Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » MotoAvToSy na Bałkanach

MotoAvToSy na Bałkanach czyli Bułgaria i Rumunia (2012)

Autor: Topinka

Jakoś tak stwierdzam, że na planowanie i jazdę nie potrzebuję zachęty gorzej mi idzie z tworzeniem relacji, ale mimo, że już tyle czasu upłynęło od naszej wyprawy, to chętnie się z Wami podzielę tym, co zostało w mojej pamięci. Dziś postanowiłem wrzucić pierwszą część, aby się zmusić do dokończenia całości. Bałkany chyba wciągnęły nas na dobre i mamy nadzieję wracać Tam nie raz a w czerwcu tamtego roku postanowiliśmy naszą ekipą spenetrować teren Bułgarii, zahaczając jednocześnie o naszą ukochaną Rumunię. Plany były ambitne a co z nich wyszło, to opiszę po troszku.

Dzień 1

Plan pierwszego dnia był dość ambitny, więc umawiamy się już po piątej rano. Jest dość zimno, ale na szczęście w nocy przestało padać. W umówionym miejscu czeka już Krzysiek (Spyder) czekamy trochę na Roberta ( Avente), który wreszcie nadjeżdża a właściwie przejeżdża umówioną stację. No cóż już chyba chce jechać dalej, więc go gonimy i w celu powitania i zatankowania zjeżdżamy na kolejną stację już w Tychach. Roberta nastawienie jest bardzo bojowe, co widać nawet po jego barwach narodowych. Z resztą ekipy, czyli Tomaszem (Motomedem) i Markiem (MK). Mamy spotkać się już na Słowacji. Czasu do spotkania mamy niewiele wiec szybko nawijamy kolejne kilometry. Po przekroczeniu Słowackiej granicy robi się jeszcze chłodniej a nawet można powiedzieć, że zimno, ale rozgrzani myślą o tym, co nas czeka docieramy do Orawskiego Podzamoka, gdzie byliśmy umówieni z chłopakami.

Zamiast nich na miejscu pojawia się upierdliwy turysta z Lublina i słuchając jego ciężkich do zniesienia opowieści pełnych politycznej treści po pół godziny dostajemy telefon. Chłopaki też się pomylili i czekają na nas w innym miejscu. Dojeżdżamy do nich i już w pełnym składzie możemy jechać dalej. Grupę chce prowadzić Marek i zaczyna to troszkę wyglądać jak gonitwa za lisem. Dajemy redę przez jakieś 100 km potem Marek przeoczył zjazd i się gubimy. Próbujemy się odnaleźć i tracimy przy tym niepotrzebnie czas oraz nerwy. Ostatecznie bez Marka wjeżdżamy do naszych węgierskich bratanków i tam odnajdujemy dopiero pod Budapesztem naszego kolegę. Na szczęście robi się też zdecydowanie cieplej. Dla lepszego tempa podróży postanawiamy część Węgier pokonać autostradą. Ruszamy razem i znów się zaczyna mylimy jeden zjazd a na kolejnym znów się rozrywamy. Tym razem z Markiem pozostał Motomed i tak w dwóch grupach męczymy nudną autostradę aż do Szegedu. Za, którym zatrzymujemy się na węgierski obiad i ponownie się łączymy w całość.

Dalej bez przeszkód docieramy do Rumunii. Jedziemy parę kilometrów główną drogą w kierunku Timisoary następnie odbijamy w prawo, by bocznymi drogami dojechać do delty Dunaju. I tu zaczyna się już prawdziwa Rumunia z ich niesamowitym klimatem, który tak uwielbiamy. Malownicze wioski, serdeczni ludzie, do tego słoneczko i wiosenne zapachy. Żyć nie umierać! Ale to drugie utrudniają troszkę pojawiające się na drodze z zaskoczenia dziury piasek, ale również stada krów i innych żyjątek. Pomalutku musimy się do tego znów przyzwyczajać, ale to też ma swój urok.
Na kolejnym przystanku w miejscowości Oravita robimy zakupy i ustalamy wstępnie, że na nocleg, jak to stwierdził Avente znajdziemy sobie miejsce, „w którym za toaletę posłużą nam dwa kije tzn. o jeden będziemy się opierać a drugim będziemy odganiać wilki”. Jedziemy, więc szukać odpowiedniego miejsca droga teraz staje się jeszcze ciekawsza, bo zaczynają się pierwsze miłe winkle a krajobraz staje się bardziej pagórkowaty. Wreszcie za jednym z pagórków ukazuje się nam piękny widok Dunaju w blasku już zachodzącego słońca. W takiej chwili człowiek przestaje myśleć o zmęczeniu i tylko delektuje się tym, co go otacza. Jedziemy kilka kilometrów wzdłuż brzegu i wypatruję piękną zieloną polankę, która świetnie będzie się nadawała na nocleg. Nie wszyscy byli tego zdania, ale szybkie głosowanie wskazało na jedno: zostajemy. Widoczki przed snem mieliśmy wyśmienite i po dłuższej rozmowie przy dźwięku rechoczących żab i cykających świerszczy idziemy spać a po przejechanym dystansie tysiąca kilometrów sen przychodzi szybko.

Dzień 2

Szybko też przychodzi świt, ale my chyba z podniecenia wyjazdem wstajemy już zanim słońce się przedostało przez pobliskie wzgórza. Spokojnie przygotowujemy polowe śniadanie dzieląc się z miejscowymi psami kiełbasą a z wędkarzami piwem w zamian otrzymując rumuńską cebulę i konserwę. Tak po godzinie ósmej jesteśmy gotowi do wyjazdu

Pierwszy etap to piękna trasa wzdłuż Delty Dunaju, od którego odbijało się poranne słońce padając na wzgórza po rumuńskiej i serbskiej stronie podkreślając piękno tamtych okolic. Dodając do tego krętą drogę o bardzo dobrej nawierzchni czasem przerywanej fragmentami szutrowymi (co nam wcale nie przeszkadzało) można było poczuć, po co Tu przyjechaliśmy.

Tak delektując się jazdą docieramy do Orsovy, za którą droga przez chwile wije się jeszcze przez wzgórza miłymi winklami, po czym prostuje się i już nie zaskakując nas niczym sympatycznym doprowadza nas do granicy z Bułgarią. Kierujemy się na przejście graniczne gdzie dowiadujemy się, że prom owszem czeka, ale odpłynie dopiero za godzinę. Nie marnujemy, więc czasu szukamy odrobiny cienia, bo temperatura przekracza już 30 stopni i robimy szybki biwaczek posilając się tym, co tam nam zostało w bagażu. Tak rozleniwieni nagle dostajemy sygnał, że prom wypływa natychmiast i mamy się zbierać. Robimy wiec to ekspresowo i już po chwili jesteśmy na promie. Jednak, gdy dobijamy do drugiego brzegu dowiadujemy się o efektach szybkiego pakowania. Avente orientuje się, że zostawił GPSa na drugiej stronie a ja się dziwię, że tym razem mam wszystko. Oczywiście, gdy zatrzymujemy się w celu ustalenia planu działania Marek tego nie zauważa i znika nam z pola widzenia. Nieźle się zaczyna! Ustalamy ostatecznie, że Robert wraca a my jedziemy zobaczyć Widyń. Na granicy jeszcze pogranicznik próbuje nam wcisnąć jakieś niby obowiązkowe ubezpieczenie, które chwilę później już nie jest tak bardzo obowiązkowe i wjeżdżamy do Bułgarii. Widyń to przygraniczna miejscowość, co urodą raczej nie grzeszy, ale z pomocą miejscowego sympatycznego kierowcy małej puszeczki docieramy do jedynego miejsca wartego uwagi średniowiecznej Twierdzy, która jednak robi na nas mniejsze wrażenie niż widoki na pobliskiej plaży.

Czas poświęcony na jej podziwianie pozwala Markowi i Robertowi na dołączenie do grupy. Z Markiem po męsku wyjaśniamy sobie zasady dalszego poruszania a Robert niestety od tej pory bagaż ma lżejszy o GPSa, którym ktoś się już zaopiekował. Ruszamy do kolejnego celu, którym ma być unikatowe skalne miasto w Bełogradcziku po paru kilometrach droga, którą planowaliśmy przejazd została zamknięta a my skierowani na objazd. Choć musieliśmy nadłożyć parę kilometrów to chyba nikt nie narzekał, bo po zjechaniu z głównej drogi krajobrazy robiły się coraz bardziej miłe dla oka a droga coraz bardziej kręta i ciekawsza do jazdy. Gdy tak stopniowo się wznosząc droga dawała nam coraz więcej frajdy dochodząc do takiego stanu, że w CB usłyszałem głos Roberta „ale miodzio” zaraz po tym wpadam w zakręt, na którym rozsypana była śliczna warstwa piasku. W efekcie motocykl strasznie szybko chciał przejść do pozycji poziomej a ja walcząc z tym jeszcze szybciej zbliżałem się do krawędzi jezdni. Na szczęście łapiąc pobocze złapałem również pion i kilka metrów trawy pozwoliło mi się zatrzymać stojąc a nie leżąc w krzakach. Miodzio chwilowo nam przeszło! Po paru kilometrach byliśmy szczęśliwie już na parkingu pod malowniczo wkomponowanej w skały twierdzą. Gdy przekraczamy bramę wejściową to już wiemy, że było warto przyjechać w to miejsce i że jest to kolejny dowód na to, że w Bułgarii przyroda buduje zdecydowanie piękniej niż człowiek.

Wracamy do maszyn uzupełniamy swoje płyny i ruszamy boczną drogą w kierunku Sofii. Droga okazała się bardzo przyjemna. Dobry asfalt miłe widoczki i zapachy wiosny pozwalają czerpać przyjemność z każdego kilometra. Docieramy do głównej drogi nr 81. Na szczęście ruch nie jest duży wiec nawijamy kolejne kilometry, bo dzień już pomału się kończy. Kończą się również się nasze zapasy energii wiec postanawiamy zatrzymać się na posiłek. Pierwszy obiad w Bułgarii robi na nas średnie wrażenie, ale efekt nasycenia uzyskujemy i wsiadamy na maszyny, bo przed nami ostatnia, ale i największa przełęcz przed stolicą. Droga jak to w takich miejscach wije się pięknie efekt psuje tylko kiepska nawierzchnia i spory w tym miejscu ruch samochodów. Gdy kończymy już zjazd dodatkowo droga stała się mokra po deszczu. To wszystko plus zmęczenie materiału mogło mieć spory wpływ na dalszą naszą podróż. Między kolejnymi winklami wyprzedzaliśmy kolejne samochody Avente jednak zrobił to za późno i nie zdążył się złożyć w zakręt pozostało mu tylko ostre hamowanie i piękny lot w krzaki! Na szczęście dla niego to był chyba jedyny zakręt w okolicy, który nie kończył się barierą, która odgradzała drogę od drzew porastających strome skarpy a łagodnym rowem z trawą i krzakami. Robert już po chwili skakał ze szczęścia, że jest cały a motorek też po małych kosmetycznych zabiegach nadawał się do dalszej drogi. Muszę tu pochwalić Bułgarów, którzy widząc, co się dzieje zatrzymali swoje puszki i służyli swoją pomocą. Dalej zdecydowanie wolniej dojeżdżamy do obwodnicy Sofii, której nawierzchnia przypomina powierzchnie księżyca! Tak dziurawą drogą już dawno nie jechałem! Udaje nam się jakoś objechać miasto i na wylocie już grubo po zachodzie słońca zaczynamy szukać jakiegoś lokum. Szukam czegoś w GPS i najbliżej pokazuje nam hotel o tajemniczej nazwie Diskret! Choć jesteśmy prawie pewni, że ta nazwa może być dwuznaczna to jedziemy. Na miejscu się okazuje, że jednak byliśmy w błędzie i można się tam wyspać w przyzwoitych warunkach i bez dodatkowych usług.

Dzień 3

Rano budzimy się wypoczęci i w dobrym nastroju się pakujemy. Ruszamy dalej. Dziś w planach mamy dojazd do Melnika, ale po drodze chcemy zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Ruszamy obierając kurs na Zemen Trasa wiedzie bocznymi malowniczymi drogami. Ruch jest niewielki a krajobrazy sympatyczne szkoda, że na najlepszych winklach najczęściej leży warstwa piachu. To chyba taka norma w tej części świata? Docieramy do Zemenu mijamy centrum miejscowości i kierujemy się na pobliskie wzgórze, gdzie mieści się malowniczo położony Monaster Zemenski. Robimy przerwę na zwiedzanie klasztoru w którego centralnym miejscu znajduje się kamienna cerkiew klasztorna św. Jana Ewangelisty z cennymi freskami.

W klasztornym ogrodzie można poczuć błogi spokój i złapać trochę energii na dalszą drogę, w którą po przerwie ruszamy i kierujemy się do pobliskiego miasta Kiustendił. Dzięki swoim ciepłym źródłom jest to znane w Bułgarii uzdrowisko, choć swym wyglądem go wcale nie przypomina. Tam zatrzymujemy się pod Sklepem gdzie robimy zakupy i organizujemy coś w rodzaju obiadu. Pod sklepem zaczepia nas sympatyczny gość, który również podjechał tam z kumplem na motocyklu i jak się okazało ma salon motocyklowy w mieście. Rozmowa kończy się zaproszeniem na kawę do jego salonu, z którego oczywiście korzystamy. Tam poznajemy kolejnych kolegów motocyklistów, podziwiamy maszyny, które chłopaki mają na sprzedaż wymieniamy się komplementami o naszych krajach, pijemy kawkę i ruszamy dalej.

Z miasta wyprowadza nas jeden z nowo poznanych kolegów. I poleca nam trasę, którą mamy jechać w stronę Riły. Trasa ta faktycznie zalicza się do tych przyjemnych. Nowy asfalt i fajne zakręty umilają nam kolejne kilometry. Po dotarciu do miejscowości o wdzięcznej nazwie Dupnitsa i przejechaniu drogi kilku kilometrów główną drogą nr1 zjeżdżamy najpierw na wąską i krętą boczną drogę, którą dobijamy do głównej drogi prowadzącej przez malowniczy wąwóz do Rylskiego Monastyru. Ta najbardziej chyba znana w Bułgarii budowla na tle wysokich gór w słoneczny dzień robi na nas spore wrażenie.

Łapiemy trochę duchowego oddechu przed dalszą drogą i pomału wracamy do głównej trasy, którą jedziemy w kierunku greckiej granicy. Pierwszy odcinek jest dość zatłoczony i mało atrakcyjny do jazdy. Sytuacja jednak diametralnie się zmieniła po przejechaniu miejscowości Blagoevgrad trasa zaczęła się wić pięknymi winklami ze świeżutkim asfaltem. Po lewej stronie ciągnęły się szczyty gór Pirynu a droga co jakiś czas przecinała je tunelami. Banan na twarzy się poszerzał z każdym kolejnym kilometrem. Gdy już nasza euforia z jazdy była bliska wrzenia przejechaliśmy przez małą miejscowość wzdłuż, której ustawione były jedna za drugą knajpki z grillami. Unoszące się zapachy wpadające do naszych kasków przypomniały nam, że nie samą jazdą człowiek żyje i naciskając na hamulec dałem wszystkim znak by bez słowa a jednak jak na komendę zawrócić i zaatakować jedną z knajpek. Był to strzał w dychę, bo jedzonko było tam chyba najlepsze z całej wyprawy. Gdy udało się zaspokoić nasze apetyty znów wzrosła nam ochota do dalszej jazdy i to tak, że narodził się pomysł zboczenia z wytyczonej wcześniej trasy w celu krótkich wycieczki do sąsiedniej Grecji.

Ale tego dnia już tylko dokończyliśmy nasz plan i dojechaliśmy do Melnika. Ta najmniejsza Bułgarska mieścina słynie z wytwarzania win. Tu prawie każdy dom oferuje nocleg i piwnice pełną win. My znaleźliśmy nasz pensjonat z naszą piwnicą, w której jeszcze znalazło się miejsce na nasze motory. Jedyny mały na pozór problem polegał na tym, że aby w niej zaparkować musieliśmy pokonać dwa schody. W czasie tej ewolucji Motomed zapomniał, że jego kuferki są ponadwymiarowe i zahaczył nimi o stoliczek pełen win. Cztery z nich pękły od strzału a Tomek zaliczył najdroższy wjazd do garażu w swoim życiu. Jak już pierwsze pękły tak szybko to z kolejnymi nie mieliśmy żadnych problemów. I nie wiem czy to ilość wina, czy niesamowicie malownicze i klimatyczne miejsce, w który się znajdowaliśmy miało wpływ na nasz nastrój, ale wieczór upłynął nam bardzo sympatycznie.

Dzień 4

Ranek do lekkich się nie zaliczał, ale nie przeszła nam ochota na kąpiel w Greckim morzu i pełną rekreację. Jedynie Marek postanowił się od nas oddzielić. Zjedliśmy, więc jeszcze wspólnie śniadanie i ruszyliśmy w swoje strony.

Do Greckiej granicy mieliśmy tylko chwilę jazdy a potem główną trasą skierowaliśmy się na Tesaloniki a następnie dalej na półwysep Halkidiki. Wjechaliśmy do miasteczka Afitos i dotarliśmy do plaży. Byliśmy tak spragnieni kąpieli, że nawet kasków nie zdążyliśmy ściągnąć przed wejściem do wody. Jak się okazało za chwilę mogliśmy się nie pozbywać też butów, bo dno było pełne niespodzianek, które ja opłaciłem spuchniętą stopą a Robert pozbawił życia biednego jeżowca, który odwdzięczył mu się boleśnie. Dobrze, że pierwsza pomoc zawsze była pod ręką albo dokładniej pod stopą.

Po paradzie plażowej w typowych dla tej części Europy strojach motocyklowych. Pojechaliśmy do miasteczka na smaczny posiłek

i ruszyliśmy bocznymi drogami w powrotną drogę. Drogi te były mało uczęszczane i do tego pokręcone jak makaron, wiec o przyjemności z jazdy dodawać nic nie muszę. Gdy już nasze żebraczki w motocyklach delikatnie dawały nam znać o swoim istnieniu nagle pojawiła się jak na zawołanie wioska gdzie na cztery domy były cztery mini stacje benzynowe, wiec każdy mógł zatankować na innej stacji w tym samym czasie. Mój sprzedawca okazał się najsympatyczniejszy. Jako były piłkarz znał doskonale naszych piłkarzy, choć głównie tych, którzy jeszcze potrafili grać. Rozmowa była miła, ale musieliśmy jechać dalej. Wieczorem dojechaliśmy znów do naszego pensjonatu w Melniku i znów wieczór był bardzo sympatyczny.

Dzień 5

Po dniu rekreacyjnym nastał kolejny dzień i w planach na jego dobry początek miałem dla chłopaków mały offik w górach Pirynu. Zaraz za Melnikiem droga wiła się między ciekawymi formacjami ze skał piaskowca.

Po kilku kilometrach zjechaliśmy z twardej drogi i zaczęliśmy naszą wspinaczkę. Zjazd z drogi prowadził wąskim wyrytym w piaskowcu tunelem. Miałem uczucie jakbym zmniejszył rozmiar do rozmiaru klocków LEGO i przejeżdżał przez wykopany w piaskownicy tunel ręką jakiegoś chłopaka. Wrażenie trochę takie jakby wszystko miało na nas się zasypać. Na szczęście nic takiego się nie stało a pierwszy odcinek dalszej drogi to przyjemna piaszczysto żwirowa górska dróżka, którą dojechaliśmy aż do górskiej wioski Kashina. Ta osada w środku gór wyglądała na taką, w której już dawno nikt nie mieszka jednak w tych glinianych chatkach nadal żyli ludzie. Głównie bardzo stare osoby.

Następnie chcieliśmy dotrzeć do wioski o tej samej nazwie, co całe pasmo górskie Piryn. Dalszą drogę wskazał nam mieszkaniec wioski. I to był początek już bardziej offu niż ofiku. Po krótkim stromym zjeździe w dół czekała na nas przeprawa przez rzeczkę a potem coraz bardziej stromy i coraz bardziej kręty podjazd. Nierówna i grząska droga szybko zebrała żniwo w postaci pierwszych gleb. Pod jednym z podjazdów zaczęliśmy się już zastanawiać czy damy radę? Wtedy podjechali sympatyczni Niemcy, którzy nam zabrali bagaże do swojej terenówki i bez nich mogliśmy już łatwiej wdrapać się na górę. Wreszcie dotarliśmy do lepszej drogi gdzie nawet były jakieś znaki przypominające drogowskazy.

Tak już nieco łatwiejszym odcinkiem szutrowej drogi wzmacniani miejscowymi napojami energetycznymi dojechaliśmy do miejscowości Piryn, która nie należała też do najbogatszych, ale miała już coś, co można nazwać asfaltem a co niektórzy z nas mieli ochotę całować po kilkugodzinnych górskich męczarniach.

Po dojechaniu do głównej trasy, pojechaliśmy na wschód i szybko przekonaliśmy się, że dziś trasa chce nam dać wszystko, co lubimy najbardziej. Po fajnym offie dla równowagi przed nami wije się wśród gór nowy i szeroki asfalt i tak przez kilkadziesiąt kilometrów bez żadnej prostej! Potem nawierzchnia trochę się popsuła a w dolinach trochę prostych odcinków prowadzących przez większe miejscowości dało nam chwilę odpoczynku od zakrętów, bo wraz z upływam czasu zaczynało już nam brakować sił. Nawet Spyder po tym jak na jednym z winkli przekonał się, że centralka nie jest z gumy jakoś stracił apetyt na ich połykanie. Staramy się jednak trzymać planu i jedziemy dalej zbliżając się do Pamporowo Miejscowości, która zimą podobno jest narciarskim kurortem. Brzydkie często niedokończone duże hotelowce na nas jednak nie robią wrażenia i raczej na narty tam nie pojedziemy. To ze wiele z hoteli jest na sprzedaż świadczy o tym, że najwyraźniej nie tylko my. Do tego temperatura też zaczynała przypominać tą z sezonu narciarskiego. Zaczynamy, więc kierować się krętą drogą, bo jak by mogło być inaczej, w kierunku miasta Płowdiw. Po drodze zaliczamy przerwę na posiłek w knajpie, której nikomu nie polecę z uwagi na takie sobie jedzenie i obsługę rodem z minionej epoki. Kelnerka, która nie rozumiała chyba nawet po bułgarsku doprowadziła mnie prawie do rozstroju nerwowego, wiec nie pozostało nic jak tylko siąść na motocykl i odstresować się na kolejnych winklach. Nie było mi jednak dane długo zachować spokoju, bo gdy zapadł zmrok po wyjściu z jednego z zakrętów zobaczyłem przed sobą jadące z przeciwka nie dwa a cztery światła, co mogło oznaczać tylko jedno, kłopoty. Na szczęście wciągnięcie powietrza i wklejenie się w pobocze pomogło i nie musiałem poznawać kolejnego pewnie sympatycznego Bułgara. Pomijając ten fakt jazda nocą przez kręty wąwóz otoczony wysokimi skalnymi skałami robił na mnie niesamowite wrażenie. Dalej bez niespodzianek udało nam się wreszcie dojechać do Płowdiwa. Pora była już dość późna. Ja gdzieś tam miałem jakiś adres kampingu, ale postanawiamy dopytać miejscowych. Stajemy przy znanej amerykańskiej szybkiej knajpie gdzie ruch panował jak przy podobnych w Polsce, co oznacza, że chyba też popadli w tą samą chorobę? Niestety wśród tłumów nie ma chętnych do pomocy i nikt o kempingu nie słyszał. Po chwili znajdujemy bratnią duszę motocyklisty wprawdzie w mercedesie, ale chętnego do pomocy. Nie znał słowa po angielsku, ale zadzwonił do żony, która przez telefon robiła, jako tłumacz i tak po chwili wszystko stało się jasne a kolega powiedział ze nas podholuje. Stawiam na to, że jeździł na ścigaczu, bo swoim mercem tak zaiwaniał przez miasto, że musieliśmy się mocno starać żeby się nie zgubić. Po tym rajdzie po mieście gość skręcił w boczną ciemną uliczkę, która kończy się czymś, co można nazwać kempingiem. W recepcji mamy do wyboru rozbicie namiotu lub trochę droższe domki. Moment zastanowienia i biorąc pod uwagę zmęczenie i późną porę wybieramy to drugie. Po chwili otwieramy już drzwi naszych apartamentów i już wiemy, że to nie był dobry wybór. Zapach stęchlizny i wilgoci był nie do wytrzymania o stanie toalety też wolę nie wspominać. Spałem już w różnych miejscach i raczej do wybrednych się nie zaliczam, ale do tego trudno mi było się przekonać. Po rozpakowaniu, krótka narada i stwierdzamy, że mamy mało jazdy, wiec ruszamy na nocne zwiedzania miasta a domki zostawiamy na małe wietrzenie. Płowdiw nocą zrobił na nas dużo lepsze wrażenie niż nasze apartamenty. To drugie, co do wielkości miasto Bułgarii szczyci się swoim Starym Miastem z rzymskimi ruinami w centrum. Oczywiście ze zmęczenia tradycyjnie nie zauważyłem znaków zakazu i szlabanu przed wjazdem na starówkę i tak zjechaliśmy całe stare miasto na, kołach choć raczej nie jest to dozwolone. Po zdrowej kolacji w porze przed śniadaniowej w budzie z kebabem wracamy jakoś tak bez ochoty na nasze miejsce spoczynku i niestety wietrzenie na wiele się nie zdało. Budzimy, więc gościa w recepcji i zapodajemy sobie po dwa piwka na sen, bo chyba inaczej się nie dało.

Dzień 6

Świt już był prawie jak szliśmy spać, więc długo na niego nie musieliśmy czekać. Rano już nawet trochę do zapaszku się przyzwyczaiłem. Robimy pamiątkową fotę i spadamy. Po drodze wpadamy do marketu na śniadanie, które spożywamy jak na turystów przystało na parkingu. Nie wiem jednak czy to bliskość marketu czy zmęczenie wpłynęło na to, że jak to u mnie czasem bywa powiedziałem o dwa słowa za dużo, które mocno zabolały Roberta i atmosfera w grupie mocno siadła. Tak w kiepskich nastrojach ruszamy dalej drogą w kierunku Kazałyku, gdzie chcieliśmy zobaczyć Tracki grobowiec. Niestety w mieście nie udało mi się znaleźć osoby, która by wiedziała, o co mi właściwie chodzi, ale jeden gość zachęcał nas żebyśmy zostali w mieście, bo następnego dnia zaczyna się największy motocyklowy zlot w Bułgarii. My jednak nie dajemy się skusić i realizujemy dalej swój Plan a o zlocie słyszymy ponownie dzień później w telewizji. Docieramy do miejscowości Szpika i w oczy rzuca nam się błyszcząca na wzgórzu złota kopuła dachu Cerkwi Narodzenia Pańskiego. Pewnie tak została ozłocona żeby przyciągała wzrok i na nas to podziałało, bo postanowiliśmy ją zobaczyć z bliska.

Zaraz za miejscowością Szpika zaczynała się przełęcz o tej samej nazwie bardzo przyjemna do jazdy na dwóch kołach. Po drugiej jej stronie skręciliśmy w boczną drogę prowadzącą do wsi Bozenci, w której znajdował się skansen wsi Bułgarskiej. Po tym jednak, co widzieliśmy w górach ten skansen nie robił już nas wrażenia i wydawał się chyba zbyt nowoczesny.

I tak z tej wsi po małej kawie ruszyliśmy do miasta, bo kolejnym miejscem, które chcieliśmy zobaczyć było Wielkie Tyrnowo. To miasto zrobiło chyba na nas najbardziej pozytywne wrażenie z miast, które widzieliśmy w Bułgarii. Już sam wjazd, który przebiega pod tunelem, nad którym na skarpie znajduje się stara część miasta wygląda niesamowicie. My docieramy do jej najstarszej części, którym jest rezerwat archeologiczny na wzgórzu Carewec. Który ma kształt twierdzy otoczonej murami warownymi? Wzgórze ma to do siebie, że zwłaszcza w tak upalny dzień eliminuje słabsze jednostki i na szczyt docieram tylko ja i Motomed. W nagrodę otrzymujemy zapierający dech w piersiach, ( którego i tak nam brakowało) widok na panoramę miasta i możemy zobaczyć znajdującą się na wzgórzu cerkiew z jedynymi w swoim rodzaju nowoczesnymi freskami, które przypominały raczej demoniczne graffiti niż wnętrze cerkwi, ale mi się bardzo podobały. Po dotarciu do leniwych kolegów pojechaliśmy do miasta na zasłużony posiłek i ruszyliśmy w drogę do Ruse, na nasz ostatni planowany nocleg w Bułgarii.

Niestety już chyba zgodnie z naszą tradycją po drodze zapada zmrok i właśnie o zmroku docieramy do granic miasta. W pierwszym miejscu gdzie miał być kamping stała tylko pozostałość recepcji i rosła trawa do pasa a po okolicy kręciły się dziwne typy. W kolejnym miejscu o kempingu nikt nie słyszał. Okolica za bliska miasta na to żeby się rozbić na dziko, więc szukamy hotelu. W mieście nie jest to proste, bo tam gdzie cena do wytrzymania to albo miejsca brak, albo nie ma gdzie w miarę bezpiecznie zostawić maszyn. Tym razem Tomkowi puszczają tak nerwy, że wpada na pomysł samotnej nocnej jazdy do Rumunii ostatecznie jednak dobrowolnie zostaje zmuszony do pozostania w grupie a my ostatecznie rozbijamy obóz na jedenastym piętrze Hotelu nad samym brzegiem Dunaju. Poranne widoki gratis.

Dzień 7

Budzimy się w zdecydowanie lepszych humorach. Jemy śniadanko na pełnym wypasie odpalamy maszyny i już po chwili jesteśmy w Rumunii. Na pierwszych kilometrach rzuca nam się w oczy jeden z kontrastów, jakich Rumunii wiele. Otóż na jednym polu pracuje człowiek idący za maszyną żywcem wyjętą ze skansenu ciągniętą przez zmęczonego konia a obok na polu rolnik lata helikopterem i robi sobie opryski nad swoimi hektarami. My bocznymi, ale strasznie zatłoczonymi drogami w trudnym do zniesienia upale docieramy do górskiego kurortu Sinaia gdzie jednak nie wypoczywamy a zwiedzamy zamek Peles Karola 1. Zamek ten jest młodziutki, ale bardzo urokliwy

Następnie odbijamy w boczną drogę I omijamy łukiem Braszów rzucając tylko sentymentalnie okiem na zamek w Branie i dalej zasuwamy w kierunku dobrze nam znanego kampingu w wiosce Carta. Z uwagi na to, że tego dnia miało się rozpoczynać Euro 2012 chęć zobaczenia naszych orzełków w locie mocno rozkręcała nasze manetki. Tak w tempie mało turystycznym docieramy pod bramę naszej oazy w środku wsi, w której nawet witają nas Ci sami mieszkańcy, co rok wcześniej. Dobrze, że nie wszystko się tu zmienia. Krojąc ogórki na kolacje oglądamy mecz a przy okazji Rakiją upijamy sympatycznego Niemca, który wraz z rodziną podróżuje po Bałkanach Camperem. W przerwie rozbijamy namioty a po meczu zasiadamy do kolacji integrując się przy okazji z Holendrami. Z rozmów tych wynikało tylko jedno, że Polacy to super sympatyczni i pracowici ludzie. Ciekawe czy ich zdanie nie było wymuszone chęcią utrzymania dobrej atmosfery i spokoju na kampingu, czy faktycznie nasi turyści zarobkowi robią w Europie tak dobrą robotę. Udając się na spoczynek miałem nadzieję, że się wyśpię, ale jak to w namiocie bywa odgłosy natury, a dokładnie przejeżdżająca w oddali, ale przed czwartą nad ranem, kolejka skutecznie mnie obudziła a reszty dopełniły wszystkie koguty ze wsi, które w Carcie należą do tych bardzo upierdliwych. Tak wiec leżąc i wpatrując się w wiszącą nad moją głową ściankę namiotu myślami składałem się już w kolejne winkle dnia następnego a sen dopiero nadszedł jak wszyscy zaczęli wokół się budzić!

Dzień 8

Dziś pakowanie idzie sprawnie i mamy czas na spokojne śniadanko. Płacimy za nocleg i startujemy z wąskimi bocznymi ścieżkami wzdłuż rzeki. Taki skrót, który rok wcześniej poznaliśmy przez błąd w nawigowaniu.

Po chwili jesteśmy już na Transnogarskiej i zasuwamy w górę oczywiście witają nas znaki ze zakazem ruchu, ale podobno nie dotyczą motocyklistów z Polski. Trasa po zimie pełna niespodzianek w postaci urwisk i kamieni. No może bardziej głazów, ale to już normalne na tej trasie. My nakręcamy się każdym kolejnym winklem i każdym kolejnym widokiem, które w tej części Karpat są niezapomniane. Im jesteśmy wyżej tym śniegu wokół coraz więcej. A gdy docieramy na samą górę jest go tyle, że już mamy pewność, tym razem nie uda nam się przejechać przez tunel. Ale humorów nam to zbytnio nie psuje. Wykorzystujemy śnieg do dobrej zabawy i robimy pamiątkowe foty Niestety to już moje ostatnie, bo wyjeżdżając popełniłem podstawowy błąd zapominając o ładowarce do aparatu. Po zimowym relaksie zabieramy się do odwrotu i zachęcani promieniami wiosennego słoneczna jeszcze kilka razy w tą i z powrotem ścieramy opony na najlepszych winklach Trasnogaskiej. Po chwili jesteśmy już na Transnogarskiej i zasuwamy w górę oczywiście witają nas znaki ze zakazem ruchu, ale podobno nie dotyczą motocyklistów z Polski. Trasa po zimie pełna niespodzianek w postaci urwisk i kamieni. No może bardziej głazów, ale to już normalne na tej trasie. My nakręcamy się każdym kolejnym winklem i każdym kolejnym widokiem, które w tej części Karpat są niezapomniane. Im jesteśmy wyżej tym śniegu wokół coraz więcej. A gdy docieramy na samą górę jest go tyle, że już mamy pewność, tym razem nie uda nam się przejechać przez tunel. Ale humorów nam to zbytnio nie psuje. Wykorzystujemy śnieg do dobrej zabawy i robimy pamiątkowe foty Niestety to już moje ostatnie, bo wyjeżdżając popełniłem podstawowy błąd zapominając o ładowarce do aparatu. Po zimowym relaksie zabieramy się do odwrotu i zachęcani promieniami wiosennego słoneczna jeszcze kilka razy w tą i z powrotem ścieramy opony na najlepszych winklach Trasnogaskiej.

Nie mamy jednak dość i kierujemy się na kolejny cukiereczek Transalpinę. Jedziemy do niej malowniczą, ale zatłoczoną trasą nr7, a potem już prawie pustą i równie malowniczą 7a. Do Transalpiny wbijamy się w połowie dokładnie w miejscu gdzie rok wcześniej sympatyczna kelnerka uratowała nas od zamarznięcia oferując nam nocleg. W tym roku pogoda i pora dnia jest zupełnie inna, ale kelnerka ta sama. Rozpoznała nas od razu i serdecznie przywitała. Korzystając z uprzejmości zostajemy na obiedzie.

Po obiedzie nie mamy niestety czasu na lenistwo, bo coś złego dzieje się z pogodą i zaczynają się szybko zbierać burzowe chmury. Żegnamy się wiec szybko obiecując nasz kolejny powrót w to miejsce i ruszamy na Transalpinę na jej najwyższą część biegnącą przez Urudele. Droga wiedzie już w całości po nowiutkim asfalcie, co z jednej strony już nie daje takiej satysfakcji z przejazdu tą trasą, bo mocno to uławia z drugiej zaś strony przyjemność połykania kolejnych zakrętów jest trudna do opisania. Wspinamy się szybko na sam szczyt i nareszcie widzimy gdzie jesteśmy, bo ostatnio w tym miejscu była taka mgła, że ledwie widoczne było przednie koło. A oglądać jest, co bo w tym miejscu przed nami rozpościerał się piękny widok żywo zielonych gór. Zatrzymujemy się na chwilę by zaczerpnąć świeżego, górskiego powietrza w płuca i tego niesamowitego obrazu, który nas otaczał w pamięć. Wokół nas sporo motocyklistów i to na sprzętach każdej maści a to już efekt dobrej nawierzchni.

Gdy już nasycamy swoje zmysły ruszamy dalej a kolejny postój ustalamy na stacji w miejscowości Novaci, bo nasze baki już pomału straszyły echem. Udało się jednak na mocnej rezerwie dojechać i napełnić nasze zbiorniki. Burza nas szczęśliwe nie dopadła, ale znów zaczęła gdzieś mocno straszyć nie tracimy wiec czasu i wracamy na trasę by pokonać ją w przeciwną stronę i w całości. Teraz nasza radość z jazdy tą fantastyczną trasą jest jeszcze większa i rośnie z każdym kolejnym pokonywanym winklu. A jest ich tu niezliczona ilość i ciągną się przed nami po malowniczych wzgórzach niczym wymarzona czarna wstążka z najbardziej kolorowych snów motocyklisty. Do tego burza wystraszyła wszystkich i sobie gdzieś poszła a na trasie zostaliśmy tylko my. Nakręca nas to do czerwoności wprowadzając w trudny do opisania amok. Dzięki temu pokonujemy właściwie całą Transalpinę bez zatrzymania. Grubo ponad sto kilometrów czystej przyjemności. Na końcu mamy ochotę pojechać jeszcze raz, ale może jednak innym razem, bo dzień pomału się już kończył a jeszcze musieliśmy trochę przejechać, aby dogonić Marka, bo taki był plan. Dalsza droga już tak przyjemna nie była a do tego w kość zaczynało dawać zmęczenie, ale nie pozbawiło nas to dobrego nastroju do końca a koniec znów był przyjemny, bo trasa wiodła malowniczą drogą między skalistymi wzgórzami przypominającymi nasze Góry Stołowe. Na nocleg zatrzymaliśmy się na kempingu, który znalazł wcześniej Marek w wiosce, w której mieszkali sami Węgrzy i mówili też tylko w tym języku. Wieczór upłynął nam na wymianie z Markiem opowieści z przebytej drogi.

Dzień 9 i ostatni.

Chcieliśmy wrócić wcześnie do domów, więc wyjechaliśmy o świcie w trójkę, bo Marek i Tomek postanowili się tak nie spieszyć a i jazda w mniejszych grupach idzie sprawniej. Od rana tradycyjnie dopisywała nam pogoda a i ruchu nie było, bo to była niedziela. Bez problemów wjechaliśmy do Węgier, które też przejechaliśmy w błyskawicznym tempie. Niestety prawie już n sam koniec pierwszy raz musieliśmy wskoczyć w kondoniki dobrze, że dopiero dziewiątego dnia, ale na Słowacji przed Popradem wpadliśmy w straszne oberwanie chmury. I niestety w deszczu i chłodzie przejechaliśmy całe Tary. Dopiero przestało padać w Bukowinie Tatrzańskiej gdzie zatrzymaliśmy się na obiedzie u sympatycznych, jak zawsze Polskich Górali. Potem tylko już walka o życie na totalnie i tradycyjnie zatłoczonej Zakopiance a po niej nudna i zbyt swojska A4, no i powitanie z wytęsknioną rodzinką. I mimo, że tyłek czuł jeszcze te przejechane prawie pięć tysięcy kilometrów, to w głowie już pomału kiełkował kolejny zalążek nowej przygody… Koniec.