wariata czy są jakieś hotele w okolicy. Mówi, że nie wie, wie tylko gdzie Hilton. No to patrzymy w przewodnik, tam są jakieś adresy, ale wariat stwierdza, że nie wie gdzie to jest, bo w Rumunii zna tylko główne drogi... Zaczyna padać, co w połączeniu ze skwarem powoduje, że jest strasznie duszno. W akcie desperacji idę do pensjonatu (który na pewno nie ma parkingu) spytać o nocleg, na drzwiach wisi kartka: "We are sorry, but have no free room now.", super!

Odwracam się i już mam iść gdy słyszę: "HAlllOooooo". No to znów się odwracam, uśmiechnięta pani macha do mnie ręką żebym przyszedł, pytam (po angielsku) czy naprawdę nie mają pokoju... Pani robi "yyyyyy, y?" i macha żebym wszedł do środka. No to wchodzę, a ona "Sprichst Du Deutch?", no pewnie, że "sprichst", no to pytam co z tym pokojem... Są, są zapomniała kartkę przewrócić, oczywiście, że są i to bardzo tanie. A miejsce na moto? Tez jest, sąsiad ma duże podwórko, nie ma problemu. Chce 30 euro za nocleg ze śniadaniem dla 2 osób. Bierzemy. Płacę, potem idziemy pogadać z sąsiadem. Sąsiad mówi, że nie ma sprawy, wstawiamy na podwórko sprzęta, idziemy się przebrać. Jesteśmy głodni, więc pytam pani gdzie jest sklep, ona mówi, że na starówce są tanie restauracje i żebyśmy tam poszli. Idziemy, ale to Sibiu brzydkie, ale dochodzimy do starówki i SZOK!

Spacerujemy, zwiedzamy, strzelamy fotosy, jemy obiadokolacje, i spacerem wracamy do domu. Zadowoleni, że na koniec dnia trafiła nam się taka wycieczka. Wieczorem ja planuje dalsza drogę (właściwie ustalam tylko szczegóły) a Marta skacze po kanałach telewizora i znajduje stacje "Taraf.Tv". Poszczają DiscoRumuńsko, jak się potem okaże na stacjach benzynowych ta muzyka leci w każdym BMW. Rozbawieni występami artystów rumuńskich kładziemy się spać.

Trasa 307km (Oradea - Sibiu)
Czas ok 6h

ŻEBRACTWO

Od tych "co tam nie byli, ale wiedzą" słyszałem, że tam jest masa żebraków, jedzenia na ulicy nie wolno wyciągnąć bo Ci je zabiorą i zjedzą, a jak nie dasz to zjedzą Ciebie. Wszyscy kradną gwałcą i mordują..... Dementuje plotki! Po pierwsze, w niektórych miastach, np. Oradei, jest prowadzona szeroko zakrojona walka z "Rumunami". Plakaty informują żeby nie dawać pieniędzy żebrakom. Efekt? W Gorzowie na kwadracie jest więcej żuli niż w całej Rumunii. Z "żebractwem" spotkałem się trzy razy, raz w Sibiu przed sklepem grupka dzieciaków zaczepiała wszystkich (Rumunów też) i prosiła o kasę, byli ładnie ubrani i czyści, ewidentnie robili to dla sportu albo zabawy. Nikt im nie dawał... Raz w Calnic (o czym napisze jeszcze) i raz w Curtea de Arges (o czym też wspomnę bo sytuacja była naprawdę zabawna)....

Dzień 4

Dzień wcześniej (zapomniałem o tym napisać) oglądaliśmy w telewizji wiadomości rumuńskie, i pokazywali... Że w Rumunii grasuje puma, i oczywiście aktualnie jest w okolicach Brasov w którym ostatecznie planujemy dziś wylądować.... Oczywiście wszystko jak w Polsce, niewyraźne zdjęcia z komórki, cała masa świadków i teoria, że do Brasov zwabił ją zapach emitowany przez uczestników mistrzostw Rumunii w grillowaniu... Nic jedziemy, w końcu "dziki kraj" to i przyroda musi być dzika!

Rano jakoś nie mogłem się zebrać, najpierw wstać, potem się spakować, po zapakowaniu okazało się, że pociekło z węża od chłodnicy (chyba każdy właściciel DL1000 zna ten problem, a jak nie zna, to pozna zanim przejedzie najbliższe 5tyś km). No to śrubokręt w rękę, gimnastyka i kolejne 15 minut opóźnienia z wyjazdem...

Idę zatankować, idę bo jak pamiętacie(?) po drugiej stronie ulicy jest stacja benzynowa. Podpycham moto pod dystrybutor, wyskakuje "obsługa". Mówi, że do takiej maszyny panie, to on ma specjalne paliwo, i każe przepchnąć moto pod sąsiedni dystrybutor... i teraz gratka dla hobbystów co jeżdżą na vpałer-ultimejt... Gość każe otworzyć korek i osobiście wlewa mi paliwo 101 oktan(sic!). Leje i leje, robi dziwne miny bo koniecznie chce zalać pod sam korek, wczuwa się ostro, pistolet odbija mu z osiem razy, normalnie czekam aż mi zacznie to paliwo do kieszeni jeszcze lać, albo botów. Zalał, skasował... Ot ciekawostka, mają tu taki zwyczaj, że na stacji benzynowej zaokrągla się do najbliższej pełnej sumy... Lepiej zalać za 45,49Ron niż za 45,51 bo wtedy zapłaci się 46, w pierwszym przypadku 45... Bardzo często się spotkałem z tym zjawiskiem... Jak "obsługa" sobie poszła, zaczynamy się obierać, tzn. kaski i rękawiczki i czuje smród oleju... Eeee możne mi się zdaje... Odruchowo patrzę na tylną zębatkę, ale syf, zdejmuje siedzenie i zwiększam przepływ oleju w olejarce.... Marta traci cierpliwość i zaczyna wyzywać mnie od bab... Dobra ruszamy, kierunek Medias. Medias, niewielka miejscowość, ale bardzo ładna, z tym, że ładny jest tam rynek, trochę ciężko go sfotografować bo się nie mieści w kadrze, wiec tu tylko przykładowy widoczek z Medias:

Zwiedzamy zwiedzamy, gorąc, upał, masakra... Ludzie mili, widząc nas przy motocyklu zagadują, pytają skąd i dokąd jedziemy itp., itd, jest bardzo miło. Niedaleko Medias, jest Mosna, mała wioska a w niej kościół warowny. Oczywiście wariat nie wie gdzie to, bo go takie małe miejscowości nie interesują. Włączam własnego GPS'a co go mam w głowie, wydaje mi się, że jadę w dobrą stronę, ale wolę się upewnić, zatrzymuje się przy chodniku i zagaduję do tambylca:
-Mosna? - pytam i pokazuje kierunek ręką
-He? - odpowiada mrużąc oczy
-MOSNA? - ponawiam
-HE??? - odpowiada
-MOSNA?!?!?!?!?! - pytam znów
-Aaaaaaa, Można! Można good, yes! - lewą ręką pokazuje kciuk uniesiony do góry, a drugą kierunek w którym jedziemy.

No to jak można, to można, to jedziemy Jedziemy, jedziemy, mijamy ludzi pracujących w polu, po paru kilometrach dojeżdżamy, widzimy wiatę, pod wiata miejsce na dwa samochody, jedno zajęte przez auto z którego właśnie wysypuje się rodzinka, my stajemy obok nich, wiata jest ewidentnie prywatna. Tata się trochę dziwi, na szczęście może pięcioletniemu bąblowi na nasz widok zaświecają się oczy. Klepię dłonią w siedzenie, mały coś tam mówi do ojca, tata sadza go na moto. Bąbel przeżywa najpiękniejsze chwile swojego życia. Tata pyta ile to ma koni, ile poleci, skąd jesteśmy, standard. Potem mówi, że możemy stać ile chcemy pod wiatą.

Mała dygresja: Rumuni od zawsze się z kimś tłukli, a jak się nie tłukli z kimś to się tłukli między sobą. Dlatego wszyscy bronili się jak mogli, szlachta budowała sobie zamki i twierdze, chłopi się składali i budowali wspólną twierdzę w której się chronili w czasie gdy ich ktoś napadał. W większych wsiach, w takich twierdzach były sklepy, szkoły, piekarnie, wszystko co potrzebne... A jak nie było kasy na budowę twierdzy od podstaw? Najprostszym sposobem było umocnienie kościoła. Kościoły z założenia są solidne, często były jedyną kamienną budowlą we wsi, wystarczyło przerobić dzwonnicę na basztę, dodać strzelnice, otoczyć wszystko murem, a plebanie powiększyć tak, żeby zmieścili się w niej wszyscy mieszkańcy wioski. W ten sposób powstawały kościoły warowne, w czasie pokoju były zwykłym kościołem, w czasie wojny stawały się twierdzami. W Rumunii jest takich budowli ok. 300. Koniec malej dygresji...

Kościół jest świetnie zachowany, jest całkiem spory i ciężko było zmieścić go całego w kadrze, ale się udało.

Do środka nie wchodzimy, bo jesteśmy... bo się nie udało no! Na szczęście uczymy się na błędach, i ostatecznie jeszcze tego samego dnia udaje nam się zwiedzić inny kościół... ale o tym zaraz.

Z medias jedziemy do Sigisqoary... Po drodze zdarza się coś niezwykłego, i od razu mówię, że ani trochę nie jest to żart....

Byliśmy zmuszeni wrócić kawałek tą samą drogą, ok 12-15 km asfaltu. Po obu stronach pola uprawne, nie jadę szybko, i rozglądam się na boki, patrze jak ludzie pracują i w ogóle... W pewnym momencie, patrze w prawo i widzę meteoryt! Leci ok 10 może 15 metrów nad ziemią, prawie poziomo, wzdłuż drogi którą jedziemy, świeci takim światłem jak spawarka, bardzo jasnym białym, naprawdę daje po oczach, zostawia za sobą smużkę czarnego dymu, który jednak bardzo szybko znika. Nie wydaje przy tym najmniejszego nawet dźwięku, wygląda to zupełnie inaczej niż w filmach katastroficznych. Cale zjawisko trwało ok 3 sekundy, zdążyłem mu się dokładnie przyjrzeć. Niestety nie upadł na ziemie, spłonął całkiem zanim wylądował... Marta nic nie widziała, kurcze, drugi raz widzę takie zjawisko (za pierwszym razem jednak meteoryt spadł na ziemię, prawie trafiając w mój samochód (SIC!)), i drugi raz nie widzi tego nikt poza mną, i drugi raz nikt mi nie uwierzy! Ponoć zobaczyć coś takiego to jak wygrać szóstkę w totka, a ja widziałem dwa razy, postanawiam zacząć grać po powrocie do domu... Marta z przekąsem mówi, że skoro widziałem spadającą gwiazdę to powinienem pomyśleć życzenie...

Wjeżdżamy do Medias, upał taki, że termometr od razu pokazuje 3 kreski jak się tylko zatrzymasz (normalnie dwie), wentylator chodzi non stop. Potem jedziemy dalej i dojeżdżamy do Sigisqoary.

Upał tragiczny, leje się z nas pot (nawet z Marty, a podobno dziewczynki się nie pocą), ale idziemy zwiedzać rynek. Trzeba do niego iść po schodach, żeby wejść przechodzi się przez bamę pod wieżą zegarową.

Chodzimy po starówce, widzimy dom w którym mieszkał Vlat Drakul, i w którym urodził się Vlad Tepes (Drakul - ojciec, Tepes syn. Syn to pierwowzór Drakuli z powieści Brama Stockera. Ojciec należał do zakonu Dragonów, syn był władcą Rumuni, świrem i sadystą, ale jego historia jest bardzo złożona, i jest on postacią której można chyba współczuć, nie tylko potępiać, ale to inna historia. Po rumuńsku, od czasów Tepesa, "drakul" oprócz smoka znaczy również "diabeł".).

W Sigisqoarze podejście do obrony było trochę inne niż w mniejszych miejscowościach. Dzisiejszy rynek/starówka był kiedyś całym miastem, położonym na wzgórzu. Miasto leżało w miejscu gdzie przecinało się kilka szlaków handlowych więc było dość bogate. Władze otoczyły miasto murem, i nakazały wybudować 22 baszty. Każdą basztę mieli wybudować/zasponsorować przedstawiciele innego cechu. Mieli się nią opiekować, a w czasie wojny stanowić jej załogę. I tak była baszta zegarmistrzów, szewców, krawców, rzeźników i tak dalej... Podejście takie musiało być skuteczne, skoro znakomita część starego miasta (z wieżami na czele) przetrwała. Na środku jest wzgórze, na nim kościół, ale nie poszliśmy tam. Nie daliśmy rady, gorąc, kurki pod pachą, mamy dość. Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że ciągnę tu Martę, tyle czekała na urlop a teraz musi zasuwać w upale w niewygodnych ciuchach. Pomimo miejsca w którym jestem moje morale strasznie spadają...

Dziś się śmieję z moich ówczesnych rozterek, parafrazując pewnego znanego podróżnika: "Gdyby w czasie podróży nie było rozterek i kłopotów, nie miał bym czego opowiadać."

Robię jeszcze parę fotek i idziemy na parking.

Już wiem skąd brudna zębatka i smród oleju... rura wydechowa przetopiła przewód od olejarki (miał wytrzymać 170 stopni) i olej zamiast na zębatkę bryzgał na wszystko inne. Co za gnój! Jak nie urok to przemarsz wojska! Szlak mnie zaraz trafi. Zakręcam zawór od olejarki, potem będę musiał pomyśleć co z tym zrobić...

Jedziemy do Viscri zobaczyć kolejny kościół warowny. Oczywiście wariat nie ma pojęcia gdzie to jest, nie wie, że w ogóle jest takie miejsce. Jedziemy, widzę drogowskaz, skręcam, i szok! Droga - Kazachstan!!! Widziałem już w życiu rożne miejsca, ale czegoś takiego jeszcze nie, a już na pewno nie spodziewał bym się tego w unii europejskiej w XXI wieku! Dzieciaki na golasa na drodze w klasy grają, domy i podwórka przy drodze takie, że Buszmeni z National Geographic w sercu Afryki maja lepsze! Szok, głupio mi było porobić zdjęcia, więc postaram się Wam to tylko jak najdokładniej opisać.

Podwórka brudne, zasyfiałe. Przy drogach stoją domy zbudowane ze wszystkiego co można znaleźć, i nie nadaje się już do niczego, tylko do tego żeby zbudować z tego dom. Jeden był zbudowany z pościnanych drzew, nie belek czy desek, krzywych drzew. Szpary miedzy nimi niemiłosierne, zaszpachlowane błotem. Miedzy dachem a ścianami przerwa na 50cm co najmniej. Trzy malutkie okienka i jedne drzwi, w oknach firanki, a na dachu... antena satelitarna(sic!). Podwórko otoczone płotem zrobionym z absolutnie wszystkiego, połamanych desek, patyków, starych nóg od stołu, kawałków dykty, widok absolutnie żałosny! Obok domu rodzina zasuwa...w ogródku. Widać, że wszyscy ciężko pracują, są chudzi, mocno opaleni, zasuwają na malutkim kawałku ziemi prymitywnymi drewnianymi narzędziami. SZOK ABSOLUTNY! Jeszcze nigdy nie widziałem takiej biedy, NIGDY!

Doga ledwo istnieje, wiec powolutku jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Viscri, widzimy kościół z daleka, ale nie da się do niego dojechać. Da się dojechać wszystkim tylko nie motorem! Drogę przykrywa warstwa kamyczków, takich mniej więcej 2cm sześcienne każdy, głęboka na ok 30cm, motorem załadowanym i z pasażerem na takich oponach absolutnie nie da się po tym jechać, iść tez się nie da. Gorąc totalny a do kościoła daleko! Jestem zdruzgotany, strasznie chciałem go zobaczyć a tu taki zawód, na ostatnich metrach przed celem! Znów zaczynam kląć!

Nic, wracamy, po drodze widzimy dzieciaki, siedzą na skarpie przy szosie i nam się przygadają, gdy jesteśmy blisko zaczynają machać. Niedaleko pasą się ich krowy, na samym środku drogi, podjeżdżamy bliżej, dzieciaki się cieszą i machają, zatrzymujemy się przed krowa. Dzieciaki widząc, że się zatrzymujemy machają i śmieją się jeszcze intensywniej, nawet nie pomyślą o tym , że nie jedziemy bo stado krów stoi na drodze i nie da się przejechać. Pokazuje dzieciakom na krowę, chłopak (6-7 lat) uderza się dłonią w czoło, wstaje i z uśmiechem idzie przegonić krowy, potem się odwraca i macha dalej. Odmachujemy i jedziemy dalej, Homorod, ostatnia deska ratunku.

Dojeżdżamy, kościół jest, ale zamknięty. Obok kościoła siedzą dwie babcie i facet, całe ich zajęcie to patrzenie przez cały dzień na ulice. Objeżdżamy kościół dookoła, wszystkie miejsca które kojarzą się z wejściem są zamknięte. Zatrzymuję się na przeciwko ławeczki. Jestem tak zdesperowany, że myślę sobie, że wejdę do tego kościoła choćbym miał głową w murze dziurę wybijać cala noc! Podchodzę do starszyzny, nie wyglądają na kogoś kto mówi w języku innym niż rumuński, Homorod to naprawdę dziura zabita dechami. Zdejmuję kask, starszyzna patrzy na mnie jak na kosmitę, na moto jak na Ufo, podchodzę, pokazuje palcem oko, a potem kościół, potem rozkładam dłonie w "pytającym geście".

Starszyzna zaczyna trajkotać, i wrzeszczeć, to na mnie, to na siebie na wzajem, to na jakiegoś dzieciaka co akurat szedł ulicą. Trajkoczą jak papugi w zoo, gadają jeden przez drugiego, dzieciak znika, za chwile wraca z jakimiś jeszcze ludźmi, po chwili otacza mnie wianuszek ludzi, wszyscy krzyczą, na siebie, na mnie, i wszyscy bez wyjątku co chwile pokazują na mnie i na motor palcami. Więc to prawda, zaraz mnie tu zjedzą, myślę sobie, znajomi mieli racje, po co ja tu przyjeżdżałem?!?! Jedna babcia w pewnym momencie pokazuje na jednego faceta, potem klepie się w kolana dłońmi, a potem pokazuje palcem drogę (piasek rozsypany na ziemi, asfaltu brak, droga czyli po prostu miejsce gdzie nie rośnie trawa, i jest dożo końskich i krowich placków). Nie mam pojęcia o co jej chodzi, wrzeszczy na mnie patrząc mi w oczy, klepie się po kolanach i pokazuje palcem drogę, potem pokazuje palcem na moto, macha rękami, kreci głową znów klepie się po kolanach... W końcu jakiś koleś chwyta mnie za łokieć i zaczyna ze mną iść.... Super pewnie mnie zaraz ugotują w marchewce. Zrobią ze mnie "ciorba de burta".

Idziemy do jakiegoś domu, przechodzimy przez typowo rumuńską bramę, na podwórku widzę staruszkę, na kolanach szczotką czyści dywan (w kwiaty), mój towarzysz coś krzyczy po rumuńsku i... UCIEKA! Co jest grane?! Wychodzi jakiś dziadek ze stodoły, babcia mierzy mnie wzrokiem z góry na dół i wraca do swojej pracy. Dziadek pyta czy mowię po niemiecku, mówię że tak. Pyta czego chcę. Mówię, że chce zobaczyć kościół, a ten do mnie, że mam akcent jak polak, skąd jestem? Mówię, że jestem z polski więc mam polski akcent, on czy jestem z Wrocławia? Mówię, że nie, jestem z Gorzowa, połowa drogi z Poznania do Berlina. Senior twierdzi, że nie pokaże mi kościoła. Ma chore nogi, widzi, że przyjechałem motorem więc go nie podwiozę a dla dwójki polaków mu się nie chce iść. Dziwak jakiś, co on chce od polaków, babcia mierzy go wzrokiem z góry na dół, i odzywa się po raz pierwszy, pyta kim jestem. Mówię, że turystą i że chcę zobaczyć kościół, ona się pyta czy nie widziałem. Tłumaczę, że widziadłem ale chcę zobaczyć w środku. Babcia znów pyta czy nie widziałem (potem dochodzę do wniosku, że ma już słaby słuch). Podchodzę do niej, siadam przed nią na ziemi, babcia patrzy mi w oczy... Pokazuję palcem na kwiatek na dywanie, i mówię „kościół", kiwa głową, pokazuję na zewnątrz kwiatka i mówię „tu widzieliśmy" zataczam krąg palcem wokół kwiatka, patrzy mi w oczy, kiwa głową, i znów patrzy na kwiatek, pokazuję palcem środek kwiatka, mówię "chcemy zobaczyć tutaj". Kobieta kiwa głową i zaczyna mówić coś do dziadka, mówią po niemiecku, ale z rumuńskim akcentem, muszę się skupić żeby ich zrozumieć, rozmawiają coraz głośniej i coraz szybciej, zapominając o mojej obecności, babcia wyzywa staruszka od leni, ten odszczekuje, w końcu kobieta wstaje i mówi, że ona mi pokaże kościół, bo jej mąż ma "chore nogi". Mówię, że nie chcę sprawiać problemów, ale ona stwierdza, że skoro tu przyjechaliśmy specjalnie żeby go zobaczyć to nam go pokaże, goni dziadka żeby przyniósł klucze i kurtkę dla niej. Po chwili dziadek wraca, babcia mówi, że w kościele jest chłodno, bierze klucze i kurtkę. Idziemy powoli, po drodze rozmawiamy, najpierw bardzo powściągliwie, ale z czasem coraz przyjaźniej, narzekamy na upal, staruszka pyta co się dzieje w Polsce aktualnie, skąd jesteśmy, i zaczyna się robić miło. Otwiera nam kościół:

Babcia opowiada historię kościoła, kilka krotnie płoną, był wielokrotnie niszczony, odbudowany został w 2001 roku, przez księdza, który go odbudował z własnej kieszeni. Raz w miesiącu odbywa się w nim msza, dla 13 Niemców niemieszkających aktualnie w Hommorodzie. Ciekawostką przyrodniczą jest to, że człowiek który wybudował ten kościół w 1200 roku przywiózł ze sobą kilka szpaków. Zamieszkały w drzewach na dziedzińcu kościoła, nie miały wrogów, był to dla nich nowy klimat, inne pożywienie, i przez 800 lat powstał nowy gatunek tych szpaków, które żyją tylko w tym kościele (sic). Są jasno brązowe na górze, pod spodem szare, troszkę większe od wróbla, fruwają po podwórzu i nie trzeba ich specjalnie szukać żeby je zobaczyć. Wydzierają się niemiłosiernie. Po wycieczce jesteśmy czule zegnani przez babcie, i przez "starszyznę". Jedziemy do Brasov

Szybko znajdujemy hotel, moto ląduje na recepcji i to całkiem dosłownie! Stoi normalnie na dywanie, zaraz kolo „reception desk”. Idziemy zwiedzać miasto, rynek, czarny kościół, po ciężkim dniu i rozterkach, mamy dobre humory, po pierwsze ten Hommorod.

Wieczorem, po powrocie ze spaceru, naprawiam jeszcze olejarkę, a jak? O tym możecie przeczytać przy okazji dnia piątego.

Trasa 252km (Sibiu - Brasov)
Czas ok 9h (dużo chodzenia pieszo)

PALIWO

Na stacjach paliw, cena która macie zapłacić (jak wspominałem wcześniej) jest prawie zawsze zaokrąglana do najbliższej pełnej liczby, więc ogólnie bardziej się opłaca lekko przelać niż nie dolać, to po pierwsze. Ale teraz się zaczyna ciekawe, bo po pierwsze w Rumuni wciąż można kupić "ołowiówkę”, więc trzeba uważać żeby się nie naciąć, nie kupować "Benziny”! Jak już to "Motorine”, a w ogóle to patrzyć czy na dystrybutorze pisze, że "Fara Plumb", jeżeli nie pisze tak na dystrybutorze, nie kupujcie tej benzyny. Ale teraz zaczyna się naprawdę ciekawe, paliwo w Rumuni jest troszkę tańsze niż w Polsce, ale jazda na nim jest zdecydowanie tańsza. Już tłumaczę jak to się dzieje, otóż po zatankowaniu Rumunskiego paliwa, zasięg motocykla wzrasta o ok 30%!!!!(TO NIE JEST ŻART). Konkrety? Proszę bardzo, moje moto przejeżdża na polskim paliwie (na niemieckim zresztą tez - przyp. dla wielbicieli teorii spiskowych związanych z polskim paliwem) ok 230 do 250km zanim włączy się rezerwa, pierwsza kreska na wskaźniku poziomu paliwa znika po ok 85km... Na paliwie rumuńskim, załadowane po dach moto, w upale, w górach, z pasażerem na plecach, bezproblemowo przejezdżało 320km i jeszcze miało 2 kreski na wskaźniku! Pierwsza kreska znikała po ok 120km! Absolutnie najlepsze wyniki, osiągało się na paliwie Exif które można kopić na stacji Rompetrol, 143 km zanim znikła pierwsza kreska. Paliwo 95 oktan, zupełnie normalne, najtańsze bezołowiowe, przyrostu mocy nie stwierdziłem, moto jechało dokładnie tak samo jak zawsze, tylko kreski ze wskaźnika znikały dużo wolniej. Na początku się balem ze się czujnik poziomu paliwa zaciął czy cuś, potem się przyzwyczaiłem. Szok, mówię Wam!

Dzień 5

Najpierw Postscriptum do dnia poprzedniego:
Po spacerze i kolacji, trzeba było wymyślić coś z olejarką. Plan owalem przerobić ja tak, żeby pryskała na przednią zębatkę, a raczej na łańcuch tuż przed zębatką. Potrzebny mi był drut, ale nie miałem pojęcia skąd go wziąć, na szczęście poratowała mnie kobieta Marta miała wsuwki do włosów, wyprostowałem jedną kombinerkami, na jednym końcu zawinąłem takie kółeczko jak przelotka w wędce, drugi koniec wygiąłem w kształt litery S. Potem cierpliwie scyzorykiem odzyskałem kilka sztrapsów które do tej pory przytrzymywały wąż do wahacza, i przyczepiłem nimi stelaż ze spinki do ramy pomocniczej, w miejscu gdzie łączy się z ramą, zaraz za śrubą mocującą... Wąż od olejarki przyciąłem na odpowiednia długość, i włożyłem koniec w przelotkę. Potem mała regulacja żeby olej kapał prosto na łańcuch, i żeby koniec olejarki nie był ani za daleko ani za blisko łańcucha i..... przejechałem tak ponad 3 tyś km, dojechałem do domu i działa nadal Prawdziwy wynalazca nigdy się nie poddaje!

Oki, a teraz relacji właściwej ciąg dalszy:
Rano wyciągam moto z recepcji, i już zaczynają się przygody. Na ścianie, nad motocyklem, wiszą doniczki (takie podłużne, balkonowe, plastikowe) a w nich jakieś kwiatki, wczoraj jak wstawiałem moto, pani poprosiła żebym postawił jak najbliżej ściany. Rano jakoś zapomniałem o tych kwiatkach, podnoszę moto, składam nóżkę, ruszam (pchając) i SRU! Zaczepiłem tylnym kierunkowskazem o doniczkę, ta spada na glebę prosto na piękny dywan, pęka, i świeżo podlane kwiatki się wysypują na podłogę! KM! Pobyt w hotelu 180Ron, doniczka 40Ron, mina pani z recepcji - bezcenna. Wczoraj szef pani klamkował, że moto powinno stać na parkingu a nie w recepcji, pani mu klamkowała, że nie, a mi mówiła żebym nie zwracał na szefa uwagi tylko stawiał śmiało moto... Ciekawe co jej potem szef powiedział?

Ewakuujemy się z Brasova, hotelik był ładny ale już się w nim nie pojawię, a przynajmniej nie z motorem.

Ruszamy do Bran, to ok 40 km, jedziemy, ruch w Brasowie niemożliwy, normalnie szok, w korku stoją nawet skutery! Czy wspominałem już ze w Rumunii przez cały czas było strasznie gorąco, i że termometr 3 kreski pokazywał, a wentylator chodził bez przerwy? A my w tych kurtkach, pot się leje, makabra, ale jakoś udaje nam się wyjechać na drogę do Bran, i pędzimy! Dojeżdżamy, parkujemy, podchodzi do nas parkingowy, i mówi żebyśmy dali mu kaski i kurtki, on nam je schowa do stróżówki. Oddajemy. Idziemy zwiedzać zamek Drakuli w którym Drakula nigdy nie był, ale to nie przeszkadza sprzedawcom w całym mieście sprzedawać jego portrety, dywany z Drakulą, pocztówki z Drakulą, breloczki z Drakulą, że o koszulkach nie wspomnę! Można sobie zrobić zdjęcie z Drakulą, kupić talerz z Drakulą, co byście jeszcze chcieli? Hm? ktoś powiedział sweter? Piórnik? Kubek? No pewnie, że można! Zamek z dołu wygląda imponująco, choć ciężko zrobić mu ładne zdjęcie.

Jest na wysokim wzgórzu , zasłonięty drzewami, imponuje wyglądem, ale na zdjęciach najlepiej wychodzi w środku. Zasuwamy na gore po schodach, idziemy przez las, wiec nie narzekamy, wchodzimy do środka... Szok! Zamek cudo! wygląda jakby wciąż ktoś w nim mieszkał, wszystko świetnie zachowane, nie jest duży, ale jest podwórko ze studnią, niewielkie ale przytulne.

Ogólnie zamek strasznie pobudza wyobraźnię. Są pokoje, kominki, jak się po nim chodzi to człowiek docenia geniusz architekta który to wszystko zaprojektował bez użycia komputera i Archicada. Super, jak się jedzie do Rumunii, naprawdę warto go odwiedzić, choć niby prawdziwi fani Drakuli mówią o nim z obrzydzeniem.

Z powrotem do Brasov, ale tylko na chwilę (inaczej nie dało się pojechać) i ruszamy w kierunku Siany.

Tu mała dygresja, wczoraj oprócz Taraf.tv oglądaliśmy również wiadomości, pokazywali, że w Sianie grasuje niedźwiedź. Tym razem materiał był bardzo długi, kręcony zwykłą kamerą, zwierze biega po mieście, wywraca śmietniki, policja go goni, ludzie w panice ociekają, materiał kończy się wiadomością, że misia nie udało się złapać.... Koniec malej dygresji.

W Sianie wszędzie plakaty z miśkiem, ostrzegające w kilku językach, że na tym terenie grasuje niedźwiedź, w razie spotkania nie prowokować, nie karmić itp. itd. Idziemy zwiedzać zamek. O ile ten w Brasow robił wrażenie tajnymi przejściami, i aż chciało się w nim pobawić w rycerzy i skrytobójców, ten jest zupełnie inny... Kojarzy się bardziej z Disneyem, albo z sułtanem Brunei! Jest absolutnie przepiękny, też trzeba zasuwać na piechotę do niego, ale nie można sobie tego odpuścić, widok wynagradza wszystko! Wygląda jak mieszanka rożnych stylów, na pierwszy rzut oka chaotyczna, ale nie sprawia wrażenia kiczu! Kompletne zero symetrii, a jednocześnie pełna równowaga! Wieże okna, malowidła na ścianach, rzeźby w pięknym ogrodzie, cudo, po prostu CUDO! Zresztą co Wam będę truł, popatrzcie i oceńcie sami!

Potem udajemy się w kierunku Bukaresztu, chcemy zatrzymać się na kempingu "Casa Alba". Wariat mówi żeby skręcić w lewo, w przewodniku też tak pisało, niestety pasy zostały rozdzielone betonową barierką, trzeba pojechać do przodu (2km), zawrócić na skrzyżowaniu, i wrócić 2 kilometry, czyli w sumie 4. Manewr trwa GODZINĘ! Czujecie klimat, 4km jechaliśmy godzinę! Korek taki, że szok, trzy pasy ruchu w każdą stronę i wszyscy stoją! Wspominałem, że jest ciepło? Masakra! Oki, w końcu udało się zawrócić, wariat mówi żeby skręcić w drugą w prawo, już się szykuje do skrętu, a tu zakaz wjazdu, a na środku skrzyżowania stoi policja! Szlak! Skręcam, pod prąd, na oczach gliniarzy z patrolu, chłopaki się patrzą, zero reakcji.......

Mała dygresja:
Policja ma tu bardzo dziwne podejście do kierowania ruchem, stoją i się patrzą jak ludzie jeżdżą, i się w ogóle nie włączają, czasami tylko, nie wiem czy dla zabawy czy jak, napuszczają jednych kierowców na drugich. LOL, wszyscy wpadają jednocześnie na skrzyżowanie robi się kocioł, wtedy chłopaki machają, że już nikt więcej ma nie jechać i spokojnie patrzą i czekają co się stanie, czasem komentując między sobą całą sytuację. Normalnie groteska. Koniec dygresji.

Wariat stwierdza, że jesteśmy na miejscu, kempingu nie widzę... Pytam jeszcze raz, kategorycznie stwierdza, że dojechaliśmy. Sprawdzam adres w przewodniku, zgadza się to tutaj. Pisze, że obok akademii policyjnej, akademia jest, kempingu nie ma. Idzie jakaś dziewuszka bez stanika po chodniku, podchodzę i pytam czy wie gdzie jest kemping, pierwsze słyszy.... Stoimy na parkingu który rozciąga się wzdłuż płotu akademii policyjnej, ma ok 300m długości i z 70 szerokości, jest naprawdę duży, stoimy w połowie jego długości. Mówię Marcie, że idę się spytać w akademii, kto jak kto ale policjanci chyba znają swoje miasto, tym bardziej najbliższą okolicę, Marta zostaje, siada na krawężniku i czeka... A ja idę. Policjant stwierdza, że dobrze trafiłem, mam jechać jeszcze pół kilometra i tam będzie drogowskaz, wracam a Marta blada jak ściana stoi przy motorze.

Pokazuje palcem kilka psów, totalnie nie zwracają na nas uwagi, są ok 150 metrów od nas, na drugim końcu parkingu. Marta panika. Cytuję: "Widzisz te psy!? One atakują ludzi, czytałam o nich, jedźmy szybko!". Myślę sobie, że żartuje, psy spokojnie siedzą nie zwracając na nas nawet cienia uwagi, ja spokojnie zakładam wariata na jego miejsce... "SZYBCIEJ" wrzeszczy! "Spokojnie", mówię, "co idą tu?". "Przestań się wydurniać, jedziemy szybko", panikuje jak nie wiem, myślę sobie, że się rzeczywiście boi, nie wiem czego, dobra wsiadamy jedziemy...

Po drodze mijamy "Watahę wilków", i nagle kiedy jesteśmy już jakieś 10 metrów od nich........
.......

.........

.........

.........

..........

.........

......

........

........

.....

..........

............nie zwracają na nas najmniejszej uwagi. Co za szok, kto by się spodziewał?!

Zajeżdżamy na kemping, proszę o domek z prysznicem dla 2 osób. Płacę 50 euro za dwie doby. Idziemy do domku i kolejny szok! Ciasny, mały, wilgoć, smród, brud, a najlepszy jest prysznic. Po prostu umywalka, a z baterii można wyjąc kran i trzymać go w ręce i wtedy jest prysznicem Marta prawie płacze, no cóż, ja też trochę się podłamałem, ale przynajmniej jest tanio...

Rozpakowujemy się, robimy razem pranie, wygłupiamy się trochę, i robi się śmiesznie, humory wracają. Potem idziemy do centrum handlowego, po drodze znów widzimy wielkiego psa, Marta znów panika, na szczęście pies nas nie zauważył, ale fuks, udało się przeżyć kolejną godziną, nikt nas nie zjadł.

Centrum handlowe.... Pod Gorzowem są wioski mniejsze niż to centrum, jeszcze w takim miejscu nie byłem! Jest ogromne, gigantyczne po prostu, szok w trampkach! W środku są ulice które mają swoje nazwy, drogowskazy, ronda (chodzą po nich tylko ludzie, samochodów nie ma, ale wyglądają jak prawdziwe ulice, specjalnie są tak zrobione). Masakra totalna, kibelki w marmurach, sklepów tyle, że kupisz tam wszystko, KDV w Berlinie się chowa! Nigdy nie widziałem centrum nawet nie że większego, ale takiego co by się je dało w ogóle porównać z tym tutaj!

Po zakupach wracamy spokojnie do domu, i jemy grejpfruta wielkości piłki do siatki. Dziś się nie spieszymy ze spaniem, jutro nigdzie nie jedziemy.

Trasa 224km (Brasov - Bukareszt)
Czas ok 9h (w tym sporo zwiedzania na pieszo)

KLAKSONY

Klakson ma w Rumuni bardzo szerokie zastosowanie, i zawsze jest ono zupełnie inne niż w "cywilizowanej" części Europy, z Polską naszą kochaną na czele. Klakson w Rumunii zastępuje, lusterko, hamulce, sygnalizacje świetlną, regułę prawej dłoni... Służy także do przeganiania, ostrzegania, pozdrawiania, przepraszania, ustalania pierwszeństwa przejazdu itp. itd.... Jedziesz samochodem, z naprzeciwka jedzie taki sam samochód, klakson! Idzie ładna dziewczyna po chodniku, klakson! Sąsiad wraca z zakupów, klakson! Przez skrzyżowanie przejeżdża pierwszy ten który pierwszy zatrąbi, chcesz kogoś wyprzedzić? Nie ma sensu patrzyć w lusterko, włączasz kierunek, nikt nie trąbi? No to wyprzedzasz! NIKT nie odczytuje klaksonu jako znaku agresji! Jedziesz główną droga i widzisz, że ktoś się zastanawia czy zdąży przed Tobą wjechać z podporządkowanej, krótkie pip, i już się nie zastanawia, spokojnie stoi i czeka aż przejedziesz. Ciężarówka kiepsko hamuje i kiepsko się rozpędza, no i co ma zrobić biedny kierowca ciężarówki jadący przez miasto gdzie co chwilę ronda i co chwilę się musi zatrzymywać? Przed każdym rondem włącza klakson, na rondzie wszyscy się zatrzymują i go przepuszczają, jak tir przejedzie, wszyscy jadą dalej . Efekt? Przez cały czas, widziałem tylko jedną drobną stłuczkę.

Dzień 6

Przed wyjazdem, sporo w necie czytałem o Rumunii, i dużo ludzi mówiło żeby sobie odpuścić zwiedzanie Bukaresztu.......

Pospaliśmy do 10. Idę sprawdzić pranie, w moich kalesonach ogromniasta ćma zrobiła sobie dzienną kryjówkę. Znów muszę je prać, no trudno. Postanowiliśmy pojechać obejrzeć parlament, trzeba wsiąść w autobus, jechać do końca, potem 2 stacje metrem, a potem pół godziny na piechotę. Kawał drogi w sumie. Dziś jest taki upał, że już nawet nie wiem jak to nazwać, bo skończyły mi się pomysły! Gorąc absolutnie nie do wytrzymania, o wbijaniu się do miasta motorem nie ma mowy! Idziemy na przystanek, rozkład jazdy nie istnieje, autobus przyjedzie jak przyjedzie, w tym mieście się po prostu nie da przewidzieć jak długo będziesz jechał! Daszek, wiata, czy choćby ławeczka też nie istnieje! Drzewo? Jakiś cień? Ukradli chyba, trawnik (wyschnięty) na trawniku słupek ze znakiem przystanku, na znaku pisze 301 i jeszcze jakiś jeden numerek i to tyle. Stoimy i czekamy, 5 minut, 10, zastanawiamy się czy przystanek to nie jest tylko atrapa, 15 minut, jest jedzie! Super, bo zaraz tu chyba uschniemy z pragnienia, podjeżdża....... Nie nasz! KURCZE PALICA! Nic, czekamy dalej, 20 minut, Marta się niecierpliwi, 25 ja się niecierpliwe, 30 minut, Marta zaczyna rzucać mięsem, uf jedzie! NASZ!

Wsiadamy, autobus jeszcze pusty, zajmujemy miejsca przy przyciemnianym oknie, na autobusie pisze, że ma air condition, będzie się dobrze jechać myślę. Jedziemy, wbijamy się na drogę na której przejechaliśmy 4 kilometry w godzinę, autobus zaiwania jak dziki, normalnie 25 minut i już dojechaliśmy do skrzyżowania na którym zawracaliśmy dzień wcześniej! Za skrzyżowaniem nabieramy jeszcze większej prędkości, kierownik chyba nawet dwójkę wrzucił na moment, szok! Upał taki, że go czuję przez dach autobusu, przyciemniane okno, kondyszyner, i podkoszulek z coolmaxu! Daje się we znaki nawet tubylcom, ludzie wachlują się czym się da, każdy trzyma w ręce butelkę wody mineralnej, skwar leje się z nieba, słońce świeci prawie w zenicie, chmur absolutne zero, powietrze jest suche, i gorące. Taki upał jest nie do zapomnienia! Upał i brak wilgoci.

Jedziemy godzinę i 45 minut, dojeżdżamy do Piata Romani, tu wysiadamy. Pogoda która panowała w autobusie to absolutny pikuś w porównaniu z Tym co się dzieje na ulicy! Normalnie Sahara! Pustynia Gobi! Trampki mi się chyba zaraz rozpuszczą i będę jak Cejrowski zasuwał po ulicy boso! MAM DOŚĆ!!!!!! Nigdzie dalej nie jadę, nie jesteśmy nawet w połowie drogi, upał jest absolutnie nie do wytrzymania, na chodniku ruch jak na korytarzu w podstawówce w czasie długiej przerwy, ścisk, ciuchy kleją się do ciała, woda się kończy, trampki się zaraz stopią, mózg paruje uszami! To co mówi Marta nie nadaje się do zacytowania, więc krótko powiem: nie podoba jej się.

WRACAMY! Chrzanić ten parlament, mówili na forach, że z Bukaresztem "se dać spokój"! Wrócę tu kiedyś, nie wiem kiedy... Jak przyjdzie jakaś epoka lodowcowa, albo epidemia i będzie mniej ludzi na ulicach, ale teraz mam tak totalnie dość, że najchętniej położył bym się na środku drogi i poczekał aż mnie ktoś przejedzie!

Przechodzimy na drugą stronę ulicy, szukamy przystanku autobusu 301 ale w druga stronę, szukamy i szukamy, i nic! Co jest? Jakaś droga do piekła, w jedną stronę czy jak? Są przystanki wszystkich autobusów tylko nie 301! Wracamy na pierwszą stronę ulicy, na przystanek 301, patrzymy na plan jak on jeździ po mieście.... Nic nie kumam! Pytam się ludzi jak dojechać do Casa Alba. Pierwsze słyszą! A do akademii policyjnej? "Ooooo panie, to drugi koniec miasta, hmmmm nie wiem.". Szlak, SZLAK, SZLAK! Kupujemy jeszcze 2 bilety. Stwierdzam, że wsiądziemy w 301, pojedziemy do pętli, a na pętli na pewno jest przystanek z powrotem! Kupujemy, wsiadamy, jedziemy, okazuje się, że ten autobus jeździ w kółko! Dojeżdżamy do kempingu, po pięciu godzinach pasjonującej podroży!

LUDZIE! JAK BĘDZIECIE W RUMUNII TO SOBIE DAJCIE SPOKUJ Z BUKARESZTEM!!!!! TO JEST TAK CIEKAWY KRAJ I JEST TAM TYLE FAJNYCH RZECZY, ŻE MOŻNA PO NIM JEZDZIĆ MIESIĄCAMI, DO BUKARESZTU NAWET NIE ZAJRZEĆ I NAWET O TYM NIE POMYŚLEĆ!!!!!

Wracam zły i zrezygnowany do "domku z prysznicem", postanawiam położyć się na łóżku i do końca dnia gapić się na sufit! Tak w ramach protestu! Marta zaczyna nudzić, żebyśmy poszli do zoo (ma na tym punkcie lekkiego fioła). Co ja powiem w domu, że zajechałem do Bukaresztu po to żeby obejrzeć małpę w zoo? Ale w sumie, co mam robić, gapić się na sufit? Dobra idę, pakuje aparat, butelkę wody do plecaka, biorę parę groszy, idę spytać w recepcji gdzie zoo, mówią, że trzeba wyjść na główną ulice, skręcić w lewo i przez ok 15 minut iść prosto. Ok, idziemy.

Wzdłuż ruchliwej ulicy, wije się wąski chodniczek, a zaraz obok las, taki liściasty, tak blisko chodnika, że czasem trzeba się schylać żeby przejść pod gałęziami drzew. Idziemu już jakieś 7-8 minut, połowa drogi, i nagle Marta widzi psa! Stoi na środku chodnika ok 150-200 metrów przed nami, obrócony w nasza stronę, i nie ma bata, tym razem na pewno nas zauważył! Marta – panika. Ale przyznać muszę, że lekka, natychmiast przejmuje role przewodnika wycieczki i zarządza przejście na drugą stronę ulicy, po czym wykonuje plan nie pytając mnie o zdanie. Idę za nią, jak nie przejdę to zagryzie mnie pies, a jak nie pies to ona tu wróci, a wtedy nie wiem co gorsze (kto się nie boi gniewu własnej baby niech pierwszy rzuci kamień!).

Idziemy, po drugiej stronie ulicy stoi pies, odprowadza nas wzrokiem. Jest chudy, ale widać, że jest to owczarek niemiecki, najwyżej lekko skundlony, ale tylko lekko. Dochodzimy do parkingu przed zoo, a tam, cala wataha (no serio!) psów, i nie da się przejść daleko od nich! Koniec, odcięły nam drogę ucieczki! CZAS UMIERAĆ! I wtedy okazuje się, że wataha nie zwraca na nas uwagi, przechodzimy miedzy nimi, jak wiele innych osób, psy się patrzą, machają ogonami i........ i tyle! Coś chyba nie czytały tej samej książki co Marta, albo już zapomniały o czym była. Spokojnie idziemy do zoo. Jest niewielkie, ale fajne, zwierzaki maja spore wybiegi, są tygrysy (dużo), lwy, strusie, paw chodzi z rozłożonym ogonem... na płocie z tygrysem jest tabliczka żeby nie podchodzić do klatki, bo jest podpięta do prądu, i jak się jej dotknie to zabije, tygrys chyba nie wiedział.......

Jest cała hurtownia takich papużek jak moja (nimfa), sporo gadów, ptaków, wilki, w sumie chodzimy po zoo ze trzy godziny, zapominamy o frustracjach z początku dnia i miło spędzamy czas. Wracamy na kemping, zahaczając po drodze o centrum handlowe o którym Wam wcześniej pisałem.

Mała dygresja:
Na kempingu była suka (oswojona), która miała cztery szczeniaki, pocieszne takie jak chyba żadne inne. Spały sobie przy kibelkach, i wystarczyło raz cmoknąć, żeby się obudziły... Od razu pełna gotowość do zabawy, nie przeciągały się ani nic, od razu biegły machając ogonami żeby się z nimi bawić. Jak cmokający był tylko jeden, potrafiły się pobić o to kto pierwszy nadstawia głowę do głaskania. Jeden z nich był wyjątkowo odważny i skory do zabawy, chodził w odwiedziny po wszystkich domkach i namiotach, i zostawał przy każdym tak długo, jak długo ktoś chciał się z nim bawić.
Koniec małej dygresji.

Potem pakowanie i przygotowania do jutrzejszego wyjazdu, jutro opuszczamy Rumunie, ale to nie koniec wyjazdu, i nie koniec opowieści (również rumuńskich)....

UWAGA DO CZYTAJĄCYCH:

Dalsza część podróży, to stacjonarne wczasy w Bułgarii, wycieczka do Istambułu (ale nie motocyklem, wiec nie wiem czy Was zainteresuję, ale ją opiszę, bo może jednak kogoś). Purystów którzy brzydzą się podróżami innymi niż w siodle, oraz tych których interesuje wyłącznie Rumunia, zapraszam do przeskoku do dnia 16, pozostałych zapraszam do czytania dalej.

Będzie o rozterkach, łamaniu stereotypów, prawdziwych kebabach, przedmieściach orientu, drogach Bułgarskich, cenach domów nad Bosforem. Odpowiedź na pytanie czy ktoś kto mówi w trzech językach jest w stanie dogadać się w Bułgarii? O Bułgarskich normach dotyczących polskich motocyklistów, kowbojach uzbrojonych w łyżki i wielu innych..... Mam nadzieję, że znajdą się chętni do czytania

PSY

Trudno powiedzieć, czy w Rumunii mieszka więcej psów czy ludzi. Praktycznie każda stacja benzynowa, każdy zabytek, prom, śmietnik, restauracja, cerkiew, makdonald ma „swojego bezdomnego psa”. Ne mogę zapewnić, że wszystkie, bo wszystkich nie widziałem, ale te które widziałem NIE BYŁY agresywne. Wyglądają raczej, jak psy pokrzywdzone przez życie, które szukają nowego właściciela. Mnożą się na potęgę, wiec nie brakuje wśród nich szczeniaków, które najwyraźniej nie rozumieją dlaczego spotkał je taki a nie inny los. Te psy łaszą się do każdego, idą za każdym przechodniem w nadziei, że zostaną przygarnięte, czasem bardzo długo trzeba iść żeby zrezygnowały i wróciły do swojego śmietnika, albo pod swój krzaczek. Niektóre z nich, wyraźnie mają swoich opiekunów, widzieliśmy jak przy psie, którego Marta się przestraszyła po drodze gdy szliśmy do zoo, zatrzymał się samochód, ktoś dał mu jeść i pojechał dalej. W okolicach, gdzie niektóre się kręcą stoją miski z wodą i karmą, kilka z nich miało w krzakach swój kocyk. Widok większości z tych psów potrafi chwycić za serce nawet największego twardziela, niestety nie bardzo można im (wszystkim) pomóc....

Dzień 7

Ruszamy dalej, początkowo jedziemy w stronę zoo, potem dalej prosto. Przejeżdżamy przez osiedle domów, pełnych ochroniarzy, płotów wysokich na trzy metry, pod domami stoją Bentleje, Ferraraki itp. Wygląda to tak, jakby mieszkali tu jacyś premierzy, albo co najmniej znane gwiazdy filmowe (może nawet Nicolae Guta z Taraf.Tv? ). Mkniemy dalej, tempem dość żwawym jak na Bukareszt i wpadamy na obwodnice (to wariat tak wymyślił, a ja głupi mu zaufałem). Ja Ci nie radze, miasto dwa miliony ludzi, stolica kraju, a obwodnica..... Kiedyś pewnie zające wykicały sobie tutaj ścieżkę, potem przejechała cysterna z asfaltem, miała nieszczelny zawór i asfalt kapał na ścieżkę, i tak powstała obwodnica Bukaresztu... Dziury, remonty, tiry dziury, wąsko, wywrotki z piaskiem! Dwanaście kilometrów, jedziemy z zawrotnym wręcz tempem (średnio) 18km/h! Po drodze zrównuje się z nami czarne Audi, w środku siedzi trzech młodych chłopaków, obcisłe podkoszulki, żel na włosach, solara... Otwierają szyby, i zaczynają: „Cześć, gdzie jedziecie?”. Zaczyna się rozmowa, która trwa dobre dwie minuty, z tyłu nikt nie zwraca uwagi na to, że spowalniamy ruch (w sumie tylko trochę), w końcu chłopaki stwierdzają, że tu jest ich zjazd, machają na pożegnanie, życzą powodzenia i zjeżdżają z superobwodnicy.

My jedziemy kawałek dalej, i wbijamy się na autostradę. 50 km nudów, potem zjeżdżamy, i kierujemy się w stronę Silistry. Po drodze widzimy pogrzeb. Zmarły jedzie na pace ciężarówki, leży na czymś w rodzaju łóżka, część żałobników jedzie z nim klęcząc, stojąc przy łóżku, podejrzewam, że to najbliższa rodzina, wszyscy płaczą. Za ciężarówką idzie kondukt żałobny, wszyscy ubrani w odświętne ubrania, ale nikt nie jest na czarno. Wszyscy żałobnicy mają przypiętą różową chustę w malutkie kwiatki, mężczyźni do pagonów koszul, albo do łokcia, kobiety do łokcia, albo mają taką chustą związane włosy, ale w taki sposób żeby jak najwięcej jej zwisało. Chusty są naprawdę duże, i maja bardzo żywy kolor, zupełnie nie kojarzą się z pogrzebem. Ciężarówka na której leży zmarły, i inne samochody które jadą za idącymi żałobnikami mają takie same chusty przywiązane do lusterek. Wszyscy idą w zupełnej ciszy przez wioskę. Nie mam pojęcia co oni potem robią ze zmarłym, czy go przekładają na miejscu do trumny, czy kremują, nie wiem...

Widok jest dziwny i ponury zarazem, potęgowany przez pogodę, dziś jest szaro i pochmurno choć nadal bardzo ciepło. Dojeżdżamy do Silistry, do przeprawy promowej. Heh, prom, to dumnie brzmi, zwykła barka i pchacz. Załoga upycha nas i inne samochody na żyletkę, wszyscy się zmieszczą, a jak się nie zmieszczą, to i tak się zmieszczą, bo wszyscy się zmieszczą. Kiedy już się wydaje, że nikt więcej się nie zmieści, chłopaki parkują na "promie" Tira! Tył mu wystaje, klapa zabezpieczająca pojazdy przed wypadnięciem do wody nie specjalnie chce się zamknąć, ale to nie szkodzi . Razem ze wszystkimi, na "okręt" ładuje się kilka psów, które parę minut temu przypłynęły nim na brzeg na którym my teraz wsiadamy, teraz spokojnie wracają, wiedzą gdzie mają stać żeby nikomu nie przeszkadzać, i żeby nikt ich nie pogonił. Dunaj jest w tym miejscu naprawdę szeroki, i płyniemy ok 20 minut. Po drodze mijamy wyspę, na której pierwszy raz widzę pelikany na wolności, niektóre stoją przy brzegu, inne latają i łowią ryby, w powietrzu są jeszcze bardziej imponujące niż wtedy gdy stoją na ziemi, kojarzą się z pterodaktylami. Brzeg Rumuni oddala się coraz bardziej, niby się cieszę, że w Bułgarii odpocznę, będzie piękne morze, ale jest mi strasznie przykro, najchętniej bym jej nie opuszczał.

Dopływamy, jesteśmy w Bułgarii. Na granicy celnik mówi po polsku, jest miły, ale sprawdza wszystkie możliwe dokumenty. Potem pyta, czy mam w domu polski motocykl, pyta czy trudno taki kupić, i czy dużo ich jeszcze jeździ, wymienia konkretne marki, sprawia wrażenie jakby się tym naprawdę interesował. Pytam czy w Bułgarii muszę mieć winietę, stwierdza, że w sumie jest taki obowiązek, ale nie dotyczy on polskich motocyklistów. Cała rozmowa odbyła się po polsku, na koniec życzy szerokiej drogi. Podjeżdżamy do budki z winietami, pytam po ile winieta, pan pyta skąd jestem, mówię że z Polski, stwierdza, że polscy motocykliści nie potrzebują winiety...

Jedziemy do Balczika, potem wzdłuż wybrzeża do Złotych Piasków. Tempo totalnie relaksacyjne, drogi absolutnie puste. Przy większych miejscowościach robi się troszkę większy ruch, Bułgarzy jeżdżą niezwykle spokojnie, uważać trzeba jedynie na kierowców nowych niemieckich samochodów, ale oni zdarzają się bardzo rzadko. Jadąc przez wioski, ma się wrażenie, że w tym kraju nie ma w ogóle ludzi. Wymarłe państwo. Dojeżdżamy do Złotych Piasków, zajeżdżam do pierwszego hotelu jaki widzę, 4* EdelWeiss, z ciekawości pytam o cenę, 50 euro za noc, śniadanie i obiadokolacja, pokój z widokiem na morze, klima, tv satelitarna, łazienka, w holu marmury na podłodze, nie chce szukać dalej tu mi się podoba! Pytam o parking dla motocykla, pani z recepcji drapie się w głowę, mówi że musi skonsultować się z szefową, wykonuje telefon i za chwile przychodzi najbardziej pozytywna osoba jaką poznałem na tej wycieczce!

Wpada babeczka, ze 35 lat, uśmiechnięta od ucha do ucha, od razu widać, że nie da się jej nie lubić . Zaczyna od: "Słyszałam, że macie motocykl i nie chcecie go zostawiać na dworze? Nie ma sprawy, hmmm gdzie by go dać...." (potem wielokrotnie się okazywało, że ona zawsze najpierw mówi, że nie ma sprawy, a potem się zastanawia jak rozwiązać problem, i zawsze rozwiązuje). Chwyta za telefon, może parking dla taksówek hotelowych? Nie tam nie, tam często jeżdżą taksówkarze, ktoś go zaczepi i będzie, to może przy basenie? Nie tam są dwa schodki po drodze, już wie, wprowadzimy go tutaj przez hol, i postawimy w klatce schodowej koło jej gabinetu! Genialne, będziemy go mogli wyciągać kiedy chcemy, nikogo nie prosząc o zgodę/pomoc!

Pomiędzy gośćmi hotelowymi, pcham uświniony motocykl i stawiam go w klatce schodowej. Resztę dnia przeznaczamy na zakwaterowanie, zwiedzanie najbliższej okolicy. Pstrykam parę fotek z balkonu hotelowego.

Najbliższe parę dni mamy zamiar leniuchowaci, a wyszło jak wyszło, ale o tym później.

Trasa 303km (Bukareszt - Złote Piaski)
Czas ok 6h sporo czasu zajęła przeprawa promowa, i obwodnica Bukaresztu. poza tym trasa ok.

Dzień 8

25 lat temu, byłem tu z rodzicami, pamiętam niewiele, ale doskonale utkwił mi w głowie smak tutejszych naleśników z serem! Ser w Bułgarii jest inny niż ten w Polsce, jest słony, kruchy i to zarówno biały jak i żółty. Zawdzięcza to bakterii, która żyje tylko tutaj, i powoduje, że wszystkie przetwory mleczne w tym kraju są jedyne w swoim rodzaju. Przez 25 lat smak naleśników nie zmienił się ani trochę, koniecznie trzeba ich spróbować, kiedy jest się w Bułgarii.

Po cenie hotelu, spodziewaliśmy się, że wszystko tu będzie tanie. Zresztą w Polsce panuje przekonanie o taniości Bułgarii. Totalnie dementuję plotki! Przeciętna pensja tutaj wynosi 136 euro, czyli tyle ile się tu wydaje w 3 dni, na nic w sumie! Makabra! Wszystkie ceny które tu są, wyglądają podobnie do polskich, np. butelka wody mineralnej, kosztuje 2,5 Lev, wygląda ok, ale żeby wiedzieć ile to jest należy pomnożyć tę cenę razy 2.5 i wychodzi 6zł! Z bułgarskimi cenami, nie mogliśmy się pogodzić do samego końca pobytu tutaj....

Idziemy pogadać z menadżerką o Istambule (postanowiliśmy do niego pojechać, na zorganizowaną wycieczkę, ponieważ będąc w domu, nie opracowaliśmy sobie planu jego zwiedzania), oczywiście nie ma problemu, mamy przyjść za godzinę, już będzie wszystko wiedzieć. Za godzinę, wszystko jest załatwione, łącznie z polskojęzycznym przewodnikiem . Bijemy menadżerce pokłony, stwierdza jak zwykle, że nie ma sprawy, wystarczyło kilka telefonów . Jedziemy jutro o 18:30

Dzień spędzamy na plaży, przy basenie, na minigolfie, spacerując po promenadzie, normalnie wakacje.

Na promenadzie jest pełno naganiaczy, każdy zaprasza Cie do swojego sklepu, baru, restauracji, apteki, Bóg wie czego jeszcze. Trochę to wkurzające, ale cóż taki to kraj widocznie.

Dzień 9

Rano śniadanie, potem wypisywanie kartek. A potem próba kupna znaczków pocztowych. Pani w hotelowym sklepiku daje mi garść znaczków, pytam czy na pewno są na kartkę za granicę, pani nie rozumie o co mi chodzi. Więc pytam prościej: „Stamp for letter to poland, or to Bulgaria only?”. Pani udziela błyskotliwej odpowiedzi: „Not four letters, only one letter. Stamp bulgarian, we in bulgaria, stamp bulgarian.”. Kurcze, mówię prościej: „We in bulgaria, leter send to poland, stamp ok?”. Pani ostatecznie stwierdza że: „I know not”. Kurcze, ok, u nas w sklepie papierniczym też pewnie by było trudno o kogoś kto mówi po angielsku, idę do recepcji, zagaduje faceta:
-”Excuse me, do you speak english?” - pytam
-”Yeeeees.....” - stwierdza
-”You ofcourse you speak also Bulgarian?” - upewniam się, bo tutaj nigdy nic nie wiadomo
-”Yyyyyyyyyeees.” - to stwierdza jakoś niechętnie
-”Come with me please, I need your help” - proszę...
-”Ooooooook” - zgadza się i idzie niepewnym krokiem.

Wchodzimy razem do sklepu, wyjaśniam gościowi całą sytuacje, że kupiłem znaczki, ale nie wiem czy to są znaczki do Chin, czy do Polski, czy do Bułgarii, czy jest jakaś różnica w cenie w zależności od tego gdzie się kartkę wysyła..... Gość nie kuma o co mi chodzi! Tłumacze więc jak dziecku: „Jesteśmy w Bułgarii, chce wysłać kartkę do Bułgarii, a drugą do Polski, jaki znaczek mam nakleić na którą kartkę?”. Gość nie kuma! Kurcze człowieku, ja tu zasuwam, za technicznego w firmie robię, studia skończyłem, i liczę pieniądze jak u was wodę mineralna kupuje, a wy tu podstaw angielskiego nie znacie, nie wiecie ile znaczek pocztowy kosztuje a kasujecie wszystkich jak się tylko da?! Ok, biorę te znaczki co mi babka dała, najwyżej do pracy przyjdzie płatna przesyłka z Bułgarii!

RANY, LUDZIE W KRAJACH TRZECIEGO ŚWIATA ZNAJĄ ANGIELSKI HELLOŁ!

Potem basen, pakowanie, bo o 18:30 ruszamy na dwa dni do Istambułu.

Przyjeżdża po nas autobus, otwierają się drzwi, wypada z nich pani, 35 lat, czarne włosy, uśmiechnięta (i jak się potem okazuje niezwykle miła, z nieograniczoną wiedzą na temat Istambułu, i niezwykłym poczuciem humoru) i od razu do nas mówi: „Cześć, jestem Albena, wskakujcie szybko bo jeszcze musimy resztę uczestników wycieczki zebrać.”. Wskakujemy, w autobusie jest siedem osób, mówimy ładnie dzień dobry, „Zdrastwujcie” odpowiada autobus, nieźle się zaczyna.

Jeździmy od hotelu do hotelu dobrą godzinę, na koniec okazuje się, że na wycieczkę jedziemy my we dwoje, i 43 Rosjan! Zapowiada się ciekawie...



Rumunia cz. 2