Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » MotoChorwacja

MotoChorwacja (2010)

Autor: MaG

Prolog

Pomysł na wycieczkę motocyklem do Chorwacji miałem w głowie od swojego pierwszego pobytu w tym kraju 10 lat temu, ale do tej pory jakoś się nie składało i nic nie wskazywało na to, żebym wybrał się tam w tym roku. Kiedy jednak w firmie padła koncepcja organizacji wyjazdu integracyjnego na Camping w Chorwacji to w mojej głowie zakiełkowała myśl, żeby może pojechać tam nie z całą firmą busami tylko samemu motocyklem. Niestety z wszelkich rachunków wychodziło, że jestem potrzebny jako firmowy kierowca jednego z busów, więc wyglądało na to, że jednak obowiązki wezmą górę nad przyjemnością i pojadę busem z przyczepą. Dopiero na tydzień przed wyjazdem okazało się, że mamy jeszcze jednego kierowcę więc mogę jechać Vstromem, jeżeli tylko chcę. Ponieważ to miał być mój pierwszy mototrip zagraniczny to nie chciałem jechać sam. Rozpuściłem wici wśród znajomych, ale jak na złość wszyscy znajomi z motocyklami już coś mieli zaplanowane, jakieś komunię, wesela, porody i inne atrakcje. Postanowiłem poszukać kogoś na forum Vstrom pomału nastawiając się jednak na samotną wycieczkę. Cały dzień minął i nie miałem żadnej odpowiedzi na moje „ogłoszenie”, za to w piątek worek się rozsypał – dwóch userów od nas zadeklarowało, że oni by chętnie, ale też dopiero w poniedziałek będą wiedzieć, w piątek po południu zadzwonił kolega Robert, że jednak udało mu się cofnąć swojego szefa z urlopu (!?) i może ze mną jechać, a w piątek wieczorem miałem jeszcze sms-y od kolejnych trzech, którzy byli chętni pojechać. Niestety układ z szefem miałem jasny – zabieram ze sobą na wyjazd jedną osobę, żeby nie jechać samemu i na tym koniec, żeby nie robić z imprezy firmowej zlotu motocyklowego. Kolejny tydzień zszedł na przygotowaniu motocykla i ekwipunku, planowaniu trasy, potem zmianie plany ze względu na powódź i wreszcie nadeszła niedziela…

23.05.2010 niedziela

Na miejsce zbiórki wybraliśmy stację Lukoil za Magdalenką na trasie krakowskiej, gdzie mieliśmy być na 8:00. O 7:30 wystartowałem z Piaseczna, gdzieś w Magdalencie dostałem SMS-a od Roberta, że trochę może się spóźnić, o 7:50 byłem na miejscu i czekałem z moją Suzą w gotowości:

Parę minut po 8:00 dojrzałem jakąś zapakowaną Afrykę mijającą w wielkim pędzie stację i grzejącą na Radom. Oczywiście uznałem, że to Robert nie zauważył stacji i już miałem zamiar wsiadać na motocykl i jechać za nim zajeżdżając po drodze na każdą ze stacji benzynowych. Pewnie byśmy się tak szukali do Radomia… Robert podjechał parę minut po 8:00 i po krótkim obejrzeniu motków i bagaży ruszyliśmy w drogę. Plan na przejazd Polski ze względu na powodzie był ograniczony do minimum – tniemy na Barwinek przez Radom, Rzeszów.

Do Radomia droga zeszła błyskawicznie, w Radomiu znaki objazdu wykierowały nas na… Kraków zamiast Rzeszowa, ale nie ma tego złego… W Szydłowcu odbiliśmy na żółte drogi i pojechaliśmy nimi przez Starachowice do Ostrowca Świętokrzyskiego. Tam panowie z GDDKiA zrobili nam OS typu off-road i jakieś 3 km przejechaliśmy po szutrze zmieszanym z kamieniami (pokładówka pod pierwszą warstwę asfaltu). Z Ostrowca szybkim strzałem do Rzeszowa, po drodze tankowanie i kawa na jakimś Orlenie, ja leję Vervę Robert do swojej Afryki zwykłe paliwo Euro95. „Spoko! Przecież jakości broni tu orzeł…” śmiejemy się i jedziemy dalej. Rzeszów objechaliśmy szybko z rzutem oka na pomnik zwany potocznie „cipą” i wyjechaliśmy na trasę na Barwinek. Pisałem już, że była piękna pogoda od rana? No więc była, słońce świeci, asfalt suchy, opony rozgrzane, ruch umiarkowany – idealnie. Teraz ja prowadzę, wyprzedzam kolejne auta, zerkam w lusterko, że Robson leci z tyłu. Na jednej z prostej jakiś „miszcz prostej” z Laguny na blachach RNI (Nisko?? Najedziemy q.rva ogniem i mieczem…) postanowił się ze mną pościgać do następnego zakrętu, przez co musiałem zredukować 2 w dół i wcisnąć się mu przed maskę. Za następnym zakrętem zerkam w lustro i … Nosz q.rva nie ma Robsona! Staję na poboczu, czekam 1, 2, 3 minuty, a w głowie czarne myśli głównie z udziałem tego ćwoka z Laguny (bo jego też nie widzę). Zawracam i jadę powoli z powrotem rozglądając się na boki… Robson stoi na poboczu i pokazuje, że Afryka zdechła. Uff, więc to tylko awaria…

Objaw jakby zabrakło paliwa – nie odpala. Afryka to prosta konstrukcja i psują się w niej dwie rzeczy – regulator napięcia i pompa paliwa (a właściwie styki się w niej wypalają). Regulator świeżo wymieniony więc dawaj dobieramy się do pompy. Sprawdzamy po kolei: paliwo dochodzi do pompy, paliwo wychodzi z pompy, styki działają poprawnie. Może świece – wykręcamy jedną łatwiejszą do dostania się – też jest OK. Ki czort? Robson wkręca ją z powrotem i próbuje odpalić – nic, przekręca kranik na rezerwę i… odpala, potem się okazuje, że nawet bez założonej jednej fajki na świecy. Wygląda na to, że jakiś syf z paliwa przypchał pompę, a po jej rozkręceniu wyleciał razem z resztkami paliwa na pobocze. Słońce naparza bezlitośnie, więc szybko składamy plastiki do kupy, pakujemy się w ciuchy i w drogę, mamy jakieś 30 minut „w plecy”. Dalej droga do granicy bez przygód nie licząc niespodzianek w postacie 3 czy 4 kolejnych świateł z ruchem wahadłowym – wygląda na to, że się lewy pas zarwał i obsunął w dół. W końcu Barwinek i postój pod sklepem na Słowackiej ziemi. Napis na tablicy sugerował, że należy coś kupić w sklepie, żeby tu stać, więc nabyłem jakąś wodę mineralną.

Za Barwinkiem świat się od razu zmienił – drogi mniej zatłoczone, asfalt lepszy, więcej zakrętów. Zaraz za Svidnikiem skręcamy w prawo na drogę numer 77 biegnącą przez góry do Bardejowa. Droga – marzenie motocyklisty, pusta z przepięknymi widokami, zresztą sami zobaczcie.

W Bardejowie postój w przydrożnej knajpie i późny (ok. 17:00) typowo słowacki obiad – „wyprażanyj sir”, „hranolki” i 0.5 litrowa Kofola z kija.

Z Bardejowa ruszyliśmy drogą 68 na Presov , gdzie pojawiły się pierwsze krople deszczu i błyskawice kręcącej się w pobliżu burzy. W drodze do Popradu zaskoczył nas kilkukilometrowy tunel – pojawił się akurat w momencie kiedy zaczynało padać i dał nam odetchnąć przez kilka minut od deszczu. Kawałek za tunelem widzimy na wzgórzu zamczysko, jakich na Słowacji nie brakuje – to zdaje się Spisskie Podhradle, ale głowy sobie nie dam uciąć. Robimy foty w deszczu i rura dalej do Popradu.

W Popradzie GPS prowadzi nas na rekomendowany przez Micka hotel Penzion Atrium, wskutek czego przejeżdżamy motocyklami przez środek rynku – deptaku. Nie czynimy nikomu krzywdy bo na rynku nie ma ani jednej osoby, cała starówka wygląda na wymarłą.

Hotel mogę za Mickiem polecić z czystym sumieniem – w kroplach kolejnego deszczu rozpakowaliśmy motocykle z bagaży i wstawiliśmy je do… hotelowej spiżarni – tuż obok worka ziemniaków i beczki z ogórkami…:)Wieczór minął nam w hotelowej restauracji ze Złotym Jastrzębiem z nalewaka i wymianie wrażeń z pierwszego dnia jazdy – za nami ponad 600 km, z tego 200 po pięknych słowackich drogach.

24.05.2010 poniedziałek

Wstajemy ok.7:00, na 8:00 mamy zamówione śniadanie, a o 8:40 ruszamy z hotelu. Oczywiście w momencie gdy wystawialiśmy motocykle ze spiżarki rozpadał się deszcz, więc jeszcze wrzucenie na siebie „kondonów” i w drogę. Dzisiaj w planach pokręcenie się po słowackich drugorzędnych drogach i na dojazd nad węgierski Balaton. Na początek jedziemy górską drogą 67 obrzeżami Slowenskiego Raju z kawałkiem górskich serpentyn na pętli drogi 535 przez Hnilec i Demavęm gdzie jeszcze było mokro, ale potem już tylko słońce.

Dalsza droga to ciągła walka ze znakami drogowymi i GPS-em, które chciały nas wciągnąć na ekspresówkę do granicy, a my NIE CHCEMY AUTOSTRAD ANI EKSPRESÓWEK. Gubimy się w lokalnych krętych dróżkach ale napis na znaku pokazuje, że nie jest to łatwe.

Dalej jedziemy na Lucenec, Velki Krtis, Nove Zamky – tutaj z powodu zalania drogi krajowej przez powódź poprowadzony jest objazd bocznymi drogami. Przy jednej z nich stajemy na obiad w niepozornej knajpce z bardzo ciekawym zapleczem.

Tutaj w towarzystwie 8-10 motocyklistów z Niemiec zjadamy po pizzy, zapijamy a jakże Kofolą i dalej ciśniemy na Komarno do przejścia z Węgrami. Muszę przyznać, że gdy dojechaliśmy do Dunaju to miałem trochę dość tzn. drogi były przepiękne, pełne zakrętów, bez dużego ruchu, bez Policji, ale jakieś fizyczne zmęczenie mnie ogarnęło, stąd krótki postój nad Dunajem.

Jednak zaraz po przekroczeniu Dunaju mój nastrój zmienił się o 180 stopni – cudne drogi boczne wiodące nas nad Balaton (nr 13 do Kisber, a potem nieoznaczone przez Aka, Csatkę, Zirc i znowu 82 na Veszprom i stąd już do Balatonmaldi) w połączeniu ze słoneczną pogodą urzekły mnie całkowicie i zapomniałem o zmęczeniu i przebytych kilometrach. Przejażdżka wzdłuż Balatonu z widokiem na to „węgierskie morze” to już atmosfera letniego urlopu. Po drodze zajeżdżamy na 2 zamknięte campingi dopiero na trzecim rozbijamy namiot i popijamy herbatę z Żołądkową Gorzkę z Miętą (polecam!) nad brzegiem wody. Za nami kolejny dzień jazdy i kolejne 600 km nawinięte na koła bez km autostrady – opony wyglądają coraz lepiej, boki robią się czarne od spalonej gumy. Jest pięknie!

25.05.2010 wtorek

Wstajemy ok. 8:30 i ogarniamy nasze obozowisko. Kilka fotek węgierskiego morza i lokalnej fauny.

Robimy sobie szybkie śniadanie, zwijamy szpeje do kufrów i w drogę. Jeszcze nad Balatonem próbujemy się wdrapać na zamek, ale niestety droga kończy się w lesie pod nim, więc tylko fotka z dołu z głównej trasy.

i w drogę. Przed nami objazd Baltonu od północy, dojazd do autostrady i nudny kawałek dojazdu do granicy tą autostradą właśnie. Przed granicą mała konsternacja – znaki nad drogą pokazują: Letenye-granica z HR w prawo i … Letenye – granica z HR w lewo. Bądź człowieku mądry i pisz wiersze! Skręcamy w prawo i po chwili jesteśmy na granicy, na której oprócz nas jest tylko dwójka celników. Pani celniczka coś tam po węgiersku, potem po niemiecku majaczy ze słowem „autostrada” – no to pokazujemy jej kwity zapłaty za węgierskie autostrady, które mamy w portfelach. Ta się załamuje i woła kolegę. Na szczęście ten jest cywilizowany i po angielsku nam tłumaczy, że to jest przejście w Letenye ale tylko dla Chorwatów i Węgrów, a drugie przejście jest też w Letenye, ale gdzie indziej i musimy się wrócić. Robimy kółko przez wioski i po chwili mamy matrix – jesteśmy znowu przy tych samych tablicach. Teraz skręcamy w lewo i dojeżdżamy do granicy. Niestety od razu za granicą zaczyna się płatna autostrada chorwacka, z której uciekamy po może 5km płacąc po 1 EUR. Zjeżdżamy na małą stację bezynową, tankujemy, pijemy kawkę. Tu ciekawostka – Pani przynosi mi rachunek z kasy fiskalnej i jest na nim 12 KN, no to szukamy w portfelu jakichś kun z poprzednich pobytów w Chorwacji i znajdują 10 KN, po czym zaczynam szukać drobnych, ale Pani mi przerywa i z uśmiechem mówi „Dobro, ne treba…” Normalnie urokiem osobistym zapłaciłem czy jak?

Okazało się, że nie ma nic za darmo i te darowane 2 KN to rodzaj czaru rzucanego na podróżnych przez chorwackie czarownice… Wcześniej z Robsonem ustaliliśmy, że jakkolwiek chorwackie tempo u jakość budowania autostrad są powalające, ale co dobre autem to niekoniecznie motocyklem więc mamy plan ominąć je wszystkie i dojechać na wybrzeże podrzędnymi drogami. Ustawiamy w GPS (Nokia Maps 3.03) trasę BEZ autostrad, BEZ dróg płatnych na Senj i dzida. Lecimy jakieś 20 minut przez piękne polne dróżki powykręcany jak kiszki węża, po drodze uroczę chorwackie wioski, machające rękami dzieci, pięknie jest, po czym wyjeżdżamy… na autostradę tuż przez bramkami na których płaciliśmy po 1 EUR niecałą godzinę wcześniej. Nosz q.rva! Zawijamy przez plastikowe barierki i zjeżdżamy z powrotem. GPS idzie w kąt, wyciągamy… atlas Europy i próbujemy się nawigować na znaki kolejnych miejscowości, dzięki czemu zataczamy piękną, nikomu niepotrzebną pętlę ok.100 km: Prelog, Cakovec, Ludbreg… Tutaj zorientowaliśmy się, że mogliśmy do niego dojechać jakieś 6 razy krócej, ale nas to ni zraża. W Koprivnicy kupujemy na stacji szczegółową mapę Chorwacji i gdy ją studiujemy zagaduje nas lokalny motocyklista na jakimś WildStarze. Okazuje się, że nawet drogi zaznaczone na najnowszej mapie jako „normalne” już w tym roku są autostradami. Miazga! Na szczęście wskazuje nam też drogę z Karlovaca do Senji i kilka razy określa ją jako „Beatiful Road!”. Decydujemy z Robsonem, że dojedziemy do „autocziesty”, miniemy nią Zagrzeb i pociągniemy do Karlovaca, gdzie zjedziemy na ową „piękną drogę” do Senj. Z Koprivnicy lecimy więc nadal bocznymi przez Kriżevce do Vrbovca i tam wskakujemy na autostradę. Na niej ruch jak w mieście, wiatr miotający moim „GoldWingiem” powyżej 130 km/h i zero widoków. Odcinek do Karlocaca to jedynie km, które trzeba przejechać. W Karlovac wbijamy się do Centrum w poszukiwaniu knajpy – po 20 minutach jeżdżenia wszędzie widzimy napisy „Cafe Bar”, „Drink Bar” ale nigdzie „Restoran” czy „Konoba”. Co jest? Nie jedzą tutaj? W końcu kelener z pubu wskazuje nam restaurację, gdzie zjadamy doskonały posiłek – mieszanka ich mięs z grila (wszytkie lokalne specjały) zwala mnie z nóg… Jest godzina 17:30, a my nadal w Karlovac i mamy jakieś 120 km do Senji.

Tym razem udaje mi się w GPS ustawić trasę bez autostrady (trzeba uważać, bo wszystkie chorwacki znaki drogowe ciągną nieubłaganie do ich płatnych autostrad – czują w tym biznes) i wyjeżdżamy na drogę numer 23 Karlovac-Senji przez Generalski Stol, Josipdol, Brinje. Całe 120 km tej drogi to jeden wielki motocyklowy RAJ – asfalt równy, dziury po zimie połatane idealnie, na całej drodze nie ma km prostej drogi, generalnie cały czas jest sekwencja zakrętów lewy/prawy/lewy/prawy… o zmieniającym się promieniu – w górach w okolicach Vrbnika są ciasne aż do klasycznych agrafkowych serpentyn, ale na całej drodze kierownik motocykla cały czas ma co robić i ma banana na twarzy. Każdy kolejny zakręt schodzimy niżej, bo po poprzednim nabieramy pewności siebie, coraz mniej przyhamowania, coraz śmielej ręka odkręca manetkę na wyjściu z łuku. Patrzę na jadącego przede mną Robsona i nie wierzę, że Africa Twin może tak się składać, po chwili uzmysławiam sobie, że przecież jadę za nim tym samym torem jazdy i z taką samą prędkością, więc składam Sztormiak identycznie nisko. Na 120 km drogi wyprzedziliśmy może 2 tiry i 3 osobówki, minęliśmy jeszcze mniej, cały ruch idzie równoległą autostradą, więc jest pięknie. Na całej drodze zatrzymujemy się raz – przy ruinach twierdzy Vrbnik, skąd po raz pierwszy widać Jadro czyli Morze Adriatyckie.

I już szaleńcza jazda serpentynami w dół do Senji.

Tam po krótkiej objazdówce portu zajeżdżamy na znaną Robertowi z poprzedniego wypadu kwaterę i lądujemy w apartamencie z widokiem na zamek i morze

Prysznic, spacer do miasta, Karlovacko, w końcu winko na tarasie i znowu wrażenia z jazdy – obydwaj nie możemy dojść do siebie po tej pięknej trasce z Karlovaca. Ja do tej pory jak o niej pomyślę to mam banana na twarzy. Miasto jeszcze puste, knajpy zamknięte, sklepów po 22:00 brak, wino kupujemy na stacji benzynowej. Kolejne blisko 600 km nawinięte na opony, które teraz już pozamykane.

26.05.2010 środa

Wstajemy przed 8:00, Robert leci do sklepu po produkty na śniadanie, a ja przyglądam się naszym maszynom, które się chyba polubiły i miastu, które widać z balkonu.

Po śniadaniu jedziemy szybko zdobyć zamek w Senj – piekna klasyczna twierdza na planie kwadratu z czterema basztami obronnymi na rogach.

Na górze szybkie smarowanie łańcucha, zdjęcie do kalendarza i jedziemy w dół.

Z Senj Jadranską Magistralą jedziemy przez Crkvenicę do wjazdu na Krk, na który przejeżdżamy płatnym mostem – niestety na moście jest zakaz zatrzymywania się, a szkoda bo widoki były zacne.

Szybki kontakt telefoniczny z firmową karawaną, z którą jesteśmy umówieni na promie na Cres i już wiemy, że mamy jeszcze ze 2h czasu na pojeżdżenie po wyspie. Z wcześniejszych pobytów bardzo miło zapamiętałem pęłną zakrętów drogę przez góry do Baśki i po jakichś 30 minutach składania się w lewy/prawy/lewy/prawy… dojeżdżamy na plażę w Baśce. Dla mnie to najpiękniejsze miejsce do plażowania, kąpieli i nurkowania w całej Chorwacji – strome klify zapewniają dużą różnorodność fauny morskiej – ośmiornice, jeżowce, koralowce i kolorowe rybki. My tyle czasu nie mieliśmy więc postój w Baście na kilka fotek. Łyk wody mineralnej i wracamy zajeżdżając po drodze do miejscowości Krk na kawę.

Tam kolejny kontakt z karawaną uzmysławiamy nam, że czas ruszyć na prom w Valbiska. Muszę pisać, że dojazd na prom to znowu winkle, winkle i winkle? Na parkingu przy promie czekamy jakieś 20 minut na naszą karawanę i oto jest: dwa busy , trzy samochody z przyczepami a na nich skutery wodne i jeszcze jedna osobówka bez przyczepy. Ustawiamy się w kolejkę do promy i idę z Dawidem (szefem) do kasy kupić jakiś bilet grupowy i tam się zaczynają jaja – Pani z uśmiechem na ustach informuje nas, że owszem możemy kupić od razu dla 35 osób i 8 pojazdów, ale i tak ona musi wydrukować kwitek dla każdej osoby z osobną i każdą osobę przypisać do odpowiedniego pojazdu. W efekcie zablokowaliśmy kasę na jakieś 20 minut.

Wreszcie wjechaliśmy na prom, zaparkowaliśmy maszyny. Obok różnych innych konstrukcji, a sami obserwowaliśmy rejs z górnego tarasu.

Przyznaję, że spodziewałem się jakichś pasów mocujących motki do podłogi a tu nic- porządkowy kazał postawić przy burcie i tyle, dlatego z niepokojem kilka razy spoglądałem i macałem Vstroma czy aby nie mam zamiaru się wywalić na bok, ale prom jechał jak po maśle i nic się nie działo.

Po 30 minutach lądujemy w Merag na Cres – przed nami jeszcze 70 km przez wyspę Cres a potem wyspę Losinj, na końcu której znajduje się nasz docelowy Camping Poljana. Po zjeździe z promu mamy kilka km ostrej walki z kolejką samochodów i kamperów, które przed nami zjechały z promu – adrenalina na wąskiej ścieżce pompuje krew, silniki co chwilę ryczą od szybkich redukcji, a po 10 minutach już jesteśmy na pustej drodze przed całą kolumną (na prom wchodzi jakieś 100 pojazdów). Po 16:00 dojeżdżamy na Camping Poljana, gdzie czeka mnie jeszcze godzinne chodzenie z jakimś Chorwatem w celu wybrania miejsca na nasze 11 namiotów. W końcu rozbijamy się przy samej plaży – my z Robsonem mamy do morza jakieś 5m. Camping jest naprawdę „top class” – zadbana plaża.

Czyste i sprawne sanitariaty (4 budynki w różnych częściach campingu), boisko do siatkówki plażowej, do nogi, restauracja itp. Ma też jedną wadę – dużo Niemców w ich kamperach... Próbowali nas uciszać ok. 3:00 rano w trakcie powitalnej imprezy, ale nie mieli szans – w rewanżu zaśpiewaliśmy im chóralnie… „Bogurodzicę” Oj działo się!

27-28.05.2010 czwartek/piątek

Kolejne dwa dni minęły nam na błogim lenistwie: plażowaniu od gorącym chorwackim słońcem. Nurkowaniu w zaje* zimnej o tej porze roku wodzie (na szczęście w piance dawało radę), pływaniu skuterami wodnymi.

zwiedzaniu pobliskiego miasteczka Mali Losinj. Konsumowaniu lokalnych specjałów kuchni chorwackiej w tym kultowych „lignje na żaru” (kalmary z grila) i słynnych chorwackich „sladoledów”.

Wieczorami pełna integracja 35-osobowej grupy przy lokalnym winku Vranac, olbrzymich butlach chorwackiego piwa „Ożujsko” i „Karlovaćko” (butelki były 2,5 litrowe z napisem „0,5 litra gratis”…), tudzież przywiezionego z Białegostoku „Ducha Puszczy”… Zdjęć z tych zajęć NA SZCZĘŚCIE nie mam, ale zapewniam było pięknie, głośno, rozrywkowo, kolorowo…

29.05.2010 sobota

O 4:45 budzi mnie donośny głos jednego z kolegów śpiewającego Niemcom „Bogurodzicę”, która miała być sygnałem do „ataku na wzgórze niemieckich camperów”. Całe życie z wariatami…

Budzę się po 6:00, szybki prysznic, jak wracam to Robert już pakuje swój dobytek. Szybko składamy namiot, upychamy wszystko na motkach i parę minut po 7:00 wyjeżdżamy z campingu. Plan na dzisiaj jest ambitny – dojechać do Bielska-Białej, gdzie mamy zaprzyjaźniona (a dla Roberta to rodzinną) kwaterę. Droga przez wyspy puściutka i przed 8:00 jesteśmy pod promem. Okazuje się, że kasa jest 500m wyżej więc wracamy się po bilety i omijając kolejkę aut wbijamy na prom. O 8:15 parkujemy na promie i idziemy na górę zrobić sobie śniadanie i popijamy doskonałą chorwacką kawką.

Po zjeździe z promu ustawiam GPS-a na trasę „najszybszą” – dzisiaj zapoznamy się ze słoweńskim, austriackimi i słowackimi autostradami. Na początek szybki skok przez Krk (most tym razem za darmo – promoca na weekend?) i obwodnicą Rijeki wpadami na A7 w kierunku granicy, którą przekraczamy w Rupie. Za granicą autostrada się kończy, a zaczyna się przepiękna droga przez lasy i górki ciągnąca się aż za Postojną. Po drodze tylko jeden postój na fotki.

Gdzie zauważamy, że minęło już prawie 4 godziny od wyjazdu, a z zaplanowanych 900 km mamy zrobione dopiero 200 km. Plan z Bielskiem zaczyna się chwiać, ale nie rezygnujemy i ciśniemy dalej.

Za Postojną wpadamy już na autostrady i zaczyna się wyścig z czasem – może nie jest to „Infernal race”, ale 140-150 z budzików nie schodziło. Przed Grazem łapie nas ulewa, co ja piszę potop. Zjeżdżamy na stacji, gdzie jest już ze 30 motocykli i zakładamy kordoniki deszczowe – ja górę ,a Robert tylko dół, ja wierzę w nowe spodnie z membraną, Robert w swoją kurtkę. Ruszamy dalej i po 5 minutach dostajemy kolejnego strzała burzy z małym gradem włącznie. Zjeżdżamy na parking, ja zakładam spodnie deszczówki, Robert już nic nie zakłada i tak jesteśmy mokrzy, więc ciśniemy dalej.

Po 40-50 km przestaje padać, ale jest mokro, po kolejnych 50 jezdnia robi się sucha i wychodzi słońce. Między Wiedniem a Bratysławą zatrzymujemy się na tankowanie i ściągamy kondony (ja wkładam świeże suche gatki bo jazda z mokrymi jajkami nie fajna jest…) i już ich więcej tego dnia nie musieliśmy wkładać. Droga z spod Wiednia do Żiliny mija nam ekspresowo – średnia nam wychodzi ponad 120 km/h. Za Żiliną autostrada się kończy i… zaraz po wyjeździe z miasta zatrzymuje mnie słowacki policjant.
- Dobru deń, a za co to?
- Za richnost…
-Za richnost? Jak? Przecież jechałem 100 km/h na limicie 100 km/h…
- Tu tak, ale tam wczesno bilo 80 km/h a u Pana bilo 104 km/h, kolega fotku zrobil…
- A mogę tą fotku zobaczyć?
- Możecie, ale to koszta 50 EUR…
- A bez patrenia 10 EUR będzie dobre?
-Da, no jedziecie, jedziecie…
Oby tylko takie mandaty były…

Dalej droga poprowadziła do Cadcy, gdzie zajechaliśmy zakupić trochę prezentów dla znajomych, z tego najważniejszy – Śliwowicę… Postanowiliśmy przejechać starym przejściem Skalite-Zwardoń.

Od strony Słowackiej droga ma swój urok, bo ładne widoki, fajne zakręty, ale asfalt kiepski, jakiś remont studzienek kanalizacyjnych itd., za to po polskiej stronie SZOK! Ekspresówka dwa pasy w jedną stroną, gładziutki asfalt, fajne zakręty z jedną agrafką 180 stopni i tak aż do Żywca! Znowu pogoniliśmy maszyny, a mi się od Żywca włączył niebezpieczny tryb „adrenalina” i wyprzedzałem wszystko i wszędzie. Za Żywcem jeszcze telefon Roberta do Arka w Bielsku: „Co robisz? Jesteście w domu? Wpadniemy z Marcinem na nocleg, daj adres…”. W samym Bielsku remonty rozbroiły obydwa GPS-y w moim telefonie, w końcu jakiś lokalny tubylec polecił nam pojechać na zakazie ruchu remontowaną ulicą i mieliśmy trochę off-a. O 21:30 zaparkowaliśmy maszyny w garażu u Ani i Arka i mogliśmy sobie z Robertem pogratulować – dzisiaj pękło dokładnie… 999 km i to bez nocnej jazdy!

Wieczór był świetny – domowe jedzonko, piwko, śliwowica, jakieś zioło w garażu. Serdeczne dzięki A&A za gościnę – zapisują sobie Wasz adres na mojej prywatnej mapie świata jako ciepły zakątek na południu Polski i z pewnością się tam jeszcze pojawię…

30.05.2010 niedziela

Pobudka skoro świt tzn. po 9:00, powolne śniadanie, kawka i już o 11:30 ruszamy z kierunku domu. Oczywiście ledwo ruszyliśmy to zaczęło padać – zresztą w Bielsko pada codziennie od 2.05 więc nie powinna nas to dziwić. Tym razem nawet nam się nie chce wbijać w deszczówki i ciągniemy w deszczu katowicką w kierunku domu. Gdzieś za Czechowicami przestaje padać i mamy suchy asfalt i tak już na sucho dolatujemy do domów. Jeszcze po drodze postój na Orlenie i dokręcanie w Vstromie śroby mocującej tylny stelaż do ramy (lewą już zgubiłem w weekend majowy i musiałem założyć zastępczą, teraz prawej zabrało jakieś 5mm do wykręcenia się), potem postój przed skrętem na Magdalenkę – tutaj żegnamy się z Robertem gratulując fantastycznego wyjazdu, którym będziemy żyć do wrześniowego wypadu na Rumunię.

Suzuka spisała się świetnie – ponad 3500 km i zero awarii, silnik wziął trochę oleju od dzidowania po górach, ale byłem na to przygotowany. Opony nadal trzymają bieżnik, chociaż już pomału czas je wymieniać, a w Robsona garażu czekają już TKC80 do Sztormiaka przygotowane na Rumuńskie „autostrady”…