Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Niby w górach, a jakby nad morzem czyli MotoGarda 2012...

Niby w górach, a jakby nad morzem czyli MotoGarda 2012...

Autor: MaG

Jak to się wszystko zaczęło? Hmmm... Podczas zeszłorocznego wyjazdu na Bałkany, kiedy siedzieliśmy już na wybrzeżu w Sutomore i - uwaga trudne słowo ! - kontemplowaliśmy otaczający nas krajobraz i wspominaliśmy wrażenia z wycieczki, Bober powiedział mniej więcej tak:
- Ładnie tutaj. Prawie jak nad Gardą, tylko tam góry są wyższe a woda słodka...
Od słowa do słowa przy kolejnym kubku (chyba nie podejrzewaliście nas o wożenie kilichów?) winka luźno rozmawialiśmy o ewentualnym wyjeździe w następnym roku. Jakież było moje zdziwienie kiedy może miesiąc po powrocie z Montenegro znalazłem w skrzynce odbiorczej maila do Bobera pod tytułem „DL Day - Garda Lake 16-23.06.2012”! Propozycja była konkretna - rezerwując na jesieni mamy „mobil home” na campingu za cenę kiepskiej jakości kwatery nad Bałtykiem (1600 PLN za tydzień za 6-osobowy domek), tam mieszkamy i pijemy i stamtąd jeździmy na wycieczki po okolicy. Tych wycieczek po pierwszej selekcji było więcej na liście niż dni wyjazdu, czyli nudy nie będzie... Oszczędzę Wam szczegółów dotyczących zbierania składów do domków, rezerwacji i tego typu kwestii organizacyjnych, ale z ciekawostek powiem, że nawet mieliśmy profesjonalną ankietę wśród zdeklarowanych uczestników wyjazdu na temat godzin wstawania / chodzenia spać, preferowanych wycieczek i innych form spędzania czasu. Naprawdę zawodowa organizacja.
Przez kilka zimowych miesięcy skład ekipy się trochę zmieniał, podobnie jak konfiguracja - kto, czym i na jak długo. Dość powiedzieć, że na 2 tygodnie przed wyjazdem dostałem wypowiedzenie i wizja bycia na bezrobociu od września jakoś nieszczególnie zachęcała do wyjazdu na raczej kosztowny urlop - paliwko po 1,6-1,8 EUR / litr i odległość ok.1500 km w jedną stronę robi koszty, a gdzie wydatki na najlepszą na świecie włoską kuchnię, winko, zimne piwo o ewentualnych pamiątkach nie wspominając. Jednak zwyciężyła myśl, że to pewnie jedyny urlop w tym roku, więc „carpe diem”... jedziemy! Ostateczny skład ekipy wyglądał więc następująco:
1) Justa i Bober - Suzuki DL650
2) Aśka i Grzesio (tudzież Gienia i Gołąb... - straszliwie hałasujący Suzuki DL1000
3) Kasia i Złoty - Suzuki DL650
4) Iza, Kamila i Zbynio (Suzuki Bandit 1250)
5) Alicja i Dluk - Kawasaki ZX12
6) Ania i MaG - Honda XL1000
Logistyka też była złożona - Bobery z Gienkami pojechali tydzień wcześniej, reszta miała dojechać w sobotę 16.06 na Camping Bella Italia w Peschiera del Garda... Dobra starczy gry wstępnej, jedziemy!

15.06.2012 piątek

Szybkie pakowanie toreb do kufrów, dopakowanie centralnego, jeszcze pożyczony od Roadrunnera (dzięki!!) tankbag Bagstera na zbiornik i o 6:15 startujemy z garażu. Nadal pada, ale twardo nie zakładamy przeciwdeszczówek, membrany przecież też od czegoś są! Wał Miedzeszyński pusty jak nigdy, szybki przelot do Grójca i jesteśmy na 7-ce. Pierwszy postój na kawę w McDonaldzie w Radomiu - tutaj przestaje padać, ale temperatura nadal nieprzyjazna, a powietrze wilgotne. 7-ka do Kielc jakoś zlatuje bez szczególnych ekscesów, niestety na obwodnicy Kielc wpadamy w remonty, więc tempo nam nieco spada. Podziwiamy nieodgadnione pomysły naszych drogowców w kwestii prowadzenia objazdów i tworzenia np. rond zastępczych... Dalej już prościej Jędrzejów - Zawiercie z widokiem na Górę Zborów i jak zawsze mile wspominane Podlesice, wreszcie Siewierz, gdzie jadę na pamięć na S1 okrążającą aglomerację śląską od wschodu. Postój na Shellu, trochę się ociepliło, już nie marzniemy. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach wpadamy w mega-gigantyczny korek - jakieś 10km (!!!) jedziemy poboczem mijając sznury samochodów na obu pasach, najczęściej z wyłączonymi silnikami. Twarze kierowców wyrażają wściekłość, rozpacz, rezygnację, nawet nie próbuję się wczuwać w ich położenie. Po dojechaniu poboczem do Tych okazuje się, że to zwężka, a właściwie ciąg kilku zwężek tak wszystko skutecznie zablokował. Nadal się przepychamy trochę między pasami, trochę po przeciwbieżnym, trochę poboczem. Wreszcie rozluźnia się i już bez postojów mijamy granicę PL/CZ w Cieszynie i kierujemy się na słowacką Jilinę. W Cadcy zjeżdżamy na stację Shella bo jakoś tak ciepło się nam zrobiło - czyżby u knedliczków lato już zawitało? Wypinamy membrany, rozpinamy wentylacje i lecimy dalej. Ok 13-14 stajemy na dłuższy (30 minut) popas na autostradzie za Jiliną. Wysmażanyj syr, hranolki i... no niestety nie mieli kultowej Kofoli i musieliśmy się zadowolić zwykłą coca-colą, ale i tak posiłek był zacny. Droga do Bratysławy się dłuży - idziemy ciągiem jakieś 140-160 km/h, ruch niewielki. W Bratysławie na jakieś 15 minut wbijamy się w korek wyjazdowy z miasta (piątek po południu czyli klasyka gatunku...), ale na szczęście Hondzia z kuframi od Letko nie jest tak szeroka jak z Givi i daję radę się przepychać na 2-jce między autami. Po wyjeździe z Bratysławy zakup winiety na Austrię - 4,60 EUR za 10 dni - i po 50 km zjeżdżamy z autostrady w kierunku jeziora Neusiedler See. Zmiana dobrze nam robi - krajobraz przepięknej pagórkowatej krainy z setkami winnic rozłożonych na wzgórzach i przepięknymi cukierkowatymi miasteczkami i wioskami poprawia nam humor.

Wreszcie po blisko godzinie kluczenia po lokalnych drogach docieramy do celu - camppingu Storchencamp Rust, zlokalizowanego nieopodal miasteczka Rust. Tutaj mała dygresja - pierwotny plan zakładał nocleg w hotelu w Wiener Neustadt i reszta ekipy tam właśnie nocowała, ale my w poszukiwaniu oszczędności na zbędnych wydatkach postanowiliśmy zanocować na campingu. Specjalnie z Panią się kontaktowałem maile, że nie będziemy mieć namiotu, co według niej nie było problemu bo możemy wynająć sobie namiot typu Tipi, tylko musimy mieć swoje karimaty i śpiwory. OK, brzmiało nieźle... Pani w recepcji dwa razy upewniła się, że chcę Tipi, ale w końcu wypisała kwity, skasowała opłatę i powiedziała gdzie szukać naszych namiotów oraz gdzie postawić motocykl (w dowolnym miejscu na parkingu). Ania idzie przodem, ja się wracam po motocykl, wjeżdżam, parkuję i widzę po minie Ani, że coś jest „nie halo” Tipi z zewnątrz prezentują się jeszcze jako tako...

...ale w środku jest syf, nie zamyka się toto i generalnie wygląda na element placu zabaw dla dzieci, a nie miejsce do spania. Delikatnie testuję nastrój żony, ale widzę, że jest „skandal, na pograniczu afery”, więc z powrotem do recepcji i dalej tłumaczyć Pani, że owszem chciałem, owszem Tipi, ale że raczej 5 lat nie mam i potrzebuję noclegu, a nie miejsca do zabawy w Winnetou. W końcu Pani znajduje wolny pokój, robi szcher-macher z papierami, dopłacam drugie tyle i dostaję klucze. Pokój jest naprawdę na poziomie, widać, że dopiero co oddany do użytku. Uff... nareszcie można się umyć, przebrać i zrelaksować. Najpierw spacer po campingu. Miniaturowe chatki z miniaturowymi podwórkami, na których rosną miniaturowe żywopłoty i klomby wyglądają zabawnie, ale po chwili spotykamy jednego z mieszkańców i wszystko staje sie jasne...

Są jachty na wózkach, jest mini-marina, są prywatne pomosty przy domkach, ale gdzie...jest jeioro?? Wszędzie widać tylko wysokie na 2-3 metry trzciny. Postanawiamy opuścić camp i poszukać jeziora, po drodze mijając jeszcze jednego tym razem bardziej rozrywkowego mieszkańca ośrodka...

Jakieś 100m od campingu trafiamy na piękną przystań jachtową z nowymi pomostami i zachęcająco wyglądającym barem na nich

Siadamy na pomostach, idę do baru... -Do You speak English?
- Yes, a little... Can I help You?
- Two large glasses of beer please, preferably some local type...
- Ok, wait a moment...
W tym momencie barmanka zagaduje do jakiejś innej dziewczyny:
- I co? Mały zasnął bez problemu?
Okazało się, że Barbara od kilku lat mieszka w Austrii, a od 2 nad jeziorem i pracuje na stałe w restauracji przy marinie, teraz w lecie w barze na zewnątrz. Wymieniamy się wrażeniami z pierwszych meczów Euro2012, porównujemy życie w Polsce i Austrii. W bardzo miłej atmosferze mija nam ten wieczór... Po powrocie na camp widzę dziwny widok - na niemal pustym parkingu stoi z 8 samochodów i moja Honda, a za moją Hondą niemal na zderzaku, zastawiając teoretyczny przejazd stoi jakieś auto. „Oho, będą sztuczki” myślę i idę do pokoju po kluczyki. Jak tylko podszedłem do motocykla pojawił się znikąd śmieszny grubasek mniej więcej w moim wieku. Oszczędzę Wam jego hitlerowskiego języka, ale dialog brzmiał mniej więcej tak (on po niemiecku, ja po angielsku):
- To Twój motocykl?
- Tak, a o co chodzi?
- Stanąłeś na moim miejscu! Miejsce numer 78 jest moje!
- Ok, zaraz się przestawię...Ale czym się różni to miejsce 78 od tych kilkunastu wolnych obok - 75, 76, 79 itd???
- Jak to? Ja płacę cały rok za miejsce 78! To jest moje miejsce i tylko ja mogę na nim stać!
Zaczynam rozumieć skąd wziął się taki mały k...sik jak Hitler...

16.06.2012 sobota

Pobudka o 7:00. Niestety nie możemy skorzystać z wliczonego w cenę śniadania, już wieczorem nam szef campingowego baru powiedział, że on jest od 8:00 i najwcześniej 8:15 może nam podać jakieś śniadanie typu „early bird”. Trudno... Co gorsze nie ma nikogo w recepcji, ani żadnej ochrony czy sprzątaczki - żywej duszy z obsługi campingu! Zostawiamy klucze w zamku i o 7:35 wyjeżdżam furtką dla pieszych, bo szlaban w bramie zamknięty. Do Wiener Neustadt, gdzie jesteśmy umówieni z resztą ekipy mamy 40 km, ale z tego połowę po malowniczych lokalnych dróżkach. O 8:05 podjeżdżamy pod Hotel Orange, reszta ekipy już czeka .

Krótkie przywitanie, potwierdzenie trasy na dzisiaj i jedziemy na południe. Jest ciepło, jakieś 24-25C. Po 200km pierwsze tankowanie (ZX12 ma mały bak...), przed granicą z Włochami stajemy jeszcze na obiad w przydrożnym Motoreście. Po drodze jedziemy kawałek razem z Fordem GT40 - jego wysokość dachu ok.120cm robi wrażenie, piekielny hałas wydobywający się z rur wydechowym znacznie większe, szczególnie w tunelach. Wyprodukowano tylko 4000 sztuk tego modelu, wyglądał naprawdę nieziemsko. Dwukrotnie udaje nam się uniknąć kontroli radarowej, ale jadąc razem z autem z przyczepą (Zbyniu z inwentarzem) chyba nie jesteśmy w grupie docelowej - przy pierwszym patrolu stoi zatrzymane Ferrari, przy drugim Ford Mustang... Za włoską granicą w kierunku Udine robi się malowniczo - dookoła nas piękne górskie szczyty, pod nami wije się turkusowa rzeka , cudnie jest...

...tylko czemu tak niemiłosiernie gorąco?? Zbyszka termometr w Peugeocie pokazuje 32-33C. Na autostradach w IT wszyscy walczymy z nudą i sennością. Wreszcie ok.17:00 docieramy do Peschiery. Miasteczko pomimo upału nas zachwyca od pierwszego wejrzenia - charakterystyczna włoska architektura połączona z turkusową rzeką i fosą wdzierającymi się na starówkę od razu nastraja nas wakacyjnie. Trafiamy na Camping Bella Italia - kolejka w recepcji wije się jak wąż. Szybko nie będzie! W kolejce wypatrujemy Boberów i Gołębiów - okazuje się, że oni dojechali jakieś 15 minut przed nami (a jechali z Francji z zajeżdżaniem na wybrzeże liguryjskie). W końcu dostajemy kwity, pakujemy się na motocykle i... jakiś harcerzyk (tak ich nazywaliśmy przez cały pobyt) w błękitnej koszuli macha rękami i krzyczy: „No! No! Motocikle no!” Co jest q...?! On, że nie można, zakaz jest, autami czyli np. śmierdzącymi i klekocącymi dieslami można, ale motocyklem nie, trzeba zostawić na parkingu dla o2o przy recepcji. My, że tylko bagaże zawieźć, że powolutku... Puścił. Nasza radość trwała jakieś 500m, bo kolejny harcerzyk na rowerze był już nieubłagany i powtarzał jak niedorozwinięty „No! No!” pokazując nam punkt 6 w regulaminie campingu. Ostatnia rzecz jakiej bym się spodziewał w tak motocyklowym kraju jak Włochy, ale trudno, z debilem nie podyskutujesz, więc zrzuciliśmy bambetle z motocykli. W międzyczasie drugi harcerzyk przytaszczył skądś wózek bagażowy (jaki uprzejmy jeb..ny!!!) - zapakowaliśmy na niego wszystkie graty i dziewczyny z wózkiem ruszyły dalej, a my z Łukaszem wróciliśmy się na parking. Oj co sobie poużywaliśmy w drodze powrotnej na włoskich pedałach w niebieskich koszulach to nasze, ale nie dziwcie się - 34C, za nami jakieś 760km i musimy jakieś 1000-1200m popierdalać w motocyklowych butach, spodniach. Do tego zdemontowałem od razu alu-kufry więc jeszcze dwie puste ale jednak aluminiowe skrzynki taszczymy ze sobą. Jakoś dotarliśmy, chociaż domek okazał się leżeć jakieś 3 ulice dalej niż nam Pani w recepcji zaznaczyła na mapce. Pierwsze co wyciągnąłem z tankabaga to piersiówka z nieśmiertelną żołądkową gorzką, po kilku łykach i nastawieniu klimy na full już było fajnie... Bober w tym czasie walczył z połową obsługi campingu, żeby im wytłumaczyć, że poprzedni gość albo sprzątaczka „zajumali” pilota do klimatyzacji, ale to osobna historia do opowiedzenia przez Bartka... Sam „mobil home’ zrobił na nas super wrażenie -widać, że stosunkowo nowy, czyściutki, nie trzeszczy i nie trzęsię się cały jak ktoś z nas się po nim porusza, w oknach moskitiery, klima wydajna. Naprawdę super domek za małe pieniądze! Po prysznicach niemal biegiem lecimy do wskazanego przez Bobera baru, gdzie mają TV i będą transmitować mecz Polska -Czechy. Muszę nie bez dumy przyznać, że przygotowaliśmy się do meczu wzorowo..

...czego niestety nie można powiedzieć o naszych piłkarzach. Po meczu szybko zmywaliśmy farbki z policzków, poziom gry żenujący, a dookoła niemal sami Niemcy i Holendrzy.. Potem było jak zawsze: wypiliśmy cały przywieziony zapas alkoholu, ktoś wpadł w krzaki i się podrapał, ktoś w sukience na czworakach pod górę łaził, ktoś przez płot górą przechodził, wędrówki po całym campie, telefoniczne wskazówki z mapą w ręku jak trafić do domku i takie tam. Nan koniec siedzących grzecznie na ławeczce i sączących piwko mnie i Dluka jakiś harcerzyk zahipnotyzował samym wzrokiem - nie powiedział ani słowa tylko się patrzył... Na nieśmiałą propozycję Ani „Może już chodźmy??” obydwaj karnie wstaliśmy i bez słowa udaliśmy się do naszego wagonu przy Via Norimberga....

17.06.2012 niedziela

Budzi nas na chwilę wrzask dzieciaków z sąsiedniego wagonu ok.6:30, ale nas takie rzeczy dzisiaj nie ruszą, śpimy słodko do 9:00... Poranek jest od razu gorący, a głowy trochę ciążą po wczorajszym szaleństwie. Bober ze Zbyniem chyba są w lepszym stanie, bo pojechali gdzieś na wycieczkę po okolicach, my decydujemy twardo, że dzisiaj nawet nie podchodzimy do motocykli. Dzień mija więc leniwie. Najpierw kąpiel w jeziorze - chłodna woda, ale niestety kiepskie zejście do wody i kupa naniesionego przez wiatr i fale zielska trochę psuje radość. Ale tylko trochę, więc spędzamy ze 2h nad wodą. Żar jest niemożliwy, pewnie już ze 36C.

Postanawiamy naszą szóstką (Dluki, Złoci i my) dołączyć so reszty ekipy, która poszła na pizzę do portu w miasteczku. Docieramy promenadą wzdłuż brzegu jeziora do wskazanej knajpy i już prawie siadamy przy stoliku gdy... kelner stwierdza, że sjesta, że oni muszą się teraz wyspać (!?) i że tak samo będzie we wszystkich knajpach. Taaaa, zobaczymy... Po 10 minutach jesteśmy na ślicznej starówce i oczywiście... wszystkie bary, pizzerie i restauracje są czynne. Wybieramy losowo jedną z nich, ale niestety nie ma wolnego stolika na 6 osób. Widząc naszą konsternację kelnerka proponuje miejsca na „tarasie” i woła, żeby iść za nią. Wchodzimy na zaplecze baru, klatkę schodową, potem do windy mieszczącej maksymalnie 4 osoby i na dwie raty wjeżdżamy na samą górę. Warto było - mamy miejsca na dachu kamienicy z widokiem na całe miasteczko, kanał i okolicę...

Zimne piwko do tego nareszcie pyszna, prawdziwie włoska pizza... mniam, to był dobry wybór. W trakcie jedzenia mało nie spadamy z krzeseł gdy znajdujący się jakieś 3m od nas zegar wybija pełną godzinę, potem jeszcze zdążył wybić połówkę. Tak, to te ptaki dziobami walą w dzwon, prawie jak poznańskie koziołki. Spędzamy na dachu niecałą godzinę, potem robimy sobie spacer po starówce, podziwiając zabytkowy kościół, więzienie wojskowe, urokliwy mostek nad fosą i kamienne uliczki. Spotykamy przepiękną Lambrettę... Potem jeszcze udajemy się na widniejące nam miastem wzgórze, z którego też jest ładny widok. W drodze powrotnej na camping podziwiamy stojące przy drodze motocykle. Wiele z nich to perełki praktycznie nie spotykany w Polsce - przeróżne modele włoskich marek, ale również niemal nieobecne u nas Buelle, czy wreszcie przedziwne customy...

Praktycznie wszystkie wyglądają jak z salonu - zadbane, wyczyszczone, lśnią w słońcu, kuszą. Naprawdę warto kupować motocykle importowane z Włoch... Po powrocie z miasteczka idziemy się pobyczyć jak paniska na basenie - w sumie to jest ich 3, naprawdę spory obszar, dla dzieciaków to raj, dla nas - miłe miejsce do schłodzenia ciała. Jest też basen pływacki ale tam czepki wymagają, więc nie korzystaliśmy. Wieczorem jeszcze raz odwiedziliśmy już całą naszą grupą starówkę w Peschierze, zaliczając jedne z droższych lodów w moim życiu (3EUR za gałkę!!!). Wieczorem starówka jest jeszcze ładniejsza niż zwykle...

Po powrocie na camping część ekipy idzie spać, a nasza 6-ka kończy piwkiem w barze przy plaży - barman przelewa nam piwo do plastików, zamyka knajpę i idzie spać, a my jeszcze z pół godziny cieszymy się zimnym piwem i nareszcie sympatyczną temperaturą otoczenia.

18.06.2012 poniedziałek

Dzisiaj wycieczka na wznoszący się nieopodal wschodniego brzegu Gardy masyw Monte Baldo, którego najwyższy szczyt Valdritta wznosi się nawet na 2218 m n.p.m. Startujemy o 9:30 z parkingu, jest już naprawdę ciepło, więc i stroje mocno nieregulaminowe na razie...

Pierwszy etap jest krótki - jedziemy na najtańszą stację benzynową w okolicy i tankujemy drogocenny płyn po „jedyne” 1,59 EUR / litr. Dalej droga wiedzie przez mniejsze i większe miasteczka i wioski leżące wzdłuż prawego brzegu Gardy. Jedziemy w oddaleniu od jeziora, droga pięknie wije się wzdłuż zielonkawo-turkusowej rzeki, dookoła nas dużo winnic, w tle majaczą góry, ku którym zmierzamy.

Po jakichś 30 minutach zaczyna się delikatny podjazd, pierwsze serpentyny, wąska droga wijąca się w gęstym lesie. Stajemy na chwilę przed „atakiem szczytowym” jak by to powiedzieli alpiniści.

Teraz mamy fragment drogi dosłownie wykutej w litej skale - skalne półki, tunele kończące się niespodziewanymi zakrętami - wszystko wymaga od nas skupienia na jeździe, ale nie da się bo dookoła nas coraz ładniejsze widoki.

W końcu wyjeżdżamy poza strefę porastania lasów, roślinność robi się wysokogórska - głównie łąki, na których pasą się „milki” i gołe skały. Dodajcie do tego kręte, wąskie dróżki i błękitne niebo i macie namiastkę tych emocji, które towarzyszyły nam…

Wreszcie stajemy na punkcie widokowym - nie jesteśmy jedynymi motocyklistami, właściwie to przewalają się ich tutaj tłumy jak turystów na sopockim molo. Zresztą podobnie jak na molo większość z nich mówi po niemiecku (lub austriacku - tego w Sopocie nie uświadczysz, Włochów też niewielu...). To jeszcze nie koniec jazdy, droga się zwęża i dalej wije do góry. Po kilkuset metrach znowu przystanek na zdjęcia z widokiem na Gardę z góry

Bober prowadzi nas wyżej, odbijamy w boczną dróżkę, która jako jedyna na dzisiejszej trasie ma nieco gorszą nawierzchnię. Bądźmy szczerzy - w porównaniu z większością tras krajowych w Polsce (poza tymi co załapały się na EUR) nie jest źle, ale głębokie dziury rozmiaru miedniczki na ciasnych serpentynach w połączeniu z ostrym nachyleniem dodają trochę adrenaliny. Docieramy niestety do znaku „zakaz ruchu” na drodze biegnącej pod samo schronisko... Chwila konsternacji, ale ostatecznie wizja mandatów w unijnej walucie nas przekonuje. Zawracamy i wracamy kawałek do rozwidlenia niżej. Wracamy zaplanowaną wcześniej trasą po paśmie górskim biegnącym na południe od Monte Baldo. Droga nadal się pięknie wije - raz przez las, raz przez łąkę.

Wreszcie zjeżdżamy z gór i od razu uderza nas fala gorącego powietrza jak z piekarnika. Szybko zrzucamy ciuszki i już na lekko lecimy do i przez Peschierę, żeby tylko jak najszybciej wpaść do jakiejś wody, nawet mijane Muzeum Oliwy nas nie zatrzymuje...

Na Campie jesteśmy ok.14:00, więc dobry czas na obiad. Dzisiaj sprawdzamy knajpę na campingu przy kortach. Restauracja nam przypasowała, bo jest już nieco zmodyfikowana przez mieszkających na campingu Niemców i Holendrów. Menu to nadal typowo włoska kuchnia, jednak nie trzeba zamawiać wszystkich „odcinków” włoskiego posiłku (antipasti, primi piatti, secondi piatti itp.) - porcje każdej z wybranych potraw wystarczają, żeby się najeść. A wyglądają i smakują zacnie...

W trakcie obiadu Łukasza piwo postanawia (przy małym współudziale Alicji) schłodzić go nie od środka a od zewnątrz. Pan kelner po chwili nie tylko przyszedł ze ściereczką (Łukasz już się zaniepokoił, że będzie chciał go dokładnie wycierać...), ale przyniósł kolejne piwo „na koszt firmy”. Miłe, nic dziwnego, że zdobyli naszą lojalność na resztę wyjazdu... Przed wieczorem jedziemy jeszcze motocyklami do LIDL-a zrobić zakupy na wieczorną imprezę. Okazja jest zacna - rocznica Alicji i Łukasza, więc zakupy muszą być spore. Miny kupujących widzących nasz wypakowany zakupami koszyk, którym podjechaliśmy pod 3 motocykle - bezcenne! Za wszystko inne zapłacisz... A figa!!! Jedyne karty jakie ten sklep honorował to...Maestro... Pamiętam, że miałem taką do studenckiego konta, kiedy po Ziemi biegały jeszcze wielkie jaszczury, później już takiej nie widziałem, VISA, MasterCard czy AmEx owszem... Wieczór mija nam na imprezce w pełnym gronie 13-u osób, potem jeszcze gram jakiś czas w karty na ganku, ok.1:00 kładziemy się spać, czym pewnie cieszymy niemieckich sąsiadów.

19.06.2012 wtorek

Dzisiaj znowu luźny dzień („Nie róbmy sobie Oświęcimia, to miał być urlop!”). Jedziemy zwiedzić polecane przez Bobra i przez czytane przewodniki Sirmione. Jest to miasto leżące na wysuniętym w jezioro Garda półwyspie, których początki sięgają epoki kamienia łupanego, do dnia dzisiejszego natomiast zachowane są pozostałości budowli z czasów rzymskich (IV-V w.) oraz spektakularny Zamek rodziny Scaligera pochodzący z XIII w, który determinuje krajobraz starego miasta.

Pierwszy raz mamy do czynienia z włoskim systemem oznaczeń miejsc parkingowych - przynajmniej stosowanym nad Gardą: miejsca z niebieskimi liniami są dla rezydentów, z żółtymi są płatne, a z białymi darmowe. O ile się zorientowałem dla motocykli były tylko niebieskie i białe, oczywiście wybraliśmy te drugie. Mamy też okazję sprawdzić poziom wiedzy farmaceutycznej lokalnej apteki. Alicja zsiadając z Kawasaki oparzyła kolano o wydech i potrzebowała jakichś okładów czy maści, żeby jej się nie zrobiła blizna. Dobrze, że była z nami Justa, a jeszcze lepiej, że jej mam świetnie mówi po włosku i wytłumaczyła pani aptekarce na czym polega problem. Efekt był taki, że maść, którą dostała Alicja uznaliśmy za jakąś magiczną miksturę - po 2 dniach smarowania praktycznie nie było śladu po oparzeniu. Pamiętam, że mi podobna rana goiła się miesiąc... Jak ktoś nie lubi chodzić, to może po mieście pojeździć wynajętym pojazdem - trzeba się tylko zdecydować jaki kolor wybrać...

Nas do Sirmione poza starówką ściągnęła zachwalana przez Boberów i Grześków plaża. Już samo dotarcie do niej było ciekawe - trzeba wzdłuż klifowego brzegu, a gdzieniegdzie umocnień obronnych przejść wodą po kolana jakieś 2km... Naprawdę warto było. Krystalicznie czysta i chłodna woda (do tego słodka!!), fantastyczne podwodne platformy skalne, widok na przeciwległy brzeg jeziora i południowe słońce. Tak, tego nam potrzeba...

Spędziliśmy na plaży ze 4h, wreszcie czas się ruszyć z powrotem - powolny spacer uliczkami starów, postój na przepyszne lody, wreszcie ok. 17:00 docieramy poparzeni słońcem na camping.

Plan zakłada, że o 18:30 ruszamy na wycieczkę do Werony. Ok. 18:00 poddajemy się - jest duszno, gorąco, wszyscy jesteśmy lekko poparzeni słońcem, Alicja do tego ma poparzone kolano. Rezygnujemy z wycieczki (Bobery ze Zbyniami i Gołębiami jadą), robimy sobie w domku własnej roboty włoską kolację (sałatka z rukkoli i pomidorami + jajecznica smakują jak nigdzie indziej...) zapijaną włoskim winem. Ok.21:00 jak już upał spadł to ok.30C idziemy do leżącego naprzeciwko campingu baru „motocyklowego”. Nazwa wydaję się być całkiem znajoma...

... przecież to znaczy „2 Koła”, czyli jak nasze forumowe miejsce spotkań w Warszawie! Wystrój knajpy poza 2 oldtimerami jest raczej „westernowy” niż motocyklowy, a piwo kosztuje 5EUR. Oglądamy mecz, ale nie do końca, bo rozpoczyna się konkurs karaoke i zamiast piłkarzy widzimy teksty śpiewanych przez gości piosenek. Cóż, nie będę ukrywał, że styl „a la San Remo” nie cieszy się u mnie dużym poważaniem, więc z ulgą przyjmowałem przerwy w tej twórczości. Udało mi się za to chwilę pogadać z właścicielem baru, którego zdjęcia na R1150RT na tle wydm pustynnych dumnie wisiało przed wejściem. Na wieść, że następnego dnia planujemy Passo dello Stelvio cmoknął z zachwytu po czym zdecydowanie polecił nam wjeżdżać od strony Bormio, a zjeżdżać na Merano, że lepiej, ładniej i oni (czyli włoscy motocykliści jak się domyślam) właśnie tak jeżdżą. W międzyczasie docierają do nas Bober ze Zbyniem., więc kolejne piwo za 5EUR... Ok. 23:00 jesteśmy w domkach, jutro super wycieczka...

20.06.2012 środa

Budzik nastawiony na 6:40, ale już o 6:15 budzą mnie sąsiadujące z nami holenderskie dzieciaki. Parę minut po 8:00 ruszamy w komplecie 6 motocykli z parkingu. Początkowo droga do Brescii zapchana, okazuje się, że autobus wjechał w tył jakiegoś małego autka i stąd 2km-owy korek, który mijamy lewym pasem. Kilkadziesiąt km dojazdówki to poza krajobrazami nic ciekawego - droga dobrej jakości, ale ruch spory, ograniczenia co chwilę, ot trzeba przejechać.

Dalej jest ciekawiej. Już wczoraj zaplanowaliśmy, że nie będziemy jechali do Bormio główną drogą tylko skrócimy sobie przejazd znalezioną na mapie żółtą drogą. Dróżka zaczyna się przyjemnym skrótem po brukowanej mini-uliczce przez miasteczko... po czym coraz bardziej ochoczo pnie się w górę ukazując nam coraz więcej ośnieżonych szczytów górskich. Zaczynają się piękne winkle, jest pięknie.

W pewnym momencie obserwujemy latający nad okolicą biało-czerwony helikopter - uznajemy z Anią, że pewnie trwa jakaś akcja ratunkowa. Po kilku km znak z helikopterem oraz porządkowy z lizakiem wszystko tłumaczy - helikopter po prostu przenosi ogromne bale drzewne z doliny na szczyt. Obserwujemy z bliska, jak pilot zawisa na dosłownie 30-45s na placem z balami - w tym czasie dwóch robotników na ziemi podczepia do zwisającej liny pętlę z kolejnym balem i po minucie helikopter już leci z nią do góry, a my możemy ruszać dalej.

Droga pnie się coraz wyżej, jest już na szerokość jednego auta, pojawiają się serpentyny, jest - nie pisałem tego jeszcze? - pięknie.

Stajemy na jednej z agrafek z piękną panoramą w tle.

Ruch motocykli w obie strony jest ogromny, już wiemy, że to nie będzie zwykły skrót tylko jakaś popularna motocyklowa trasa. Spotkany na agrafce Polak na XJR1300 mówi, że wyżej jest jeszcze piękniej i duuuużo zimniej. Każdy ubiera coś cieplejszego, w moim przypadku oznacza to zamkniecie wentylacji w kurtce i wpięcie w nią membrany, w spodnie jej nie wpinamy, Varadero świetnie chroni kolana i nogo od wiatru. Po kolejnych kilkunastu kilometrach wyjeżdżamy powyżej strefy lasy i gęby nam się cieszą pod kaskami jak szalone. Przepiękna górska kręta droga, wąska, zabezpieczona tylko drewnianymi barierkami, często bez nich biegnie przez wysokogórski płaskowyż, na którym pojawia się coraz więcej śniegu. Jest chłodno, a droga cały czas się pnie pod górę. Po drodze mijają nas hordy motocyklistów i jakichś zabytkowych samochodów, my z kolei wyprzedzamy kilkunastu kolarzy - jeżeli ktoś myśli, że jeżdżąc na naszych motocyklach po górach jesteśmy „twardzielami” to niech wsiądzie na kolarkę i zrobi jakąś alpejską przełęcz... Wielki szacun dla tych wariatów.

Po kolejnych kilku kilometrach dojeżdżamy na najwyższy punkt tej trasy i dowiadujemy się, że właśnie wjechaliśmy na przełęcz Passo dello Gavia (2621 m n.p.m.).

Wreszcie nacieszeni wrażeniami i widokami ruszamy w dół, szczególnie, że ciemne chmury źle rokują jeśli chodzi o nasze plany na ten dzień, pogoda się ewidentnie pogarsza. Zjazd z przełęczy to jeszcze większa frajda. Niewiele ciasnych agrafek za to setki szybkich łuków i łuczków, na których można się poprzekładać z boku na bok. Wydechy strzelają o chwilę przy redukcjach, jedzie sie jak w transie.

Wreszcie docieramy do jakiejś pierwszej miejscowości, po chwili jesteśmy w Bormio. Niestety jest sjesta i stacja benzynowa działa tylko w trybie automatycznym. Zajeżdżamy na inną stację, ale jest to samo, wreszcie tankujemy korzystają z automatu wrzutowego - na szczęście nikt nie wrzucił zbyt wiele (jak Ci się przedpłacone paliwo nie zmieści do baku to Twoja sprawa, zwrotów nie ma...). Już mamy ruszać gdy... zaczyna padać deszcz, najpierw nieśmiało, potem całkiem zdrowo. Tłumy motocyklistów jadących od strony Stelvio opakowane są w 90% w przeciwdeszczówki. Trochę nas to martwi - co to za frajda jechać po mokrych serpentynach, a widzieć zamiast szczytów tylko chmury i ścianę deszczu... Chowamy się pod zadaszenie stacji, niektórzy wkładają przeciwdeszczówki, my z Anią dajemy szansę naszym membranom, bo wizja gumowego kondoma przy panującej w Bormio temperaturze (22-25C) jakoś jest dla mnie bardziej przerażająca niż wizja zmoknięcia od deszczu. Po kilkunastu minutach deszcz przestaje padać, chmury się jakoś przerzedzają, nawet słońce świeci. I tak już było na całej przełęczy - wstrzeliliśmy się w 2h okienko dobrej pogody! Ruszamy! Do przełęczy wg. nawigacji jest raptem 21km, ale uwierzcie mi, że dystans nie oddaje tego co trzeba przejechać... Zaczyna się od szybkich łuków na szerokiej na dwa pasy drodze, ale po chwili droga się zwęża, zaczynają się tunele i oczywiście zakręty, zakręty, zakręty.

Droga zaczyna się wspinać na niemal pionowe zbocze, więc teraz ma układ drabiny: ciasna serpentyna 180 stopni >> prosta ok.100-150m >> serpentyna 180 >> prosta 200m>> itd. Ruch motocykli w obie strony jest niewyobrażalny - nie tylko mijamy się z tymi jadącymi z naprzeciwka - co jakiś czas wyprzedza nas na trzeciego jakiś szybki, sami wyprzedzamy wolniejszych. W efekcie w kadrach robionych z ręki nie zawsze znajdujemy naszych towarzyszy...

Po wspięciu się na pierwszą ściankę droga się urozmaica - znowu mamy szybkie łuki, a nawet długie proste - jedziemy po wierzchu potężnego masywu górskiego. Ilość i rodzaj zakrętów w połączeniu z jakością drogi tłumaczy, dlaczego to na Stelvio testują właściwości jezdne swoich produktów wszystkie włoskie marki motocykli.

Z boku drogi widzimy śmigających na lodowcu narciarzy, działa wyciąg przy stoku, szok! Po kolejnych kilku km docieramy na szczyt przełęczy, gdzie robimy sobie krótki postój na ochłonięcie z wrażeń i pierwsze foty.

Głodni jak wilki rzucamy się wręcz na sprzedawane w budce „bratwurst mit brotchen”, pierwszy raz widzę „grillowanie” kiszonej kapusty. Może nie wygląda to atrakcyjnie ale idealnie pasuje do otoczenia i smakuje doskonale...

Jeszcze kilka fot grupowych robionych przez Łukasza i decydujemy się zjeżdżać, szczególnie, że widok na drugą stronę przełęczy robi naprawdę znaczenie - widać jedną wielką drabinę z serpentyn...

47 zakrętów pokonujemy niezbyt szybko - agrafki z tej strony są węższe, redukcja do 1-ki w przypadku Varadero to jedyna opcja. Moim zdaniem zjazd z Gavi był dużo większą frajdą dla kierowcy, za to widoki na Stelvio są dla mnie nie do pobicia.

W pewnym momencie trafiamy na ruch wahadłowy na jakimś remontowanym mostku i stoimy ok.1 minuty - za nami tworzy się rząd motocykli jak na dobrej paradzie...

Zjeżdżamy z gór i znowu robi się koszmarnie gorący, wszyscy niemal przysypiamy teraz z ciepła i opadających emocji, przerwa na stacji na rozebranie się i redbulla jest koniecznością. Po ruszeniu ze stacji zaczyna padać, więc prowadzący szybko zjeżdża na kolejną. Część ekipy z powrotem zakłada przeciwdeszczówki, nam z Anią jest tak gorąco, że nawet membran nie chce nam się wpinać, w końcu to tylko letni deszcz... Ruszamy i deszcz towarzyszy nam przez kilkanaście km - mijamy dziesiątki motocyklistów pochowanych pod wiatami, sklepami, przystankami, praktycznie nikt na o2o nie jedzie poza nami... Przed Bolzano zjeżdżamy na stację benzynową. Bobery, Zbynio i Gołębie postanawiają wracać autostradą na camping, my z Dlukami i Złotymi chcemy jeszcze objechać zachodni brzeg Gardy, więc się rozdzielamy. Wbijamy w nawigację w telefonie trasę „bez autostrad” i „bez płatnych” i ruszamy. Momentalnie nawigacja ściąga nas z autostrady (na razie jeszcze darmowej) i prowadzi bocznymi dróżkami, jakimiś „skrótami”, które nam wyglądają na objazdy. Okolica ewidentnie winem stoi, bo jedziemy pomiędzy rzędami winnic. W tak miłych okolicznościach przyrody docieramy do leżącej na północnym końcu Gardy miejscowości Riva del Garda. Rezygnujemy ze zwiedzania i przeciskając się przez korek na obwodnicy kierujemy na biegnącą brzegiem jeziora drogę. Z pozycji siodła podziwiamy kolejne miejscowości jak Limune sur Garda, Gargnano. Droga biegnie przy samym jeziorze, często w wykutych w skale tzw. galeriach czyli niby tunelach, ale otwartych z jednej strony na jezioro. Jest już ok.20:00 więc światełko coraz gorsze do zdjęć, poza tym nieduży ruch raczej zachęca do bawienia się drogą niż fotografowaniu. 

Przed 21:00 docieramy do Peschiery , a o 22:00 idziemy całą bandą na kolację do knajpy przy kortach. Doskonałe włoskie jedzenie, zimne piwo, świeże wrażenia z wycieczki - wszyscy są mega zadowoleni, SUPER!

21.06.2012 czwartek

Dzisiaj urodziny Alicji, więc już o 8:20 dostaje „tort” czyli muffina. Dzień zajęć w podgrupach, każdy ma inny pomysł na ten przedostatni dzień pobytu. Dluki i Złoci jadą do Wenecji, my z Anią postanawiamy pozwiedzać miasteczka na zachodnich brzegu, przez które wczoraj tylko przejechaliśmy, a reszta ekipy planuje trochę później wybrać się na plaże do Sirmione. O 9:15 ruszamy z parkingu, jest już spokojnie powyżej 30C, więc stroje mocno nieobowiązkowe. Na początek jeszcze wizyta w LIDL-u, żeby kupić jakąś wodę i prowiant, następnie jedziemy do miasteczka zwanego Desenzano.

Wjeżdżam do miasta i rozglądam się za parkingiem dla motocykli. Robię rundkę - nic, robię drugą - nie ma. Widzę jakiś płatny parking i już nawet na niego się zdecydowałem, ale napis, że zakaz wjazdu motocykli i camperów mnie zatrzymuje w miejscu. Zostawiam motocykl na chodniku i idę do jakiegoś porządkowego przy tym parkingu. Na moje pytanie, gdzie mogę zaparkować motocykl pan udzielił mi w pełni wyczerpującej odpowiedzi, niestety... po włosku. Widząc moje wysiłki i lekko zrezygnowaną minę do rozmowy włączył się jakiś turysta, który po angielsku potrafił mówić...
- Mogę jakoś pomóc”
- Tak, chciałbym gdzieś zaparkować motocykl, miejsc dla motocykli nie widzę, a tutaj na parking jest zakaz wjazdu...
- Weź motocykl i jedź za mną...
Po czym gość centralnie wszedł na ten parking z zakazem i wskazał miejsce po płotem mariny, tłumacząc przy tym, że jeśli tylko znajdę takie miejsce, w które na 100% nie zmieści się samochód, a mój motocykl się mieści to spokojnie mogę go tam stawiać i nikt mi ani biletu za parking ani tym bardziej mandatu nie wypisze. No to zaparkowałem Hondzie w cieniu mariny...

Jako zapaleni żeglarze nie możemy nie przejść sobie przez marinę, więc po chwili spacerujemy po kei oglądająco lokalne jachty - widać, że używają tutaj lekkich mieczówek. Akurat trafiamy na taklowanie przez szkółkę żeglarską ich optymistów - widok szkrabów walczących z żaglem zachwyca... Ech, pożeglowałby człowiek po tym jeziorku...

Po wyjściu z mariny zwiedzamy niewielką ale śliczną w typowo włoski sposób staróweczkę. Kolorowe kamienice z drewnianymi okiennicami, kamienny kościół z XVII wieku, jakiś pomnik lokalnego bohatera wojennego...

Wreszcie siadamy na espresso w stylowej kawiarni nawiązującej wyglądem do wiedeńskich kawiarni. Po kilku minutach jesteśmy przy motocyklu, kaski na głowę i jedziemy dalej. Następny przystanek to wypatrzony z drogi zamek górujący na kolejnym miasteczkiem. Podjeżdżamy „na czuja” i parkuję motocykl komuś pod domem obok dużego maxiskutera. Zamek nazywa się Castello di Moniga del Garda i jest w rzeczywistości... mini miasteczkiem otoczonym murami obronnymi. W środku nie widać śladów życia, ba niektórzy mieszkańcy sprawiają wrażenie martwych, ale przysłonięte parasolkami kwiaty oraz zadbane drzewa wskazują, że jednak ktoś tu mieszka. Bardzo sympatyczne miejsce, ale upał pogania nas dalej.

Teraz mijamy po drodze kilka mniejszych miejscowości i wjeżdżamy dopiero do miasta Salo - jednokierunkowe uliczki doprowadzają nas w pobliże nabrzeża i starego miasta. Cała uliczka ma wyznaczone darmowe miejsca dla motocykli, parkuję więc obok pewnego brytyjskiego agenta 007.

Miasto nas oczarowuje. Przepiękny, elegancki i zadbany bulwar nadbrzeżny z fasadami zabytkowych kamieniczek wygląda dostojnie i zachęca do spacerów.

Temperatury oraz palące południowe słońce nieco mniej, więc chowamy się w zacienione uliczki starego miasta. Tam trafiamy na przepiękną katedrę z wysoką dzwonnicą, którą ledwo widać między dachami wąskiej uliczki. W drodze powrotnej siadamy na lody, espresso i zimne napoje w wystawnej kawiarni na nabrzeżu, po czym kręcąc się po starówce wychodzimy przez bramę zegarową prosto na nasz parking.

Motocykl jest tak nagrzany, że najpierw go przestawiam na 10 minut w cień na chodniku po drugiej stronie ulicy i dopiero wtedy na niego wsiadamy. Zgodnie stwierdzamy, że to już ostatnie miasteczko do zwiedzania, że jest za gorąco i marzymy o zimnej wodzie. Obieramy więc kierunek Sirmione i po jakichś 45 minutach parkujemy w znanym już miejscu. Szybki przelot starówką i wreszcie jesteśmy na naszej plaży, gdzie spotykamy Boberów, Zbyniów i Gołębi. Po jakimś czasie oni się zwijają na camping, my pławiąc się w wodzie i grzejąc na skałkach zostajemy 17:30. Wracając z plaży poszliśmy inną drogą, podziwiając po drodze wille Marii Calais mieszczącą się przy ulicy jej imienia. Jeszcze chwilę krążymy po starówce, zaglądając nawet do sklepów, wreszcie wracamy do motocykla i jedziemy na camping. W drodze powrotnej zaskakuje nas ogromny korek ciągnący się przez kilka km - praktycznie od Sirmione do Peschiery. Mijamy go po naszemu lewym pasem ze zdziwieniem widząc kilkanaście skuterów stojących w kolumnie razem z samochodami, dziwne... W domku robimy sobie sałatkę własnej roboty i z zimnym piwkiem w ręku czekamy na resztę ekipy. „Wenecjanie” docierają jakąś godzinę po nas zachwyceni Wenecją. Nie dziwi nas to, my też mamy same dobre wrażenia ze zwiedzania tego miasta-cudu kilka lat temu. Wieczorem znowu u nas na tarasie „imprezka” - tym razem urodziny Alicji. Początkowo lightowe piwkowanie kończy się drinkami z whiskey i ciągnie długo w noc, spać idziemy znowu k.1:00...

22.06.2012 piątek

Dzisiaj mieliśmy zaplanowaną wycieczkę po górskich jeziorach, ale głowa jakoś boli, spać się chce, a jechać jakoś nie. Wizja jutrzejszego powrotu do Polski też jakoś działa na nas deprymująco, w każdym bądź razie po śniadaniu decydujemy z Dlukiem i Złotym nie ruszać dzisiaj motocykli i żeby to postanowienie uprawomocnić wypijamy po zimnym piwku.

Reszta dnia mija nam na kąpielach w jeziorze, potem w basenach, ostatnim obiedzie w naszej ulubionej knajpie przy kortach i znowu leżeniu przy basenie... Potem pakowanie kufrów i ich montaż na motocyklu, żeby rano było mniej do noszenia na parking. Wieczorem impreza pożegnalna u Bobera i Zbynia w domku. Tylko dzięki silnej woli nie popłynęliśmy na niej i skończyło się na 2 drinkach. Przed 24:00 kładziemy się spać...

23.06.2012 sobota

Pobudka, pakowanie reszty gratów do tankabaga, wymeldowanie się z campingu i odebranie kaucji za domek, ostatnie fotki na parkingu...

...i kierunek Warszawa. Jedziemy w 3 motocykle - Złoci, Dluki i my, ekipa samochodowa ma ruszyć później. Pierwsze 200km to niesamowity skwar, pomimo prędkości na autostradzie nieszczególnie nas chłodzi powietrze, dopiero od Udine zaczęło się schładzać, w pewnym momencie na wysokości Klagenfurtu jest na tyle zimno, że rozważam wpięcie membrany do kurtki, ale po 50km znowu się robi ciepło.
Jedziemy w cyklach 200 kilometrowych ze względu na tankowanie ZX-a, dziewczyny regularnie przysypiają na tylnych siodełkach. Pierwszy dłuższy postój robimy już na granicy AT/CZ stając na obiad w świetnej knajpie w Mikulowie (przy stacji Shella - polecam!). Tam snujemy strategię na resztę trasy - ostatecznie staje na tym, że szukamy noclegu przed granicą z Polską, gdzieś tak od Ołomuńca mamy się rozglądać za motelem / pensjonatem.
Czeskie autostrady to nuda do kwadratu, więc na wysokości Ołomuńca wszyscy śpimy, inna sprawa, że przy drodze są tylko stacje benzynowe, zero moteli czy pensjonatów, a że autostradą jedziemy niemal na „autopilocie” to nikt nie myśli o zjeżdżaniu w bok do miasteczek, które mijamy bokiem. W efekcie budzimy się w Chałupkach z napisem na tablicy „Rzeczpospolita Polska”. Przed nami raptem ze 20km jazdy po wioskach a potem niedawno oddany do ruchu odcinek A1, przy którym nie ma nie tylko moteli, ale nawet stacji czy toalet. Po miasteczkach prowadzą nas znaki na „EURO2012”. Próbujemy w 4 miejscach po drodze, ale wszędzie są wesela (sobota) i w ten sposób wpadamy na A1 i ok.21:30 zatrzymujemy się na parkingu w Siewierzu. W powietrzu wisi konsternacja, dzięki niższym temperaturom i charakterystyce ruchu w Polsce, męcząca nas w Czechach senność minęła, jedzie się dobrze... W końcu ja mówię to co wszyscy trzej myślimy: - Słuchajcie, wg nawigacji mam 260 km do domu, nie ma sensu spać tutaj czy w Częstochowie...
Chłopaki myślą tak samo, dziewczyny mają wątpliwości więc decydujemy, że podjedziemy na BP w Częstochowie i tam zdecydujemy ostatecznie co dalej. W Częstochowie robimy naprawdę dłuższą przerwę, czekamy na Zbynia, który dojeżdża swoim konwojem po jakichś 40 minutach. Zapada decyzja - lecimy do domu, my ze Złotymi do Warszawy, Dluki do Kutna, Zbynio swoim tempem do siebie. Żegnamy się na stacji i rura. Drogę od Piotrkowa do Janek mam nadzieję szybko zapomnieć - ponad 80km ciągłego remontu, z migającymi po lewej i po prawej biało-czerwonymi pachołkami, czasami ciężko było się zdecydować, która „alejka” między pachołkami jest tą naszą... Parę minut po 1:00 żegnamy się ze Złotymi na Moście Łazienkowskim, za nami 18h i prawie 1500 km jazdy. Mój osobisty rekord dziennej trasy pobity. Domowe łóżko wynagradza nam te trudy...