Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Polska » Pyra 2009 - "Gorączka złota"

Pyra, czyli z wizytą w siodle u Sjuksów… (2009)

Autor: MaG

Sobota, 25.05.2009

Budzę się o 5:30... Za wcześnie, trzeba jeszcze pospać. Kolejna pobudka 6:30. Budzik nastawiony na 7:20, ale co tam - wstaję, szybko dopakowuję kufer i tankabg, ogacam się i 7:30 jestem w garażu. Po chwili Sztormiak wesoło pomrukuje ku uciesze mieszkańców bloku przylegającego do garażu. Przez kask dolatują mnie serdeczne pozdrowienia „Nie masz gdzie hałasować Ty ch…”, Też Was kocham sąsiedzi! W drogę!

Trochę się dziwię, że Puławska od Piaseczna jakaś taka dziwnie pusta jak na 7:30... No tak! Przecież to sobota! Szybko przelatuję przez Marynarską, Żwirki, na Towarowej zajeżdżam na Statoil i dotankowuję się na full. Jeszcze 5 minut i jestem na miejscu zbiórki czyli pod 66. Extra, tylko jest dopiero 8:30, a zbiórka miała być o 9:00. Czekam, czekam, czekam...
8:50 pojawia się ologc - dobra nasza, jednak nie jadę sam!
9:00 podjeżdża Drukarz z Dorotą jako plecaczkiem...
9:10 mamy i Żaluzję na jego nowym.... a fuj! BMW R1150 GS!!!
Dzwonimy do Zibiego - gada przez ucho czyli już jest w drodze. Faktycznie po jakichś 4 minutach podjeżdża jego Bandzior 1250. Jest komplet, można ruszać.

Na początek krótka prywatna wizyta niedaleko Grójca i stamtąd ruszamy już do celu. Droga do Strykowa może i ładna i malownicza, ale przy okazji mocno zapchana jak na sobotę. Robimy przerwę na soczek i tankowanie na stacji gdzieś koło Zgierza (?) i planujemy dalszą trasę. Przed samym Strykowem motamy się i wjeżdżamy na jakąś serwisową asfaltówkę biegnącą wzdłuż budowanego odcinka autostrady. Po 2 km wyjeżdżamy w Strykowie i dalej już po znakach wbijamy się na A2. Po paru minutach nie widzimy już z Olkiem nawet tylnych lamp reszty towarzystwa, lecimy więc na dwie „damki” turystycznie 150-160 km/h. Niecałe 100 km bezpłatnej autostrady mija bardzo szybko i nudno jednocześnie – dobrze, że się kończy bo powieki już mi się zaczynają kleić. Tuż przed zjazdem z A2 „doganiamy” resztę ekipy i dalej już ciągniemy razem. Wg wieczornych opowieści na licznikach kolegów pojawiły się magiczne cyfry 230, ale zdjęć nie było, więc kto ich tam wie...

Kierujemy się żółtymi drogami na Jarocin – trasa wymarzona dla 2oo: śladowy ruch, niezły asfalt (no może poza jednym dość dziurawym odcinkiem), fajne winkle i ładne krajobrazy dookoła. Po drodze dwukrotnie stajemy na pauzę na stacjach- na jednej z nich ologc atakuje swoim dl-em Bogu ducha winnego tubylca na DR-ce. Na szczęście obywa się bez strat w sprzęcie u ludziach, a wyglądało to groźnie. Zabrakło trzeciej nogi, zdarza się, po to przecież mamy gmole… Jest już prawie 14:00, na licznikach zrobione już prawie 450 km, a celu wędrówki czyli miejscowości Buk nie widać. Przez ostatnie kilometry widzę wielkiego schabowego sunącego tuż przed moją owiewką. Wreszcie jest Buk – jeszcze kilka minut kluczenia po jednokierunkowych uliczkach i ok. 15:00 stajemy pod Hotelem Margerita. Jeszcze się rozpakowujemy jak podjeżdża pod hotel towarzystwo na Africach i KLE500 z okolic Ustki. Okazuje się, że oni zajęli resztę pokoi w hotelu. Zapoznanie, wymiana wrażeń po podróży i wreszcie jedziemy na obiad – już na lekko bez bagaży. Lecimy do baru Barbados w Opalenicy, który ologc miło wspomina z jesiennej edycji Pyry. Lokal może nie powala wyglądem z ulicy czy wystrojem wnętrza, ale trzeba przyznać, że jedzenie jest smaczne i tanie, a i miejsce na motorki na dziedzińcu się znalazło. W Barbadosie spotykamy grupę kilkunastu… niemieckich strażaków! Ja rozumiem, że jesteśmy już blisko niemieckiej granicy, ale jak dotąd to Niemcy raczej u nas wzniecali pożary, a nie gasili!

Po obiedzie jedziemy zobaczyć miejsce zbiórki na rajd – jest to leśna polana zaraz za Bukiem. Dojazd z drogi – jakieś 2km skuterkiem przez wioskę i las. Na Polanie trwa budowanie indiańskiej wioski – kolesie w skórach i pióropuszach rozstawiają tipi, przygotowują jakieś łuki, toporki, włócznie. Po krótkiej pogawędce okazuje się, że to przyjaciele mojego krajana, które prowadzi pokazową indiańską wioskę koło rodzinnych Kozienic. Motorków na razie jeszcze niewiele, ale kilka osób już jest, kilka namiotów jest rozstawionych, ognisko się pali. Słoneczko przygrzewa i po świeżo zjedzonym obiedzie robi nam się błogo – najchętniej tutaj byśmy już zostali. Żaluzja wpada na pomysł, żeby znaleźć jakiś transport z hotelu na polanę i przyjechać tu na wieczorną imprezę. Spędzamy na polanie w sumie ze 20 minut i wracamy do hotelu. Właścicielka już wcześniej obiecała nam, że będziemy mogli motory wstawić na zamykane bramą podwórko, więc otwieramy bramę i…

Na podwórku stoją już AT-ki i KLE, za nimi stoją dwa stoły pod parasolem (markizą?), a towarzystwo sączy w najlepsze zimne piwko. Wstawiamy nasze maszyny i jednogłośnie stwierdzamy, że prysznic może poczekać, bo trzeba wreszcie jakiś browar wciągnąć. No może nie jednogłośnie bo Dorota wybiera prysznic, ale wiadomo – niewiasty mają inną kryteria potrzeb niż my. Impreza na podwórku wygrywa i dajemy sobie spokój z szukaniem transportu do indiańskiej wioski – przyjemne towarzystwo afrykanerów, klimatyczne podwórko zastawione motorkami, zimne piwko, inne napoje, do tego donoszone z hotelowej knajpy jedzenie. Czegóż więcej potrzeba po całym dniu jazdy? W międzyczasie każdy dociera indywidualnie pod prysznic i wraca w nowej lepszej wersji 2.0 czyli czysty i przebrany. Ok. 20:00 wpada do nas jeszcze Cyryl, który mieszka kilka km od Buku. Niestety chłopak zgłębia wiedzę i jutro nie weźmie udziału w Rajdzie, bo ma studia. Szkoda, bo byłoby jednego dl-a więcej. Przed 23:00 towarzystwo się rozchodzi do pokoi. Oczywiście nie całe – Żaluzja pomaga jeszcze barmance poznosić pozostałości po imprezie, potem snują nocne Polaków rozmowy. Ja po wejściu do pokoju i zrzuceniu ciuchów zasypiam w 5 minut. W nocy słyszę jakieś hałasy na korytarzu, ale z lenistwa nawet nie podnoszę głowy. Rano okazuje się, że to Żaluzja z Zibim wychodzili na spacer po mieście. Pogratulować zdrowia!

Niedziela, 26.04.2009

0 7:00 jestem już na nogach, 7:30 Żaluzja budzi mnie pukaniem do drzwi. No tak, oni z Zibim są na nogach od 4:00. Jeszcze przed śniadaniem zakuwamy się w zbroje, pakujemy kufry na moto i o 8:00 meldujemy się w komplecie na śniadaniu. Po śniadaniu hasło „W siodła Panowie” i o 8:45 jesteśmy na leśnej polanie. Trzeba przyznać, że nie jesteśmy pierwsi, trochę maszyn już parkuje na łące. Jest dość grząsko ale dajemy radę zaparkować we wskazanym przez dzieciaków „organizatorów” miejsce. Oczywiście start imprezy jest z poślizgiem jakichś 20 minut. Wreszcie organizatorzy w indiańskich strojach wygłaszają przemowę, odpalają sziszę pełniącą funkcję fajki pokoju i rozpoczyna się rejestracja. Nareszcie, bo w kolejce już słychać było pierwsze propozycje oskalpowania Indian i spalenia ich wioski… Jesteśmy jedni z pierwszych w kolejce więc ok. 10:00 z itinerem i kartką z opisem zadań do wykonania ruszamy na trasę. W sumie 130 km do przejechania i po drodze 9 zadań do wykonania – są to zawsze pytania dotyczące miejsca, w którym dane zadanie wypada. Naszym przewodnikiem samozwańczo zostają Paweł z Dorotą i trzeba przyznać, że prowadzą nas od jednego zadania do drugiego jaj po sznurku.

Z ciekawszych zadań zapamiętałem:
Pytanie: „Życiodajne w umierającym”… Chodzimy dokoła punktu, czytamy jakieś ogłoszenia na tablicy gminnej, podpisy na kapliczkach, nazwę na sklepie, no nic się nam nie kojarzy… W końcu olo doznaje olśnienia: „Widzicie tamto drzewo? Ono jest umierające, ale na nim żyje jemioła…” Gały wychodzą nam z orbit, że tak sprytnie to wykoncypował, ale piszemy „Jemioła” (okazało się na koniec, że to poprawna odpowiedź).
Pytanie: „Wiek kółka rolniczego”. Jest pomnik z hasłem „100 lat kółka rolniczego”, więc już mamy wpisywać „100 lat” gdy znowu ologc wpada na pomysł poszukania tabliczki z datą wykonania pomnika. Oczywiście – pomnik zrobiony w 1981 roku czyli poprawna odpowiedź to „128 lat”
Pytanie: „Przetłumacz przecząco terytorialnie” ?! Dopiero rzut oka na GPS wyjaśnia wszystko – miejscowość w której jesteśmy to Nieczajna, jak weźmiemy zaprzeczenie to wychodzi nam Czajna czyli Chiny…
Sama trasa ułożona bardzo fajnie – boczne dróżki z niewielkim ruchem i przyjemnymi zakrętami. W kilku miejscach nawierzchnia może nie jest idealna, ale jak na nasze polskie warunki to jest OK. Trasa typowo niedzielna – od kościoła do kościoła, o drodze jeszcze sklep GS, gdzie zagasiliśmy pragnienie po sobotniej imprezce. Jedziemy jako jedni z pierwszych więc nie spotykamy zbyt wielu 2oo po drodze. Ostatnie 4,5 km trasa wiedzie regularnym szutrem – miła odmiana, nawet Zbyszek na Bandycie nie narzeka na odrobinę piachu pod kołem. Ok. 13:00 jesteśmy z powrotem na polanie. Oddajemy karty z naszymi odpowiedziami, zjadamy przydziałowe kiełbaski z grilla, jeszcze z 15 minut leżenia i w drogę – przed nami powrotne 400 km do domu.

Ologc towarzyszy nam tylko do stacji w Buku – dalej leci już sam do Gdańska, my na Warszawę. Tym razem prowadzi Zbyszek – lecimy na Poznań, przelatujemy praktycznie przez starówkę (do Rynku z Koziołkami mieliśmy no raptem ze 100m, ale jakoś nikt nie chciał się zatrzymać na tonic – szkoda…). Z Poznania lecimy starą trasą na Wrześnię, Konin i dalej już starą poznańską trasą na Warszawę. Po drodze szukamy jakiejś knajpy na obiad, dwie pierwsze są zamknięte, dopiero w trzecim udaje nam się coś zjeść i wypić. Barmanka wyposażona w „wielkie niebieskie oczy” na początku nie chce nas obsługiwać na zewnątrz, ale potem oczarowana hmm.. naszym urokiem osobistym  nie robi już fochów. Lecimy dalej – stara poznańska droga jest zaskakująco pusta, widać, że cały ruch przeniósł się na bezpłatny na razie odcinek A2 Konin-Stryków. W pewnym momencie Żaluzja zjeżdża na stację – mówił potem, że już mu się oczy zamykały i lada moment by usnął i wylądował w poza drogą. Druga doba bez snu robi swoje…Wink W Łowiczu wpadamy w sznurek katamaranów i tirów i jazda już nie jest taka przyjemna. Przed Sochaczewem stajemy na poboczu i się żegnamy – ja z Drukarzem i Dorotą będziemy odbijać w Błoniach na Brwinów, Żaluzja z Zibim lecą do Warszawy. Tuż za Sochaczewem wpadamy w remonty drogi, zwężenia… Oczywiście gubię Drukarza i odpuszczam pogoń za nim, ale w Błoniach widzę go na skrzyżowaniu, więc postanawiam go dogonić. Łatwiej powiedzieć niż zrobić – dopiero przed samym Brwinowem widzę go na końcu długiej prostej. Rozpędzam więc dl-a i lecę już jakieś 130 km/h, gdy widzę nagle jakieś dziecko z rowerem przy drodze. Oczywiście lekko w heble, redukcja, zwalniam do 40 km/h, ale widzę, że malec patrzy na mnie i czeka, żebym przejechał, więc odkręcam lekko i… zza chłopaka wychodzi na jezdnię dziewczynka z rowerem, której nie było zza niego widać (nic dziwnego sporo mniejsza od kolegi). Heble opór, klakson, zimny pot na plecach i… zatrzymuję się 1,5 metra przed dzieciakami (obydwoje zdążyli się cofnąć z jezdni). Adrenalina jeszcze krąży w żyłach, zatrzymuję motocykl, gaszę silnik i zsiadam z niego na chwilę, żeby ochłonąć. Dzieciaki wystraszone chyba bardziej ode mnie, więc mamroczę coś w stylu „Dzieci kochane, jak wyjeżdżacie na drogę to się rozejrzyjcie dokładnie, sprawdźcie trzy razy czy nic jedzie. Niewiele brakowało…”. Ich „Dobrze, proszę Pana” rozbraja mnie już całkowicie i rozładowuje emocje, przybijam z nimi piątki i po chwili jadę dalej, ale już do samego Piaseczna nie przekraczam 100 km/h. Nie ma co kusić losu, bo wiadomo, że „Pijak zawsze zasypia pod drzwiami domu”. Drukarza zdążyłem jeszcze zobaczyć na rondzie w Brwinowie – on poleciał na Pruszków, ja na Nadarzyn… W domu w Piasecznie jestem ok.20:00, na liczniku skasowanym w sobotę rano 1022 km – niezły wynik jak na 2 dni. Jednak przede wszystkim kupa pozytywnych emocji, doświadczeń i wspomnień. Do następnego razu!

THE END