Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » MotoRumunia

MotoRumunia (2010)

Autor: MaG

Geneza i pakowanie

Rumunia ma w sobie ciągle jakąś aurę dzikości i tajemniczości. Niby kraj cywilizowany, niby należy do Unii Europejskiej, ale jak komuś powiesz, że na urlop jedziesz do Rumunii to patrzy na Ciebie z mieszanką politowania i obawy przed obłędem. Niektórych to odstrasza, mnie pociąga...

Pomysł Rumunii przyszedł mi do głowy po obejrzeniu na vimeo filmiku z wyprawy do Rumunii grupy wrocławskich motocyklistów Moto Jary pt. "MotoTransylwania". Krajobrazy, zapyziałe wioski i atmosfera przechadzającego się w tle kadru hrabiego Draculi podziałała na wyobraźnie - "Trza jechać i tyle!". Relacje naszych forumowych obieżyświatów, a szczególnie micka i bandita potwierdziły słuszność wyboru. Ponieważ Rumunia to duży kraj, a wrześniowego urlopu mamy jedynie tydzień to wspólnie z Robsonem okroiliśmy pierwotnie planowaną trasę i chcieliśmy się tym razem skupić na północnej części Rumunii - Maramuresz, Bukowina i część Siedmiogrodu, zostawiając sobie właściwą Transylwanię i dorzecze Dunaju na następny raz. Ostatecznie ekipa się uformowała w składzie 3 motocykli, pięciu osób:
Ania i Marcin "MaG" na Suzuki Vstrom
Robert "vegathedog" i Kasia na Honda Africa Twin
Marek „MK” na Suzuki Vstrom

Największym wyzwaniem dla mnie było spakowanie naszej dwójki (znaczy mnie i Ani) na motocykl. Na początek idą rzeczy campingowe, kuchenne, spożywcze i części i narzędzie do motocykla - efekt to zapakowany kufer centralny i bagażnik na nim. Kolejne wyzwanie to spakowanie naszych rzeczy osobistych w pozostałe dwa kufry boczne, w jakiś tajemniczy sposób nawet mi się to udało i w czwartek przed wyjazdem kufry popakowane stały w salonie czekając na swój czas. W piątek po pracy Ania jedzie prosto z pracy samochodem do domu moich rodziców do Zwolenia, a ja wracam do domu, pakuję motocykl i mam nim dojechać. Celowo nie oddałem żonie żadnych bagaży, żeby sprawdzić jak będzie się zachowywał tak obładowany motocykl. Ok. 16:50 startuję spod bloku w Piasecznie. Motocykl prowadzi się koszmarnie – odnoszę wrażenie, że przednie koło nie dotyka asfaltu, a przy manewrowaniu co chwilę próbuje mi się przewalić na bok. Po kilku km przepychania się w korku z Piaseczna na Zalesie ciężar już mi przestaje przeszkadzać, jedynie na szerokość motocykla muszę uważać. Jadę celowo trochę okrężną trasą przez Grójec, Białobrzegi, Kozienice do Zwolenia, żeby protestować zachowanie motocykla na TKC80 z pełnym obciążeniem. Bez żadnych przygód docieram do Zwolenia i parkuję motocykl – wygląda imponująco z tą wieżą Eiffla z tyłu.

11.09.2010 sobota

Pobudka o 6:30, o 7:31 dzwoni Robson, że już są na rynku w Zwoleniu, my docieramy 15 minut później, w końcu mamy tam tylko jakieś 300m…

Ruszamy o 8:00 ubrani w przeciwdeszczówki, bo od wczoraj wieczór pada deszcz. Mokry asfalt i świadomość kostek na kołach sprawia, że pierwsze km jadę jak lamer, Robson wykazuje się dużą cierpliwością i nawet mnie nie próbuje wyprzedzać. Droga do Jasła mija nam jedynie z przerwami na dwóch stacjach benzynowych, na drugiej już za Opatowem nawet przestało padać i humory zaczęły dopisywać…

…ale za Pilznem znowu zaczęło lać i nie przestało do Jasła, gdzie byliśmy umówieni „na telefon” z Markiem. Zajeżdżamy pod Biedronkę, wyciągam telefon i widzę SMS od Marka, że miał obsuwę i będzie u rodziców pod Jasłem na 12:00. Patrzę na zegarek – jest 11:50, więc zaraz powinien dotrzeć, ale nie udaje mi się dodzwonić. Ponieważ pada deszcz postanawiamy znaleźć jakieś zadaszone miejsce na przeczekanie i po przepchaniu 20-letniego Escorta, któremu zawilgotniała elektronika , ruszamy w poszukiwaniach. Gdy czekamy na wolny wyjazd z parkingu podjeżdża Marek i macha ręką, żeby jechać za nim. Po kilku km parkujemy maszyny w garażu Marka rodziców.

Zapoznanie się z Markiem, którego ja znam jedynie jako MK z naszego forum Vstrom, a reszta nie zna w ogóle, potem gorący rosół, knedle i herbata z cytryną – idealny przerywnik tego deszczowego dnia. Gdy kończymy herbatę za oknem przestaje padać, więc wsiadamy na maszyny i w drogę na Gorlice, a potem na Konieczną. Droga do przejścia w Koniecznej jest niesamowita – mgła, las, ostro pod górę, co chwila klasyczne serpentyny, oprócz nich sporo winkli, nawet znośny asfalt (to jeszcze kryteria „polskie”, obecnie określiłbym go jako doskonały…), tylko ten deszcze hamuje naszą fantazję. Po słowackiej stronie witają nas… dziury i wyboje, ale na szczęście to tylko kilka km, dalej jest zdecydowanie lepiej – puste kręte dróżki prowadzą nas przez Becherov, Bardejov, Kapusany do Vranov nad Toplou. Jest jeszcze mokro, ale Marek prowadzi niczym Lorenzo co chwila znikając nam za kolejnym zakrętem. Nadganiamy z Robsonem i w efekcie dwa razy łapię uślizg tyłu i raz przodu na malowaniach jezdni. Tutaj DYGRESJA: pasy i zebry na Słowacji są malowane dużo bardziej śliską farbą niż u nas, więc trzeba jeszcze bardziej uważać niż zwykle. Krótki postój na kawę na stacji przez Vranov nad Toplou wykorzystujemy z Robsonem na zdjęcie przeciwdeszczówek i … już ich na tym wyjeździe używać nie będziemy. Dalsza droga przez resztę Słowacji i Węgry jest nudna ale przyjemna, bo jest jezdnia coraz suchsza, ruch niewielki. Krajobraz to płaskie pola przecinane tylko niewielkimi wzgórzami pokrytymi winnicami. Im bliżej jesteśmy Tokaju tym winnic więcej. Do węgierskiej stolicy winiarstwa docieramy o 17:30, chwilę się kręcimy, w końcu parkujemy praktycznie na rynku.

Marek robi rozpoznanie i woła nas, że już natychmiast musimy kupić winko, bo sklep jest czynny do 18:00, szybko więc kupujemy 2litrowy baniak półwytrawnego tokaja, a Marek dokłada litr półsłodkiego z symbolem 5 „półton”, co świadczy o jego wysokiej jakości. 200 m od rynku zaczepia nas kobiecina i po chwili namysłu instalujemy się w apartamencie – 3 pokoje, łazienka, kuchnia, do tego podwórko i taras. Już po chwili siedzimy w knajpce na rynku delektując się zupą gulaszową i zupą halaszlo – obie są po prostu doskonałe, a w towarzystwie lekko musującego winka po ponad 500 km w siodle smakują wybornie.

Z rozbawieniem obserwujemy sprzedawcę sklepu, który pomimo tego, że jest już po 19:00 dalej w nim siedzi. W trakcie kolacji konwersację przerywa nam bicie dzwonu na kościelnej wieży. Na początku spodziewamy się 7 bić, potem 19:00, ale przy trzydziestu kilku poddajemy się. Dopiero wieczorem na kwaterze udaje mi się z węgierskiego „szemrania” i pokazywanych w TV obrazów wydedukować, że akurat mają jakieś święto na pamiątkę jakiegoś oblężenia przez Turków i stąd te dzwony. Samo miasteczko zachwyca nas swoją urodę i mikroskopijnością, jednocześnie zaskakuje pustką – określenie „po sezonie” pasuje ty jak mało gdzie.

Wieczór kończą nocne Polaków rozmowy przy słynnym Tokaju. Szkód na ciele i umyśle nie było, ale kawał „włóż od tyłu” zrobił furorę…

12.09.2010 niedziela

Po śniadaniu, szybkim smarowaniu łańcuchów i pakowaniu klamotów już ok.10:00 opuszczamy kwaterę i ruszamy w kierunku granicy z Rumunią. Jedziemy przez Mateszalkę do przejścia w Csenger. Nudną drogę przerywa postój na stacji benzynowej, gdzie zjadamy przedziwne „sandwicze” – bułki ze schabowym.

Kolejny postój to już Satu Mare – znajdujemy bankomat, wypłacamy rumuńskie „bałagany” i ruszamy dalej bez zwiedzania miasta, bo żar z nieba leje się niemiłosierny. Po drodze podziwiamy architekturę, przechadzające się piękności, nawiązujemy pierwsze znajomości z mijanymi Rumunami…

Na wyjeździe z miasta mamy jeszcze jakieś 100m szutru, bo remontują drogę i zapomnieli (?) zrobić objazdu. Za miastem czeka nas pierwsze spotkanie z Rumunią – w oddali majączą góry Maramureszu, przy drodze uderza nas bogactwo domostw i mijanych miasteczek, do tego dziesiątki Dacii i wozów konnych. Bardzo miło by się to wszystko podziwiało gdyby nie… słynne rumuńskie dziury w asfalcie, które wymuszają 100% czujność od motorniczego. Kierujemy się na słynny cmentarz w Sapancie, po drodze stając tylko na krótki postój na przełęczy Huta (587 m n.p.m.).

Docieramy do Sapanty, gdzie zwiedzamy słynny wesoły cmentarz – nagrobki są zdobione „komiksowymi” rysunkami obrazującymi czym się zmarły trudnił za życia lub jak zginął. Pomysł dość kosmiczny i myślę, że naprawdę wyjątkowy w skali Europy, a może i świata i mi osobiście nie przeszkadzał nawet mocno komercyjny obecnie charakter tego miejsca. Są bilety, są jakieś stragany, ale wierzcie mi – nie jest to skala komercji typu Zakopany czy krakowskie Sukiennice, więc warto zajrzeć na te 15 minut, bo tyle zajmuje zwiedzenie Sapanty. Swoją drogą to dziwne uczucie pstrykanie pamiątkowych fotek na cmentarzu…

Po chwili docieramy do Sygitu (Sighetu Maramtiei) gdzie szybko znajdujemy knajpkę z parkingiem i siadamy na obiad. Wymieniamy się pierwszymi wrażeniami – wszyscy zachwyceni Rumunią, naturalności i swoistą pierwotnością tutejszych wiosek o klasycznej zabudowie, serdecznością przypadkowych ludzi machających nam w geście pozdrowienia i rumuńską przyrodą. Zamawiamy słynne ciorby – rumuńskie zupy podawane zawsze z tłustą jak masło śmietaną. Zupy nas nie powalają, chociaż każdy zamówił inną – przede wszystkim jak na mój gust to brakuje w nich przypraw, wyobraźcie sobie polskie flaczki po odjęciu pieprzu i majeranku, a dodaniu tłustej śmietany i macie gotowy smak słynnej „ciorba de burte” . Poprawiamy deserem – doskonałe naleśniki z wiejskim twarogiem zwanym tutaj „branza da vaca” oraz specyficzne połączenie pączka z racuchem i serową oponkę czyli coś nazywanego tutaj „papa nasi” zdecydowanie poprawiają nam smak, do tego kawka i w drogę. Ceny nieco niższe niż w Polsce – za dwie ciorby, dwa napoje gazowane, dwa desery (naleśniki + papanasi) i dwie kawy płacę równowartość 30 PLN.

Jest 16:15, a do celu naszego dzisiejszego etapu czyli przełęczy Prislop mamy jeszcze 120 km. Sam Sygit to duże ruchliwe miasto z mnóstwem ciekawych budynków – w tym pieknych kościołów katolickiego i reformowanego, ciekawego starego magistratu, synagogi, które my podziwiamy z siodeł motocykli, zatrzymując się tylko na szybkie zakupy spożywcze w przydrożnym markecie. Niestety ta historyczna stolica regionu Maramuresz zapisała się w najnowszej historii Rumunii najgorzej jak mogła – w 1944 powstał tutaj sowiecki obóz koncentracyjny, a przez okres komunizmu mieściło się tutaj najcięższe więzienie dla więźniów politycznych – opozycjonistów, intelektualistów i wszystkich nie zgadzających się z wizją „słońca Karpat” czyli Ceasescu. W mieście obecnie jest muzeum poświęcone prześladowaniom politycznym, ale nie zdecydowaliśmy się na jego zwiedzanie.

Za Sygitem skręcamy w boczną drogę biegnącą Doliną Izy i jesteśmy oczarowani – drewniany domy i obejścia, zdobione bramy, charakterystyczne zadaszone ławeczki przed każdym domem, na których kwitnie życie towarzyskie, kobiety w haftowanych ludowych strojach, mężczyźni w charakterystycznych kapeluszach – w każdej z wiosek o nieco innym kształcie. U nas, żeby coś takiego zobaczyć to trzeba pojechać do skansenu, tu masz to na co dzień.

Oczarowani tą doliną docieramy do Barsany, gdzie znajduje się drewniana cerkiew zbudowana w 1720 roku i mierząca 56m wysokości – do niedawna był to najwyższy drewniany budynek w Europie. Wznosząca się nad okolicą niczym prom kosmiczny cerkiew jest wpisana na listę UNESCO i widać, że wpakowano w jej renowację i obudowanie zapleczem turystycznym wiele EUR z funduszy unijnych. Przylegający do niej kompleks klasztorny wygląda jak ogród botaniczny wypełniony krzewami, kwiatami, poprzecinany alejkami, a drewniano-murowane zabudowania są przepiękne. Marek ze znawstwem nazywa nam poszczególne rośliny, my fotografujemy wszystko jak japońscy turyści.

W samej cerkwi trwa akurat nabożeństwo i jedna z mniszek śpiewa na żywo jakieś prawosławne psalmy głosem czystym i mocny jak… anioł (wyjątkowo trafione porównanie prawda?). Cerkiew nosi jednak ślady komunistycznych przejść – brakuje w niej całego ikonostasu tak charakterystycznego dla cerkwi. Nie znajdując w przewodnikach wyjaśnienia tego faktu dochodzimy z Markiem do wniosku, że musiały to złupić komunistyczne władze w ramach walki z religią. Gdy opuszczamy Barsanę jest już 18:00, a u nas nadal 100 km do celu zaczynamy się więc śpieszyć na tyle na ile jest to możliwe przez urokliwe wioski i z pięknymi krajobrazami. Z tego powodu niestety nie zwiedzamy już kolejnych wartych uwagi marmaroskich cerkwi w Rozavlea i Dragomiresti podziwiając je jedynie z drogi.

W pewnym momencie dojeżdżamy do rozwidlenia drogi, gdzie znaki pokazują, że droga nr 18 do miejscowości Moisa, która jest na naszej trasie biegnie w prawo, ale Marek z Robsonem ciągną prosto nie zważając na moje trąbienie (muszę zainwestować w mocniejszy klakson) i mruganie długimi. Droga pnie się serpentynami pod górę, po bokach widoki cieszące oczy miłośników gór. Wjeżdżamy na jakąś przełęcz, gdzie stoi samotny pensjonat, a pod nim dwa GS-y na angielskich blachach, ale jedziemy dalej w mrok doliny. Dopiero po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się i orientujemy, że jesteśmy na drodze biegnącej 17c przecinającej Góry Rodnańskie zwane Rumuńskimi Alpami ze względu na alpejski charakter krajobrazu. Po ciemku dojeżdżamy do Romuli, gdzie miał być jakiś pensjonat, ale nawet lokale si w przydrożnym barze nie potrafią nam jednoznacznie wskazać jego lokalizacji. Jednogłośnie postanawiamy wrócić na minioną przełęcz i tam spróbować szczęścia w pensjonacie. Nocna jazda wąską doliną, właściwie wąwozem robi niesamowite wrażenie – podświadomie wypatruję błysku ślepi jakiegoś wilka czy niedźwiedzia z boku drogi, ale nic takiego nam się nie przytrafia. W końcu docieramy na przełęcz Setref (817 m n.p.m.) gdzie na migi dogadujemy się z gospodarzem i po chwili lądujemy w klimatycznym apartamencie z niezamykającymi się od środka drzwiami, zdobionym ludowymi szalami, garnuszkami, starymi sprzętami, makatkami itp.. Poziom folkloru = 100%

Po chwili wszyscy siedzimy w barze na dole, gdzie poznajemy się z dwoma motocyklistami z UK. Paul i Stewart, z pochodzenia Walijczycy mieszkający na codzień w Londynie, są na 3 tygodniowym urlopie motocyklowym – mają już za sobą 6 dni, przed sobą jeszcze 15. Wymieniamy się wrażeniami z Rumunii, pomysłami na dalszą podróż, popijamy piwko, gdy nagle gospodarz włącza jakąś płytę z podkładem muzycznym i zaczyna śpiewać jakieś rumuńskie piosenki. Poziom folkloru wzrasta do 125%, atmosfera robi się jeszcze bardziej imprezowa i integracja polsko-angielsko-rumuńska trwa nadal. Robson czyta jakieś wersety brzmiące jak z jakiejś sekty z jakiejś podtykanej przez gospodarza księgi, my kontynujemy darmowe konwersacje z anglikami. Ok. 23:00 do knajpy wpadają Cyganie wyglądający jak Meksykanie żywcem wyjęci z westernu lub filmu Tartantino – ogromne kapelusze, czarne płaszcze z kieszeniami skrywającymi na pewno jakiego „gnata”, obfite wąsiska. Piją kilka setek wódki, robią dużo hałasu, a na wyjściu robią sobie z nami fotki, coś tam przyjaźnie wykrzykując na temat „polonez” (nie chodziło im o legendę polskiej motoryzacji tylko o nasz kraj). Poziom folkloru osiągnął 150%.

Gospodarz nas w końcu wygania z knajpy, a my namawiamy początkowo nieśmiałych anglików na kontynuowanie integracji w naszym „apartamencie”, gdzie wypijamy cały posiadany alkohol, opowiadamy sobie dowcipy o walijskich pasterzach, psach u weterynarza i inne. W ferworze imprezy ustalamy wspólną trasę na jutro, polecamy chłopakom Transfogarską i Transalpinę. Paul ze Stewartem okazują się świetnymi kompanami do zabawy i wieczór kończymy ok.2:00 (podobno – jak zakończyłem go godzinę wcześniej tzw. nomen omen „angielskim wyjściem” do sypialni. Idealne zakończenie idealnego dnia…

13.09.2010 poniedziałek

Poranek nie jest łatwy – w łazience jest tylko zimna woda i to w ilościach tzw. „kapanych”, głowa lekko szumi. Na szczęście widok za oknem jest wspaniały.

Naszego samopoczucia nie poprawia zafundowane nam przez gospodarza „śniadanie” – ogromny gar „ciorba de fassola”, która sprawia wrażenie co najmniej tygodniowej i wiadro z tłustą śmietaną zapamiętamy już na zawsze i słowo „ciorba” już chyba nigdy nam się nie będzie dobrze kojarzyć. Za to kawa z ekspresu jest doskonała. Paul ze Stewartem są w gorszym stanie od nas – patrzą na nas trochę z wyrzutem, ale decydują się jechać razem z nami. Ok. 10:30 jesteśmy już gotowi i ruszamy w drogę, alkomatu nikt z nas nie miał, może i dobrze…

Na początek serpentynkami wracamy do rozjazdu, na którym wczoraj źle pojechaliśmy i tym razem skręcamy na Moise i dalej już DK18 w stronę przełęczy Prislop. W Borsie tankujemy paliwo i zaraz za nią zaczynamy się wspinać na przełęcz. Kolejne szybkie łuki na zmianę z serpentynami wymagają uwagi od kierowcy, szczególnie, że nawierzchnia nie jest idealna. Naszym maszynom nierówności i mniejsze dziury nie przeszkadzają, w końcu jedzie tu „kwiat” turystycznych enduro: Africa Twin, Vstrom i BMW R1200GS. Nie wyobrażam sobie tej wycieczki na jakimś sport-turystyku… Ja już dawno zapomniałem, że mam kostki na kołach i składam się w kolejne zakręty z pełnym zaufaniem do nowych opon, dziury w asfalcie czy leżący na nim piasek nie są mi straszne. Zatrzymujemy się na chwilę po drodze na fotki, bo widok jest piękny…

Jeszcze 10 minut i jesteśmy na przełęczy Prislop (1416 m n.p.m.) - na ogromnej polanie znajduje się wielki pensjonat, cerkiew oraz niewielki cafe bar, w którym zamawiamy herbatę i kawę. Tutaj kolejna DYGRESJA: zamawiając w Rumuni herbatę (ceai, czyt „cziaj”) dostaniemy albo ceai verde czyli zieloną, albo ceai fructi czyli owocową albo ceai ment czyli miętową, w wielu miejscach nie mają ceai negru czyli czarnej herbaty, a jeżeli mają to trzeba wyraźnie właśnie taką zamówić. Na przełęczy spędzamy kilkanaście minut, cykamy kilka pamiątkowych fotek i w drogę.

Zjazd z przełęczy w kierunku Vatra Dornei jest męczący i ciekawy jednocześnie. Męczący bo wielkość i częstotliwość dziur w jezdni rośnie, na jednej z nich na zakręcie Rober o mało nie kładzie Afryki, ale szybka podpórka ratuje sytuację. Obok standardowych dziur pojawiają się znane nam z Polski „frezowania” tylko w dziwnych układach – po 2-3 metry długości i na ¼ jezdni, nic fajnego, ale co? Dajemy radę! Z drugiej strony obrazki oglądane z siodła motocykla są warte wytrząsania tyłków. Mijamy po drodze fajny przełom jakiejś górskiej rzeczki, piękne kolorowe wsie rumuńskie, wioskę cygańską z domami z folii, chodzące luzem krowy, mnóstwo zaprzęgów konnych i dużo, dużo zakrętów, winkli, serpentyn, łuków…

W Mestecanis wpadamy na drogę DK17 i nagle robi się… Europa. Równiutki asfalt z szerokimi poboczami okalanymi barierkami energochłonnymi, po dwa pasy na każdym podjeździe, świetnie wyprofilowane zakręty. Nasz peleton się nieco rozrywa, każdy na własną rękę bawi się w Rossiego, opony grzeją się na potęgę, piękna jazda. Po 26 km skręcamy w lewo w drogę 17A wiodącą do monastyrów w Moldovitej i Sucevitej. Spodziewamy się znowu dziurawej drogi a tu bardzo miła niespodzianka – odcinek pierwszego monastyru w Moldovitej wiodący przez kolejną przełęcz Pascanu(1040 m n.p.m.) to bardzo gładki asfalt i kręta wąska dróżka wijąca się wśród smreków i nielicznych drewnianych chat pasterskich. Na tych serpentynach bez większego stresu zamykamy opony. W pewnym momencie zaskakuje mnie jednak zapadnięta jezdnia i wylatujemy 300kg Vstrome na kilka centymetrów w górę, na szczęście lądowanie z telemarkiem kończy się bezproblemowo.

W Moldovitej zwiedzamy nasz pierwszy malowany monastyr – przepiękne kolorowe freski na zewnętrznych i wewnętrznych ścianach są interesujące i na pewno miłośnika sztuki powaliłyby na kolana, na mnie jednak większe wrażenie robi sam układ architektoniczny obiektu, jego wysokie mury obronne, cztery narożne baszty – widać, że tutejsi mnisi musieli umieć też posługiwać się mieczem, kuszą i armatą. Wnętrze cerkwi z bogatymi złoceniami i imponującym ikonostasem musi zrobić wrażenie nawet na takim laiku jak ja.

Po zwiedzaniu podjeżdżamy naszą 7-osobową grupą do pensjonatu na obrzeżach wsi i tam zjadamy pożegnalny posiłek z naszymi walijskimi znajomymi – Paul ze Stewartem ruszają z powrotem na południe przez wąwóz Bicaz, żeby następnego dnia zaatakować Transfogarską i Transalpinę, my kierować się będziemy na północy wschód w głąb Bukowiny. Z żalem się rozstajemy, bo przez te 1,5 dnia bardzo się zżyliśmy. Jeszcze pożegnalna fotka i lecimy dalej każdy w swoją stronę. Dosłownie, o czym za chwilę.

Marek jak zwykle niknie nam gdzieś z przodu więc z Robsonem go nie gonimy tylko swoim tempem ciągniemy w kierunku Sucevity. Dalszy ciąg drogi 17A biegnący przez następną przełęcz Ciumarna (1109 m n.p.m.) jest jeszcze lepszy – na przestrzeni 30km spotykamy tylko 2 auta i jeden zaprzęg konny, a tak to tylko ciągłe naprzemienne zakręty: lewy, prawy, lewy ostry, prawy ostry, lewy szybki, prawy ostry itd. Jedziemy jak w transie przez górski las, miejscami prześwitują piękne widoki na polany ze stadami owiec i zagubione w dolinach wioski. Wreszcie z bananmi na twarzach docieramy do Sucevity – już z daleka wygląda bardzo okazale i wcale nie kojarzy się z klasztorem tylko z potężnym średniowiecznym zamczyskiem. Parkujemy przed wejściem – Marka nie ma. Dzwonię do niego i okazuje się, że czeka na nas… ale na drodze w przeciwnym kierunku, jakieś 60 km od nas. Ostatecznie ustalamy, że od sobie odpuszcza Sucevitę i że spotkamy się już na noclegu w Nowym Sołońcu. Zostawiamy ciężkie graty pod opieką parkingowego i idziemy zwiedzać monastyr – ten podoba nam się zdecydowanie bardziej niż Moldovita. Jego obronny charakter, bezowe mury mieniące się promieniami zachodzącego słońca, ogromny pusty dziedziniec i pełne przepychu wnętrze są doskonałe.

20 minut odpoczynku i czas jechać dalej. Teraz jesteśmy już na prawdziwej bukowinie – wioski z malowanymi w kwiaty domami, setki wozów konnych, sady owocowe, pola z pracującymi wieśniakami, równina okolona wzgórzami w promieniach zachodzącego powoli słońca. Majaczą Nam po głowach jakieś wspomnienia z dzieciństwa, kiedy polskie wsie wyglądały podobnie – nie było na nich blichtru i kiczu tylko wszystko podporządkowane było rolniczej funkcjonalności. Podobny klimat można u nas jeszcze spotkać gdzieś na Podlasiu, może w Bieszczadach, tutaj to codzienność większej części kraju. Baśniowy kraj i kolejne 40km mija nam jak w bajce. W Kaczycy (Cacica) mijamy zjazd na Nowy Sołoniec (Solonetou Nou) i kiedy mamy zawracać spotykamy… Marka:). Teraz już razem jedziemy wyłożoną betonowymi płytami drogę do miejsca naszego noclego. Po wjeździe do Sołońca zatrzymujemy się na chwilę i pytam przechodzące podlotki jak dotrzeć do Domu Polskiego, a te piękną czystą polszczyzną nam tłumaczą jak dojechać.

DYGRESJA: Nowy Sołoniec to jedna z kilku polskich wsi na Bukowinie założonych w pierwszej połowie XIX wieku (Nowy Sołoniec w 1834 r) przez polskich górali z czadeckiego (okolice dzisiejszej słowackiej Cadcy), którzy już w XVIII wieku przybyli na tereny Bukowiny w poszukiwaniu miejsca do życia. Przyczyną emigracji na Bukowinę była trudna sytuacja gospodarcza i przeludnienie wsi Czadeckich. Oprócz nich na terenie Bukowiny osiedlili się też górnicy z okolic Bochni i Wieliczki, którzy zostali sprowadzeni do eksploatacji kopalni soli w Kaczycy. Obecnie jako polskie wsie na Bukownie podaje się Pleszę (Plesa), Poliana Mikuli i Nowy Sołoniec właśnie. Polskie rodziny w Kaczycy w większym stopniu zintegrowały się z innymi narodowościami podaczas gdy Nowy Sołoniec to w 99.9% wieś polska i na ulicy innego języka się nie usłyszy. Niesamowite miejdca, polecam zajrzeć.

W Domu Polskim wita nas ekipa offroadowców z „Wertepa” – jest ok.20 osób, więc pokoje są już zajęte, ale gospodyni oferuje nam miejsce na… scenie w sali apelowej. Rozkładamy więc nasze karimaty pod biało-czerwoną flagą i białym orłem, oddzielając się od reszty Sali suszącymi się namiotami offroadowców. Dalszy ciąg wieczoru to już integracja ze środowiskiem 4x4, opowieści o Rumunii, oglądanie zdjęć zaśnieżonej (!) Transalpiny 2 dni wcześniej. W końcu pełni wrażeń usypiamy nie zważając na trwającą kilka metrów od nas biesiadę…

14.09.2010 wtorek

Poranek to niemiłosiernie długa kolejka do łazienki (jedna łazienka na cały Dom Polski, tego ranka jakieś 30 osób), śniadanko, miła pogawędka z opiekunką Domu Polskiego, która nam trochę opowiadała o życiu w polskich wsiach na Rumunii i zachęcała, żebyśmy zostali do soboty bo będą organizowana na podwórzu Domu Polskiego… gminne dożynki z delegacjami z Polski itd. No jakoś nam to koliduje z planami, więc dziękujemy za gościnę, płacimy za nocleg (oczywiście, że jest płatny – z czegoś te domy muszą być utrzymywane, a 5EUR od osoby nie było wygórowaną stawką) i w drogę.

Na początek kierujemy się „białą” dróżką w kierunku Plesy, ale po kilku km piaszczysto-szutrowej drogi przez las pojawiają się coraz większe kamienie i wszyscy, za namową Marka postanawiamy jednak zawrócić. Robson jest niepocieszony, ale nasze 300kg mastodonty nie nadają się do jazdy w terenie… Tzn. tak wtedy uznaliśmy, bo wkrótce przekonaliśmy się, że jak trzeba to „…Motorem Panie, to wszędzie wjedzie!...”

Teraz już normalnie beto nówką jedziemy do Kaczycy i dalej dobrymi asfaltami do Gura Humorului.

Za tą miejscowością skręcamy w lewo do monastyru Voronet, który jest wielką atrakcją turystyczną i miejscem pielgrzymek religijnych Rumunów. Dookoła monastyru rozmieszczone są więc kramy z wyrobami podobnymi do tych z zakopiańskiego bazarku po Gubałówką, sporo zaparkowanych samochodów, a nawet autobus. Ignorujemy znak zakazu ruchu i parkujemy w cieniu murów obronnych monastyru. Marek zostaje przy motkach, a my we czwórkę idziemy zwiedzać świątynię. Wchodzimy do środka i mamy… deja vu, gdyż sam monastyr do złudzenia przypominam ten z Moldovity – układ architektoniczny, bryła, malowania ścian, a nawet układ „dziedzińca” i murów obronnych niemal taki sam.

Przy okazji mała DYGRESJA: zastanawialiście się dlaczego te ściany są takie malowane w sceny biblijne? Otóż Kościół prawosławny od początku swojego wydzielenia się z jednego wspólnego Kocioła stawiał duży nacisk na edukację religijną wiernych. Stąd tłumaczenia księg na języki narodowe itd. Oczywiście hierarchowie zdawali sobie sprawę, że mniej niż 1% wiernych potrafi czytać, a i ze słuchaniem ze zrozumieniem było różnie i stąd pomysł stworzenia swoistych komiksów obrazujących całe pismo święte. Wiadomo – pismo obrazkowe najłatwiej wchodzi do głowy.

Marek rezygnuje z samodzielnego zwiedzania i poprzestaje na naszych zapewnieniach, że klasztor jest niemal identyczny jak Moldovita, więc ruszamy dalej. Na początek męczymy się czerwoną drogą nr 17, ale po paru kilometrach we Frasin skręcamy w lewo w górską dróżkę bez numeru na naszych mapach, a biegnącą przez Stulpicani i Ostrą do Brosteni. Droga zaskakuje nas zerowym ruchem, co przy tłoku na 17-tce jest miła odmianą, stosunkowo dobrą nawierzchnią – płyty betonowe połączone z asfaltem – oraz… no oczywiście pięknymi widokami.

Jazda tą trasą to czysta przyjemność – nie ma typowych serpentyn, są za to ciasne łuki na przemian z szybkimi łukami, do tego zawieszenie cały czas pracuje na nierównościach (ale bez dziur i frezowań) – piękna techniczna jazda. Po drodze mijamy opuszczone ruiny jakiegoś dużego zakładu przemysłowego (jakieś przetwórstwo minerałów wydobywanych z nieczynnego też kamieniołomu) oraz opustoszałe miasteczko – puste, porośnięte już krzewami 4-piętrowe bloki robią upiorne wrażenie. Dalej mamy już tylko las, góry, górski potok i gdzieniegdzie jakieś chałupy.

Po jakiejś godzinie, półtorej jazdy stajemy na odpoczynek w CafeBar przy drodze, gdzie zamawiamy kawę z mlekiem za całe 1RON (trochę mniej niż 1 PLN). Gdy siedzimy w barze i regulujemy naciąg łańcucha w moim sprzęcie podjeżdża… dwóch chłopaków z Rzeszowa na Africach. Afrykanerzy jadą z Ukrainy i kierują się na południe Rumunii na Transalpinę i dalej. Chwilę gadamy, wymieniamy się spostrzeżeniami i oni jeszcze chwilę zostają w barze, a my lecimy dalej zatrzymując się jeszcze przy wiszącym mostku, jakich w Rumunii są setki, jeśli nie tysiące.

Wlazłem tylko do 1/3, dalej były już spróchniałe deski jak w Indianie Jones.

Teraz szukamy drogi polecanej nam podczas biby w Sołońcu przez szefa Wertepa tzw. ojca dyrektora zwanego też czasem Markiem. Na jednej z map ją mamy jako białą dróżkę, na drugiej brakuje znacznego kawałka tej drogi, choć jest początek i koniec. Koncepcja jest taka, żeby jezioro Lacu Izvorul Muntelui objechać po jego zachodniej stronie, a nie główną trasą po wschodniej. Ostatecznie udaje nam się znaleźć drogę, która początkowo prowadzi wzdłuż jeziora…

… żeby potem odbić w wysokie góry Parku Narodowego Cealhau. Droga początkowo asfaltowa szybko zmienia się w szutrową z prześwitującymi miejscami starego asfaltu. Pnie się w górę z licznymi zakrętami, aż wyjeżdżamy na przęłęcz, której nazwy nie znalazłem w przewodniku, ale na wysokość ponad 1300 m n.p.m, z której mamy piekny widok na okalające nas szczytu mające ponad 1900 m n.p.m. Na przełęczy grupa młodych Rumunów przygotowuje sobie wieczorny biwak, po chwili dojeżdża z fasonem jeszcze jedna Dacia.

Po zjechaniu z przełęczy na dół znaleźliśmy się pod wielką tamom, dzięki której powstało jezioro Lacu Izvorul Muntelui. Ciekawy co by było gdyby pękła…

Kolejny punkt wycieczki to Wąwóz Bicaz. Niestety jest już dość późne popołudnie i światło nie pozwala na zrobienie dobrych zdjęc, kręcimy za to filmiki praktycznie z całego przejazdu wąwozu. Droga przez Bicaz robi wrażenie – pionowe ściany zwisające po obydwóch stronach szosy, ostre nawroty i do tego mocno pod górę, do tego niestety spory ruch sprawiają, że motorniczy ma mało czasu na podziwianie widoków bo musi skupić się na jeździe. Co oczywiście jest nie mniej przyjemne… Na zakończenie stajemy na kolejnej przełęczy Bicaz (1256 m n.p.m.), żeby się przebrać w cieplejsze ciuchy bo słońce już zachodzi i momentalnie temperatura spada.

Idealnym zakończeniem motocyklowego dnia jest doskonała trasa pomiędzy Georgheni a Praid – długie odcinki świeżego asfaltu, mnóstwo szybkich zakrętów na zmianę pod górę i w dół rozgrzewają nasze opony i… głowy. Po drodze mijamy okolicę przepieknych letnich daczy w stylu niemalże alpejskim – drewniane, zdobione rzeźbami i ukwiecone obejścia, bez wstydu mogłyby stać w Austrii czy Włoszech. Do Praid docieramy już całkowicie po ciemku, w przydrożnym sklepie pytamy o jakiś nocleg i po chwili kwaterujemy się w nowiutkich apartamentach 30m od sklepu. Motocykle na zamkniętym podwórku, my w ciepłym wnętrzu, jeszcze tylko szybkie zakupy w sklepie i biesiadujemy do północy popijając świetne lokalne piwo „Harghita” i robiąc notatki do ninejszej relacji...

15.09.2010 środa

Dzisiejszy dzień zaczynamy nietypowo, bo bezpośrednio po porannej kawie wybieramy się bez motocykli na zwiedzania tutejszej nieczynnej kopalni soli w Praid. Wg przewodnika tutejsza kopalnia, najstarsza w Rumunii, a wzorowana na Wieliczce i stworzona z wykorzystaniem polskiej myśli górniczej, została wzorem Wieliczki zamknięta i wykorzystywana jest do turystyki i jako uzdrowisko.

Po 20 minutach spacerku przez miasto i krótkim zagubieniu już przy samej kopalni znajdujemy w końcu kasę i kupujemy bilety, po czym zdezorientowani mało co nie wchodzimy na teren… aktualnie działającego zakładu przetwarzającego nadal drogocenny minerał. W końcu udaj nam się porozumieć z Panią w okienku i okazuje się, że do właściwej kopalni jedzie się… autobusem, którego przystanek jest tuż przed kasą. Będą sztuczki… Po 10 minutach podjeżdża autokar i wsiadamy do niego razem z tłumem Rumunów, wśród których wielu to turyści. Trochę nas zastanawiają wózki z małymi dziećmi i rakietki do badmintona trzymane przez niektórych pasażerów, ale stwierdzamy, że to taki lokalny folklor. Autobus rusza po to, żeby 200m dalej wjechać.. pod ziemię, a konkretnie do opadającego łagodnymi zakrętami w dół tunelu.

Wrażenie jest ciekawe – jak na rolercoasterze – po bokach autobusu jest może po 0,5 m do ścian tunelu, miejscami słychać przycierkę podwozia o wystające głazy. Po kilku minutach autokar się zatrzymuje i wszyscy wysiadają, to my też. Wszyscy przechodzą przez bramki przypominające takie na alpejskich stokach narciarskich, no to my też. Następnie wszyscy schodzą długim korytarzem po schodach w dół, no to my też.

Na końcu tunelu czeka nas szok kulturowy – ogromny podziemny korytarz ze stropem na wysokości dobrych kilku może kilkunastu metrach wypełniony jest… dmuchanymi zamkami dla dzieci, stołami do tenisa stołowego, drabinkami, ławeczkami, stolikami. Na ławeczkach siedzą całe rodziny i konsumują wiktuały z przyniesionych koszyków, dzieciaki ganiają z badmintonem (a jednak!), niektórzy dorośli siedzą z laptopami, w innym miejscu kilkadziesiąt osób ćwiczy grupowy aerobik. Rozglądamy się z niedowierzaniem… Ok., uzdrawiające właściwości jodów sodu, ok. idealna temperatura i wilgotność powietrza, ok. rodzinne spędzanie wolnego czasu, ale do jasnej cholery – GDZIE JEST KOPALNIA? Z resztkami gasnącej nadziei zobaczenia czegoś nie plastikowego obchodzimy całość, w końcu miła pani w sklepiku z chipsami i colą (!) rozwiewa nasze złudzenia – poza wielką salą do „wypoczywania i wdychania zdrowego powietrza”, podziemną kaplicą i podziemnym bistro nie ma tutaj nic do zwiedzania.

Gdzieś w przejściu między dmuchanym smokiem, a smrodem przedwczorajszych frytek widzimy jakieś resztki starych maszyn, ale wygląda to bardziej na niedopatrzenie gospodarzy niż celową ekspozycję historii górnictwa w Praid. Zdegustowani tym podziemnym festynem wracamy na powierzchnię i już szybszym spacerkiem wracamy do naszej kwatery. Szybkie śniadanie, pakujemy się na motocykle i w drogę – najpierw 13A, potem 13C i wreszcie 13 dojeżdżamy do Sigishoary. Pierwsze zmianki o szeklerskim grodzie w tym miejscu sięgają XI wieku, jednak właściwa Sigishoara zachowana do dziś w pierwotnymi układzie architektonicznym wraz z blankami i wewnętrzną zabudową górnego miasta została zbudowana w XIII – XIV wieku przez sprowadzonych do Rumunii Sasów. Umiejscowiona na wzgórzu starówka z przepiękną wieżą zegarową, wąskimi uliczkami, kolorowymi, niskimi kamieniczkami i murami obronnymi jest naprawdę magiczna.

Magii tej dodaje mieszczący się tu Dom Drakuli, w którym wg historycznych zapisków kilkakrotnie przebywał dłuższe okresy czasu Vlad Dracul, ojciec słynnego Vlada Palownika, który stał się pierwowzorem książkowego Hrabiego Drakuli, stąd dość poważne przypuszczenie, że legendarny Książe Ciemności urodził się właśnie tutaj. Sam Vlad Palownik to dla Rumunów bohater narodowy, który dzięki swej wojowniczości i niepohamowanemu okrucieństwu skutecznie powstrzymywał nawałnicę turecką. Jakkolwiek wsadzenie na pal po jednej z bitew 20 000 (słownie dwudziestu tysięcy) tureckich jeńców musi budzić … hmm niepokój to trzeba przyznać, że przyczynił się do umocnienia rumuńskiej państwowości i tożsamości narodowej. Oczywiście z powieściowym amatorem słodkiej krwi dziewic nie miał nic wspólnego, ale teraz tak się najlepiej sprzedaje - szyld knajpy z Draculą jest obowiązkowym elementem większości zdjęć z Sigishoary.

My znaleźliśmy jednak i samego księcia...

Niestety nie udaje nam się wejść na Wierzę Zegarową, bo czynna jest tylko do 15:45 – szkoda bo widok z tarasu widokowego musi być piękny. Wdrapujemy się za to po tzw/ „szkolnych schodach” – są to drewniane stopnie (podobno 710) zadaszone, żeby dzieciom nie kapało na głowę podczas deszczu czy śnieżycy. Schody prowadziły do… brawo, szkoły i w tym przypadku powiedzenie, że rumuńskie dzieci w tym mieście miały do szkoły pod górkę nabiera zupełnie nowego znaczenia. Po zwiedzaniu miasta zjadamy całkiem niezły obiad w „Sport Pubie”, gdzie leżakowały nasze motocyklowe graty, w końcu czas ruszyć dalej.

Nasz plan na dzisiaj to nocleg w saskiej wiosce Valea Villor, wg Marka GPS-a mamy tam jakieś 80 km bocznymi drogami, więc na oko jakieś 1,5 godziny drogi. Ruszamy ok.17:00, zaraz po wyjeździe z miasta zjeżdżamy w boczne drogi, kierując się na BIertan, potem Ighisu Vechi. Drogi raz są asfaltowe, raz szutrowe, spore odcinki są w remontach i jedziemy po grubym tłuczniu, co nie jest może komfortowe, ale brak ruchu, piękne krajobrazy wokół i uczucie prawdziwej przygody wynagradzają nam te chwilowe trudności.

W jednej ze wsi idące do cerkwi kobiety na nasz widok przeżegnały najpierw nas, a potem siebie znakiem krzyża – pewnie uznały, że „diaboły na moturach przyjechały”… W pewnym momencie wyjeżdżamy zza wzgórza, a tam ogromne stado owiec na drodze i przy niej. Nareszcie! Tyle się o nich nasłyszeliśmy, że łażą po drogach, a jak dotąd tylko gdzieś wysoko na halach je widzieliśmy.

Szybko zaprzyjaźniamy się z pasterzem – nic tak nie konsoliduje stosunków międzynarodowych jak wspólne wypalenie papierosa, nawet ja wypaliłem…

Jeszcze sesja z motocyklami i jedziemy dalej. Po kilkunastu kilometrach asfalt skończył się na dobre, a po kolejnych kilku wjechaliśmy do niezaznaczonej na mapie wsi cygańskiej. Na pytanie o Valea Villor, cyganka najpierw pokazała kierunek dokładnie tam skąd przyjechaliśmy, ale po chwili pokazała inną drogę wychodzącą ze wsi w pole.

Początkowo szutrowa droga, z czasem zmieniła się w polną, a później w trawiastą łąkę z ledwo zaznaczonymi śladami jakichś wozów konnych.

My z bananami na twarzach delektujemy się tym kompletnym pustkowiem. No prawie kompletnym, bo co chwilę spotykamy mniej lub bardziej niezadowolone z naszej obecności dzikie psy. Na jednym ze zjazdów z górki, gdzie akurat kilka sporych burków nas obszczekiwało, ja koncentruję się na sensownym ich wyminięciu i przy okazji nie wpadnięciu w błotną kałużę, gdy Ani mi za głowy krzyczy „Kaśka z Robsonem leżą!”. Rzut oka do przodu i zapominam o burkach (one nawiasem mówiąc też w tym momencie straciły zainteresowanie nami), dodaję gazu i po kilku sekundach hamuję obok wywróconej Afryki. Robson akurat ją lekko szarpnął do góry, żeby Kasia mogła zabrać przygniecioną przez kufer nogę. Pomagam Robsonowi postawić Afri i jednocześnie z niepokojem słucham jęków Kaśki. Mój wrodzony optymizm podpowiada mi „Kurczę, pewnie złamana noga”, ale po chwili po zbadaniu nogi przez Marka (fajnie jest mieć lekarza w grupie) i zaaplikowaniu Kasi silnych środków przeciwbólowych wszystko wskazuje na to, że to „tylko” stłuczenie i nadciągnięci ścięgien. Atmosfera gęstnieje – dziewczyny wyzywają nas od debili, którzy zamiast jeździć jak ludzie drogami to się uparli na jakąś polną ścieżkę. Po lekkim uspokojeniu emocji wspólnie postanawiamy na podstawie GPS-a i mapy, że zawracanie teraz nie ma sensu, bo dosłownie za 2-3km powinna być jakaś wioska i droga.

Te 2-3 km to były najdłuższe kilometry jakie przejechałem na motorze. Zaraz za trawiastą polaną, na której wywalił się Robson, zaczęła się regularna gliniasta droga z takimi koleinami, że momentami kufry boczne szorowały o ich brzegi, do tego pojawiło się zdecydowanie więcej błotnych kałuży. Ale „Nic to!” jak mawiał Mały Rycerz, pchamy się dalej. W co ciekawszych miejscach dziewczyny idą pieszo, a my walczymy z przeciwnościami terenu. Na przestrzeni tych 3 może 4 km każdy z nas miał momenty takie „o włos od gleby”, ale udało się zachować nam pion motocykla. Wreszcie droga zaczęła się wywłaszczać, pojawiły się zaczątki szutru, a wraz z nim „dzikie” psy pasterskie, które starały się nas upolować, z tym, że przy 30-40 km/h już nie miały większych szans.

Wreszcie dojeżdżamy do kolejnej cygańskiej wioski (której również nie ma na naszych mapach), gdzie młody Cygan płynną angielszczyzną tłumaczy nam, że musieliśmy pomylić drogi i za jakieś 8km dojedziemy owszem, ale do Mosny, stamtąd musimy do głównej drogi, alej do Medias i dopiero zjechać z głównej do Valea Villor. Kolejne 8km to piękny równy szuterek, a od Mosny już asfalt. Oczywiście mamy już ciemnośc, więc ostatecznie decydujemy się zanocować w Medias, a do Valea Villor pojechać rano. Marek nam się gubi (albo my jemu) na jednym ze skrzyżowań, my z Robsonem znajdujemy pensjonat Villa Flora, gdzie dziewczyny po obejrzeniu apartamentu decydują się zostać. Szybki telefon do Marka i po kilku Mintach parkuje obok nas. Nastroje ambiwalentne – dziewczyny złe na nas i nasz offroad, my samą trasą i walką w terenie zachwyceni, ale z kolei bolącą nogą Kasi zmartwieni. Na szczęście piwo Ursus w dużych ilościach szybko obniża poziom stresu i wieczór jest całkiem przyjemny. Wspólnie z Robsonem zgadzamy się, że jutrzejszą trasę zaplanują nam dziewczyny, Marek natomiast postanawia się od nas odłączyć, zaliczyć Transfogarską i Transalpinę i dotrzeć do nas na wieczór. W nocy śni mi się, że jadę Vstromem po lesie i muszę go przenieść przez powalone drzewo…brrr..

W nocy śni mi się, że jadę Vstromem po lesie i muszę go przenieść przez powalone drzewo…brrr..

16.09.2010 czwartek

Zegarek budzi Marka o 5:45, ale jest głęboka noc, więc odczekuje jeszcze chwilę i ok.6:30 rusza w swoją samotną trasę. My śpimy do 8:00, o 9:00 idziemy na śniadanie. Potem krótki serwis motocykli, w trakcie którego Robson prz próbie naprostowania stelaża do bocznego kufra urywa jeden z „grzybków” do zamocowania kufra. Od tej pory kufer jedzie „na gumę”.

Przed 10:00 w całkiem niezłych nastrojach ruszamy w drogę. Pierwszy cel to Valea Villor – wioska założona w XIV wieku przez sprowadzonych do Rumunii osadników z Niemiec (Sasów). Już dróżka dojazdowa do wioski nam się podoba – szczególnie, że rozpoznajemy z Robsonem z daleka wzgórza, które wczoraj nas zmyliły i skierowały w złą stronę. Główną atrakcję wioski jest kościół warowny z XIV wieku, ale nie mniejsze wrażenie robi pierwotny układ architektoniczny i jednakowe, stojące w nomen omen niemieckim szyku domy.

Wg przewodnika klucz do kościoła jest w domu nr 211, ale może też poprosić kogoś z władz wioski o pomoc. Parkujemy pod siedzibą sołectwa, ja z dziewczynami idziemy do furty w murach – no zamknięte, więc na migi miłemu Panu tłumaczymy, że chcielibyśmy zwiedzić kościół, a ten pokazuje, żebyśmy zaczekali i jedzie gdzieś furą. No to czekamy, obchodzimy Kościół dookoła, robimy foty. Budowla robi wrażenie, a świadomość, że w takim stanie jak obecnie (pierwotnie kościół był drewniany i nie miał murów obronnych) stoi tutaj już od XV-XVI wieku potęguje naszą fascynację.

Po 20 minutach czekania podchodzi do nas jakiś facet (jak się okazało dzwonnik i jednocześnie opiekun kościoła) i pokazuje, że drzwi… są otwarte tylko trzeba mocno pchnąć. No genialnie!

Teraz zwiedzamy na raty, ale w pośpiechu, bo właśnie nadjechał autokar z prześladującą nas od jakiegoś czasu hiszpańską wycieczką. W środku oprócz murów obronnych z charakterystycznymi drewnianymi podestami, surowego wnętrza kościoła i miniaturowego muzeum poświęconego historii Valea Villor, jest możliwość wejścia na wieżę kościoła. Schody robią wrażenie – początkowo kamienne, potem drewniane nie przeszły by jakiejkolwiek inspekcji BHP w Polsce. Widok z góry wynagradza zmęczenie wspinaczką – panorama wioski i okolic jest doskonała.

W księdze pamiątkowej w muzeum znajdujemy wpis… naszego Marka z dzisiejszego poranka (6:45)! Wpisujemy się i my, a co! Teraz już czas jechać dalej…

Kolejne kilkadziesiąt km to nużąca bo zapchana TIR-ami droga krajowa 14B do Teius, a dalej 1 do Aiud, gdzie znajdujemy kolejny saski kościół warowny. W Aiud zgodnie z trasą wytyczoną na dzisiaj przez Anię i Kasię skręcamy w lewo w boczną „białą” drogę 107M do Buru, która na mojej rumuńskiej mapie jest oznaczona jako „widokowa”. Kolejne 30 km to ciągły banan na naszych twarzach – nie dość, że po kilku kilometrach kończy się asfalt i zaczyna szutrowo-piaszczysta, ale dość równa i szeroka dróżka, to widoki na nagie ściany górującego nad okolicą masywu Munti Trascaului są fantastyczne.

Ruchu nie ma tu prawie żadnego, poza pojazdami budowy (a jakże szykują się chyba do wyasfaltowania także tej dróżki), a widoki przypominają nam trochę nasze Tatry, trochę Pieniny, a trochę jakieś oglądane zdjęcia z Kirgistanu czy Tadżykistanu.

W Buru wjeżdżamy na drogę nr 75 i kierujemy się nią na wschód. Pełna winkli asfaltowa droga wije się cały czas przy rzece Brazesti, mając po bokach zalesione i częściowo skaliste góry.

W jednej z wiosek zwanej Valea Mare stajemy na obiad i zjadamy przepyszną pizzę za jakieś śmieszne pieniądze. Posileni docieramy szybko do Albac, gdzie szybko znajdujemy wybraną PRZEZ DZIEWCZYNY drogę nr 108 wiodącą przez masyw gór Apuseni (jest to nawet Park Narodowy – Munti Apuseni) aż do Huedin. Już po 2-3 km wiemy z Robsonem, że będzie przygodowo – wąziutka asfaltowa wstążka z przerywanymi kreskami po bokach wyglądająca jak na relacjach z Tour de France pnie się ostro pod górę co chwila wyhamowując nas ostrymi i wąskimi agrafkami.

Dobrze, że po drodze spotykamy jedynie jedną Dacię, jedną ciężarówkę (na którą mało nie wpadam po wyjechaniu z zakrętu) i kilka furmanek, bo ciężko się mijać, a zakręty są zdecydowanie „ślepe”. Widoki po bokach kojarzą mi się z fotkami z alpejskich przełęczy tylko ten drewniany płotek oddzielający nas od przepaści jakiś taki bardziej rumuński jest… Po jakichś 15-20 minutach jazdy asfalt… się kończy i dziewczyny zaczynają kręcić nosem, że nie chcą kolejnego dnia offroad, ale po zerknięciu na mapę dają się przekonać, że musimy jechać tą drogą, bo jej objazd to co najmniej 150km extra. Cieszę się, że pojechaliśmy dalej bo kolejne 20 km to był najlepszy fragment całego wyjazdu, droga, którą sobie wymarzyłem i dla której warto było jechać do Rumunii. Wyobraźcie sobie równą szutrówkę pełną nie tylko winkielków, ale również regularnych serpentyn, pnącą się przez jodłowy las na wysokość ponad 1320 m n.p.m. po to tylko, żeby następnie z powrotem opadać ciągłymi zawijasami do jeziora Lucului Fantanelor. Dodajcie do tego biegające luzem konie, pracujących siekierami i końmi drwali, zapyziałe wioseczki po 2-3 chałupy i blask zachodzącego słońca i zrozumiecie jak wygląda motocyklowy raj dla posiadacza turystycznego enduro. Szutrów jest na tej rasie więcej niż na Transalpinie. Zresztą sami zobaczcie…

Jakość szutrów pozwalałaby spokojnie dzidować po nich 60-80 km/h, ale wczorajszy upadek Africi spowodował, że nasze umiejscowione za plecami „układy kontroli trakcji i ograniczania prędkości” zaczynały walić nas po kaskach już powyżej 40-45 km/h. Po 40 minutach docieramy do zapory, dzięki której powstało jezioro Fantanelor poprzez zalanie wodą rozległej górskiej doliny. Mijamy letniskowe zabudowania San Fantanel i przez las docieramy do Belis, gdzie planowaliśmy nocować. Pierwszy napotkany pensjonat średnio nam przypadł do gustu, a w końcu dochodzimy do wniosku, że nad jeziorem byłoby przyjemniej i wracamy 4-5 km w dół do San Fantanel, gdzie ostatecznie logujemy się hotelu pamiętającym czasy turystycznego rozkwitu tego miejsca jeszcze za Słońca Karpat. Nasze motki parkujemy w bezpiecznym miejscu pod recepcją…

Sami szybko przemieszczamy się do mieszczącej się po drugiej stronie restauracji, a właściwie karczmy, w której akurat trwa jakaś impreza firmowa – jedna babeczka i może 15 facetów, pije, tańczy i śpiewa jakieś rumuńskie przeboje.

Zjadamy kolację zapijaną Ursusem i jakąś lokalną nalewką na spirytusie, gdy dzwoni Marek z pytaniem gdzie jesteśmy. Tłumaczę mu gdzie nas zagnało jednocześnie nie radząc nas na siłę gonić po ciemku, ale Marek jak to Marek rzuca krótko „Będę na 23:00” i się rozłącza. I rzeczywiście tuż przed 23:00 zgarniam go z szosy pod hotel – ma za sobą Transfogarską, Transalpinę i w sumie ponad 600km po rumuńskich szutrach i asfaltach. Od tej pory ma u nas ksywkę „Rumuński Express”…

Gdy już siedzimy razem z Markiem na piwie, przysiada się do nas prowadzący do tej pory imprezę DJ i na migi oraz z użyciem międzynarodowych słów „TV”, „video clip”, „star” tłumaczy nam, że jest rumuńską gwiazdą piosenki. Wypijamy z nim piwo, nie do końca wierząc w te baśnie, ale po powrocie do hotelu włączam TARAF TV i w drugim teledysku faktycznie widzimy naszego „kompana”, w kolejnych również. Swoją drogą ta TARAF TV to niezły chłam – non stop leciały hity w rodzaju naszego disco polo wymieszanego z piosenką biesiadną, miazga…

Dziewczyny w hotelu padają, my kończymy z piwem na balkonie, gdzie trwa ożywiona dyskusja na temat tempa i trasy powrotnej do kraju…

17.09.2010 piątek

Po śniadaniu krótki spacer nad brzegiem jeziora – woda piękna, ale syf pozostawiony na brzegu przez Rumunów już nie.

W końcu nadchodzi ta przykra chwila – pstrykamy pożegnalną fotkę naszej ekipy.

Marek mając więcej czasu i krótszą drogę do domu rusza na południe Rumunii nad Dunaj, my kierujemy się na Węgry, konkretnie do Hajduszoboszlo. Jeszcze ostatnie 15 km przez góry i las do Huedin jest typowo rumuński, potem już gładki asfalt, szybkie łuki, ale i wytężony ruch tranzytowy trasy nr 1 biegnącej na Oradeę. Samo miasto mijamy obwodnicą – wiem, że ma piękną starówkę i ciekawy zamek, ale jej przemysłowe przedmieścia tak nas zniechęciły, że bez słowa rezygnujemy z wjeżdżania do miasta. Przed granicą węgierską stajemy na tankowanie świetnej rumuńskiej benzyny (opowieści o spalaniu mniejszym o 20% jak najbardziej potwierdzamy – tak gaźnikowa Afryka, jak i wtryskowy Vstrom paliły zdecydowanie mniej niż u nas) i przy okazji na kawę i naleśniki. Pogoda się psuje, pojawiają się pierwsze od tygodnia krople deszczu. Na granicy dzwoni do nas Marek dziękując Robsonowi, że w trakcie przedwyjazdowych przygotowań kazał mu zabrać drut metalowy. Gdzieś na naszej kultowej trasie przez Munti Apuseni zerwała mu się linka sprzęgła i tylko dzięki temu drutowi dał radę zjechać do wioski gdzie złapał zasięg GSM i wezwał Asistance, które wykupił tuż przed wyjazdem. Pytam czy mamy do niego wracać, albo czekać na granicy, ale mówi, że już jedzie po niego laweta, mają mu wymienić linkę (jak się potem okazało zrobili to aż w Cluj-Napoca) i on dalej pcha się na południe. Pozytywny wariat!

Węgry witają nas znowu nudnymi widokami płaskich przestrzeniu, niewielkim ruchem i deszczem, który pada do samego Hajduszoboszlo. W mieście znajdujemy po dłuższym poszukiwaniu pensjonat z zamykanym podwórzem (nie było łatwo, bo wszyscy chcieli nam wynajmować co najmniej do niedzieli, a nie na jedną noc) i po szybkimi rozpakowaniu idziemy na słynne baseny termalne…

Cała nasza czwórka była mocno zdegustowana tą atrakcją – mieszczące się pod chmurką baseny miały w naszej subiektywnej ocenie za mało gorącą wodę, na głowę kapało, a na świeżo otworzony Aquapark pod dachem były osobne bilety o czym pan w kasie nam nic nie powiedział. Dziewczyny chwile ryzykują kąpiel w basenie pod dachem razem ze 100-latkami, ale po paru minutach rezygnują z tej scenerii niczym z filmu „Kokon” i przychodzą do nas, bo udało nam się z Robsonem znaleźć częściowo zadaszony basen z naprawdę ciepłą wodą. Wytrzymujemy w sumie jakieś 1,5h na tych „atrakcjach”, w końcu się zbieramy i biegiem lecimy do knajpy – typowo węgierskiej Csardy z opalanym drzewem piecem, świetną gulaszową i halaszlo oraz muzyką na żywo. Generalnie nikomu bym nie polecił Hajduszoboszlo – – miasto zabudowane kilkupiętrowymi blokami w stylu realnego socjalizmu, bez jakiejś klimatycznej starówki, baseny takie sobie, zdecydowanie bardziej podoba mi się w Tatralandii na Słowacji, natłok tandety i kiczu ogromny.

Wracając z knajpy kupujemy 2litry wina za 3PLN i przy nim siedzimy na kwaterze planując trasę na następny dzień.

18.09.2010 sobota

Całą noc leje deszcz, rano też nie odpuszcza, jednak temperatura jest wysoka, a wg ICM około 11:00 powinno przestać padać na Węgrzech, a na Słowacji słoneczny powinien być cały dzień, więc ostatecznie rezygnujemy z Anią z przeciwdeszczówek, niech się membrany wykażą, a co? Jeszcze śniadanie i darmowa „suwenir cafe” od pani z recepcji i wyjątkowo wcześnie bo o 9:30 ruszamy w drogę. Oczywiście momentalnie wzmaga się deszcz i nie opuszcza nas, aż do słowackiej granicy.

Słowacja już w słońcu po raz kolejny nas zachwyca. Trasa przez Tornalę, Roznavę aż do Popradu to marzenie motocyklisty – mały ruch, równiutkie asfalty i pełno winkli i serpentyn. Nic dziwnego, że po drodze spotykamy liczne ekipy motocyklistów z Czech, Niemiec, Holandii i Polski. Po drodze postój na „wysmażanyj syr” i „hranolki”, a następny w charakterystycznym miejscu, gdzie ponad 4 miesiące temu robiliśmy sobie z Robsonem fotki jadąc do Chorwacji.

Dalej przez Starą Lubovną, Mniszek nad Popradem i Piwniczną ciągniemy na północ. W pewnym momencie za Nowym Sączem na trasie na Wojnicz zaskakuje nas znak „zakaz ruchu” z napisem „aktywne osuwisko”, ale w myśl zasady „moturem Panie wszędzie wjedzie” przejeżdżamy jakieś 100m po grubym szutrze i znowu jesteśmy na asfaltowej drodze nr 975. W Gródku nad Dunajcem opadają nas chęci i wynajmujemy domek kampingowy nad Jeziorem Rożnowskim. Domek zacny choć nieogrzewany – w nocy i rano para z ust leciała, pewnie w środku było z 9-10C, ale nowy, czysty i bardzo fajnie położony. Kolacja, piwo – tym razem już polskie.

19.09.2010 niedziela

Po śniadaniu i fotkach spod domku ruszamy ekspresem drogą 975/73/757/79 dolatujemy do Zwolenia, gdzie po końcowej fotce…

..rozdzielamy się – my za 200m jesteśmy u moich rodziców, Kasia z Robsonem za 27 km witają się ze swoimi rodzicami i przede wszystkim z dzielnym synkiem, który pozwoli im pojechać do Rumunii…

Powrót już w podgrupach do W-wy mija bez przeszkód…

CAPO AL FINE