Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » MotoMontenegro

MotoMontenegro (2011)

Autor: MaG

Prolog

Wszystko zaczęło się już parę lat temu od… obejrzenia filmu „Casino Royal”, czyli jednego z odcinków James Bonda – tego w wersji niegrzecznej czyli z Danielem Craigiem w roli głównej. Przepiękne obrazki w filmie zachwyciły mnie, więc doczytałem, że kasyno, hotel i większość scen plenerowych to nie wytwór cyfrowej filmografii tylko naturalne plenery w Montenegro. Po naszemu nazywa się ten kraj Czarnogóra (wg. tubylców Crna Gora), ale pochodząca z okresu weneckiego panowania nad tym regionem nazwa Montenegro brzmi jakoś lepiej – czuć w niej przygodę i romantyczną historię…
Po przeczytaniu i przejrzeniu kilku relacji w necie wiedziałem już, że chcę tam pojechać i nawet prawie pojechaliśmy tam w 2010 roku, ale alternatywna wyprawa do Rumunii wówczas wygrała. Montenegro wzywało kolejnymi fotkami oglądanymi w Necie oraz przewodnikiem stojącym na półce w mieszkaniu. W tym roku mieliśmy się nasycić Czarnogórą podwójnie. Najpierw w lipcu odwiedziliśmy go od strony wody – tygodniowy rejs jachtem Dubrownik-Kotor-Dubrownik pozwolił nam posmakować Boki Kotorskiej zwanej często najdalej na południe wysuniętym fiordem Europy. Krajobrazy na żywo – były jeszcze lepsze niż oglądane w Necie czy przewodniku. Tydzień rejsu minął szybko i zostawił po sobie wspomnienia zachwycających plenerów, doskonałego smaku potraw i kilka zdjęć na tapecie służbowego laptopa, które miały przypominać, że już niedługo wrócimy do tego kraju od strony lądu i poznamy jego prawdziwie górskie oblicze. Kilkakrotnie zmieniany termin wyjazdu został w końcu ustalony na 5-18.09.2011, skład ekipy ustabilizował się na 4 Vstromach i 7 osobach, których niniejszym przestawiam: Justa i Bober, Kasia i Złoty, Jaca oraz my czyli Ania i MaG.

Pozostawało tylko przetrwać sierpień… Weekend przed samym wyjazdem zapowiadał się intensywnie – w sobotę ślub i wesele Złotych, w niedzielę jak już wytrzeźwiejemy powrót z Pułtuska do domu i pakowanie kufrów, a w poniedziałek rano wyjeżdżamy z ambitnym planem zrobienia blisko 650km i dojechania do Egeru. Ślub i wesele Kasi i Złotego to materiał na osobne opowiadanie, ale nie mógłbym nie wspomnieć o tym, że młodzi jechali do ślubu harleyem, ale w strojach jak najbardziej ślubnych czyli białej sukni i garniturze, a asystowaliśmy im w mniej więcej 20 motocykli, w zdecydowanej większości Vstromów. Piękny ślub, potem huczne wesele, z którego najbardziej mi utkwiło nocne puszczanie lampionów (takie japońskie z papieru – powietrze ogrzewane paliwkiem turystycznym unosi balon w siną dal) – niby nic takiego, ale jakaś magia w tym była i została we mnie na dłużej.

Mając na uwadze niedzielny powrót motocyklem sobotnie pląsy skończyliśmy nieco wcześniej niż zwykle, dzięki czemu w niedzielę już ok. 11:30 byliśmy w stanie wsiąść na motocykl i wracać do Warszawy. Wieczorne pakowanie bagażu to koszmar – ilości „najpotrzebniejszych i niezbędnych” rzeczy, które ułożyliśmy w salonie na podłodze wpędziły mnie w głęboką depresję, ale po 2 godzinach walki i dzięki rozbudowaniu bagażu o dodatkowy pakuneczek zwany do końca wyjazdu „Rumunem” udało się to wszystko pozamykać w 3 kufrach, tankabgu i …. no właśnie w tzw. Rumunie. Jeszcze telefon do Złotych czy poprawiny ich nadmiernie nie wciągnęły i poranna zbiórka na Statoil na Fieldorfa aktualna i pozostało nam tylko nastawić budziki i iść odespać weselną nockę.

5.09.2011 poniedziałek

Jak zwykle z poślizgiem bo o 8:10 jesteśmy na Statoil, Złoci oczywiście już czekają. Ich Vstrom sprawia wrażenie jakby jechali na 2 razy krótszy urlop. Co jest? Tylko my mamy takie wysokie wymagania i musimy zabierać połowę szafy? Szybkie przywitanie, humory dopisują, standardowy dialog rozluźniający:
- Jak tam zabraliście wszystko?
- E tam, wszystkiego na pewno nie, ciekawe czego tym razem zapomnieliśmy zapakować…
- Najważniejsze, żeby zabrać karty bankomatowe, paszporty, papiery motocykla i ubezpieczenie, resztę najwyżej się kupi…
- Eeeeee, Kasia, zabrałaś nasze ubezpieczenie podróżne???
Po chwili już Złoci w szybkim tempie pędzili na Grochów po zapomnianą polisę. Kolejne 10 minut i startujemy. Jeszcze tylko SMS do Bobera, że „troszkę” się spóźnimy na umówiony Orlen w Piasecznie i w drogę. Jak już ruszyliśmy to dotarło do nas, że to pierwszy poniedziałek nowego roku szkolnego i na ulice wyległy tysiące roztrzęsionych i zdezorientowanych rodziców, którzy dopiero poszukują optymalnych dróg dowozu swoich pociech do szkoły, więc korki i galimatias na ulicach przeogromne. O 8:50 jesteśmy na Orlenie, w międzyczasie Bober zaniepokojony naszą nieobecnością dzwonił do mnie, SMS-ował... Zresztą za nim też pracowity poranek, bo już o 7:59 stał pod czynnym od 8:00 biurem agentki Alianza, żeby dorobić sobie zieloną kartę na Serbię i Czarnogórę. Szybki rzut oka na Bobrów Vstroma – Ok. są co najmniej tak samo dopakowaniu jak my, czyli mamy już dwa rumuńskie rydwany w karawanie… SMS do Jacy, że z poślizgiem, ale jednak ruszamy w trasę, mamy się po południu złapać z nim w Nowym Sączu.
Do Magdalenki poszło nawet nie najgorzej, potem krajowa „7-ka” do Radomia, po drodze dotankowanie, bo na piaseczyńskim Orlenie były kolejki na 20 minut stania. Dalej jeszcze DK7 do Suchedniowa i tam odbijamy w boczne drogi – kierunek Bodzentyń, Nowa Słupia. Trasa mniej zatłoczona od siódemki, z piękną panoramą na Św. Krzyż i resztę pasma Gór Świętokrzyskich. Dalej przez Stopnicę i Dąbrowę Tarnowską i wreszcie moja ulubiona 975 przez Wojnicz do Gródka n/Dunajcem. Po drodze kilkunastominutowa walka z jakimś debilem w lawecie, który mało nie skasował jadącego z naprzeciwka Seicento, kilka razy złapał pobocze i sypnął mi szutrem po oczach. Dalej już bez przygód, gdzieś za Zakliczynem stajemy na BP, żeby się porozbierać. Ja wypinam wszystkie membrany, rozsuwam suwaki, rękawy, nogawki. Nawet Justyna zdejmuje wełniany sweterek spod kurtki - znak, że jest naprawdę ciepło, termometr pokazuje 34C. Jak się potem okazało, to prorocze wskazanie przedurlopowe. Zanim ruszyliśmy ze stacji uprzedzam chłopaków, że przez najbliższe 30 km znaki będą nas informować, że ślepa uliczka, że objazd do Nowego Sącza, że zakaz ruchu i Armagedon itd. Ze 2 albo 3 lata temu zarwało się jakieś 50m drogi 975 już za Gródkiem n/Dunajcem i jest tam jedynie tzw. „przejazd techniczny” wysypanym szutrem „bypassem” – jakieś 50m na zakazie ruchu. Nic się od tamtej pory nie zmienia, wszyscy tamtędy jeżdżą, ale znaki z kilkudziesięciu km twardo „odstraszają” kierowców. Sama droga 975 jest jedną z fajniejszych tras motocyklowych w Polsce jaką jechałem. Podjazdy, zjazdy, mnóstwo zakrętów, w tym kilka „agrafek”, do tego ładne widoki na Jezioro Rożnowskie. Kto nie był to polecam się wybrać. Stajemy na jakiejś stacji w Nowym Sączu, telefon do Jacy:
- Gdzie jesteś Jaca?
- W „Szałasie”, taka knajpa na wylocie z Sącza na Piwniczną, przy rondzie.
- Ok. zaraz tam będziemy…
Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Kolejne 20 minut spędziliśmy przeciskając się naszymi Goldwingami w ogromnym korku, który jak się okazało był spowodowany jednym skrzyżowaniem bez pasa do skrętu w lewo. Pół miasta stoi w spalinach, bo jakiemuś inżynierowi ruchu amputowali mózg!!! Do „Szałasu” docieramy wykończeni – upał jest niemiłosierny a spaliny z 20 letnich „busów” i innych wynalazków nie pomagają. Jaca czeka na nas już 1,5 godziny, ale wcześniej też się nastał w korkach na Śląsku, dzień świra normalnie…
Zjadamy w „Szałasie” całkiem smaczny obiad. Tu ciekawostka – w Szałasie Pani z napojów ma tylko piwo i kompot, a raczej rozwodniony kompot. Cola, tonic, sprite, Tymbark, jakiś sok? „Niestety, wyszły…” My nie wyszliśmy, zostaliśmy i popiliśmy obiad czym było czyli płukanką po kompocie i piwem. Dobra my tu gadu gadu, a na zegarze już 16:00, a my na półmetku dzisiejszej trasy. Na koń!
Dalsza trasa to już bajka, właściwie jak ruszyliśmy spod „Szałasu” to dopiero poczułem urlop. Piękna widokowa trasa przez Piwniczną, Mniszek n. Popradem, Starą Lubovną, Poprad. Droga nie jest zatłoczona, łapiemy wiatr w żagle i w pełnym pochyle atakujemy kolejna zakręty, jednocześnie zachwycając się panoramą słowackich Tatr Wysokich. Za Popradem droga wpada w las i zaczynają się serpentyny, takie prawdziwe, górskie, do tego na super przyczepnym asfalcie. Szaleństwo!

Bober na co drugim lewym winklu sypie snopy iskier – to rozszerzenie stopki bocznej „dostosowuje się” do profilu drogi. Wygląda to efektownie, ale i tak każdy z nas skupia się na czuciu oponek – czy aby już nie zaczynają się uślizgiwać. Co Pan Bóg miał na myśli dając Słowakom takie drogi??? Robi się chłodno i zaczyna się ściemniać. Krótka narada i zapada decyzja – włączamy tryb „szukaj noclegu”. Po 15 minutach parkujemy pod „Penzion Saloon” na obrzeżach Słowackiego Raju, który naprawdę wygląda jak żywcem wyrwany z westernu, szczególnie, że obok jest spora stajnia i mocno „czuć” końmi. Dogadujemy się co do ceny – 10 EUR / osobę + 1EUR za motocykl. Gospodarz coś wspomina o kłódce i „sensorze” w garażu. Rano dochodzimy do wniosku, że Sensor to chyba nazwa psa, który spał obok garażu, a kłódka rzeczywiście była, ale szopa raczej nie była zamykana. Pokoje bardzo przyjemne, czyste, w szopie skuter śnieżny, rowery i pełno sprzętu do wspinaczki skałkowej – gospodarz organizuje różne atrakcje przyjeżdżającym w sezonie turystom. Jest 19:30, za nami prawie 12h podróży, 540km. Teraz już tylko „wysmażanyj syr i hranolki” plus duży kufel zimnego słowackiego Kozela. Siedzimy jeszcze w barze, gdy na zewnątrz zaczyna grzmieć, padać a nawet sypać gradem…

6.09.2011 wtorek

Po cichej i długiej nocy ozdobionej grzmotami i błyskawicami budzi nas zimny i mglisty deszczowy poranek. Deszcz leje ciągiem gdy się myjemy, zmienia się w mżawkę gdy jemy śniadanie i lekko kropi gdy zaczynamy pakować motocykle. Wygląda na to, że to już koniec deszczu, więc rezygnujemy z przeciwdeszczówek i ruszamy ku przygodzie. Początek to reszta serpentyn trasy Poprad – Roznava, po mokrym asfalcie pokonujemy je nieco bardziej zachowawczo, ale ponieważ opony trzymają to w każdy kolejny zakręt nieco wchodzimy nieco śmielej. Po zjechaniu z gór kierujemy się dalej na Tornalę, gdzie odbijamy w lewo w kierunku granicy z Węgrami.

Wioski od granicy SK/HU ciągną się kilometrami, ich mieszkańcy niefrasobliwe parkują auta centralnie na jezdni, wysiadając na jej środek w najmniej spodziewanym momencie, więc podróż idzie nam opornie. W Gózd robimy mały nalot na toaletę miejscowego urzędu gminy. Po wizycie Bobera, a potem dziewczyn Pani urzędniczka na pewno do dzisiaj jest przekonana, że:
a) Kosmici naprawdę istnieją,
b) poruszają się dziwacznymi pojazdami na dwóch kołach,
c) gadają dziwnym niezrozumiałym językiem,
d) do jakichś niecnych celów potrzebują ich urzędniczych toalet…
Jeszcze kolejne kilkanaście km niekończącej się węgierskiej wsi i wreszcie wjeżdżamy w las i zaczyna się zaskakująco interesująca i kręta droga wiodąca nas przez 3 kolejne wzgórza, która dziesiątkami winkli doprowadza nas do Egeru. W Egerze stajemy na stacji SHELL, gdzie z rozpaczą dowiadujemy się, że ekspres do kawy nie działa… Co za kraj! Nie dość, że gadają jakby mieli folię aluminiową w gębie, gazeta kosztuje jakieś grube tysiące ich „bałaganów”, krajobraz nudny do bólu to jeszcze kawy nie mają na stacji benzynowej. Nie wiem, który to już raz Węgry napawają mnie niechęcią. Opuszczamy brzydki i niegościnny Eger i bardzo bocznymi dróżkami (prowadzi nas nawigacja Złotego i Jacy) pokonujemy kolejne kilometry pół słonecznikowych i kukurydzianych. Mijamy Szolnok i wreszcie przed Szeged stajemy w przydrożnej karczmie zwanej „csardą” na późną obiado-kolację.

Porcje mięsa nas rozwalają, nie jesteśmy po niech w stanie nawet kurtki zapiąć, a co dopiero wsiąść na motocykl. Podziwiamy przelatujące na niskich pułapach myśliwce, helikoptery – w pobliżu jest wojskowe lotnisko, na którym chyba trwają jakieś ćwiczenia. W końcu zmuszamy się do dalszej drogi w kierunku Serbii. Zachód Słońca spędzamy na przejściu granicznym HU/SRB. Za przejściem zjeżdżamy w bok na Suboticę i już po ciemku docieramy nad jezioro w Palić. Pierwsze podejście do noclegu nie napawa optymizmem – czterogwiazdkowy hotel za 30EUR od osoby, ale po kolejnych 20 minutach znajdujemy kwaterę po 10EUR od osoby po drugiej stronie jeziora. Za nami 440 km po naprawdę bocznych drogach. Jak na razie założenie omijania autostrad działa i w sumie się sprawdza. Wieczorem spacer na brzeg jeziora, gdzie rzutem na taśmę (część ekipy już chciała wracać na kwaterę) znajdujemy barek z piwem i miękkimi fotelami na samym brzegu jeziora. W butelce zimne piwo, po drugiej stronie jeziora oświetlona promenada, nad głowami gwiazdy, przed nami dopiero najlepsza część wyjazdu. Jest doskonale…

7.09.2011 środa

Pobudka zarządzona wczoraj na 7:30, potem szybkie pakowanie... i po chwili już jedziemy przez Suboticę – miasto nas nie zachwyca, ale Serbowie traktują je trochę jak kurort, na co ma wpływ leżące tuż obok Jezioro Palickie, nad którym spaliśmy. Woda w jeziorze podobno nie jest pierwszej czystości, ale nad jego brzegiem rozlokowane są liczne hotele, ośrodki campingowe i kompleksy basenów odkrytych.

Szybkie śniadanie na stacji OMV w Suboticy. Mina Pana z obsługi stacji, gdy podjechaliśmy czterema Vstromami – bezcenna. Widać było, że w swoich marzeniach już odjeżdża razem z nami w dalekie południowe kraje… Mimo natrętnych znaków drogowych udaje nam się nie wjechać na autostradę i równoległą do niej drogą 22-1 docieramy do Novego Sadu. Widok z mostu na Dunaj robi wrażenie, zaraz za nim wjeżdżamy w pasmo wzgórz zwane Fruszka Góra, które są objęte obszarem Parku Narodowego pod tą samą nazwą. My parku nie zwiedzamy, ale wyrastające na ciągnącej się od Egeru równinie pasmo górskie pokonujemy niesamowicie pokręconą drogą – dwupasmowe agrafki w górę i w dół. Ponieważ aktualnie poprowadzony jest tędy jakiś objazd na Belgrad to ruch jest makabryczny, a najlepsze są TIR-y nie będące w stanie jechać pod górę szybciej niż 5km/h. Na szczęście motocyklami wyprzedza się nieco sprawniej i po kilkunastu minutach walki jesteśmy na w miarę wolnej drodze przed całym sznurem zawalidróg.

Mijamy miejscowość Ruma, za nią objazd na Belgrad odchodzi w lewo i nasza trasa się mocno wyludnia. Nudne proste uatrakcyjnione są niezapowiedzianymi „rowami” poprzecznymi w asfalcie – drogowcy wycięli stary asfalt na jakieś 15cm i zostawili wolne miejsce na nowy. Kilka razy mijamy takie niespodzianki lewym pasem, wjazd kołem w taką 0,5 metrową wyrwę mógłby się skończyć tylko efektowną ewolucją rodem z Red Bull X-Fighters… Za miejscowością Sabac kończą się nudne równiny i zaczynają górki, a z nimi co??? No oczywiście, że zakręty. Droga jest świeżo położona, asfalt jak dywan, szerokie pobocza, wyraźnie linie, pięknie wyprofilowane szybkie zakręty i praktycznie zero samochodów. Czujemy się jak zawodnicy MotoGP na torze Laguna Seca i nie zastanawiając się nadmiernie nad obowiązującymi ograniczeniami przemy ostro do przodu. Prędkości mocno nieprzepisowe…

Na oparach benzyny docieramy do Valjewa, gdzie zalewamy nasze rumaki na swojskim Lukoilu. Na stacji podjeżdża do nas lokalny bajker na jakimś street fighterze, pyta skąd jesteśmy, czy wszystko OK. z motocyklami i czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy, bo jakby co to on i lokalny klub chętnie nam jej udzielą. Miły gest, dziękujemy, chwilę gadamy skąd dokąd, pokazuje kciuk do góry słysząc „Czarnogóra, Żabljak”, czyli chyba będzie fajnie… Za Valjewem droga wspina się w góry, więc mamy kolejne okazje do pozamykania opon, ale początkowo gładki asfalt robi się nieco dziurawy, do tego w wielu miejscach leży na jezdni żwir, który gubią wywrotki jeżdżące do leżącego przy tej trasie kamieniołomu – żwirowiska. Zakręty wcale nie chcą być z tego powodu łagodniejsze, w efekcie Złoty zalicza jedną „podpórkę” nogą w stylu toru motocrossowego, takie rzeczy na 300 kg potworze potrafią tylko Złoty i Chuck Norris. Ja zaliczam uślizg tylnego koła, którego kręcąca filmik Ania chyba nawet nie zauważa. Po drodze wyprzedzamy nawiedzonego Francuza na oldtimerze z wózkiem bocznym, ten to się chłop narobi w ciasnych zakrętach…

Jest już prawie 15:00, a my od lichego „śniadania” na OMV nic nie jedliśmy, więc zaczynamy szukać jakiegoś baru z żarciem. Stajemy przy jednym mocno lokalnym barze, gdzie Pan zapytany o coś do jedzenia pokazuje nam resztki upieczonej kozy leżące pod bawełnianą szmatą na kredensie. Ania nawet odważnie próbuje kawałek i twierdzi, że jest smaczne, ale miny reszty ekipy mówią jedno „Uciekajmy stąd!!!” Przy wejściu suszy się jeszcze skóra tej biednej kozy…

Wreszcie na przełęczy Bukovi (761 m n.p.m.) trafiamy do leśnego baru, gdzie Pani proponuje nam „lepjeni so sunkom i sirom”. Nie wiedzieć czemu wszystkim słowo „lepjeni” kojarzy się z pierogami, więc zamawiamy po porcji pierogów dla każdego. Jakież było nasze zdziwienie, gdy Pani przyniosła nam po wielkiej ciepłej bule wypełnionej roztopionym słonym serem zwanym kajmakiem i szynką z rodzaju tych dojrzewających (taka lokalna wersja prosciutto czy prsuta). Potem już wiedzieliśmy, że lepjeni to duże bułki… Zresztą całkiem smaczne, a na pewno sycące, do wieczora wszyscy głód mieli z głowy.

Z knajpy ruszamy o 15:30 mając nadal ok. 260 km przez góry do Żabljaka, gdzie dzisiaj powinniśmy nocować. Kolejne dziesiątki zakrętów, w tym serpentyn i jesteśmy w kolejnym mieście Użice. Tutaj światła i spowolniony miejski ruch dają nam się znowu we znaki. Pisałem, że jest ciepło? No więc jest… Od rana lampa konkretna, termometry przy drodze pokazują temperaturę powietrza od 24 do 29C… Kolejny odcinek drogi do Pripolje pokonujemy „na śpiocha”, Ania centralnie kima na tylnim siedzeniu dziobiąc mnie co chwila swoim kaskiem, a i mi się na zmianę raz lewe, raz prawe oczko przymyka. Nie no, tak się nie da, zjeżdżamy na parking i zapodajemy kawkę, zimną colę i trochę gimnastyki.

Zaraz za Pripolje skręcamy w boczną drogę, która ma nas wg mapy zaprowadzić przez góry do granicy z Czarnogórą. Kilkanaście kilometrów wspinaczki po niczym nie zabezpieczonej krętej górskiej dróżce i jesteśmy na przełęczy Jabuko (1250 m n.p.m.), gdzie znajdujemy kameralne przejście graniczne. Odprawa celna jest dość szczegółowa, łącznie ze sprawdzaniem czy skanowanie dowodów rejestracyjnych naszych maszyn, ale po kilkunastu minutach możemy sobie już w komplecie zrobić zdjęcie pod tablicą witającą nas w magicznym Montenegro…

W zachodzącym szybko słońcu zjeżdżamy z gór w dolinę do Plevlji, którą przejeżdżamy już tylko w świetle naszych reflektorów. Dookoła nas na ciemniejącym niebie widać poszarpane szczyty wysokich gór, przed naszymi kołami kręta jak kiszki węża droga przez las, połoniny, znowu las, a całość scenerii ozdobiona światłem księżyca zbliżającego się do pełni. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów nocnej jazdy przez Czarnogórę zostanie we mnie na zawsze, to była jazda jak w transie. Nawigowałem się na świecące przede mną tylne światło Złotego, dalej z przodu migało światło prowadzącego nas Jacy, a w lusterkach na nielicznych prostych pomiędzy setkami zakrętów migały mi światła jadących z tyłu Bobrów. Podnóżki wielokrotnie szlifują po asfalcie, nawet nie myślę, co by było gdyby na zakręcie leżał piach. Ciśniemy 100-120 km/h, dohamowując czasami nawet do 15 km/h, żeby zebrać agrafkę i znowu pełny ogień. Orgazm na motocyklu! Prowadzący nas wtedy Jaca, powiedział kilka dni później gdy przejechaliśmy spory kawałek tej samej trasy za dnia, że gdyby widział te przewyższenia na zakrętach to jechałby o 40 km/h wolniej…

Po drodze mijamy słynny most na rzece Tara, wrócimy na niego jeszcze za dnia, dalej w świetle księżyca i gwiazd widzimy przedziwne „łąki” z kosodrzewiną przez które prowadzi droga. Jest zajebiście, najlepsza nocna jazda mojego życia… Do Żabljaka docieramy po 20:00, chwilę szukamy jakiegoś noclegu w samym mieście, ale po 30 minutach trafiamy dzięki osobistemu wdziękowi Jacy i wiedzy Pani z biura turystycznego na zaplanowany wcześniej EKOCAMP Kod Boce Razvrsje. Kemping polecili mi Robson z Kaśką, którzy byli tu raptem 1,5 miesiąca przed nami. Za 5 EUR / osobę bierzemy cztery 2-osobowy „domki” – właściwie są to „drewniane namioty”, w środku mieszczą się tylko dwa łóżka, ale jest sucho i ciepło… Właśnie, zapomniałem dodać, że na zewnątrz jak tylko zaszło słońce temperatura zaczęła gwałtownie spadać i teraz mamy już może 12C, po drodze było barrrrrdzo ziiiimmmmnnnnoooo. Nie bez znaczenia jest fakt, że Żabljak leży na 1526 m n.p.m., a nasz Ekokamp jeszcze z 50-100 m wyżej. Rozpakowujemy motocykle i już na lekko, ale za to ciepło ubrani jedziemy na jakąś kolację do centrum Żabljaka. Najpierw chcemy się zintegrować z grupą wcześniej wypatrzonych motocykli, wśród których Bober ze Złotym wypatrzyli nowego Vstroma, ale są w jakimś zamkniętym bramą hotelu. Zajeżdżamy więc do innego hotelu, gdzie Justyna sprawdzała ceny noclegów i tam trafiamy na świetną regionalną karczmę, w której bardzo miły kelner serwuje nam gigantyczne porcje lokalnych specjałów. Tutaj dygresja – zdecydowana większość kelnerów w Czarnogórze jest śmiertelnie poważna. Wykonują swoje obowiązki należycie, ale bez uśmiechu, wręcz z miną gościa żującego na co dzień pszczoły. Nie wiem na czym to polega, ale zapadło mi to w pamięć, nawet w lokalnym przewodniku promującym kraj dla turystów zwracają uwagę na to, żeby nie obawiać się kelnerów grających „twardzieli”... Nasz kelner był jednak miły i uśmiechnięty, więc kolacja była bardzo przyjemna. Lokalna kuchnia to przede wszystkim mięso, więc takie też dania lądują przed 22:00 w naszych żołądkach zapijane piwem (w MNE jest limit 0,5 promila czyli liberalnie), odkrywamy też cudowną sałatkę zwaną „szopska”, ale raczej nie mającą nic wspólnego z „szopską” znaną u nas. Pomidory, ogórki, papryka, cebula + lokalny ser (w górach kozi słony trochę jak nasz oscypek, na wybrzeżu zbliżony do fety) składają się na przepyszną mieszankę, mniam mniam… Już po 22:00 wracamy na Ekocamp zahaczając po drodze o sklep spożywczy. Wieczór kończymy w oświetlonej wiacie na kempingu przy kilku butelkach lokalnego czerwonego wina – Vranaca. Para z ust leci, ale głowy gorące po wrażeniach z dzisiejszego dnia. Za nami kolejne 540 km. Naszą miłą pogawędkę przerywa ok. 23:30 jakiś Polak z jedynego „nie naszego” domku wokół wiaty, który grzecznie prosi o ciszę, bo oni jutro o 5:00 wyjeżdżają… Co za naród cierpiętników, zamiast wyspać się przed drogą jak ludzie to będą się zrywać zaraz po wschodzie słońca. Nie ma to jak przejechać 2000 km i dostać ochrzan od rodaka. Po północy rozchodzimy się do naszych chatek…

8.09.2011 czwartek

Noc mija w absolutnej ciszy. W domkach jest zadziwiająco ciepło, biorąc pod uwagę zimno na zewnątrz, śpi się doskonale. Rano chyba każdy z nas wychodząc z domku wydaje z siebie tzw. „polskie wow!” czyli okrzyk „o kur…!” na widok panoramy roztaczającej się z naszego kempingu. Potężny masyw Medjeda (2287 m n.p.m.) wydaje się być na wyciągnięcie ręki, w tle Bobotov Kuk (2523 m n.p.m.) i reszta masywu Durmitor. Do tego błękitne niebo, ciepłe słońce rozgrzewające chłodny poranek. Dzisiaj pierwszy raz na tym wyjeździe nigdzie się nam nie śpieszy, więc powolnie wstajemy i odbywamy poranną toaletę. Na kempingu jest jeden centralny budynek z 4 kabinami prysznicowymi i kibelkami oraz osobno przy naszej części campingu drugi budynek z samymi kibelkami. Jest to więcej niż wystarczające biorąc pod uwagę, że poza naszą 7-ką jest jeszcze jeden camper z jakimiś francuzami, jeden namiot z polskim starszym małżeństwem i jeszcze ze 2 namioty jakichś młodych ludzi.

W trakcie śniadania Justyna wykrzykuje: „Zobaczcie! Jeleń!”. Poruszeni tym okrzykiem poderwaliśmy się we wskazanym kierunku, żeby po chwili niemal tarzać się na trawie ze śmiechu, bo jeleń okazał się krową o popularnej tutaj maści szaro-beżowej. Już do końca wyjazdu na krowy mówiliśmy jelenie…. Bober dla odmiany rozszyfrowuje nam używany przez niego skrót KBKS = Krótkie Bojowe Kalesonki Sportowe… O 11:00 ruszamy na pieszą wycieczkę w góry. Prawie wszyscy bo Bober jako przedstawiciel gatunku homo motorizacius wybrał samodzielne kręcenie się Vstromem po okolicy. Szlaki piesze w Durmitorze są dobrze oznaczone farbą, ale niestety wszystkie jednym kolorem i brak na nich opisu dokąd prowadzą. W rezultacie zamiast najkrótszą drogą do Czarnego Jeziora (30 minut) to idziemy ponad godzinę szlakiem wiodącym na Savin Kuk. Trasa jest piękna –świerkowy las i kamieniste ścieżki jak w naszych Tatrach, gołoborza jak w naszych Świętokrzyskich, do tego co chwilę mamy widok na szczyty dwutysięczników. W pewnym momencie orientujemy się, że idziemy nie tym szlakiem i postanawiamy się kawałek wrócić i potem już szybko trafiamy nad Czarne Jezioro.

Jezioro jest cudownie błękitne nie czarne, wygląda trochę jak nasz Czarny Staw Gąsienicowy, a w skutek niskiego poziomu wody podzieliło się na 2 jeziora. Widoki nadal powalają, te góry mają w sobie coś magnetycznego – to gołe granitowe ściany niczym nie porośnięte i nie przecinane kanionami górskich potoków (w Durmitorze praktycznie cały opad spływa w dół krasowymi tunelami pod powierzchnią skał, nie ma więc typowych dla naszych Tatr potoczków, strumyczków i ruczajów).

Idąc ścieżką dookoła jeziora trafiamy na Titovą Pecinę czyli Jaskinię Tita – tutaj w czasie niemieckiej okupacji Jugosławii Josip Tito wraz ze sztabem przybocznym przebywał prawie 2 tygodnie i tu zaplanował kontrofensywę partyzancką, która de facto doprowadziła do wyzwolenia Jugosławii. Po przeliczeniu odległości i czasów przejść na mapie dochodzimy do wniosku, że nie damy rady wejść na Medjeda, wg przewodnika to wycieczka na 7-9h, a my mamy już 13:00 i dopiero doszliśmy do początku szlaku na szczyt. Szkoda, bo góra przyciąga. Ja już wiem, że wrócimy tu z Anią na kilka dni przejść wszystkie szlaki w górach. Na forum górskim spotkałem opinię, że w 4-5 dni można schodzić Durmitor w 100%, idealny plan na któryś z kolejnych urlopów – trekkingowo-motocyklowy wyjazd to by było to. Póki co obchodzimy Czarne Jeziero dookoła i nie mając innych planów… siadamy na piwku nad jego brzegiem. Po powrocie na Ekocamp zgarniamy czekającego już na nas Bobera i pieszo (!!) idziemy do Żabljaka na obiad. Knajpa inna, ale znowu jest bardzo smacznie i bardzo dużo. Jeszcze tylko sklep, powrotny spacer i znowu siedzimy przy Vranacu w wiacie na naszym kampie. Na szczęcie żaden Polak o 5:00 wstawać nie planuje, więc nikt nas nie niepokoi i gawędzimy sobie znowu do północy, ubierając się we wszystkie ciepłe ciuchy łącznie z motocyklowymi.

9.09.2011 piątek

Dzisiaj wycieczka, dla której właściwie tutaj przyjechałem, więc od rano niecierpliwie przebieram nogami. Jednak nie zrywamy się z rana i na spokojnie po śniadanku wsiadamy na nie objuczone bagażami motocykle. Pogoda przepiękna – błękit, słońce, o 10:00 jest już jakieś 22C i widać, że będzie rosło dalej. Szybkie planowanie trasy i jedziemy... Zaraz za Żabljakiem skręcamy w prawo w dróżkę na Trsa / Płużine. Po kilku kilometrach szczęki walą nam z hukiem o asfalt raz za razem.

Mamy wrażenie jakbyśmy wjechali naszymi motocyklami na Halę Gąsienicową i teraz z Murowańca kierujemy się na Kasprowy Wierch tylko, że… doskonałą wąską asfaltową dróżką. Przed przełęczą z widokiem na Sedlo (1907 m n.p.m.) zatrzymujemy się na kilka fot i przy okazji uiszczamy opłatę 2 EUR / osobę za wjazd na teren Parkuj Narodowego Durmitor. Tak, pozwalają wjechać motocyklem, samochodem czy czym tam wymyślicie na teren Patku Narodowego. Nie wiem jak długo takie liberalne podejście u nich potrwa, więc kto może niech korzysta jak najszybciej. Co chwilę stajemy na foty, kręcimy filmy, nie możemy się odnaleźć w przepięknej wysokogórskiej scenerii. Cieszymy się jak dzieci z otaczających nas widoków, pustych przestrzeni i wspaniałą letnią pogodą. Po prostu raj…

To szaleństwo trwa jakieś 20-30 km, wreszcie docieramy do wioski Trsa, gdzie zatrzymujemy się w lokalnej knajpie, do której nas ściągnęła nas z drogi jej właścicielka. Przepyszna „neska” czyli kawa z mlekiem, naleśniki i omlety smakują jak u babci… Po posiłku i kufelku piwa wąskimi asfaltowymi dróżkami docieramy do kanionu Pivy.

W Pivie szybka wizyta w bankomacie i markecie i wracamy się drogą wzdłuż Pivskiego Jeziora w kierunku Scjepan Polje (BiH). Krętą drogą wiszącą nad rzeką, która co chwilę prowadzi przez krótki tunel, docieramy do zapory rzecznej, dzięki której powstało jezioro. Parkujemy pod znakiem „zakaz zatrzymywania” i robimy kilka fotek tuż obok znaku „zakaz fotografowania”, Zapora robi wrażenie – nie wiem czy większe ze względu na swoją wysokość czy opłakany stan techniczny, który sugeruje, że może nie jesteśmy w najbezpieczniejszym miejscu Czarnogóry. Po chwili pojawia się dwóch smutnych panów w uniformach, którzy każą nam przepakować maszyny. Zwijamy się więc i jedziemy z powrotem kierując się na Niksic. Po drodze szukamy wypatrzonego na mapie skrótu do Żabljaka. Tzn. na mapie on jest do pewnego momentu, potem zanika, ale tłumaczymy sobie, że na pewno jest jakaś lokalna droga nie naniesiona na mapę. Jedziemy z Anią na końcu i w pewnym momencie widzimy jak na wzgórzy dwóch smarkaczy łapie za kamienie i biegnie w kierunku szosy, żeby... no właśnie po co im te kamienie? Dodaję gazu i na maksymalnej mijam wąskie gardło licząc na to, że gnojki wolno biegają i mają zeza... Początki „skrótu” są obiecujące – wąskie asfalty wiją się w szerokiej dolinie rzecznej pośród pól, łąk i wiosek. Są owce, pasterze, psy pasterskie, jest malowniczo.

Pierwsza obrana droga zmienia się w szutrową (fajnie), ale niestety zakręca z powrotem w kierunku głównej drogi na Niksic, wracamy się. Druga kończy się leśną ścieżką prowadzącą na skraj kanionu rzecznego, skrót raczej dla paralotniarzy, motocyklem to nawet Travis Pastrana by nie dał rady przelecieć. Trzecia opcja też kończy się centralnie na łące prowadzącej do prywatnej chałupy. Zrezygnowani, ale zadowoleni z włóczęgowania się, wracamy do głównej asfaltowej trasy na Niksic, by po chwili odbić na Savnik. Znowu mamy całą masę ciasnych zakrętów i serpentyn, do tego spory jak na Czarnogórę ruch, więc jest zabawa z wyprzedzaniem na serpentynach, super. Droga od Savnika do Żabljaka jest świeżo wybudowana i nawet nie mamy jej na mapie. Nowiutki, gładziutki asfalt, bardzo szybkie świetnie wyprofilowane zakręty i doskonała widoczność do przodu sprawia, że znowu czujemy się jak na torze motocyklowym. Zmęczenie znika i każdy ciśnie jak głupi. W pewnym momencie nieco nas spowalnia przechadzająca się po drodze krowa (tzn. „jeleń” ), ale po chwili znowu pędzimy w zawrotnym tempie. Mało komfortowy jest miły skąd inąd zwyczaj Czarnogórców pozdrawiania nas mruganiem światłami – podświadomie spodziewamy się po takim pozdrowieniu patrolu Policji z suszarką i… w jednym miejscy nawet ich spotykamy, ale nawet nie unoszą suszarki w naszą stronę. Z uśmiechem pozdrawiam ich uniesioną lewą dłonią, nie ruszyli w pogoń…

Około 18:00 jestem z powrotem w Żablajku, za nami dzisiaj jedyne 200 km, które zajęły nam cały dzień, doskonały dzień należy dodać. Prosto z trasy podjeżdżamy do sprawdzonej karczmy z uśmiechniętym kelnerem i znowu rozpychamy swoje żołądki „stekiem Njeguseckim”, „mięsem po durmitorsku” czy „stekiem durmitorskim”, popijając to piwkiem. Po 20:00 jesteśmy z powrotem na kempingu, dzisiaj ostatni wieczór na Kod Boce. Wieczorem w wiacie jest bardzo zimno i tym razem to nie my jesteśmy najgłośniejsi na kempingu, tylko niemieccy „szermierze”…

10.09.2011 sobota

Wstajemy ok. 8:00 (co z nas za Polacy, trzeba było wstawać o 5:00!!!), powolna toaleta i wreszcie znienawidzone przez nas wszystkich pakowanie. Wreszcie ruszamy w trasę, z żalem żegnając uroczy Ekocamp Kod Boce. Pierwsze serpentyny za Żabljakiem pokonujemy naszymi Goldwingami bardzo asekuracyjnie, przyzwyczajając się na nowo do ich masy i specyficznego przeciążenia tyłu motocykla. Po 23 km docieramy do mostu na Tarze figurującego na większości widokówek z Durmitoru. Krótka sesja fotograficzna i spacerek po moście i stwierdzamy, że jest on nieco przereklamowany, dużo ładniejsze widoki były wczoraj w kanionie Pivy.

Dalej nasza trasa wiedzie kanionem Tary – jest to najwyższy kanion rzeczny w Europie i jeden z najwyższych (w niektórych przewodnikach jest napisane, że drugi po Kanionie Colorado) na świecie. W rzeczywistości znacznie wyższy (3400 m!!!) jest kanion Colca w Peru, ale nich im tam będzie... Brzegi kanionu mające charakter gór wznoszą się nawet na 1300 m nad poziom rzeki, a przeciętny spadek wynosi 4,5m / km. Niestety podziwianiu tego cudu natury z siodła motocykla jest utrudnione – brzegi drogi są porośnięte drzewami i krzakami, które zasłaniają widok na rzekę, a miejsca, z których cokolwiek sensownego widać nie są zabezpieczone i nie mają miejsca na zaparkowanie motocykla. Udaje nam się w kilku miejscach cyknąć jakieś fotki, ale na pewnie lepsze wrażenia mielibyśmy z rzeki, płynąc pontonem w trakcie bardzo tu popularnego raftingu. Droga jest wymagająca – do ciasnych zakrętów i ślepych zasłoniętych skałami zakrętów już się przyzwyczailiśmy, ale świeżo opadłe kamienie i fragmenty skał leżące na jezdni (zazwyczaj za takim ślepym zakrętem) podnoszą nam adrenalinę i zmuszają do uważnej jazdy.

Po 1h i raptem 46 km docieramy do Mojkovac, skąd już główną krajówką E80 / E65 ciągnącej się wzdłuż kolejnego górskiego kanionu rzeki Moraca. Ruch na drodze jest spory, ale największe zatory są powodowane przez stare gruchoty jeżdżące jako TIR-y, które na podjazdach muszą zwalniać nawet do 10 km/h, a na zjazdach… też jadą 10 km/h, bo bez hamulców strach się rozpędzić bardziej. Swoją drogą kierowcy tutaj jeżdżą już z południową fantazją – nie zapomnę autokaru, który wepchnął się w trakcie momentu wyprzedzania między Bobera… i mnie, po czym mało nie trafił czołowo jadącej z naprzeciwka ciężarówki. W życiu bym nie wsiadł do autokaru w Czarnogórze… Jeszcze przed Podgoricą stajemy na parkingu przy jakiejś jadłodajni i uzupełniamy swoje zasoby płynów i energii wciągając jakieś „lepieni” i sałatkę szopską. Droga na tym odcinku wije się nie gorzej niż w kanionie Pivy czy Tary, tylko jest znacznie szersza i z przepięknymi widokami na leżące na granicy z Albanią Góry Przeklęte.

Odbieram to jako zaproszenie ze strony Albanii, żeby do niej też się niedługo wybrać. W końcu docieramy do stolicy Czarnogóry – Podgoricy. Według przewodnika nie ma w niej zbyt wielu atrakcji turystycznych (stolicą regionu jest od 1945 roku, kiedy ustanowił ją tutaj Tito, historyczną stolicą Czarnogóry było leżące w górach Cetinje), więc z przyjemnością przejeżdżamy przez nią szybką obwodnicą. Odnosimy wrażenie, że ktoś włączył piekarnik i zapomniał go zamknąć – rozpinanie kurtek nie pomaga, bo pęd powietrza nas zbytnio nie chłodzi.

Wreszcie docieramy do leżącego na południowym końcu Jeziora Szkoderskiego miasta Virpazar, za którym wjeżdżamy do płatnego (2 czy 2,50 EUR?) kilkukilometrowego tunelu (O matko! Jak przyjemnie chłodno!) prowadzącego pod górami do nadmorskiego Petrovac. Za tunelem skręcamy na Sutomore, gdzie planujemy „zakotwiczyć” na kilka dni. Termometr przy wylocie z tunelu sprawia, że pocę się jeszcze bardziej – temperatura powietrza to 36C! Ponieważ wszyscy mają już na zegarach „głęboką rezerwę” to zajeżdżamy na pierwszą stację benzynową. Spalanie jakie nam wyszło przez ostatnie 2 dni to…3,5-4l / 100 km – to efekt wczorajszej spacerowej jazdy przez Durmitor. Na stacji zaczepia nas chłopak z obsługi pytając czy przyjechaliśmy na „Dzień Motocyklisty”, nie bardzo wiedząc o co my chodzi kręcimy głowami, że nie, że my normalnie na urlop. Drugi ze śmiechem wskazuje na nasze motocyklowe spodnie, kurtki i buty pytając się czy nie jest nam zbyt „ljuci” czy za gorąco? Za chwilę rozumiemy jego ubaw, gdy podjeżdża na stację lokalny bajker na Aprlili Caponord – t-shirt, spodenki, sandały, nawet kasku nie zakładał, bo ciepło… Po kilku km już zrozumieliśmy, że tutaj nikt inaczej nie jeździ, kask jest już wypasem w kwestii bezpiecznego ubioru na jednoślad. Kręcimy kółko po mieście, wreszcie decyduję się wyjechać z niego kawałek w stronę Baru i w pewnym momencie znajduję boczną uliczkę prowadzącą w stronę morza. Jesteśmy mocno zdeterminowani, żeby zakończyć już dzisiejszy etap i zanurzyć się wreszcie w Adriatyku. Po chwili parkujemy w skrawku cienia na ulicy i idziemy obejrzeć najbliższe „apartmani”. Nowe czyste pokoje z łazienkami i aneksem kuchennym oraz z widokiem z 3 piętra na zatokę i plażę raczej nam się podobają. Pozostaje jeszcze kwestia ceny. Po krótkiej wymianie propozycji obydwóch stron kończymy na 25EUR za 2-osobowe pokoje dla par i 15 EUR za dwójkę do samodzielnego wykorzystania dla Jacy.

Motocykle wstawiamy do „zagrody” zmuszając w trakcie tego manewru prowadzącego bar na dole do małej rewolucji w lokalu. Odtąd każde wyprowadzenie i wprowadzenie maszyn do zamykanej „zagrody” oznacza konieczność przestawienia 4 klombów z tujami i poprzesuwania 3 podwójnych skrzydeł bramy. Ponieważ bar jest powiązany w jakiś sposób z właścicielami budynku to barman nie ma nic przeciwko temu i przez kolejne 4 dni uczynnie otwiera i zamyka nam nasz „parking”. Nie bez znaczenia jest fakt, że po każdym chowaniu motocykli na parking siadamy u niego na piwie.

30 minut po zaparkowaniu jesteśmy już na odległej o jakieś 50m kamienistej plaży i nareszcie!!!! moczymy się w Adriatyku. Po całym dniu skwaru jest to nieprawdopodobnie przyjemne przeżycie. Kończymy kąpiele i plażowanie dopiero po zachodzi słońca. Siedząc w wodzie oglądamy paradę z okazji owego „Dnia Motocyklisty” promenadą wzdłuż plaży. Wieczór to długo oczekiwane owoce morza i spacer festyniarską promenadą, na której niedobitki z Dnia Motocyklisty palą gumę, kręcą silniki do odcinki itd. Obserwujemy jak się należy bawić na zlocie, zastosujemy to na pewno na jesiennym w Pasymiu. Kończymy wcześnie bo o 23:00 jesteśmy już w swoich pokojach, wychłodzonych dzięki pracującej Klimie. Niestety nie ma wody w całym pensjonacie, podobno raz na kilka dni jest ona wyłączana w godzinach nocnych w całym mieście – w ramach walki z jej niedoborami w regionie. Na noc wyłączamy z Anią klimę i otwieramy wychodzące wprost na morze drzwi balkonowe. Księżyc w pełni budzi mnie ok. 2:00 świecąc mi prosto w twarz, wychodzę więc na taras i z 10 minut delektuję się nocną panoramą zatoki i miłą temperaturą powietrza (było pewnie z 24C…). Jest cudnie…

11.09.2011 niedziela

Około 7:00 ktoś „włącza” wreszcie wodę, a rozkręcająca się na dworze „gora” wygania nas z łóżek. Na szczęście taras mamy w cieniu, więc z przyjemnością pijemy na nim poranną kawkę. Potem do sklepu po słodkie śniadanie. Ok. 10:00 zbieramy się w sobie i wyciągamy motocykle z zagrody. Dzisiaj jesteśmy „sfrustrowanymi dawcami organów” i wszyscy ubieramy się w letnie ciuchy – t-shirty, krótkie spodenki (ja długie ale przewiewne bojówki z Decathlonu) i adidasy. Do tego obowiązkowe kaski i rękawiczki i w drogę. Jest już 34C, nie chcemy, żeby nam się białko ścięło w czasie jazdy. Ruszamy i jest zupełnie inaczej niż wczoraj. Bez spowodowanych gorącem nerwów, spokojnym skuterowym tempem jedziemy na południowy kraniec Czarnogóry – leżącą na granicy z Albanią wyspę Ada Boiana.

Jej geneza jest dość ciekawa, otóż w 1858 zatonął na środku rzeki w jej ujściu do morza statek handlowy. Prądy rzeczne szybko zaczęły na niego nanosić muł rzeczny oraz piasek i w ten sposób powstała wyspa 2,8 na 1,8 km. Po drodze podziwiamy przedziwne konstrukcje na rzece zwane „kalimary” – jest to rodzaj drewnianego żurawia z zaczepioną na końcu ogromną siatką w kształcie kwadratu i służy on do poławiania w rzece ryb bezpośrednio z brzegu. Po dojeździe na koniec mapy dowiedzieliśmy się, że cała wyspa jest zamknięta i zrobiony jest na niej kemping FKK czyli dla naturystów. W obawie o reakcję naszej nieprzyzwyczajonej skóry na promienie słońca rezygnujemy z niewątpliwej przyjemności pokazania słońcu dupy i cofamy się 2-3 km w stronę Ulcinji. Tam kierowani impulsem skręcamy zgodnie ze znakiem „Safari Beach” i zostajemy na tej plaży już do końca dnia. Piękna piaszczysta plaża z parasolami, leżakami, barem z zimnym piwem i jedzeniem, czyste morze z piaszczystym dnem, do tego dający cień lasek do zaparkowania motocykli. No bajka. Przez kilka godzin wygrzewamy się jak legwany, moczymy w morzu, pijemy piwo, wygrzewamy, kąpiemy, jemy sałatkę szopską, wygrzewamy, kąpiemy… Nuda, ale jaka przyjemna!

Dopiero po 17:00 wsiadamy na motocykle i podjeżdżamy kilka km do miasteczka Ulcinj. Miasto ma wyraźnie inny charakter niż poznane dotychczas miasta czarnogórskie. 3 meczety (widoczne minarety) w zasięgu wzroku, uliczki z charakterystycznym nieuporządkowanym handlem, milionem mikrosklepików i zakładów rzemieślniczych, nawoływania muzeina i zakwefionymi kobietami. Nie da się ukryć, że to bardziej muzułmańska Albania niż prawosławna Czarnogóra. Podjeżdżamy do świeżo odbudowanej średniowiecznej starówki zbudowanej na wychodzącym w morze cyplu i otoczonej wysokimi murami obronnymi.

Powrót Jadranskim Putem, czyli drogą biegnącą wzdłuż Adriatyku z widokiem z jednej strony na morze, z drugiej na góry, w świetle zachodzącego w morzu słońca jest magiczny (a co niektóre pasażerki twierdzą, że bardzo zimny…).

12.09.2011 poniedziałek

Dzisiaj po strategicznej dyskusji podczas śniadanka na tarasach decydujemy pojechać na objazd Jeziora Szkoderskiego (po jego czarnogórskiej stronie). Pierwszym punktem na trasie jest Stary Bar – ruiny miasta z X-XI wieku rozłożone na wzgórzu u stóp potężnego masywu Rumija (1593 m n.p.m.) są naprawdę urocze. Pomimo panującego upału (37? 38C?) spędzamy z pół godzina chodząc pomiędzy ruinami domów, wspinając się na wieżę twierdzy, zwiedzając pozostałości klasztornych lochów.

Po powrocie na parking znajdujemy dwa motocykle z Polski, ale bajkerów nie spotkaliśmy. Ze Starego Baru jedziemy górską drogą w kierunku na Virpazar po drodze zatrzymując się przy białym obelisku niewiadomego przeznaczenia oraz w jeszcze jednym miejscu widokowym po przekroczeniu gór. Droga sprawia wrażenie nieuczęszczanej – wyrwy w jezdni, wyrastające z dziur w asfalcie krzaki, zarośnięte totalnie znaki drogowe, pojawiające się znienacka odcinki szutrowe w miejscach gdzie wiosenne roztopy pozabierały asfalt są tego dowodami. Jest strasznie gorąco i niestety temperatura wraz ze wzrostem wysokości rośnie zamiast spadać.

Wreszcie docieramy do Virparazar, gdzie stajemy na kawę, szopską i lody. Niefortunnie zrzucam swój kask z motocykla na ziemię, w wyniku czego wizjer się lekko odkształca. Niestety taki już pozostanie na zawsze, a mi to humoru nie poprawia. Dalsza cześć wycieczki to jazda drogą wzdłuż brzegów Jeziora Szkoderskiego. Widoki i sama droga są niesamowite – poprowadzona jest ona wysoko ponad brzegiem jeziora po pólkach skalnych, jest wąska, z kiepską nawierzchnią i co jakiś czas spotykamy jadące z naprzeciwka auta.

W końcu docieramy do wioski Ostros, skąd kierujemy się na jakąś przełęcz 916 m n.p.m., z której roztacza się przepiękna panorama na zielone wzgórza po albańskiej stronie granicy. W oddali widać zabudowania Szkoderu. Po drodze dwukrotnie przejeżdżamy przez cudownie zielony i chłodny las, sprawiający wrażenie dżungli, świetna przerwa w całodziennym skwarze. Dalej górskim skrótem do Baru i przed zachodem słońca parkujemy na kwaterze. Ostatnie promienie słońca łapiemy już na plaży, mocząc się w ciepłej i słonej wodzie Adriatyku.

Wieczorem trafiamy do czeskiej (!?) knajpy ze świetnymi rybami i owocami morza. Wieczór kończymy u nas na balkonie. Rozpędzam „imprezę” usypiając na krześle na tarasie…

13.09.2011 wtorek

Po wczorajszej dość wyczerpującej wyciecze następuje podział ekipy na trzy frakcje:
1) Pierwsza w składzie Bober + Justyna jadą na zwiedzania Budvy, w trakcie którego Bartek zostaje „Jedynym Latającym Bobrem” oraz Baru;
2) My ze Złotymi jedziemy na „obrzydliwie” gnuśne lenistwo na znanej nam już „Safari Beach” – tego dnia były dużo większe fale, poza tym równie przyjemnie;
3) Jaca w ogóle nie wyciąga Vstroma tylko idzie pieszo szukać dobrych miejsc do nurkowania z maską i fajką.

Zjeżdżamy się wszyscy niemal o tej samej porze na kwaterze i przy zimnym piwie wymieniamy wrażeniami z dnia. Wieczór – to już ostatni w Sutomore - ponownie spędzamy w czeskiej knajpie z wybornymi rybami. Mniam! Pożegnalny spacer po mocno opustoszałej promenadzie, jakieś lody zwane tutaj „sladoledy” i piwko na balkonie u Złotych.

14.09.2011 środa

Po śniadaniu pakowanie wielbłądów, na które musimy jeszcze dodatkowo upchnąć ciężki kurtki, spodnie motocyklowe. Ruszamy w trasę do Cetinje – za wysepką Svety Stefan droga wspina się nad Budvą w górę zapewniając z każdym zakrętem coraz lepszą panoramę miasta i morza.

Jednak powietrze jest dużo bardziej zamglone – czyżby jakaś zmiana pogody? Temperatura na to nie wskazuje, twardo 33-34C. Droga do Cetinje poza pięknymi widokami zapewnia motocykliście wielką przyjemność z jazdy. Liczne zakręty, podjazdy, zjazdy, super. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się za Cetinje. Przypadkiem zamiast skierować się na mauzoleum Njegusa tylko trasą na Kotor, mijamy więc bokiem Park Narodowy Lovcen podziwiając masyw tej góry z boku i nieco z dołu. Droga w pełni nam wynagradza tą pomyłkę – wąska asfaltowa ścieżka co chwilę zawijająca o 180 stopni, praktycznie zero ruchu, piękne widoki i … no nareszcie! temperatura chyba lekko poniżej 30C.

Po prawie godzinie dojeżdżamy do skrzyżowania, z którego możemy cofnąć się do wykutego w skale Lovcen mauzoleum, ale większość decyduje kierować się dalej do Kotoru. Po chwili zaczyna się słynna „drabina do Kotoru” czyli wykuta w skalnym zboczu droga składająca się z ponumerowanych (na każdym jest namalowana kolejna cyfra) zakrętów 180 stopniu oraz nienumerowanych licznych mniej ostrych winkli.

Droga jest obłędna, a widoki w dół na Kotor i całą Bokę Kotorską zapiera dech w piersiach. Niestety w Kotorze zacumował dzisiaj ogromny statek pasażerski, który widzieliśmy z góry i spora części z jego kilkutysięcznego grona pasażerów postanowiło pojechać do mauzoleum Njegusa autokarami. Pomysł masakrycznie głupi biorąc pod uwagę drogę, którą przyszło im wjeżdżać – na każdej agrafce autokary muszą łamać się na 2 razy, jadący z naprzeciwka samochody muszą zjeżdżać na bok, czasami cofać się, a i my często musimy stawać przed zakrętem, żeby przepuścić autokar.

Bobery zostają w tyle, bo Justyna dzisiaj od rana cierpi na jakieś zatrucie, umawiamy się na dole w Kotorze i dzidujemy w dół. Po drodze kilka razy adrenalina nam się podnosi, nam szczególnie raz, gdy na kolejnej (nr 20) serpentynie jadące z naprzeciwka BMW wyjeżdża centralnie na nasz pas i w ostatnim momencie z piskiem opon wyhamowuje przed stojącym już w miejscu, na skraju jezdni przednim kołem naszego Vstroma. Uff… było blisko. Po zjeździe z góry zatrzymuję się, żeby zaczekać na resztę ekipy, po chwili dojeżdża Złoty, za nim Jaca. Czekamy na Bobrów, kiedy od strony Kotoru skręca na „drabinę” jakaś CBR-ka i pochwili gwałtownie hamuje przy naszej grupce. Motocyklista z Polski, którego poprzedniego dnia opuścił kompan i dzisiaj samotnie jedzie na objazd Lovcen. Chwilę gadamy, życzymy mu szerokiej drogi i on leci w górę, jeszcze przez jakiś cza słychać pracę jego rzędówki na poszczególnych winklach. W międzyczasie dojeżdżają Bobry, więc razem kierujemy się w dół umawiając się przy wejściu na starówkę. Po chwili stajemy ponownie na fotki panoramy Kotoru, a Bobry jadą dalej. Pod murami starówki telefonicznie synchronizujemy się z Bobrami, parkujemy nasze rumaki na specjalnym parkingu dla jednośladów i już w komplecie idziemy na przechadzkę po starówce. Kotor zapamiętałem z lipcowego urlopu żeglarskiego jako stosunkowo kameralne i nie zatłoczone miasteczko. Niestety – kilka tysięcy bladych pasażerów stojącego na kotwicy na środku zatoczki pływającego wieżowca zmieniło to diametralnie. Starówka pęka w szwach – w knajpach na głównym rynku i przy XIII wiecznej katedrze nie ma wolnych miejsc a ludzie czekają w kolejkach aż się zwolni stolik.

Jakimś cudem znajdujemy przyklejoną do murów obronnych restaurację na uboczu i siadamy w klimatyzowanym wnętrzu. Popijamy zimne piwko i inne napoje, zjadamy jakieś potrawy… Płacimy za to wszystko jak za zboże, ale przynajmniej się schładzamy. Właśnie, zapomniałem dodać, że po chwilowej uldze podczas przejazdu przez góry temperatury znowu wróciły do 35-36C, do tego wilgotność jest tu dużo wyższa niż nad otwartym morzem. Sauna z elementami piekła… Ze względu na tłumy spacer po starówce traci swój urok, a chętnych na zdobywanie twierdzy (1200 stopni w górę – my z Anią byliśmy tam w lipcu) w załodze brak, więc po kilkunastu minutach kluczenia docieramy do motocykli i wyjeżdżamy z miasta, każdy swoim pojazdem..

Dalsza droga Jadranskim Putem jest dość powolna, ale urokliwa, tylko jest piekielnie gorąco. Raz stajemy na fotki w pobliżu malowniczych i charakterystycznych wysepek z kościołem Św. Jerzego oraz Kośiołem Madonny od Skały.

Kolejny postój wymuszony wycieńczeniem naszych organizmów na cudownie klimatyzowanej stacji OMV na końcu Boki Kotorskiej, którą objeżdżamy w całości nie korzystając ze skracającego drogę promu Lepetane - Kamenari. W chwilę po ruszeniu ze stacji docieramy na przejście graniczne MNE / HR, przed którym stoją tablice informujące, że zostało wybudowane z funduszy strukturalnych Unii Europejskiej. Już po powrocie do Polski dowiedziałem się, że podczas naszego urlopu Chorwacja podpisała kolejny traktat stowarzyszeniowy na drodze do członkostwa w UE. Obiektywnie patrząc trzeba stwierdzić, że w dążeniach do upodobnienia się do zachodu jest dużo dalej niż używająca Euro jako własnej waluty Czarnogóra, nie wspominając o Bośni i Hercegowinie czy Serbii. Szybka, bezproblemowa odprawa i już pokonujemy ostatnie kilometry przed Dubrownikiem. Stajemy na chwilę na Bosance, żeby zrobić klasyczną fotkę murów starówki Dubrownika, ale niestety jest już ciemnawo, pod słońce, więc rewelacji nie ma. W Dubrowniku przejeżdżamy obok starówki i szukamy kwatery w leżącej blisko starówki i morza dzielnicy.

Dopiero później orientujemy się, że wybraliśmy dość ekskluzywną część miasta – przy tej ulicy stały pięciogwiazdkowe hotele: Willa Dubrownik, Excelsior, Hotel Argentina. Po początkowych niepowodzeniach trafiamy wreszcie na kwaterę z widokiem z jednego z okien na starówkę. Szybkie negocjacje i ustalamy cenę na 25 EUR od osoby. Tanio nie jest, ale miasto drogie, a lokalizację wybraliśmy też nie najtańszą. Rozpakowanie motocykli (Cholera! Znowu po schodach do góry…), parkujemy je na zacienionym parkingu, spinamy łańcuchem „w gwiazdę”, potem szybki prysznic i niemal biegiem na starówkę. Niestety docieramy na nią przed 19:00, więc na mury miejskie już nie wejdziemy.

Postanawiamy pospacerować po uliczkach starówki. W pewnym momencie Jaca orientuje się, że w kantorze gdzie wymieniał EUR na Kuny „zrobili” go na 100 KN i postanawia wrócić się do kantoru (Pani po podliczeniu kasy oddała mu brakującą kwotę), a potem nas poszukać na starówce. Starówka w Dubrowniku jest jednak naprawdę spora i zakręcona i niestety Jacy nie udaje się nas znaleźć, nie zdecydował się też do nas zadzwonić, więc w efekcie spotykamy się z nim dopiero na kwaterze.

My oglądamy mury miejskie od wewnątrz i z zewnątrz, następnie dotykamy wyślizganego jak szkło „kamienia dziewic”. Z tym kamieniem wiążę się legenda, że jeżeli spróbuje się na niego wspiąć dziewica to bez problemu utrzyma się w górze. Najwyraźniej większość próbujących swoich sił dziewcząt trochę oszukuje, bo ściana nad kamieniem jest wyślizgana od próbujących się jej złapać kandydatek na dziewice. Podziwiamy też oczywiście charakterystyczny zegar „cyfrowy” na wieży zegarowej przy ratuszu – niby mechaniczny, ale zamiast wskazówek ma dwa okienka, w którym pokazują się cyfry rzymskie (godzina) oraz arabskie (minuty)… Oczywiście zaglądamy do kultowej lodziarni – idąc od kamienia dziewic w kierunku wieży zegarowej to będzie pierwsza lodziarnia po prawej stronie. Pracujący tam „lodziarz” żongluje wafelkami i rzucanymi w powietrze gałkami, upuszcza loda, żeby go złapać tuż przy ziemi itp. Najlepszą zabawę ma z Anią, która chciała tylko jedną gałkę – najpierw ją nasadził na odwrotny koniec wafla (tak – ten spiczasty…), potem kilka razy go niby upuścił, dołożył jeszcze dwie gałki nakrył od góry, z boku i wyszedł…pajacyk. Śmiechu było co niemiara.

Wreszcie po powolnej włóczędze po całej starówce decyduje się skorzystać z zaproszenia i kuponu promocyjnego wręczonego nam na głównym deptaku przez „akwizytora” jednej z knajp. Darmowy „Prosek”(chorwacki vermuth), darmowe 2 litry wina oraz polskie menu plus lokalizacja knajpy w wąskiej uliczce powyżej deptaka przekonuje nas do skorzystania. Trafiliśmy dobrze, jedzenie i napoje były pyszne, a sympatyczny kelner opowiadający nam anegdoty o „wielikim penisie” umila nam wieczór. Justyna dostaje na swoje dolegliwości żołądkowe końskie dawki rakiji, my opijamy się winem. W nocy budzę się, żeby przez kilkanaście minut gapić się z okna pokoju na oświetlone księżycem mury Dubrownika. Bajka!

15.09.2011 czwartek

Poranek wita nas widokiem na mury Dubrownika, cumującymi naprzeciwko luksusowymi jachtami oraz… dolegliwościami Ani. Wygląda na to, że wirus przeszedł z Justyny teraz na nią. Pakujemy motki i opuszczamy Dubrownik, plan na dzisiaj to przejazd Jadrańską Magistralą do Senj.

Jeżeli ktoś nie jechał tą trasą to niech sobie wyobrazi ciągnącą się przez kilkaset kilometrów szosę pełną zakrętów z widokiem – z lewej strony na błękitne morze, z prawej na kamienne miasteczka z pomarańczowymi dachami lub na góry. Pomimo dużego ruchu jazda nią sprawia przyjemność. Za Makarską czyli decydujemy się z Anią oddzielić od grupy, żeby jej nie spowalniać i odpocząć dłużej na przydrożnym parkingu, a potem nadgonić dystans równoległą do Jadranskiej autostradą.

Spędzamy na parkingu z godzinę, Ani poprawia się na tyle, że możemy jechać, więc szybko docieramy do autostrady. Kolejne 300 km to jedna wielka nuda – niestety nie potrafię znaleźć przyjemności w jeździ Sztormiakiem po autostradach, nawet jeżeli są one tak porządnie zrobione i „widokowe” jak chorwackie. Dużym plusem jest natomiast to, że Ania spokojnie i bezpiecznie może na nich spać na tylnym siedzeniu, a ja mogę spokojnie jechać przy tym w granicach 140-150 km/h. Robimy dwa postoje na stacjach benzynowych – po pierwszym zaraz za wjazdem na autostradę ubieramy się w kurtki motocyklowe, do tej pory jechały one na kufrach, ja dopinam dolną część nogawek od spodni. Temperatury po przejechaniu tunelem na drugą stronę Gór Dynarskich spadły do 25-28C (na wybrzeżu znowu 33-36C). Na drugim postoju Ania stwierdza, że też już ma dość autostrad i już się trochę lepiej czuje, więc przekierowuję nawigację na kultową drogę Gospic – Karlobag. Trasa jest warta przejechania – pieknie poprowadzony przejazd przez Góry Dynarskie na wybrzeże z setką zakrętów, agrafek, z dużą różnicą wysokości. Pięknie się jedzie!

W Karlobag wpadamy już na Jadrańską i magistralą ciśniemy do samego Senji. Ten odcinek ze względu na bliskość równoległej autostrady charakteryzuje się niewielkim ruchem, więc jedzie się super przyjemnie.

Przed samym Senj pojawiają się niezwykle silne porywy wiatru, które mocno przyginają lub prostują motocykl w zakręcie. Trzeba uważać, żeby nie przyziemić. W Senj okazuje się, że jesteśmy pierwsi, stajemy na stacji benzynowej, SMS-ujemy z załogą i ruszamy na szukanie kwatery. Od samej stacji jeździ za nami jakiś szaleniec na skuterze i łamaną polszczyzną wykrzyuje „wolnie pokoi! Wolnie pokoi!”, ale go ignorujemy i uciekamy (Ha! Nie miał szans z Vstromem…) Oglądamy jakieś pokoje w mieście, ale nie jesteśmy przekonani, w międzyczasie dojeżdżają Bobry i Złoci (Jaca jedzie z tyłu bo nie skracał autostradą okolic Zadaru) i spotykamy się w porcie w centrum. Szybki „research” w hotelu – 120 EUR i w tym momencie konspiracyjnie woła nas… nasz prześladowca na skuterze. Szybka gadka, opowiada, że ma pokoje dla nas, chwilę się targujemy, wreszcie staje na 12,5 EUR / osobę. Jedziemy za nim pod górę. Mało się nie przewracam ze śmiechu, gdy widzę, że zaprowadza nas on na kwaterę, na której mieszkałem w zeszłym roku podczas motowyjazdu na Chorwację. Świat jest mały a Senj miniaturowe… Pokoje są OK., chociaż szału nie robią. Ania i Bobry zostają na kwaterze, ja ze Złotymi i Jacą idziemy z buta do centrum na jakąś kolację. Dwudziestominutowy spacer zaostrza nasze apetyty i w efekcie wciągamy 3 duże pizze zapijając Karlovacko. Wiatr wieje jak głupi całą noc – czy to już słynna „Bora” oznaczająca co roku koniec lata w Chorwacji?

16.09.2011 piątek

Poranek wita nas – o dziwo słońcem i błękitnym niebem, nadal wieje, ale już nie tak strasznie jak w nocy. Temperatura sporo niższa – może 22C? Dzisiaj wszyscy już ubierają się w ciuchy motocyklowe, większość ładuje membrany, a nawet podpinki. Ja zostaję bez membran, zobaczymy jak będzie… Najpierw obowiązkowa sesja pod twierdzą Nehaj w Senji... Z Senj jedziemy kultową totalnie zakręconą drogą przez przełęcz Vratnik – rewelacja!

Dalej równoległą do autostrady dróżką przez Brinje, Josipdol, Ogulin, następnie odbijamy w lewo na Vrbovska i docieramy bardzo trzeciorzędnymi dróżkami do przejścia granicznego HR / SLO w Vinicy. Za granicą krajobraz zmienia się na typowo alpejski – zielone, wysokie góry, zadbane drewniane domy w stylu alpejskim, Słowenia różni się bardzo od Chorwacji, jadąc przez kraj widać to wyraźnie. Jedziemy drogą 218 przez Crnomej na Metlikę, za którą zaczyna się motocyklowa trasa 105 do Novego Mesta. Znowu liczne serpentyny, zakręty, kilka razy spotykamy znak ostrzegający przez częstymi wywrotkami motocyklistów. Tych zresztą też na trasie nie brakuje. Mniej więcej w połowie tej traski dostrzegam szyld „SUZI BAR” i napis na ścianie „Motorcycle Parking Only”. Nie no, takiego baru pominąć nie możemy, zjeżdżam na parking, reszta za mną i po chwili popijamy kawkę podawaną przez wysoką blondynę z turkusowymi tęczówkami (na bank miała soczewki barwiące…).

W barze spędzamy z 15 minut i dalej dzida na Nove Mesto, Sevnicę i wreszcie wzdłuż rzeki Sava docieramy do Lasko. Ostatni odcinek drogi choć ładny to bardzo zapchany – na wąskiej drodze każdy TIR powoduje zator kilkudziesięciu osobówek za sobą, w wielu miejscach droga jest zbyt wąska, żeby dwa TIR-y się minęły, więc muszą się przepuszczać. Jazda nie jest więc płynna i przyjemna jak do tej pory.
W końcu docieramy do Lasko, miasta słynącego z dużego browaru „Lasko” sprzedawanego na terenie niemal całej byłej Jugosławii. Wbijamy się do centrum miasteczka i siadamy na obiedzie w przyhotelowej knajpie. Lokalny specjał w postaci sutego gulaszu z fasolą, kawałkami kiełbasy i papryką smakuje nie najgorzej, do tego oczywiście po piwie Lasko, niestety małym. Zawiązuje się strategiczna dyskusja co dalej? Widać, że w ekipie jest kilka koncepcji dalszej drogi powrotnej: Jaca przebąkuje coś, że on chyba wytnie ciągiem przez noc bocznymi drogami przez Austrię i Słowację do Polski, żeby być w sobotę rano w domu, Bobry ze Złotymi mają dość bocznych dróżek i chcą lecieć autostradami pod Wiedeń, my z Anią z kolei nie jesteśmy fanami autostrad i chcemy się trzymać pierwotnego plany czyli przelot bocznymi drogami przez Austrię, Słowację do Polski. Mamy jeszcze dwa pełne dni na powrót, więc naszym zdaniem nie ma powodu do pośpiechu. Ostatecznie staje na tym, że do granicy SLO / AT w Sentilj / Spielfeld mamy dojechać omijając słoweńskie autostrady, tam się prawdopodobnie pożegnamy z Jacą i dalej w szóstkę polecimy w okolice Graz poszukać jakiegoś noclegu.
Wreszcie zbieramy się po obiedzie i jedziemy dalej. Równoległymi do autostrady drogami ciągniemy na Maribor, im bliżej miasta tym większy ruch, pojawiają się światła, skrzyżowania, ronda. Na jednym odcinku czekam na Jacę, który został na czerwonym świetle i tracę z oczu prowadzącego Bobra i jadącego za nim Złotego. Próbujemy z Jacą kawałek ich gonić, ale rozjazdów i skrzyżowań robi się więcej, a my w sumie nie wiemy jak jechać, bo ani mapy ani odpalonej nawigacji nie mamy. Jazda „na czuja” wprowadza nas do centrum Mariboru, gdzie wreszcie się zatrzymujemy i Jaca programuje swoją magiczną nawigację tak, żebyśmy dotarli do przejścia granicznego w Sentilj / Spielfeld. Docieramy tam po kilkunastu minutach i dzwonię do Bobra, który w międzyczasie próbował się dodzwonić do mnie. Okazuje się, że oni są już na autostradzie – widzieli nas jak stali na stacji i myśleli, że wjedziemy na „hajłeja” i pojechali „za nami”. Ponieważ zjazd już przejechaliśmy to postanawiam potowarzyszyć Jacy bocznymi drogami do Graz i tam z nim się pożegnać, a spotkać z resztą ekipy, która powinna autostradą dotrzeć tam szybciej od nas. Przejazd do Graz w zachodzącym już słońcu, potem w świetle reflektorów całkiem przyjemny – piękne oświetlone wioski, świetnie oznaczone drogi, doskonały asfalt. Nabieram coraz większej ochoty na powrót do pierwotnego planu powrotu czyli austriackimi nacjonalkami zamiast autostrad, po których jazda nie sprawia mi żadnej przyjemności – większość aut i tak jedzie szybciej ode mnie, techniki jazdy nie wymaga to żadnej bo łuki szerokie, podjazdy / zjazdy łagodne.
W Graz żegnamy się z Jacą, który decyduje się na powrót „na jednego strzała” do Polski – w sobotę wieczorem ma imprezę, na której bardzo chce być. Dostajemy też SMS od Bobra, że w Graz hotele drogie i jadą dalej autostradą szukać motelu. Nie bardzo mi się uśmiecha dalsza jazda po nocy, ale odpisuję, że ruszamy za nimi i spróbujemy ich znaleźć. Wyjeżdżamy z Graz (fajne, nowoczesne miasto) i autostradą bez winiety jedziemy jakieś 20km wypatrując motelu. Robi się kurewsko zimno, stacji, żeby kupić winietę nie ma, mam dość. Zjeżdżam zjazdem na Gleisdorf i szybko znajdujemy jakiś przyjemny hoteli. Cena 62 EUR za dwójkę nie jest promocyjna, ale jest nam już wszystko jedno, wieć bierzemy – czysty ciepły pokój z wielką ciepłą łazienką przekonuje nas od razu. Meldujemy się, Pani robi preautoryzację karty, wypakowujemy bagaże stawiając sztormiaka przy samym wejściu. Piszę SMS do Bobra, gdzie się zatrzymaliśmy i żeby dali znać gdzie oni dotrą z myślą, żeby ich następnego dnia rano jakoś odnaleźć. Za chwilę Bober oddzwania z informacją, że stoją w jakieś czarnej dupie na autostradzie, bo on złapał kapcia w tylnym kole. Niestety ani Bober, ani Złoty nie mają zestawu do kołkowania, mają za to piankę, którą zapodali do koła i czekają na jej zastygnięcie. Są jakieś 70-80 km do nas, pytam jeszcze czy mam się ze swoim zestawem do kołkowania wybierać w podróż, ale Bober mówi, że nie, jak pianka nie zadziała to ma przecież podwójny asistance – Suzuki i osobno Alizanz. Umawiamy się, że odezwą się jeszcze przed nocą co i jak. My z Anią idziemy na jakąś kolację i austriacki browar do sąsiadującej z hotelem pizzerii i z zadziwieniem obserwujemy jakie te wszystkie młode Austriaczki są grube i brzydkie… Po 23:00 sen ścina nas z nóg, wieści od Bobrów nie mamy, potem się dowiedzieliśmy, że walczyli z assistance i holowaniem do 3:00 rano…

17.09.2011 sobota

Za oknem wita nas słoneczny poranek, Vstrom stoi na swoim miejscu, jest dość rano, może 8:00. O 9:00 jesteśmy już po śniadaniu i pakujemy motocykl. Przychodzi SMS od Jacy: „Pozdrowienia z Wisły, do domu mam godzinkę. Austria super, na Słowacji strasznie zimno”. Twardziel. W międzyczasie gadam z Bobrem, że są w hotelu w Wiener Neustadt, że Suzuki może coś zrobić z oponą dopiero w poniedziałek, generalnie jest święto i warsztaty są zamknięte, Alianz też się wypiął i Bober już wezwał swojego brata z lawetą, żeby ich zabrał do Polski, bo najdalej w niedzielę muszą być w Warszawie. Złoci planują szybkim autostradowym przelotem dotrzeć jeszcze dzisiaj do domu. W mojej głowie rodzi się chytry plan, ale że nie wiem jak mi pójdzie droga to się z nim nie zdradzam tylko ruszamy „nacjonalkami” w kierunku przejścia ze Słowacją i Bratysławy.

Krajowe drogi w Austri są super, polecam każdemu. Poza terenem zabudowanym można legalnie jechać 100 km/h, więc wszyscy jeżdżą 110 km/h i zwalniają tylko w miejscowościach, asfalt jest idealny, oznaczenie dróg normalne i nawet bez mapy wiadomo gdzie jechać, żeby posuwać się w zamierzonym kierunku, nie ma też nachalnego „na siłę” kierowania na autostrady jak w Słowenii czy Chorwacji. Jakieś 60km za Gleisdorf trafiamy na odcinek drogi bardzo popularny wśród lokalnych bajkerów – jest przejazd nacjonalną przez dość wysoką górę, pełen serpentyn i ciasnych, ale szybkich zakrętów. Jest sobota przedpołudniem i po drodze latają całe bandy sportów, nakedów, turystyków, tylko chopperów i cruiserów nie widać. Lewa ręka może by rozbolała od pozdrawiania, gdyby nie to, że trzeba się skoncentrować na jeździe bo szybkie serpentyny austriackie wymagają więcej uwagi niż powolne czarnogórskie.

Dalej droga się już nieco „wyprostowuje” i lecimy sobie nienerwowo 110-120 km/h co jakiś czas widząc raz z lewej raz z prawej autostradę A2 na Wiedeń. Ok. 12:30 mijamy tabliczkę Wiener Neustadt, więc parkuję i dzwonię do Bobra, gdzie są w tym hotelu i czy nie chce spróbować powalczyć z oponą zestawem do kołkowania. Po 10 minutach parkujemy koło ich Vstroma i zaczynamy zabawę z zestawem „sznurków” do łatania opony. Brak instrukcji w innym języku niż niemiecki nie pomaga, wiec pierwszy sznurek wpychamy za głęboko i nie udaje nam się przeciągnąć z powrotem. Teraz już powoli przepychamy drugi kawałek sznurka przez oponę, zakręcamy i przeciągamy go z powrotem (wcześniej posmarowawszy dziurę w oponie i sam sznurek klejem dostarczonym w komplecie) na zewnątrz i zostawiamy na 20 minut do zaschnięcia. Potem odcinamy zbędną końcówkę i pompujemy oponę. Najpierw 2.0 Bar, trzyma ciśnienie, no to 2,6 i Bobry pakują majdan na motocykl. Niestety opona nie wygląda najlepiej – pofalowany rant wskazuje na to, że uszkodził się już stalowy cord opasający oponę, więc raczej nie da się na niej szybko jechać. Plan B zakłada więc, że skuterową prędkością 50-60 km/h podjedziemy na dwa motocykle do Breclav w Czechach, gdzie Bobrów na lawecie zabierze Maciek, a my już na kołach polecimy dalej przez CZ do Polski. Na najbliższej stacji dobijamy oponę na 3.0 Bar, może będzie lepiej? Niestety nie jest i nawet przy 40-50 km/h tylny wahacz w Bobra Vstromie drga z częstotliwości kreski na oscyloskopie, nie jest dobrze… Przejeżdżamy tak ze 20, może 30 km, mijając po drodze tor kartingowy, na którym cały tłum motonitów ćwiczył technikę jazdy. Wreszcie Bober zjeżdża na stację i sam stwierdza, że szkoda mu motocykla, żeby jechać dalej, bo rozwali się w końcu i amortyzator i sprężyna i cholera wie co jeszcze. Przyznam szczerze, że obserwując jego zawieszenie chciałem to już wcześniej zaproponować, więc nie zamierzam go odwodzić od decyzji. Jesteśmy na stacji benzynowej czyli mają zapewnioną toaletę, jedzenie picie, co przy orientacyjnym czasie oczekiwania na Maćka z lawetą około 10h ma znaczenie. Żegnamy się, wsiadamy na maszynę i dalej w kierunku domu. Ustawiam nawigację na Szczyrk, tam chcielibyśmy dotrzeć, z pominięciem autostrad. Wariat pokazuje, że powinniśmy być na miejscu na 19:45, nie najgorzej, więc jedziemy. Niestety wariat zdurniał kompletnie i w trybie omijania autostrad ominął też obwodnicę Wiednia w związku z czym spędziliśmy ponad godzinę przepychając się przez to skąd inąd przepiękne miasto. Za Wiedniem postój na kawę i kanapki na stacji OMV, na której zawsze stawaliśmy jadąc tą trasą. Czas na niepopularne decyzje, bo czas dotarcia na miejsce przesunął nam się na 22:00! Przestawiam wariata na jazdę autostradami, godzina dotarcia zmienia się na 20:45, pewnie da się nadgonić po drodze. No to ogień! 100 km do granicy AT / CZ w Drasenhofen to ciągła zabawa z omijaniem austriackich autostrad, bo ostro ten odcinek przebudowali odkąd ostatnio jechałem tą trasą. Zabawa z rondami i wiaduktami wijącymi się to nad to pod autostradą nawet mi się podoba, bo lokalna droga jest świeżo zrobiona i fajnie się wije.
W Mikulov jesteśmy ok. 17:00, przed nami jeszcze 250 km przez Czechy i potem kolejne kilkadziesiąt w Polsce, więc trzeba odprężać manetkę. Jeżeli austriackie autostrady są nudne to czeskie są mega nudne, bo nawet krajobrazów wokół nie mają ciekawych – płaskie pola kukurydzy, pszenicy i cholera wie czego jeszcze. Zapinam 6-kę, rozpędzam Goldwinga do 150 km/h i tak lecimy godzinę, postój na stacji, kolejna godzina i tuż po 19:00 mijamy tabliczkę „Rzeczpospolita Polska”, czyli 250 km w dwie godziny z przerwą na tankowanie jest do przejechenia. Z ekspresówki za Cieszynem zjeżdżamy już po ciemku na Ustroń. Robi się bardzo zimno, a i jazda po ciemku przez Salmopol mi się nie uśmiecha, szkoda mi tej drogi na nocną jazdę, więc zapada szybka decyzja – jedziemy do Wisły i tam szukamy noclegu. Tak też robimy i po kilkunastu minutach poszukiwania meldujemy się w przepięknej Willi Nad Rzeką. Tanio nie jest, ale za to w cenie mamy saunę i śniadanie, a motocykl ląduje na trawniku za zamykaną na kłódkę kratą. Szybki prysznic i idziemy do centrum. Obydwoje Wisłę znaliśmy dotąd tylko „z tranzytu” i relacji w TV, więc pozytywnie nas zaskakuje zadbany deptak, ratusz. Widać, że jest już po sezonie, ale jeszcze trochę osób się kręci. Siadamy w jakiejś górskiej chacie na tradycyjne polskie jedzenie – muszę przyznać, że żurek, smażony oscypek i ruskie pierogi już dawno nam tak nie smakowały. Później szybki powrót na kwaterę z krótką wizytą w „Żabce” i już wkrótce wygrzewamy się w gorącej suchej saunie. Na zewnątrz jest już poniżej 10C, u nas jest 95C, rewelacja. SMS od Złotych, że o 20:00 byli w dzisiaj w domu. Przed nami jeszcze jeden dzień motourlopu.

18.09.2011 niedziela

Przed 9:00 schodzimy na śniadanie, które mija nam w towarzystwie bardzo sympatycznego właściciela opowiadającego nam historię tej przedwojennej willi, jej losy w PRL-u i szczęśliwy finał w postaci przepięknego pensjonatu

Na zewnątrz na razie 11C, ale słońce szybko podnosi temperaturę i w trakcie pakowania kufrów na motocykl wypinam membrany – wg prognoz ma być 28-30C. O drodze z Wisły do Szczyrku przez Przełęcz Salmpolską (934 m n.p.m.) nie będę pisał, bo jest to absolutnie repertuar obowiązkowy każdego krajowego motocyklisty. Wiadomo, że to nie Hochalpenstrasse, ale jak na nasz dość nizinny kraj to i tak rewelacja. Gdyby tak jeszcze poprawili nawierzchnię na zjeździe do Szczyrku… W Szczyrku robimy sobie przerwę na kawę z ciastkiem i z kawiarnianego ogródka podziwiamy watahy motocykli ciągnące w stronę Wisły. Później już na krajowej E75 też widzieliśmy mnóstwo motocykli jadących na południe, więc pewnie jakiś zlot, zamknięcie sezonu albo inny spęd był. My spędów nie lubimy i spokojnie w przeciwnym kierunku przelatujemy przez Bielsko-Białą i dalej już nuda: przez Zawiercie i dalej krajową 7-ką docieramy do domu. Na Gocławiu parkujemy o 16:00, za nami 14 dni i ponad 4500 km, a przede wszystkim pełno wspaniałych wrażeń, widoków, smaków i przygód. To był pierwszy wypad do Czarnogóry, ale na pewno nie ostatni…