Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Afryka » Maroko cz. 3

Maroko cz. 3 (2010)

Autor: micek


Dzień 16

Dwie sprawy na początek, po pierwsze, jadąc do Maroka strasznie napaliłem się na małpy (bez skojarzeń! Zobaczyć je chciałem, a nie, że coś tam....). Wiedziałem, że żyją w okolicy Azrou, i Ifrane, ale jakoś nie mogłem znaleźć dokładniej informacji gdzie... Koniecznie chciałem je zobaczyć, i dziś miał być ten dzień... Jak ich nie zobaczę, to cała wycieczka nieudana, dziś jest być albo nie być! A jak wyszło?.... No czytajcie dalej....

Druga sprawa, muszę jeszcze powiedzieć, co się dzieje na ulicach Marrakeszu, bo to jest normalnie rekord świata! Zacząć należy od tego, że około 80% pojazdów na ulicy to skutery. Skuter służy tu do wszystkiego, robi za samochód rodzinny (jeżdżą nim po trzy cztery osoby jednocześnie), za półciężarówkę (widzieliśmy jak koleś podjechał motorowerem do hurtowni. Wsadził metr sześcienny ciastek na bagażnik, drugi taki metr przywiązał do błotnika z przodu... Ładunek był tak wysoki, że wystawały mu nad te ciastka tylko oczy i czubek głowy! Odpalił, pojechał). Motorowerem, można przewieźć wszystko, wannę, płody rolne, niewielkie zwierzęta, rodzinę, no wszystko. Wszyscy mają kaski (sic!), przywiązują je do kierownicy, i tak jeżdżą, nigdy nie zakładają ich na głowę, a zwłaszcza w czasie jazdy, ale nie ma to tamto, kaski mają!

Jak już masz motorower, to możesz ruszać na podbój Marrakeszu! Po pierwsze składasz lusterka do środka, tak żeby nie przeszkadzały, w sumie przecież i tak nie wiadomo do czego służą... Wsiadasz, i pomykasz! Masz pierwszeństwo, zawsze! Nie patrzysz do tyłu, niech się martwi ten co jedzie za Tobą, na tych z przodu też nie uważasz, może czasem taki jeden z drugim się obejrzeć, i zobaczyć, że jedziesz a nim! Na samochody, nie uważasz, jak Ci który zajedzie drogę, to zaczynasz kierowcę wyzywać, machać do niego rękami, i krzyczeć żeby się nauczył jeździć! Nie wiadomo po co na drodze maluje się dwa pasy ruchu, przecież skuterów zmieści się na nich ze trzydzieści, po co te pasy? Jak widzisz pieszego, który próbuje przejść przez ulicę, nie zatrzymujesz się, nie zwalniasz nawet! Jak już idzie po ulicy, dopisujesz się do konkursu „kto przejedzie najbliżej i nie dotknie ten wygrywa!” i koniecznie starasz się wygrać! Jak idzie takie po przejściu, to już w ogóle... Wtedy możesz dotykać nawet, niech się nauczy żeby się nie pchać. I teraz jak najbardziej poważnie, Przejście przez ulicę, graniczy tu z CUDEM! Bez przerwy jadą skutery, normalnie non stop! Odległości między pojazdami uczestniczącymi w ruchu, NIE PRZEKRACZAJĄ PÓŁ METRA!(Piszę to poważnie jak nigdy!), a wszyscy się spieszą, i wyciskają z tych motorowerów siódme poty! Między tym wszystkim jeżdżą samochody, przeważnie Taxi, chłopaki mają nerwy ze stali! Spytaliśmy taksówkarza, czy często zdarzają się tu wypadki, powiedział, że bardzo często (czyli upada mit: ”jeżdżą jak wariaci, i jakoś nie ma wypadków”), przy czym większość z nich to wypadek typu „skuter wpadł pod samochód”.

Uf, ale dygresję chlapnąłem, oki wracamy do relacji właściwej.

Ruszamy rano, żeby uniknąć największego ruchu, nie mam ochoty wpaść pod skuter, albo na skuter, albo i pod i na jednocześnie! Zaraz za Marakeszem, zaczyna się totalnie beznadziejna droga. Jest bardzo wąsko, asfalt jest popękany, na drodze pełno przeładowanych motorowerów, chyba są sianokosy, bo każdy wiezie trawę, i to tak na oko ze sto kilo!

Mijamy wioski, gaje oliwne (ale takie niewielki, nie przemysłowe). Przez pewien moment, trasa wygląda tak, że po lewej stronie ciągnie się taki zagajnik., niewysoki, ale idzie cały czas wzdłuż drogi

Czyli taka półpustynia, wyschnięta, z pojedynczymi krzaczkami. Nie jest tak gorąco, a nie jedziemy jakoś mega szybko, więc postanawiam otworzyć szybę w kasku. Podnoszę lewą rękę do szyby, i w tym momencie, z zagajnika wylatuje wróbel, leci pędem na drugą stronę szosy, przelatuje zaraz za moją owiewką, i trafia mnie w zewnętrzną stronę dłoni! Prędkość 100km/h, moja nie wróbla... Wrażenie: jakbyś dostał kamieniem! Normalnie zabolało, co za wariat! Pogoda chyba ptakom tu nie służy, latają bardzo nisko nad szosą, i uciekają znad niej w ostatniej chwili, a czasem to nawet na ostatnią chwilę nie zdążą....

Potem remont drogi, i ruch wahadłowy. Remont czyli w sumie rozbieranie starej drogi, a budowanie na jej miejsce nowej. Droga, wiadomo, taka jak się można spodziewać po Afrykanach, nie? Najpierw wybierają glebę na metr, potem to ubijają, sypią jakieś kamienie, ubijają, i tak w kółko, a potem leją 25cm asfaltu! To taka zwykła droga, widziałem jak pod autostradę wybierali jakieś półtora metra albo więcej! Może powinno się polskiego ministra infrastruktury wysłać do Maroka na szkolenie albo coś? Efekt jest taki, że w czasie całego wyjazdu, najtrudniejszym odcinkiem drogi jaki mieliśmy do pokonania było Gorzów – Słubice!

Zatrzymujemy się, przed nami stoi jakiś duży samochód, z przodu młody tata, z tyłu młoda mama i córka, pięć może sześć lat. Gdy podjeżdżamy, słyszy silnik, odwraca się i do nas macha, odmachujemy... Mała zaczyna się cieszyć, szturcha mamę, żeby zobaczyła na nas i macha dalej, my odmachujemy. Ta widzi, że to co robi skutkuje, no to mamie smyk na kolana, otwiera szybę i macha przez okno, my machamy dalej! Ale extra, no to teraz macha dwoma rękami, zmienia się światło, wszyscy ruszamy. Mała macha dalej, wychylając się przez okno coraz bardziej, chyba zaraz wypadnie, ale nie, mama twardo trzyma ją za nogi. Mała macha rękami, jakby wołała helikopter, żeby wylądował na dachu samochodu, wreszcie przy 100km/h wymięka.... tzn zamyka oczy, bo włosy jej do nich lecą, ale twardo macha dalej wychylona przez okno do pasa . Wyprzedzamy ich, mała macha nam na pożegnanie....

Robi się coraz cieplej, zatrzymujemy się w przydrożnym barze

Kupujemy dwie Cole, sprzedawca daje nam po butelce, kubeczku i prosi o chwilę cierpliwości. W tym czasie przynosi nam stolik, dwa krzesełka, wszystko wyciera szmatką i już możemy siadać. Taka obsługa za dwie Cole, dla mnie bomba. Mówi ze możemy robić zdjęcia, i w ogóle (co tu też bywa problemem, ludzie przesadnie wręcz cenią sobie tu swoją prywatność).

Przy okazji, możecie na tych zdjęciach zobaczyć najpopularniejszy pojazd osobowy w Maroku. To ten motorower, po prawej stronie pod skrzynkami z napojami. Na drogach jest ich zatrzęsienie!

Droga robi się kręta, jedziemy przez wioski, za jedną z nich rozpościera się widok na piękne jezioro. Jest mała zatoczka, na której można się zatrzymać, z czego właśnie skorzystał autobus z którego wysypują się turyści, wszyscy lecą na drugą stronę ulicy fotografić jezioro. My tez się zatrzymujemy, przodem do autobusu, Marta zsiada, ja też, idę do tyłu i szukam aparatu w kufrze, i nagle słyszę:
-Oooo, takim motorem to się tu można wybrać.... - mówi syn do ojca.
-E, nie wiem, muszą się męczyć w tym upale, daj spokój, patrz jak są ubrani – stoją dwa metry ode mnie i komentują. Myślą, że jak gadają po polsku, to nikt ich nie zrozumie.... Patrzę na autobus, dopiero teraz zauważam, że jest z polskiego biura turystycznego
-Ale takim motorem się da wszędzie wjechać, zobaczą dużo więcej niż my!
Oki starczy
-Nie, nie wszędzie da się wjechać, ale rzeczywiście zobaczymy więcej niż wy.....
Turysty w szoku! Zlatuje się cały autobus, pytania skąd jesteśmy, jak żeśmy się tu znaleźli, czy możemy udzielić wywiadu korzystając z mikrofonu w autobusie (to już ktoś powiedział żartem), ale ogólnie patrzą na nas jak na kosmitów. Chrzanić to jezioro, zaczynają robić zdjęcia naszego motocykla.... Pojawia się wśród nich Dominik, na oko 25 lat....
-Jesteście z polski?!?! - pyta podexcytowany....
-Ano jesteśmy.... - mówię, taki wiecie wyluzowany, że niby to takie normalne
-A z której części????? - pyta już mocno podniecony
-Z północy....
-O!! Ja też!!! - gość chyba zaraz dostanie hiperwentylacji z wrażenia – A jakie miasto???
-Gorzów...
-O kurcze ja też!!!! - chyba se da spokój z tą hiperwentylacją, i zdecyduje się jednak na odlot w kosmos - A jakie osiedle?!?!?!??!?!?!?!
-Manhatan... - o kurcze, ja nie mogę, to tak jak ja! Rany, ale masakra – A jednak zniesie jajko! I to na twardo! - A mogę sobie z Wami zdjęcie zrobić?????
-Spoko
-O kurcze, niech ktoś mi zrobi fotę, stanę między wami dobra? A z motorem też mogę? Ale szok!

W tym momencie, jesteśmy już otoczeni tłumem gapiów, odpowiadamy na pytania, jak długo, ile kosztuje, co widzieliśmy, czy nie jest nam gorąco, itp. itd..... Ewidentnie, jesteśmy dla nich atrakcją dzisiejszego dnia, cykają nam foty, motorowi też, szok.... Próbujemy się też od nich czegoś dowiedzieć, jadą z dokładnie przeciwnego kierunku niż my... Pierwsze pytanie:
-WIDZIELIŚCIE MAŁPY??????
-Nie... a gdzie one są?
-W Azrou
-Yyyyy, nie wiem czy my tam byliśmy... Byliśmy w tej Szwajcarii....
-Ifran. Szwajcaria to Ifran, a w Azrou byliście?
-A no Ifran, chyba Ifran. Przewodnik mówił, że tam są małpy, ale nie widzieliśmy, nie było czasu się zatrzymać....

Super, dalej nie wiem czy zobaczę małpy! A to najważniejszy punkt programu, jak nie zobaczę to cała wycieczka o kant.... Ciekawa sprawa, jadą tak daleko, o tym że jest tu coś ciekawego dowiadują się przez głośnik w autobusie, i nawet nie wiedzą gdzie już byli a gdzie nie (nie potrafili powiedzieć co zwiedzali wczoraj, a co wcześniej, i którędy jechali).... CO ONI TU ROBIĄ???

Mówcie sobie co chcecie, może i się męczę w upale, może i musiałem organizować wszystko kilka miesięcy przed wyjazdem, zamiast na tydzień przed pójść do biura, zapłacić i mieć z głowy! Może i się parę razy zgubiłem, na pewno przepłaciłem, ale kurcze przynajmniej wiem gdzie jestem, co widziałem, i po co tu przyjechałem! Mam już odpowiedź na moje pytanie! Warto tak robić! I dopóki będę mógł, to będę tak robił! Koniec kropka! I małpy też zobaczę, a co!

Jeszcze chwilę gadamy z polskimi „podróżnikami”, oni odjeżdżają... Cały autobus macha nam na pożegnanie . a my szybko fotkę jeziorka, i dalej w drogę...

Po paru godzinach dojeżdżamy do Azrou. Azrou to naprawdę niewielkie miasteczko. Centrum, miasta to plac, około 30 na 50 metrów, raczej nie więcej. Na plac się nie da wjechać samochodem, jest bardzo wysoki krawężnik, ale motorem się da. Znajdujemy hotel (przy pomocy lokalesa), przy samym centrum. Obsługa mówi po angielsku, właściciel mówi, że uczy się dopiero od roku, i niektóre rzeczy tłumaczy trochę na około, ale da się z nim swobodnie porozumieć. Hotel jest ewidentnie interesem rodzinnym, w recepcji siedzi chłopak (może dziesięcioletni), Bardzo podobny do właściciela, jest też ktoś kto wyglądem kojarzy mi się z bratem właściciela, wszyscy są mili i uprzejmi. Pokój, bardzo skromny. Jest tylko łóżko i stół, ale jest też balkon z widokiem na centrum. Kibelek? Jest. Pozycja „narciarz leśny”, na korytarzu. Umywalka i prysznic, też na korytarzu. Całość dwanaście euro, garaż w cenie. Bierzemy. Do garażu prowadzi brama podnoszona do góry, obsługuje ją dziesięciolatek. Obsługuje czyli stęka, stęka, poci się, i powoli podnosi ja do góry rękami... Pytam obsługę o małpy, mówią że są! Brat właściciela pokazuje mi na mapie dwa miejsca gdzie będą, ale mówi że jest za wcześnie, żebyśmy pojechali o osiemnastej trzydzieści (jest gdzieś koło czwartej), a na razie nie ma sensu. Oki no to idziemy na obiad....

Zachodzimy do restauracji, jest cennik, ale schowany za szafę, ale w środku siedzi parę osób (tubylców). Wybieramy dwa tażiny z kurczaka, i dwie berber whisky, całość powinna się spokojnie zmieścić w 100DH. Zamawiamy, dostajemy jeden tadżin z kurczaka, i jeden z owcy... No oki, każdy może się pomylić, tym bardziej, że właściciel (i kelner jednocześnie) kompletnie nie kuma angielskiego. Jemy, troche narzekamy, bo jedzenie jest średnio przyrządzone, ale przynajmniej jest tanio. Kelner podchodzi do jednego z gości, jakiś mężczyzna, właśnie skończył jeść zupę, chwilę rozmawiają, i nagle klient wyciąga portfel, rzuca ostentacyjnie pieniądze na stół, odgania kelnera ręką i wychodzi. Widać, że jest bardzo zły. Podobna sytuacja zdarza się po chwili z innymi klientami, tym razem starszy pan i pani, oboje tambylcy, więc na pewno problemem nie jest bariera językowa. Gdy kończymy jeść, proszę o rachunek. Gość liczy i liczy na kalkulatorze, i w końcu wyskakuje z cena....225Dh! Oczywiście nie gada po angielsku, próby dowiedzenia się co tyle kosztowało spełzły na niczym! Każe płacić i tyle, nie ma się nawet jak z gościem kłócić. Gdy mu płacę szybko ucieka, żebym się nie rozmyślił! Kurcze palica! Już wiem czemu wszyscy tacy źli byli przy płaceniu, to normalny oszust jest! A pies cie.... Kiedyś się z tego będziesz przed Allahem tłumaczył chamie, zobaczymy jak wtedy zaśpiewasz! Oby ci lepiej było dzięki temu, że nas oszukałeś! Jesteśmy wściekli! Ale nic, wracamy do hotelu. Brat właściciela (bardzo miły, jak zresztą cała reszta obsługi), na mapie na ścianie tłumaczy nam jak mamy jechać. Mamy wyjechać z hotelu, skręci w prawo, jechać pod górę, dojedziemy do szkoły, tam znów w prawo, i kawałek dalej będzie drogowskaz na Timahdite. Mamy jechać w jej kierunku, po przejechaniu równo dziewięciu i pól kilometra, mamy zaparkować po prawej stronie drogi, i tam już poszukać małp. Będą na 100%! mamy ruszyć o osiemnastej trzydzieści, wtedy będziemy na miejscu o idealnej porze.

Wychodząc z garażu, biorę małego na stronę i daje mu dychę, młody prawie skacze z radości.

Jedziemy, wszystko jak mówił chłopak z hotelu, jest parking. Na parkingu podchodzi do nas facet, i pyta czy chcemy żeby nas zaprowadził do małp, pytam za ile. „Za DARMO!” - odpowiada. Jasne, już ja to widzę jak za darmo, wszyscy tu najpierw mówicie że za darmo, potem że co łaska, a potem że za mało! Ale oki, idziemy! Prowadzi nas w głąb lasu i trochę opowiada. W okolicy Azrou, żyją dwie duże grupy małp, po dwóch stronach góry, i raczej się ze sobą nie kontaktują. Mają stały rozkład dnia, i przed zachodem słońca przychodzą na pobliską polanę, żeby się napić. Za chwilę, rzeczywiście są. Najprawdziwsze na świecie, na najprawdziwszej wolności! Jest ich pełno normalnie pełno! Iskają się nawzajem, przytulają, niektóre śpią, maluchy się bawią. Jest też kilka „przedszkoli”, tzn jedna albo dwie małpy pilnują z sześć młodych jednocześnie. Te nie pozwalają do siebie podchodzić, warczą ostrzegawczo, przytulając jednocześnie maluchy, które są notabene wielkości wiewiórki! Dla mnie to po prostu niesamowite, jak tacy mali ludzie, no kurcze patrzcie!

Mamy tez butelkę wody, małpy są przyzwyczajone do ludzi, i można próbować dać im pić. Podchodzą powolutku, ostrożnie piją wodę z butelki, cały czas patrząc Ci w oczy. Mają oczy starych ludzi, spokojny wzrok, ale czujny, patrzą uważnie, ale nie starają się być groźne, przytrzymują sobie czasem butelkę dłonią. Tak dłonią, bo ciężko nazwać tę dłoń łapą! Mają normalne paznokcie, i dłonie bardzo podobne do dłoni dziecka....

Cykamy fotosy w ilościach hurtowych! Małpa śpi, pah! Małpa leży, pstryk! Małpa huśta się na drzewie, pyk! Małpa przytula inną małpę, cyk! Potem na parking, przewodnik wyciąga łapę po kase! Wiedziałem że tak będzie, dlatego schowaliśmy w kieszeni Marty pięć dyszek, dajemy mu je i mówimy że to wszystko co mamy, reszta została w hotelu. Stwierdza, że spodziewał się więcej, nie wątpię, ale miało być za darmo nie? Więcej nie będzie!

Wycieczka się udała, małpy zaliczone, teraz już może padać do końca wyjazdu! Nic mi już nie popsuje humoru!

Wracamy do miasta, mówimy obsłudze, że małpy super! Chłopaki się cieszą ze jesteśmy zadowoleni. Idziemy posiedzieć na placu, widzimy naszego „parkingowego”, opowiada coś koledze. Macha mu przed nosem bagietką, którą właśnie sobie kupił, coś opowiada bardzo entuzjastycznie, pokazuje palcem na garaż, a potem wyciąga z kieszeni pieniążek i pokazuje koledze. Kolega kiwa głową z uznaniem, możemy się tylko domyślać o co chodzi.....

Marrakesz – Azrou ok 400km
czas: około 7 godzin (częste przystanki na fotosy)

Dzień 17

Wstajemy bez pośpiechu, dziś chcemy jechać do Fez'u, a to tylko kawałeczek. Marta idzie po zakupy, ja w tym czasie robię pakowanie. Po śniadaniu schodzimy na dół, przed hotelem spotykamy przewodnika (takiego prawdziwego, z licencją, wczoraj wieczorem z nim trochę rozmawialiśmy). Mówi, że następnym razem, musimy się z nim koniecznie przejść po górach, albo przyjechać w zimie, na narty!
-Narty? A daleko stąd się jeździ na nartach? - pytam, z lekkim niedowierzaniem, narty w Afryce...
-No tutaj się jeździ.... - dziwi się, że ja się dziwię
-Jak tutaj? Tu w zimie jest śnieg? Tu gdzie teraz stoimy? - pokazuję palcem na chodnik na którym stoimy
-No tutaj, w zimie ty jest śniegu „potąd” - podchodzi do najbliższego drzewa, i pokazuje palcem jakieś pół metra nad ziemię... - jesteśmy 1250mertów nad poziomem morza. Tu w zimie jest naprawdę zimno, jest śnieg i wszytko co trzeba w zimie... Ludzie chodzą tak...

I robi performance, trzyma się za nogawki spodni, i podskokami z jednej nogi na drugą przemieszcza się do przodu.
-Tu wszędzie są wysokie krawężniki, nie da się wjechać pługiem i odśnieżyć...
-A Małpy? Co robią małpy w zimie? - pytam.
-Hehehe, siedzą na drzewie, przytulone jedna do drugiej, i czekają na lepsze czasy.

Ciekawe, czemu do nas nie przyjadą małpy, i też tak nie zrobią? Żegnamy się z nim, i ruszamy w drogę. Po drodze zastanawiamy się nad czymś, co widzieliśmy już wcześniej, ale dopiero teraz uderzyło nas to po oczach. Jest dziesiąta godzina, środek tygodnia, a tu nikt nie pracuje! W knajpach siedzi cała masa ludzi, siedzą przy stolikach, na których stoi jedna szklanka berber whisky, i nic nie robią. Skąd oni biorą pieniądze, chociażby na to co teraz piją? Z tego co czytałem, bezrobocie w miastach Maroka oscyluje w okolicy 30%. Jeszcze większym problemem jest analfabetyzm, około 50% Marokańczyków jest niepiśmienna! Do szkoły podstawowej uczęszcza tu 83% dzieci, a naukę kontynuuje tylko 40%. Z drugiej strony, z ich podejściem do pracy, trudno się dziwić, że tak jest. Ale o tym napisze osobno. W końcu dojeżdżamy do Fez, jedziemy główną ulicą, i rozglądamy się za hotelem jednej z naszych ulubionych sieci. Jest, niestety wszystkie miejsca zajęte. Na parkingu przed hotelem, stoi licencjonowany przewodnik, pokazuje nam drogę do innego hotelu, twierdzi, że jest niedrogi, a naprawdę przyzwoity. Jak nie będzie wolnych miejsc, mamy przyjść i pokaże nam drogę do innego hotelu. Dziękujemy i korzystamy z rady, miejsca w hotelu są, obsługa bardzo miła, zostajemy. Szybko się przebieramy, robimy przepierkę, i ruszamy na spacer. Tutaj już da się chodzić po chodniku bez ryzyka że się człowiek żywcem upiecze. Jest bardzo ciepło, ale nie tak, żeby nie dało się wytrzymać. Spacerkiem idziemy do makdonalda na obiad, jest niedaleko i nie ma potrzeby brać taksówki. Po drodze mijamy kilka fontann.

W makdonaldzie obsługa rusza się jak mucha w smole! U nas uwijają się jak w ukropie, dosłownie biegają, tam..... Tam nikt się nie spieszy, a czasem ma się wrażenie, że wręcz specjalnie wszystko opóźniają.... Czekasz i czekasz na swoje zamówienie, ale w końcu dostajemy. Po obiedzie, czas złapać taksówkę. Oczywiście taksówkarz nie mówi po angielsku, więc wyciągam przewodnik z plecaka, otwieram na planie miasta, i pokazuję mu gdzie chcę jechać. Nie rozumie o co mi chodzi. Ręce opadają. Wtedy zaczepia nas Arab, stał niedaleko i Widział naszą próbę zdobycia transportu. Pyta, gdzie chcemy jechać, pokazujemy mu na planie. Mówi, że jak chcemy zamówić kurs, musimy powiedzieć że chcemy jechać do „Bab coś tam”, gdzie coś tam to nazwa najbliższej naszemu celowi bramy. Inaczej się nie da. Dziękujemy mu, i idziemy szukać taksówki, bo w czasie gdy nam to tłumaczył wszystkie zdążyły odjechać. Gdy idziemy po chodniku, zatrzymuje się taksówka, na miejscu pasażera siedzi chłopak, który nam właśnie pomógł:
-Wskakujcie, podwiozę Was – krzyczy uśmiechnięty.

Wsiadamy, ten zamawia nam kurs pod Bab al-Mahruk. W międzyczasie rozmawiamy, okazuje się, że chłopak mieszka we Francji, kawałek na południe od Paryża. Przyjechał na urlop w rodzinne strony, a przy okazji na zakupy. Teraz akurat jedzie szukać jakichś spodni. Dojeżdżamy do celu, pytamy ile musimy zapłacić. Taksometr pokazuje 10Dh, nasz towarzysz stwierdza, że taksówki w Fezie są bardzo tanie. Płacimy, żegnamy się, i idziemy. Przechodzimy przez Bab al Mahruk, i zaraz po lewej widzimy Bab as-Szurfa. Za nią rozciąga się Kazba Nouar. Wchodzimy do środka, ale w sumie nie ma tu co zwiedzać, to zwykłe osiedle. Wąskie uliczki (nie ma szans tu wjechać samochodem), otwarte drzwi do wszystkich domów (wszyscy się znają, więc czują się bezpiecznie). Ściany domów mają kolor piaskowy, nie są w żaden sposób zdobione, bardzo skromnie to wygląda. Szybko wracamy na główną ulicę. Muszę tu wspomnieć, że w Fezie są dwie starówki, Fas al-Bali i Fas al-Dadid. Na Fas al-bali, jest jeszcze odrębna dzielnica Andaluzyjska, która ma swój „niepowtarzalny klimat”, o czym jeszcze napiszę. Teraz wracamy na Fas al-Bali, czyli tą starszą medinę rozbudowywaną od początku istnienia miasta, to znaczy od przełomu VIII i IX wieku. Jest nazywana najbardziej skomplikowaną milą kwadratową świata, i nie ma w tym stwierdzeniu ani trochę przesady! W tym miejscu po prostu nie da się nie zgubić! Uliczki są wąziuteńkie, te najszersze mają po trzy metry najwyżej, te najwęższe...

Chodząc tutaj, czujesz się jak szczur laboratoryjny w labiryncie, i to całkiem dosłownie. Dzielnica rozbudowywana była beż absolutnie żadnego planu, każdy stawiał dom, dobudowywał pokój, albo robił sklep tam gdzie mu akurat pasowało. Niektóre ulice, przebiegają przez środek budynku, i to całkiem dosłownie, nie wiem czy to domy połączyły się nad ulicą tworząc tunel, czy ktoś potrzebował ulice akurat tam gdzie już był dom, i wybijał ją w ścianach i pokojach. Tego typu uliczki są wąskie, tzn nie mają więcej niż metr szerokości, i są niskie, idąc nimi trzeba się schylać. Klimat nieprzeciętny.

Na tej medinie, jest bardzo dużo zabytków, problem polega na tym, że budynki stoją jeden koło drugiego, i dochodząc do czegoś co chcesz zwiedzić, możesz nawet nie zauważyć że właśnie koło tego stoisz! W ten sposób „zwiedzamy” meczet Karawijjin, dotykałem jego ścian, ale nie mam pojęcia jak wygląda. Ale udaje nam się znaleźć (i co najważniejsze obejrzeć) Madresę Bu-Inanijja. Wchodzimy do środka, niestety jest nadal w remoncie, i nie wszędzie można wejść. Ale dziedziniec jest skończony, i spokojnie można go obejrzeć. Ciekawostką jest fakt, że w madresie, naprzeciwko głównego wejścia znajduje się meczet, który wraz z dziedzińcem tworzy (prawie) jedną całość. Prawie, ponieważ od dziedzińca jest oddzielona takim niskim „płotkiem” przez który dokładnie widać co się dzieje w meczecie. Poza tym, szkoła bardzo przypomina wszystkie inne tego typu placówki, dziedziniec, na środku „basen”, dookoła pokoje dla studentów, można powiedzieć „standard”. Ale zupełnie nietuzinkowe są tu ściany. Niezwykle skomplikowane wzory, wykonane z dbałością o najdrobniejsze detale, aż się wierzyć nie chce, że to wszystko jest z kamienia! Ale to już widziałem (Wy też, w medresie w Marrakeszu), jest też coś czego nie było (a może wcześniej nie zauważyłem).Dookoła dziedzińca, na wysokości wzroku biegnie „napis”. Podchodzę bliżej i napis okazuję się kilkoma linijkami tekstu, biegnącymi dookoła dziedzińca. Te „linijki” to fragmenty Koranu.

Żadna rewelacja mówicie? No ok, ale pomyślcie, że napis ułożony z tych płytek ma kilkadziesiąt metrów długości, każda z tych płytek jest wielkości dzisiejszego kafelka (takiego jak w łazience na ścianie), więc jest ich pewnie kilkanaście tysięcy, i każdy z nich jest inny! Ktoś zaprojektował każdy z tych kafelków, potem je wykonał, a na końcu ułożył każdy z nich na swoim, ściśle określonym miejscu! Ciekawe co na to dzisiejsi mistrzowie puzzli.

Potem kręcimy się jeszcez po medynie, kupujemy pamiątki, chodzimy po labiryncie wąskich uliczek, kompletnie nieoznaczonych, nie mając pojęcia gdzie jesteśmy. Według przewodnika, właśnie powinniśmy stać przy fontannie an-Najjarin. Ale nigdzie jej nie widzę, fontanna to fontanna, wyobrażam ją sobie jak tą, którą widzieliśmy po drodze na obiad. Na wszelki wypadek, robię zdjęcie wszystkiemu co widzę, w domu już, okazuje się że ją widzieliśmy, a ponieważ nie była oznaczona, nawet nie wiedzieliśmy że chodzi o nią, ale jest.

Wracamy powolutku do domu, po drodze znajdujemy bramę Bab bu-Dżalud. Jest piękna, jej wygląd może mylić, kojarzy się ze średniowieczem, ale tak naprawdę ma dopiero sto lat. Ale niczego jej to nie ujmuje, ma trzy wejścia w kształcie dziurki od klucza, po jednej stronie jest zielona (symbol Islamu) a po drugiej niebieska (tradycyjny kolor feskiej ceramiki). Miły akcent na zakończenie dnia...

Azrou – Fes ok 80km
czas: około 1 godzina

Dzień 18

Rano wstajemy, i idziemy do supermarketu po drugiej stronie ulicy. Kupujemy śniadanie, jogurt z owoców, o których nigdy nie słyszałem, świeże bułki, i napój owocowy (taki który jest tylko w Maroku, a jego nawy sobie już nie przypomnę). Jemy, a potem idziemy po taksówkę. Jedziemy do dzielnicy andaluzyjskiej. Jest właściwie częścią Fas al-Bali, od miasta oddzielona murem obronnym, a od pozostałej części medyny rzeką Fas, rozwijała się jakby własnym torem. Dziś ma charakter głównie mieszkalny, a spora część jej mieszkańców nie opuszcza jej praktycznie przez całe swoje życie, gdyż jest ona w pełni samowystarczalna. Znajduje się na niej kilka zabytków, między innymi meczet andaluzyjski, i kilka medres.... Tyle przewodnik. Wysiadamy przy Bab Futuch, płacimy coś koło 10Dh (tyle co pokazał taksometr, czyli uczciwie). Wysiadamy, to znaczy taksówkarz zatrzymuje się na nawrotce drogi dwupasmowej, każe nam wysiąść, a potem mamy misję przebiec przez coś co się kojarzy z drogą szybkiego ruchu i już jesteśmy na miejscu. Przechodzimy przez bramę, za nią rozciąga się długa wąska uliczka, idąca lekko w dół. Na krawężnikach siedzą ludzie, a obdartych ciuchach, brudni i nieogoleni. Przez pewien moment idziemy za człowiekiem, w szarozielonej kurtce, jest podarta, śmierdząca i poplamiona. Facet ma brodę jak w stylu „Mojżesz”, zmierzwione tłuste włosy, macha brudnymi rękami... Idąc ciągnie po chodniku obutymi w dziurawe trepy, spodnie ma opuszczone do kolan, a spod dziurawej kurtki wystaje mu goły tyłek (a kto wie co z przodu!). Jestem w szoku! Co jest grane? Idzie między ludźmi, nikt nie zwraca na niego specjalnej uwagi, zresztą spora część przechodniów wygląda tylko niewiele lepiej. Przy ulicy jest sporo warsztatów, naprawiają samochody, stare lodówki, i wszystkie inne rzeczy które w innym kraju (ba nawet w innej dzielnicy tego miasta) już dawno skończyły by żywot. Jesteśmy jedynymi białymi.... Nie tak jak w Rabacie, gdzie wzbudzaliśmy ciekawość, i sympatię, i gdzie przechodnie mówili nam dzień dobry (żeby sprawdzić czy umiemy mówić? ), tu owszem wzbudzamy ciekawość, żeby nie powiedzieć dziwne zainteresowanie... Zagłębiamy się dalej, ulica teraz biegnie ostro w dół, i zaraz potem w lewo. Widać już minaret meczetu, do którego zmierzamy. Marta zaczyna się bać, mówi żebym dał jej bluzę, nie będzie tu chodzić z odkrytymi ramionami. Przechodnie dziwnie się na nas patrzą, i sami też wyglądają dziwnie. Same jakieś takie zakazane typy, i to całkiem dosłownie. Idziemy jeszcze kawałek, w końcu mam dość! Zarządzam odwrót! Marta wreszcie przestaje wstrzymywać oddech! Żeby się tylko nie zgubić w drodze powrotnej, pędzimy niemalże biegiem, ale tak niby spokojnie, tak, że niby nie uciekamy, ale najchętniej puścili byśmy się galopem! Zdjęcia? Nie mam zdjęć, normalnie nie miałem odwagi wyciągnąć aparatu! Wybaczcie....

Łapiemy szybko Taxi, i uciekamy pod bramę nowej medyny. Brama wejściowa jest wąska i niepozorna.

Nowa medyna czyli pochodząca z końca XIII wieku. Uliczki są wąskie, ale nie tak jak w starej medynie. Orientacja jest tu utrudniona, zabytki nie są oznaczone, i nie ma tabliczek z nazwami ulic. Chodzimy po niej krótko (jest niewielka), ale w sumie widzimy co mamy zobaczyć.

Niestety nie udało nam się znaleźć zabytkowej synagogi. Byliśmy w miejscu gdzie powinna być, w przewodniku pisało, że należy szukać zwykłego domu z gwiazdą Dawida na ścianie, ale w tym miejscu wszystkie domy miały gwiazdy Dawida... Potem spacerkiem na starą medynę po małe zakupy, i na postój taksówek. Chcemy pojechać do makdonalda na obiad. Z tymi taksówkami tutaj to jest tragedia, podchodzimy do taksówkarza, i mówimy, że chcemy jechać do makdonalda, ten coś kręci nosem, i wychodzi z samochodu, zaczyna łapać Taxi! W końcu jakąś zatrzymuje, chwile rozmawia z kierowcą, i woła nas. Każe nam wsiadać, a on spokojnie wraca do swojego samochodu, nie że je drugie śniadanie, albo coś, po prostu siada i siedzi. Nie chciało mu się jechać! Ten co nas wiezie, nie włącza taksometru, wiem dobrze że nas oszuka! Niestety nie wiem jak mu powiedzieć że ma go włączyć, mogę mu to powiedzieć po polsku, angielsku, niemiecku, ale za Chiny po francusku czy arabsku! I po co się uczyć języków? Jak trafisz na kogoś kto zna tylko jeden język, taki którego akurat Ty nie znasz, to choćbyś znał wszystkie pozostałe języki i tak nic nie wskórasz! Dojeżdżamy.
-Ile – pytam (po angielsku)
-czterdzieści – odpowiada (też po angielsku. Dziwne, ale słowo „ile”, i wszystkie liczebniki powyżej 20 wszyscy znają tu doskonale!).
Płacę, nie jest aż tak źle, ale i tak wiem, że powinno być dziesięć, jak wczoraj.
-Szokran – mówię
-Ła szokran, maselama – odpowiada
-Maselama - mówię – Ty oszuście (to też mówię ale po polsku)!

Idziemy coś zjeść, obsługa tradycyjnie, tempo typowo Marokańskie. W końcu dostajemy jedzenie. Siadamy na dworze i jemy. W pewnym momencie rozmowy, zgodnie stwierdzamy, że mamy już dość tego kraju, i że w sumie nawet się cieszymy, że to już ostatnie dni.

Dzień 19

Rano wstajemy, szybko się pakujemy, i lecimy do Volubilis. Pierwsza osada, pojawiła się tam prawdopodobnie w III wieku przed naszą erą, a w 45r naszej ery została zdobyta przez Rzymian. W czasach świetności miasto zamieszkiwało 20 tysięcy osób. Teraz jest kompletnie opuszczone.

Wyjazd z Fez jest dość kłopotliwy, na zachód wychodzi z niego kilka równoległych dróg, bardzo kiepsko oznaczonych, i co chwilę się zatrzymujemy, żeby zobaczyć na mapie czy dobrze jedziemy. Kiedy już jestem pewny że wszystko jest ok, mam Déjà vu. Znów jedziemy drogą, po prawej stronie „polana” (czyli wielka piaskownica), po lewej jakieś takie krzewy, i nagle z lewej z krzaków wylatuje wróbel... Tym razem uderza w przednią szybę, i jest 1:0 dla nas. Marta odwraca się do tyłu, żeby zobaczyć co się stało, wróbel leży na drodze z rozłożonymi skrzydłami i się nie rusza. Może się tylko opala....

Droga do Volubilis, to około 70km. Jest całkiem ciepło, ruch w sumie niewielki, i poza tym że raz po drodze na chwilę zabłądziliśmy nic ciekawego się nie dzieje. Zajeżdżamy na miejsce. Płacimy za wstęp, i idziemy zwiedzać. Centrum miasta to „Forum Romanum” czyli miejsce, którego odpowiednikiem jest dzisiejszy ratusz. Tu zbierali się mieszkańcy, i podejmowali najważniejsze decyzje

Mur na zdjęciu to jedna ze ścian bazyliki, która bezpośrednio przylegała do forum. Samo forum to płaski plac, mniej więcej 30 na 30 metrów, z kamiennymi ławeczkami dookoła. Cała osada swoim kształtem przypomina literę „L”, jej krótsza nóżka była zamieszkiwana przez biedniejsze mieszczaństwo, domy tam były niewielkie, ulice węższe, a ozdoby nie tak piękne jak w domach w bogatszej części miasta. „Długa nóżka” osady, rozciągała się między bramą (dziś nazywaną „Tangerską”)

Wzdłuż drogi stały domy. Na dole, od strony ulicy były w nich urządzone sklepy, hotele, albo punkty usługowe, na górze, lub dalej od ulicy mieszkali właściciele. Ich powierzchnia wahała się między 1200 a 4400 metrów kwadratowych. Wzdłuż ulicy, pod ziemią biegł akwedukt, zaopatrujący mieszkańców w wodę, między innymi do fontann i basenów. Do tej pory, odkryto mniej niż połowę powierzchni tego miasta, ale i tak warto tu przyjechać.

Ciężko podjeść bliżej, i zrobić zdjęcie pod dobrym kątem, ale uwiercie na słowo, słoń na podłodze nie wyglądał jak mozaika, tylko jak zdjęcie. Zakaz podchodzenia bliżej dotyczy turystów, jak widzicie na zdjęciu powyżej, jeżeli ktoś chce pozwiedzać, a przypadkiem jest psem, to nie ma problemu

Po osadzie chodzimy około godzinę, potem powolutku się zbieramy. Ruszamy, najpierw w stronę Meknes, żeby tam wskoczyć na autostradę. Za Meknes, wciąż jedziemy na zachód, najpierw w stronę Rabatu, w okolicy którego skręcamy na północ. Za Rabatem, zaczyna się psuć pogoda. Wieje wiatr od strony oceanu, jest bardzo silny, naprawdę wyjątkowo. Cały czas jedziemy przechyleni w lewo, nawet na prawych zakrętach, rzuca motocyklem po całej drodze. Po około pięćdziesięciu kilometrach, znikają palmy wzdłuż drogi, a pogoda psuje się jeszcze bardziej. Wiatr podnosi z ziemi czerwony pył, który ogranicza widoczność do stu metrów albo mniej. Wszyscy zwalniają, nie da się szybko jechać, otacza nas czerwona mgła. Gdy na chwilę tylko lekko uchylam szybę w kasku, mam tego piasku pełno wszędzie, oczach, uszach i zębach! Dostaje się wszędzie, aż mnie kusi, żeby zrobić zdjęcie, ale boję się, że zniszczę aparat. Z każdym kilometrem „mgła” gęstnieje, a chmury schodzą coraz niżej. Są tak nisko, że szczyty masztów GSM stojące przy drodze są kompletnie niewidoczne. W tym momencie zaczyna padać. A właściwie „padać” to trochę źle powiedziane, w powietrzu pojawia się zawiesina wody. To tak jakby ktoś pryskał na Ciebie spryskiwaczem do prasowania, albo tym od płynu do mycia okien. Takie drobne kropelki, niby nic, ale w połączeniu z czerwonym pyłem tworzą błoto. Błoto na szybie kasku, na szybie motocykla, na światłach, na ciuchach, wszędzie. Taka czerwona maź. Jedziemy w rękawiczkach takich perforowanych, i w motocyklowych dżinsach. Po dziesięciu minutach jesteśmy przemoczeni do suchej nitki, ale na szczęście deszcz spowodował, że kurz opadł, i przynajmniej coś widzę. Wiatr, deszcz, i chmury, a do tego jazda po autostradzie powodują ze jest naprawdę zimno. Zatrzymujemy się, zakładam polar, i „rękawiczki na Europę”. Nie chce mi się jechać zupełnie, ale tu nie ma gdzie spać, najbliższym miastem jest w sumie Tanger, i jechać po prostu trzeba.

Ruszamy, jest zimno, mokro, tragedia, morale spadają do zera, ale jakoś dojeżdżamy do Tangeru. Zajeżdżamy na parking dokładnie pierwszego hotelu jaki widzimy. Pan w recepcji, pyta czy mamy rezerwację, oczywiście nie mamy. Mówi że oni realizują pokoje tylko z rezerwacji. Chyba zacznę płakać. Pan na nas patrzy, wyglądamy absolutnie żałośnie. Przemoczeni do suchej nitki, wysmarowani jakimś czerwonym błotem, w miejscu gdzie stajemy natychmiast tworzy się kałuża... Prosi żebyśmy poczekali, może ktoś zrezygnuje z rezerwacji. Czekamy, na dworze leje jak z cebra. Wariat Tangeru nie zna ani trochę, więc nie ma szans żeby znalazł nam inny hotel, musielibyśmy jeździć tak po mieście, i szukać noclegu. Załamka totalna, co 15 minut mówi, żebyśmy jeszcze poczekali. W międzyczasie, przekopuje się przez tony kartek z rezerwacjami, i dzwoni po klientach, żeby spytać czy ktoś przypadkiem nie rezygnuje. JEST! UDAŁO SIĘ! Mamy pokój! Ochrona pomaga nam rozładować motocykl, i zabrać się z gratami do pokoju. Jest już mocno po dwudziestej, a pogoda nie ma najmniejszego zamiaru się poprawić.

W pokoju ściągamy ciuchy, nie mam na sobie dokładnie ani jednej suchej rzeczy! W butach mam kałuże po kostki normalnie! Marta suszy spodnie suszarką do włosów (nie nie miała jej ze sobą, była w wyposażeniu hotelowym), ja suszę buty już dawno opracowanym sposobem. Napycham je papierom toaletowym, dokładnie go w nich ugniatam, i wyjmuję, i tak aż do skutku, czyli aż skończy się papier, albo aż wyjmę go całkiem suchego. Buty osuszone w ten sposób, nie są całkiem suche, ale nadają się do ewentualnej dalszej jazdy. Potem gorący prysznic, i kolacja.

Fes - Tanger ok 400km
czas: około 8,5 godziny, w tym sporo zwiedzania

Dzień 20

Wstajemy, i pakujemy się. Większość ciuchów nie wyschła (z moimi butami na czele). Jedziemy do portu. Przed wyjazdem Tanger mnie przeraża. Dwa tygodnie temu, wszyscy mi tu zajeżdżali drogę, nikt nie patrzył w lusterka, a ręce tak mocno zaciskałem na kierownicy, że bałem się czy nie będę jej musiał wymieniać po powrocie. A dziś? Dziś nadal nikt nie patrzy w lusterka, nadal zajeżdżają mi drogę, to co tubylcy wyprawiają na rondzie to pojęcie ludzkie przechodzi! Masakra, ale.... jakoś dziś mnie to nie przeraża. Nie jest tu ani lepiej, ani gorzej niż w pozostałej części Maroka, i w sumie chyba się przyzwyczaiłem. Opowieści o arabskich kierowcach, są jednak mocno przesadzone, trzeba po prostu wiedzieć na co patrzyć, i czego się spodziewać. Nie jest źle. Jedziemy do portu, po drodze zatrzymujemy się przy malutkim sklepiku. Wydajemy ostatnie pieniądze (nie wrócimy tu szybko, więc raczej nie chcemy ich zabierać do domu). Kupujemy batoniki, wodę mineralną, i dwie paczki chusteczek. A potem do portu. Do wypłynięcia mamy jakieś cztery godziny (teraz jest dwunasta). Oczywiście tu tez są naciągacze-pomagacze, próbuje się od nich opędzić, ale ostatecznie jeden wręcza mi blankiety, które trzeba wypełnić i daje mu za to jakieś drobne (wstyd, wstyd, nic się nie uczę). Oki wypełniam blankiet, podobny do tego, który dostaliśmy na statku, i który trzeba było wypełnić przy wjeździe. Biorę paszporty, i idę je podbić do celnika. Potem idę do kasy biletowej, kasjer mówi żebym przyszedł o drugiej. Czekamy, czekamy, w międzyczasie udaje mi się jeszcze podbić zielony blankiet na motocykl (trzeba dostać pieczątkę, że wyjeżdża się na nim z kraju, inaczej można mieć kłopoty z ewentualnym powrotem kiedyś tam). O drugiej idę do kasy, biletu nie dostaję „bo to nie czas”, dostaję fakturę, i przykaz przyjścia o trzeciej. O trzeciej wreszcie dostaję bilet, możemy iść na „parking dla odpływających”. Nie jesteśmy jedynymi motocyklistami, są Francuzi, dwóch Niemców (wszyscy na Beemkach), jakieś małżeństwo na Hondzie, no i my. Nikt nie zapuścił się tak daleko jak my, wszyscy zwiedzali tylko najbliższą okolicę. Jeden chciał pojechać dalej, ale z amortyzatora wyciekł cały olej i się nie dało. Dwa tygodnie moto stało na parkingu. Opowiadamy wszystkim jak było, co widzieliśmy, mówimy też, że zaraz powinni się zjawić jeszcze dwaj nasi znajomi z Niemiec. W sumie nie znaliśmy ich przed wyjazdem, ale gdy tu płynęliśmy spędziliśmy na rozmowie w garażu tyle czasu, że teraz znamy się doskonale.

Przyjeżdżają, idziemy się przywitać. Cieszą się na nasz widok, przybijamy sobie piątki, wszystko jak trzeba. Stromik stracił szybę! Okazało się, że moto się wywróciło, i oparło się o ścianę, szyba się urwała, i w sumie nic więcej się nie stało. Idę z Niemcami załatwić formalności. Najpierw odbieramy ich bilety na prom, potem wypełniam z nimi blankiety, podbijamy ich paszporty, załatwiamy pieczątki na zielonym blankiecie. Śmieją się, że jako „załatwiacz” mógłbym tu sporo zarobić, ale w ramach zapłaty proponują wspólne wieczorne biesiadowanie przy czerwonym winie. Oczywiście nie muszą prosić dwa razy.

Odprawa ciągnie się w nieskończoność, najpierw stoimy na parkingu, potem musimy przejechać pod taki namiot na wybrzeżu, potem wyganiają nas spod namiotu, i mamy czekać na słońcu. Zbierają zielone blankiety, za chwilę odnoszą je z powrotem (pewnie wpisywali je do komputera, albo coś takiego). Potem nas wszystkich zaganiają na wagę dla tirów, na której stoimy wszyscy razem, jeszcze chyba z godzinę. Między samochodami chodzi kelner, ubrany w marynarkę, ma białą ściereczkę na ramieniu, tackę, i sprzedaje napoje, śmiesznie to wygląda. W końcu wpuszczają nas na prom. Załadunek trwa do późna w nocy. Każdy samochód Marokański jest dokładnie sprawdzany. Podejrzewam, że szukają narkotyków, którymi handel na północy Maroka kwitnie i ma się doskonale. My w tym czasie, przy winie rozmawiamy z Niemcami. Znają się od wielu lat, starszy nazywa się Ditmar, młodszy to Alfred. Ditmar zjeździł motocyklem całą Afrykę, był w RPA, Namibii, i wielu innych państwach. Czasem jeździ z żoną, a czasem z Alfredem. Widać że znają się doskonale, nabijają się z siebie, ale tak naprawdę muszą być bardzo dobrymi przyjaciółmi. Opowiadają nam o sobie, my im o nas, mówimy też o Polsce (nie mogą uwierzyć w to, że w Polsce można pojechać do Egiptu na dwa tygodnie za 500 Euro). Wymieniamy się wizytówkami, mówię też Alfredowi, że w Niemczech działa klub zrzeszający posiadaczy V-Stromów. W Polsce oczywiście też działa, obiecuję, że dam im znać jak będzie Wikno organizowane (mam nadzieję, że nie będziecie mieli nic przeciwko temu, jak zlot się zrobi troszkę bardziej międzynarodowy). Po północy rozchodzimy się spać.

Dzień 21

Cały dzień na statku, nic się nie dzieje, nawijamy kilometry kursując między pokojem, pokładem z kawiarnią, i pokładem widokowym. Nuda i nudyści!

Dzień 22

Dziś dalej statek. W ciągu dnia spotykamy Ditmara, siedzimy we trójkę na ławeczce, i patrzymy na francuskie wybrzeże. Podziwiamy góry, miasteczka położone na ich zboczach i sprawiające wrażenie jakby zaraz miały wpaść do wody, przepływające obok nas statki. Sporo też rozmawiamy o życiu, podróżach itp. I tak nam leci powolutku czas.

Około 22:00 przez radiowęzeł mówią, że o 23:30 będziemy w Genui, więc o 22:30 wszyscy mają czekać spakowani w barze! Oczywiście siedzenie w barze się przeciąga (strajk włoski), a tam ścisk, duchota, gorąco, a wszyscy Arabowie siedzą bez skarpetek.....także tego, nie? Nuda jak nie wiem, siedzenie w tym barze męczy bardziej niż maraton! W końcu podają komunikat, że możemy iść do garażu. W garażu gorąco, ale muszę przyznać, że wyładunek idzie dużo sprawniej niż w Tangerze. Wszyscy się żegnamy, i życzymy sobie szerokiej drogi, my mamy najdalej ze wszystkich do domu (jak zwykle).

Po wyjeździe czekamy na odprawę. Mamy do przejechania około 200metrów, czteropasmową jednokierunkową drogą. Na końcu są cztery budki z kontrolą paszportową. Wszystko odbywa się na „świeżym powietrzu”. Na drodze stoi 6 rzędów samochodów, jedni przy drugich, same rozklekotane diesle! Oczywiście nikt nie gasi silnika. Co w połączeniu z wilgotnym, portowym powietrzem jest mieszanką arcy wybuchową! Przy budkach jedni wpychają się przed drugich, więc tempo odprawy jest po prostu tragiczne. Stoimy w kolejce, i w ciągu dziesięciu minut przesuwamy się o jakieś trzy pozycje do przodu. Ledwo oddycham, w życiu bym nie pomyślał, że na świeżym powietrzu może być tak duszno! Nie mogę, wciskam się między samochody, kierowcy widząc że jedzie jakiś desperat, i że mogą zaraz zostać przeszurani przez kufer na którym i tak nic nie będzie widać chętnie ustępują. Po paru minutach jesteśmy przy budce, celnik widząc okładki paszportów z Unii Europejskiej, nawet nie zagląda do środka. Możemy jechać. Wyjeżdżamy na główną ulicę, sadzam wariata na jego miejsce. Wiem, że do hotelu jest blisko, trzeba jechać ulicą do końca, skręcić w lewo, i znów w lewo, i już. Pięć minut drogi, nie dłużej. Ale pozwalam się wykazać wariatowi....

"Witaj świecie" stwierdza, a potem słusznie i naukowo zachęca „Pamiętaj, że używanie GPS'a nie zwalnia Cie od myślenia, i słuchania przepisów drogowych, no!”. „Aha, aha, super, a teraz dawaj do hotelu”. „Hmmmmmm” myśli i myśli, „czy ty nie stoisz pod jakimś dachem albo estakadą przypadkiem, bo jakoś nie mogę się zorientować gdzie jestem...”. Ruszam na czuja, ten dalej myśli, oki już wie. Dawaj tu w lewo, w prawo, tam prosto, i tak okrężną drogą dojeżdżamy, ale w ten sposób przynajmniej coś zwiedziliśmy, super! W hotelu jesteśmy mocno po pierwszej w nocy. Myjemy się szybko i kładziemy się spać. Przez ten rozładunek, i tą inhalację przy odprawie, jestem tak zmęczony, że jak tylko zamykam oczy to już mnie nie ma. Po trzech sekundach dzwoni budzik, już jest jasno, ranek następnego dnia, nawet nie zauważyłem jak szybko minęła noc....

Dzień 23

Ruszamy, czeka nas już tylko dojazdówka. Pogoda jest całkiem niezła, chociaż rodzice co chwile piszą, że mamy się spodziewać burz i deszczów. Jedziemy przez góry, ale autostradami. W pewnym momencie widzę, że została tylko jedna kreska na wskaźniku paliwa, zaczynam rozglądać się za stacją. Jedziemy i jedziemy, najpierw luzik, w końcu zachodnia Europa, na pewno jakaś za chwilę będzie, po czterdziestu kilometrach zaczynam się niepokoić. Za chwilę ta ostatnia kreska zaczyna mrugać, a tu nic! Jedziemy stówką, na ostatnim biegu (bardziej ekologicznie się już nie da), jedziemy i jedziemy, stacji jak nie było tak nie ma! Super, bałem się, że zabraknie paliwa w Afryce w górach, a tu widzę że polegniemy na europejskiej cywilizowanej autostradzie! Wreszcie jest, po chyba siedemdziesięciu kilometrach! Już myślałem, że nigdy do niej nie dojedziemy! Tankujemy pod korek!

Po około dwustu kilometrach, zaczyna padać, zatrzymujemy się na poboczu, i wyciągamy najnowszy model membrany firmy „Worki na śmieci czarne, wzmacniane”, którą zakładamy na buty. W momencie gdy zamykam kufer, słychać huk piorunu, a deszcz podkręca regulator o jakieś 150%. No nic, trzeba jechać, w końcu jeszcze tylko 1200km przed nami. Leje, po prostu leje totalnie! Mam mokrą głowę pod kaskiem, rękawiczki są mokre w środku po około dziesięciu minutach, ale reszta ciuchów (łącznie z membraną na buty) daje radę.

Zatrzymujemy się na bramce na autostradzie, żeby zapłacić. Obok zatrzymuje się cała parada „porszaków”. Stoi czerwone GT2, jedno Turbo, i „jakieś dwie tanie” 911. ruszają zanim zdążyliśmy zapłacić. To GT2, przy ruszaniu jest w stanie przekrzyczeć burzę z piorunami, normalnie szok, taka maszyna! W końcu i my ruszamy, jedziemy parę minut, i korek. Wszyscy stoją na awaryjnych, przeciskamy się do przodu, i widzimy jedno z tych „tanich” Porsche totalnie rozwalone! Gość przywalił w barierkę na prostej drodze, odbił się od niej, i przywalił w drugą, po drugiej stronie! SERCE SIĘ KRAJE! Przed chwilą takie piękne auto było, za cenę dużego domu, a teraz prawie nic z niego nie zostało! Normalnie płakać się chce (czego oczywiście nie robie, bo jestem facet, i to taki twardy. Taki maczo a nie metro )) ). Jedziemy dalej, i w końcu dojeżdżamy w okolice Monachium. Szybko znajdujemy hotelik, dostajemy ładny czysty hotel, parking jest ale tylko dla samochodów, a to Niemcy, tu można na noc rower nie przypięty do niczego zostawić, i nic się nie stanie. Ale pan z recepcji pierwszy proponuje miejsce pod dachem dla motocykla, „za darmo, nie ma problemu”. Motocykl ląduje w... śmietniku! Zapomniałem już, że w europie jest taka instytucja, „szukanie miejsca dla motocykla na noc”. W Afryce nikt się nie czaił, albo na parkingu, albo nigdzie, a tu? Pełna kultura! Jest niedziela, śmieci wywożą w środę, moto może stać pod dachem ze śmietnikami, nic mu nikt nie zrobi, i nie zmoknie.

Przebieramy się, i idziemy spać.

Genua - Monahium ok 850km
czas: około 11 godzin

Dzień 24

Rano idziemy na śniadanie. Mała dygresja, wiecie czego najbardziej brakuje człowiekowi w kraju Arabskim? ŚWINI!!!! Szynki, kabanosów, kiełbasy jałowcowej... niby u nas takie normalne, a tam tego nie ma! Schodzimy na śniadanie, jest szwedzki stół, podchodzę patrzę i widzę SALAMI! No to już wiem, co dziś będę jadł. Jest też szynka, ser pleśniowy, normalnie cudo! Po śniadaniu ruszamy, dalej pada. Potem się przejaśnia, ale bez szaleństwa. Ogólnie, w ciągu dwóch dni, przejechaliśmy jakieś 1500km, z tego około 800 w deszczu! Droga bez przygód. Gdy deszcz przestaje padać, jedziemy z prędkościami około 150-170km/h. Dojeżdżamy do Słubic, jest około 16:00. stajemy na stacji benzynowej, tej samej i w tym samym miejscu (obok pojemnika na piasek) co trzy tygodnie temu, kiedy wyruszaliśmy na wycieczkę. Widzimy jak ludzie po pracy wracać do domu zahaczają jeszcze o stację żeby zatankować. Teraz dopiero nachodzi mnie refleksja, stoimy obok siebie, i nikt nawet nie pomyśli że możemy wracając z innego kontynentu! To jednak było coś! Kurcze, już się nie mogę doczekać następnego razu!

Do domu mamy już tylko 70km, i jest to absolutnie najgorsza część podróży. Piasek, rozgrzebane i niedokończone remonty, dziury, ludzie jeżdżą jak jakieś świrusy! Jakieś fotoradary, nie wiadomo po co (tam gdzie stoją i tak się nie da szybko jechać! Cóż, to Polska właśnie....

W końcu dojeżdżamy! Jest 16:30. Jutro na ósmą do pracy, budować lepsze jutro.....

Monahium – Gorzów Wlkp ok 700km
czas: około 7,5 godziny

I to by było na tyle chyba.....

KONIEC