Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Afryka » Maroko cz. 2

Maroko cz. 2 (2010)

Autor: micek


Dzień 9

Dzień zaczyna się fatalnie, totalną sraczką! Nie wiadomo, czy to zmiana flory bakteryjnej, czy wczorajsze wino tak podziałało, ale jak mówili starożytni Fenicjanie: „stoperan z rana jak śmietana”. Potem biegiem na śniadanie, a potem pakowanie i parking, chcemy wyjechać jak najszybciej, żeby uniknąć upałów (właściwie uniknąć się nie da, ale żeby chociaż chwile pojechać zanim się zaczną).

Mała dygresja, pogoda na wybrzeżu Maroka jest bardzo specyficzna. Z jednej strony jest bardzo ciepło (powyżej 40 stopni), z drugiej, koło wybrzeża przepływa zimny prąd Kanaryjski, który powoduje że od strony morza bez przerwy wieje wiatr. Efekt jest taki, że ciągle chodzimy w krótkim rękawie, i krótkich spodenkach, a w plecaku w pogotowiu są dwa polary. Jak się zbliżymy odpowiednio blisko do morza (np. idąc promenadą), natychmiast zakładamy polary, tak wieje. Dodatkowo sypie piaskiem i słoną wodą w oczy, więc bez okularów też się nie da... Koniec dygresji.

Na parkingu, okazuje się, że przez noc motocykl pokrył się cieniutką warstwą piasku i soli, tarcze hamulcowe pordzewiały, a przez szybę, i w lusterkach kompletnie nic nie widać. Wyciągamy magiczne chusteczki nawilżające i zaczynamy czyścic chociaż lusterka, widzi to pracownik hotelu który myje okna. Podchodzi i pyta czy pomóc, potem myje nam szybę, światła, i lusterka. Dajemy mu 5 Dh, ładnie dziękuje i życzy szerokiej drogi. Teraz na stację, tankowanie, i ruszamy!

Wyjeżdżając ze stacji, skręcamy w prawo, i lecimy, są drogowskazy, nie ma, znów są ale nie tam gdzie jedziemy ( chcemy dojechać do Safi), nie ma, teraz patrzymy na mapę, dobrze jedziemy, więc jedziemy. Jest 9 rano, mijamy budynek banku, termometr na budynku pokazuje 44 stopnie....nie jest źle. Jedziemy dalej, jedziemy, jedziemy, i po czterdziestu pięciu minutach, wreszcie dojeżdżamy.......

Do stacji benzynowej na której rano tankowaliśmy! KM! Dobra, no to jak nie tędy to tamtędy, tym razem jedziemy w lewo, w nadziei na drogowskaz. Jedziemy, jedziemy, i wyjeżdżamy na drogę, numer się zgadza, ale drogowskaz mówi, że jedziemy w stronę Casablanki, czyli kompletnie odwrotnie! Zatrzymuję się przed polem golfowym, idę spytać obsługę szlabanu wjazdowego na pole, gdzie jesteśmy i gdzie chcemy jechać. Oczywiście koleś nie rozumie kompletnie nic po angielsku.

-Safi? - pytam i pokazuję na drogę...
Gościu kiwa głową.... i nic. Oki, pokazuje w prawo i mówię, „al-jajida”, gość kiwa głową. „Safi?” i pokazuje w prawo. Gość mówi „Safi, mmmmmm” i robi minę, jakby właśnie zjadł tabliczkę czekolady, uśmiecha się, przymyka oczy i mruczy. Potem pokazuje tabliczkę nad bramą i mówi „golden golf! Safi no golf!” I się zabiera za otwieranie szlabanu. Tracę cierpliwość, i zaczynam gadać swoim łamanym i (na razie) kalekim arabskim: „la golf! Ana lahaba Safi! Jaminun ła Lasarun?????” (Nie golf! Jadę do Safi! W prawo czy w lewo?????). Odpowiada, że w prawo (czyli znów w stronę al-Jajidy), „Szokran, ma selama” mówię i idę zanim znów mnie zacznie na golfa namawiać. Znów jedziemy w stronę miasta, przed nim jest rondo, tym razem zamiast prosto skręcam w lewo, okazuję się że wjeżdżam na autostradę do Casablanki. Szlak by to trafił, zawraca, zaraz za bramką, jak jakiś europoseł ze szczecina, i zatrzymuję się pod komendą policji. Idę na policję i wreszcie spotykam kogoś kto mówi po angielsku. Szczegółowo opisuje drogę, mamy jechać prosto, minąć rondo, na którym pojedziemy prosto, wjedziemy do miasta i pierwsza w lewo. Potem prosto, i będzie drogowskaz: w lewo Safi i prosto tez Safi. W lewo jest lepsza droga, prosto droga jest gorsza, ale za to cały czas wzdłuż wybrzeża. Wszystko jedno którędy pojedziemy, dojedziemy na pewno. Ładnie dziękuje, policjant życzy nam szerokiej drogi, macha na pożegnanie, i jedziemy. Jest jak mówi, na skrzyżowaniu gdzie można jechać i prosto i w lewo, jadę prosto. Ale droga nie zachęca, jest wąska i jest straszny ruch, postanawiam zawrócić, i pojechać w lewo. Jest małe skrzyżowanie, policjant kieruje ruchem, włączam lewy kierunek, policjant wszystkich zatrzymuje. Skręcam pod prąd, prawie mu przejeżdżając po palcach u stóp.... Reakcja natychmiastowa! Czeka aż zjedziemy ze skrzyżowania, i wtedy dalej kieruje ruchem jak kierował, a my się oddalamy

Jedziemy, mijamy małe wioski (wyglądają tak, że wzdłuż ulicy ciągną się dwa rzędy domów, wszyscy siedzą przed nimi na krzesełkach, po ulicy chodzą tak jakby to wcale nie była ulica, nie zwracają uwagi na pojazdy...

Do Safi dojeżdżamy już bez przeszkód. Bardzo chce zobaczyć tutejszą twierdzę, zbudowaną przez Portugalczyków na początku XVI w. Uwielbiam takie miejsca, a ta podobno jest wyjątkowo fajna. Jest zaraz przy medynie. Gdy ją mijamy, zaraz szukamy parkingu. Parking, ciągnie się wzdłuż ulicy, stajemy przy chodniku, i zaczynamy się rozpakowywać. Po chodniku idzie chłopak, ma może ze 24 lata, niebieski podkoszulek, i wielkie okulary na nosie. Srebrna oprawka, i lustrzane szkła, są na niego kompletnie za duże, i cały efekt wydaje mi się być raczej komiczny. Rzuca na nas okiem, i idzie dalej, i za chwilę się zatrzymuje. Cofa się, patrzy na tył motocykla, i zaczyna rozmowę (po angielsku! SIC!)
-Jesteście z Polski?!?! Serio? Pytam, bo widziałem znaczek na kufrze, przyjechaliście tym aż tutaj?
-No jesteśmy.

Pyta nas skąd i dokąd jedziemy, gdy słyszy, że do as-Sawiry, mówi że to piękne miejsce. Stwierdza, że mamy super wycieczkę, Potem pomaga nam się dogadać z parkingowym, życzy powodzenia i idzie sobie. Wypakowujemy wodę, aparat, przypinamy kaski, zakładamy blokadę, wszystko trwa parę minut. Idziemy w stronę twierdzy, po drodze widzę chłopaka, jak właśnie kończy pić herbatę w kawiarni. Machamy do siebie, i idziemy dalej. Gdy już jesteśmy przy twierdzy, ten nagle wyrasta za naszymi plecami, jak policjant gdy przebiegasz przez ulicę na czerwonym i jesteś pewny, że nikt tego nie widział!

-Chcecie zobaczyć twierdzę? Jest zamknięta, ale Was podprowadzę tak blisko jak się da. - stwierdza. No nie, jestem pewny, że czepił się nas przewodnik, pokaże nam zamknięte drzwi, i stwierdzi, że mamy mu za to dać pięćdziesiąt tysięcy Euro w złocie!
-Trzeba przejść podziemnym przejściem, nie zwracajcie uwagi na zapach, młodzież przychodzi tu w nocy pić wino, i robić inne rzeczy – cóż to chyba prawda, dodatkowo wydaje mi się, że przejście służy za publiczną darmową toaletę.
Podchodzimy pod wejście, jest zamknięte na cztery spusty. Chłopak stwierdza, że w lutym był sztorm, woda wdarła się do twierdzy i poważnie uszkodziła jej konstrukcję. Teraz nie wolno do niej wejść, bo grozi zawaleniem. Konserwator zabytków, i inni mądrzy ludzie, myślą jak ten problem rozwiązać, ale dopóki nic nie wymyślą twierdzę można obejrzeć tylko na zewnątrz. Chwilę stoimy pod wejściem i rozmawiamy. Zaczynam powoli wątpić, że to przewodnik, to chyba jednak normalny chłopak, który przypadkiem przechodził obok nas ulicą. Pyta nas jak nam się podoba w Maroku, mówimy, że sam kraj fajny, ale wkurza nas bariera językowa, nikt nie mówi po angielsku i nikt nie rozumie, że my nie mówimy po francusku. Z lekkim zdziwieniem się dowiaduje, ze francuski to wcale nie jest popularny język, w europie tylko we Francji mówi się po francusku (nie mówię mu o tych kantonach francuskich w Szwajcarii na przykład, żeby nie mieszać mu w głowie). Mówimy mu ze w europie mówi się po angielsku, ale dlatego że tak jest przyjęte, a nie dlatego że to język urzędowy. Ze zdziwieniem przyjmuje, że w krajach europejskich, na codzień używa się tylko jednego języka. Pytam go jak to wygląda u nich, jak się mówi w domu do rodziców i do dzieci. Okazuje się, że rozmawia się tylko i wyłącznie po arabsku, francuskiego dzieci uczą się dopiero w szkole, bo po francusku załatwia się wszystkie sprawy w urzędach. Oczywiście jak wszędzie na świecie, i tu są ludzie którzy chcą być „światowi” nigdy nie wyjeżdżając z własnego kraju, i oni gadają po francusku. Zaczyna ich przedrzeźniać, i niemiłosiernie się z nich nabijać.

Pokazuje nam też w oddali skałę, nazywa się „głowa węża” na górę prowadzi serpentyna, i pod tą skałą wieją bardzo silne wiatry, dlatego jest tam pełno windsurferów. Mówi, że sam też trochę pływa, ale początki są trudne i idzie mu tak sobie. Mówimy mu że my nie mamy oceanu, więc u nas ten sport nie jest tak popularny (w Maroku jest bardzo popularny, taka moja obserwacja. przyp. micka). Ewidentnie stanowimy dla niego taką samą ciekawostkę jak on dla nas. Pyta nas jak wygląda Europa, jak polska, powolutku idziemy w stronę mediny. Jego brat ma zakład garncarski, ale nie pokaże nam jak się robi garnki, bo dziś jest niedziela, i warsztaty są zamknięte, ale zabierze nas do dzielnicy garncarzy. Idziemy spacerkiem, rozmawiamy o samochodach, o różnicach i podobieństwach kulturowych. Dochodzimy do dzielnicy garncarzy

W Safi wyrabia się ceramikę tradycyjnymi metodami. Dziury w ziemi to kominy pieców, wanienka po lewej na dole służy do przygotowania materiału na garnki... Ceramikę robi się z gliny, jest czerwona, i twarda jak skała!

Zanim się będzie nadawać do ulepienia z niej czegokolwiek, trzeba ją wrzucić do specjalnej wanny, i zalać wodą, potem się czeka aż glina się rozmoczy. Kiedy już jest plastyczna, można zdobić z niej naczynie, figurkę, albo dachówkę. Potem wkłada się to do pieca

Piec jest opalany specjalnym paliwem, wygląda to jak mieszanka słomy i trocin, ale nie wiem, co to jest dokładnie, a chłopak (jak się potem okazało, ma na imię Ajnejm) też nie potrafił tego wytłumaczyć.

Idziemy i rozmawiamy dalej, Ajnejm żali nam się, że Marokańczycy rezygnują ze swoich tradycji i starają się być europejczykami. Mówimy mu, że nie jest tak źle, starówka w Rabacie wygląda jakby się tam świat zatrzymał, a przenikanie się kultur i unowocześnianie, jest nie do uniknięcia. Mówimy też trochę o pracy, początkowo nie chce się przyznać, ale w końcu mówi, że jest fryzjerem. Widać, że nie jest z tego dumny. Kiedyś studiował, ale wpadł pod samochód, i połamał nogi, przez pól roku leżał w szpitalu, i zawalił semestr. Rodzice powiedzieli, że nie mają kasy go utrzymywać i ma sobie znaleźć pracę, został fryzjerem. Pocieszamy go, że to nie tak źle, u nas fryzjer za strzyżenie bierze 3 Euro. „Oooo” stwierdza. A za fryzurę na sylwestra albo urodziny, to nawet 50... „Ooooooooooo, no to fajna ta Polska”. Chodzimy jeszcze trochę i rozmawiamy, w końcu udajemy się na parking.

Schodzimy jeszcze na temat kierowców. Mówi, że prawie wszyscy tu mówią o innych kierowcach, że są wariatami, jednocześnie jeżdżąc tak jak wszyscy. Radzi nam, żeby z tym, ie walczyć, tylko robić to co wszyscy. Jak mu mówimy, ze w Europie są Niemcy, którzy przestrzegają wszystkich przepisów, nawet jak nie widać w okolicy policjanta, nie może w to uwierzyć

Na parkingu się żegnamy, mówimy, że może się jeszcze kiedyś spotkamy. Ajnejm odpowiada, że może nawet w Polsce, bo skoro tam fryzjerzy tak zarabiają, to się chyba wybierze . Cykamy pożegnalne foty, i lecimy do as-Suwariji.

i w końcu dojeżdżamy. Znajdujemy hotel, przebieramy się, i lecimy do mediny. Medina jest tu zupełnie inna niż gdziekolwiek indziej. Nie powstawała spontanicznie, nie było tak, że ludzie budowali dom tam gdzie akurat było miejsce. Sułtan w XVIII zlecił zaprojektowanie mediny francuskiemu architektowi, który zresztą wykonał zlecenie po mistrzowsku. Uliczki są uporządkowane, przecinają się pod kątem prostym, są dość szerokie. Oczywiście są klimatyczne sklepiki, i budki z jedzeniem, ale po kolei. Najpierw przechodzimy przez Bab as-Saba (brama lwa) i idziemy uliczką, która się za nią rozciąga, by po chwili skręcić w następną bramę

Szukamy czegoś do jedzenia, znajdujemy budkę z jedzeniem, mają menu po angielsku, i sprzedawca nawet trochę po angielsku mówi. Robi nam kanapki, z mięsem z kurczaka, i warzywami, różnymi sosami, wszystko za 2 euro. Posileni, idziemy zwiedzać. Kierujemy się w stronę „Północnego Bastionu”.

Jest to budowla w kształcie walca, od strony morza, które szaleje na dole. Ktoś kto próbował zaatakować miasto od strony morza, nie miał łatwego zadania. Żeby się do niego dostać, trzeba przejść przez bramę.

w czasie oblężenia można było ją zamknąć, i nie dało się wejść do bastionu ani od strony morza ani od strony miasta. Są strzelnice i armaty, które do tej pory się tam zachowały. Ze strzelnic rozciąga się wspaniały widok na ocean. Mury i bastion są bardzo popularnym miejscem wśród mieszkańców. Przychodzą tu z dziećmi na spacer, na randki, poczytać książkę, albo po prostu posiedzieć i popatrzyć na zachód słońca. Trudno się im dziwić, są naprawdę bardzo klimatyczne i urokliwe.

Kręcimy się jeszcze trochę po murach i medynie, a potem wracamy do hotelu. Jutro nie musimy się nigdzie spieszyć, więc możemy się wyspać....

Trasa al-Jajida - as-Sawira, 350km
czas: około 7 godzin (w tym ponad godzina błądzenia po al-Jajidzie i okolicy, i ponad godzina zwiedzania Safi)

ARGANOWIEC

To endemiczne drzewo, występujące w pasie między as-Sawirą a Agadirem, rośnie na powierzchni jedynie 800tyś. hektarów. Jest niewysokie, ma około osiem, może dziesięć metrów wysokości, rozłożystą koronę, i korę kojarzącą się ze skórą krokodyla.

Jego owoce, bardzo przypominają oliwki, ale są od nich większe, i na końcu mają taki ogonek, trochę jak kolec.

Owoce mają w środku podłużną pestkę, otoczoną gęstym miąższem.

Jadąc z as -Sawiry do Agadiru, na pewno prędzej czy później, zobaczycie ludzi, którzy siedzą przy drodze na krzesełkach, przy stolikach, na których stoją słoiki i butelki, i coś sprzedają. To „coś” to olej arganowy. Wytwarza się go ręcznie z pestek arganowca, ażeby wyprodukować jeden litr, potrzeba pestek z trzydziestu drzew. Pestki się mieli w czymś co przypomina żarna, z tej papki potem wyciska się olej który jest bardzo bogaty w witaminy i inne zdrowe związki chemiczne. Jest używany w kuchni, a także do wyrobów kosmetyków. Niestety jest okrutnie wręcz drogi, gdyż jego produkcja musi odbywać się ręcznie a surowiec niełatwo zdobyć.

Z drzewem związana jest jeszcze jedna ciekawostka, której niestety nie sfotografowałem, bo nie miałem się gdzie zatrzymać żeby zrobić fotkę, musicie zatem uwierzyć na słowo.

Na arganowce wchodzą kozy, często na sam jego czubek, i często całymi stadami. Drzewo wygląda wtedy tak, jakby zamiast ptaków obsiadły je kozy, komedia totalna

Dzień 10

Śniadanie, i ruszamy. Tadam, był drogowskaz, i dokładnie wiemy gdzie jechać, moto zatankowane, wszystko super. Jedziemy, najpierw w prawo, potem, prosto, skrzyżowanie, rondo w lewo, znów długo prosto, aha następny drogowskaz, dobrze jedziemy, super, i już po dwudziestu minutach z powrotem jesteśmy pod naszym hotelem!

Kurcze, podejście drugie, tym razem w lewo, niom jedziemy, dwupasmówka, potem skrzyżowanie , policjant kieruje ruchem i gwiżdże na mnie, pokazuje co innego niż mówią znaki, a kierowcy robią co innego niż pokazuje policjant, ale za to zgodnie i równo na mnie trąbią, więc jakaś tam nić porozumienia jest. Ok, skręcam w lewo, jest drogowskaz, jedziemy dobrze, widzę też, że oddalamy się od hotelu, no to ok.

Droga raczej wąska, ale asfalt fajny, piasku na drodze nie ma, jest cieplutko (tak myślę, ze czterdzieści pięć stopni, ale jest dopiero dziesiąta więc wszystko przed nami), wiaterek sobie radośnie wieje (od strony lądu, więc jest to wiatr podobny do tego który wieje jak otworzysz rozgrzany piekarnik z termoobiegiem). Po obu stronach drogi piach i kamienie, ale nie koloru ceglastego jak na północy, tylko taki żółty albo jasnobrązowy. Na tym wszystkim rosną drzewa, nie las, ale dość gęsto, są niskie, i kojarzą się z oliwkami (potem się dowiaduję, że to arganowce).

Wyobraźcie sobie taki widok, asfaltowa droga, przy tej drodze, wąskie pobocze z usypanych drobnych żółtych kamieni, takich, że jak je weźmiesz do ręki, na dłoniach zostaje pył. Niebo bez ani jednej chmurki, słońce pięknie świeci, kawałek od drogi zagajnik, pełen niskich drzewek, zielonych, rozłożystych dających wytchnienie ludziom i zwierzętom. Pod drzewami wszyscy korzystają z cienia, ludzie i zwierzęta, na przykład osiołek. Ale są też konie, na oko ze sto, te są jakieś dziwne, nie stoją pod drzewami, tylko przy samej drodze, nie boją się przejeżdżających pojazdów, po prostu stoją, jakby upał im nie przeszkadzał, chociaż tym co ich pilnują na pewno przeszkadza. Są zadbane, ładne, siwe (wszystkie), i stoją zupełnie nieruchomo. Bez żadnego problemu dają się sfotografować....... Sto koni i jeden osiołek (pod drzewem po lewej).

Oki koniec żartów. Krajobraz naprawdę wygląda tak jak Wam opisałem, i upał jest równie niemiłosierny. Przed wyruszeniem w drogę, kupiliśmy kilka butelek z wodą takich 0,5l i upchaliśmy je wszędzie gdzie się dało. Początkowo droga jest prosta, pnie się tylko lekko w górę, ale nie że jakaś wspinaczka, tak lekko, za chwilę pojawiają się w około coraz gęstsze pagórki, które w końcu zmieniają się w góry, a prosta do tej pory droga....... zmienia się w trasę mojego życia! Asfalt jest równiuteńki, zakręty wyprofilowane jak na torze wyścigowym, pochylone do wewnątrz, szerokie, beż żadnych zmian promienia w ich trakcie! I teraz najlepsze, nie są to takie agrafki jak w Alpach, że co pięćdziesiąt metrów zakręt 180 stopni o promieniu 10 metrów, tu zakręty to takie łuki, ciasne, ale długie, jedzie się praktycznie setką, na piątym biegu, a przechył taki że naprawdę niewiele brakuje żeby przytrzeć podnóżkiem. Wychodzisz z zakrętu, na krótko gaz na maksa, po dwóch, trzech sekundach przymykasz, przeciwskręt, motocykl wali się w świetnie wyprofilowany zakręt, a Ty otwierasz lekko gaz i jedziesz jak po sznurku, potem znów przeciwskręt, prostujesz, chwilę gaz na maksa... Obroty bez przerwy w granicach pięć, sześć tysięcy, i zakręt, zakręt, zakręt. Podjazdy są długie i delikatne, a jednocześnie kręte, więc nie ma chwili żebyś się nudził. Marta stuka mnie w ramie żebyśmy się zatrzymali. Stajemy pod arganowcem, niewątpliwie jest częstym miejscem biwakowania, bo leży pod nim sporo plastikowych butelek po wodzie. Marta popija w cieniu, a ja cykam fotki.

Przyglądamy się przyrodzie, uwagę zwraca fakt, że wszystkie drzewa są wygięte w jednym kierunku przez wiatr (który teraz jednak prawie nie wieje). Po drodze jeżdżą tubylcy na motorowerach, i dzieciaki na rowerach, nie mają żadnej wody, długie spodnie, jadą sobie jakby nigdy nic. Twardziele! No nic, ruszamy dalej! Trasa tak mi się podoba, że zapominam o widokach dookoła, Marta musi mnie, co chwilę „budzić”, żebym się zatrzymał na fotki, albo chociaż zwolnił.

Góry tu wyglądają inaczej niż u nas. Jak ktoś mówi „góry” człowiek od razu myśli o zielonej łące, drewnianej chatce, granitowych szczytach czasem z pokrywą śnieżną, soczystym lesie. Wyżej o kosodrzewinie, stadach owiec, dźwięku dzwonków na ich szyjach... No i oczywiście o strumieniach, wspaniałej czystej, chłodnej i świeżej wodzie, której nie strach napić się prosto ze strumykach. O muzyce, zbójnickich opowieściach, o kwiatach, i o łące, na której można się położyć i cały dzień patrzyć w niebo, tak po prostu.... Niewielu z nas pomyśli o brązowej ziemi wypalonej słońcem, absolutnym brakiem trawy, czy strumienia. Niewielu z nas pomyśli o rozgrzanym drgającym powietrzu, o upale, który powoduje, że jak na kilka minut wyjdziesz z cienia (o który jest naprawdę trudno) zapominasz jak się nazywasz. Niewielu pomyśli o całkowitym braku jakiegokolwiek życia, a przynajmniej z królestwa zwierząt.

W pewnym momencie zatrzymujemy się na takiej zatoczce, znajduje się na półce skalnej, z góry rozciąga się widok na górską oazę (w miejscu gdzie jest choć trochę wody, natychmiast tworzy się oaza, czasem wielkości miasta, a czasem to tylko kilka palm) i ocean....

Zjeżdżamy na dół, teraz jedziemy po płaskim, ale nadal łuk za łukiem, po lewej stronie masyw atlasu, po prawej ocean znad którego wieje delikatna bryza. Jest przyjemnie chłodna, taka wilgotna, wreszcie można otworzyć szybę w kasku, normalnie czujesz chłód i zapach oceanu na twarzy. Jest bardzo przyjemnie, widoki przecudowne, przyjemny wiaterek ułatwia podróż, droga ciągnie się łagodnymi długimi łukami, Agadir zbliża się posuwistymi krokami.

Około trzydzieści kilometrów, kierunek wiatru się zmienia, wieje teraz z kierunku lądu. Wrażenie? Jeżeli ktoś chce poczuć taki wiatr na twarzy, proponuje podmuchać sobie po oczach suszarką do suszenia włosów. MAKABRA! Słońce świeci praktycznie w zenicie (brakuje mu bodajże sześciu stopni gwoli ścisłości, więc praktycznie świeci w zenicie).

W Agadirze znajdujemy hotelik bardzo szybko, Jest basen, bar, animatorzy dbają żeby nikt się nie nudził, prawdziwe wakacje. Prowadzę motocykl na parking dla pracowników, dostaję miejsce pod dachem. Gdy się ustawiam, wyskakuje pracownik, wygląda jak ktoś kto obsługuje windy albo klimatyzację. Masz szare ogrodniczki, pełno narzędzi w kieszeniach, i zagaduje po angielsku(woooow). Co słychać, skąd jestem, itp. itd. w pewnym momencie pyta czy w Polsce się mówi po angielsku Mówię, że nie, ale Polacy często mówią po angielsku (ściemka ). On się dopiero uczy, i jeszcze nie mówi jak Polacy, ale się stara . żegnamy się i rozchodzimy w swoje strony.

Tu muszę wspomnieć o kilku rzeczach... Po pierwsze parafrazując Mateusza Damięckiego: „Agadir to nie Maroko, Maroko to nie Agadir”. Ludzie mówią po angielsku, pełno tu takich co ciągną Cię do swojego sklepu żebyś tylko „dżast e luk maj frend, dżast e luk”, jest macdonald, i żebractwo! Jestem tu kilka godzin, i już 3 razu ktoś prosił mnie o pieniądze, bo nie ma co jeść.

Należy też zaznaczyć, że to półmetek podróży (i relacji ).

Ale jeszcze sporo przed nami, mam nadzieję, że chociaż część z Was doczyta do końca

Trasa as-Sawira - Agadir 200km
czas: około 5 godzin (w tym sporo przystanków na fotki)

Dzień 11

Dziś właściwie nic się nie dzieje, wakacjujemy sobie.

Dlatego dziś tylko takich kilka luźnych myśli napiszę.

Agadiru nie specjalnie jest sens zwiedzać, w 1960 został zrównany z ziemią przez trzęsienie ziemi, praktycznie żadne zabytki się nie zachowały. Miasto zostało przeprojektowane i zbudowane na nowo, właściwie dalej jest budowane. Jest pomyślane jako miasto typowo turystyczno-wypoczynkowe. Jest plaża (brudna), na której jest pełna windsurferów, i „Kejtborderów” (ktoś uprawia ten sport? Jak to się odmienia?? Chodzi o pływaniu na desce ciągniętej przez latawiec), jest ocean (woda brudna i dość chłodna)(nie nie tak chłodna jak Bałtyk, ale porównywalnie brudna). Jest szeroka promenada, budki z lodami, księgarnia, kawiarnie i kawiarenki, wszystko jak w Międzyzdrojach, tylko sto razy większe.

W okolicach Agadiru mieszka taki fajny ptak. (może nie tylko Agadiru, ale widziałem go tylko tutaj), jest ciemnoszary na górze, jasnoszary (prawie biały) na dole, wielkości szpaka, i bardzo ładnie śpiewa. Przeważnie „rozmawia” w ten sposób z innym takim samym, często oddalonym o kilkadziesiąt metrów. Niestety nie jestem mu w stanie zrobić zdjęcia, siedzi tylko w drzewach o gęstych liściach, i do odważniaków nie należy.

POLICJA

Ciekawe stosunki panują tu między policjantami, tubylcami, i turystami. Z policją wiąże się wiele moich obserwacji, i wszystkie mi (Polakowi, Europejczykowi, giaurowi) wydają się dziwne.

Kolejność przypadkowa:

Jedyny przepis drogowy jaki wydają się egzekwować, to ograniczenia prędkości, czasem wręcz posuwając się do absurdu. Potrafią stać z radarem w jednej ręce, i motocyklem w drugiej na pasie rozdzielającym pasy ruchu na autostradzie. Jazda zgodnie ze wskazówkami zegara na rondzie, przejeżdżanie na czerwonym, nieprzepuszczanie pieszych na pasach itp. nie robią na policjantach absolutnie żadnego wrażenia. Tylko ograniczenia prędkości, z drugiej strony, ograniczenie prędkości to chyba jedyne znaki do których Arabowie się stosują.

Często robią na drodze taką „pułapkę”. Stawiają znak ostrzegawczy, że kontrola policyjna, rozciągają na drodze kolczatki, tak że trzeba je omijać i mocno zwolnić, i zatrzymują KAŻDEGO kto przejeżdża, oprócz motocyklistów, a przynajmniej tych na V-Stromach. Zatrzymanych proszą o dokumenty, a po sprawdzeniu puszczają. Jak się na takiej blokadzie kiwnie albo pomacha ręką do policjanta, odmachuje z uśmiechem.

Widziałem sytuację (kilka razy), kiedy policjant próbował rozładować korek na skrzyżowaniu kierując ruchem ( przy pomocy machania łapkami i gwizdania gwizdkiem na wszystko co się rusza) a kierowcy go otrąbili. Rożnie się to kończyło, widziałem jak policjant pokornie zszedł ze skrzyżowania, ale widziałem też jak się wkurzył, i wypisał delikwentowi mandat.

W Maroku jest cała masa kotów, po prostu zatrzęsienie! Robiliśmy eksperyment, nie reagują na polskie „kici kici”, za to świetnie reagują na cmokanie, jak na psa. I rozumieją jak się cmoka po polsku! Smile

W całym Maroku nie było komarów, ani innych zwierzaków co latają i gryzą. Nie wiem czy byliśmy przed sezonem, czy jest tam dla nich za gorąco....

PRAWO JAZDY

Zapytałem kiedyś jednego Marokańczyka o to czy oni mają prawo jazdy albo coś takiego... Owszem mają! Jak się je wyrabia? Idzie się na kurs, tam s ą wykłady i nauka jazdy. Trzeba wyjeździć trzydzieści godzin w czasie nie krótszym niż miesiąc. Potem dostaje się zaświadczenie ze szkoły, że umiesz jeździć i musisz iść na egzamin. Na egzaminie pokazujesz zaświadczenie, i rozwiązujesz test. Jeżeli go zaliczysz masz prawo jady, egzaminu z jazdy nie było.

Tyle w teorii. No, ale oni tu wszyscy jeżdżą tak, jakby nie mieli prawa jazdy, i nigdy nie byli na żadnym kursie!

Ha! Magiczne słowo, „bakszysz”. Praktyka jest taka: idziesz do szkoły jazdy i dajesz w łapę, i dostajesz oświadczenie o odbytym kursie. Oświadczenie pokazujesz w urzędzie, dajesz w łapę, i masz prawo jazdy. Już możesz jeździć. A co jeżeli złapie Cię policjant, gdy zrobisz coś głupiego? Oczywiście dajesz w łapę.

Mój rozmówca nie miał prawa jazdy, jeździł starym motorowerem, nie stać go żeby zapłacić, a na motorower nie trzeba żadnych papierów, łącznie z dowodem rejestracyjnym.

Dzień 12

Rano wstajemy, idziemy na śniadanie, i szybko po motor. Dziś chcemy jechać do Taroudant, miasta o glinianych murach obronnych. Jest oddalone od Agadiru o około osiemdziesiąt kilometrów. Najpierw na stację benzynową, a potem już lekko na czuja (przed wyjazdem przyjrzałem się dobrze mapie, ale nie chciało mi się potem zatrzymywać i sprawdzać czy dobrze jedziemy) w stronę Taroudant. Termometr w cieniu pokazuje 44 stopnie, w otwartej szybie w kasku nie da się jechać, bo gorące powietrze tak daje po twarzy, że zwyczajnie grozi poparzeniem. Nawet szybka jazda niewiele daje. Jest tak gorąco, że naprawdę ciężko wytrzymać. Do tego wszystkiego jest jakoś tak duszno, nie wiem czy to wilgoć to powoduje, czy wszechobecny kurz, czy jedno i drugie razem, ale jakoś tak ciężko się oddycha. Droga jest wprawdzie dobrej jakości, ale jest wąska, i wiedzie przez wioski i malutkie miasteczka które o obwodnicy mogą tylko pomarzyć, więc co chwilę się zatrzymujemy na światłach, i w korkach.

W końcu jakoś dojeżdżamy, główna ulica prowadzi prosto pod mury. Jedziemy powolutku wzdłuż nich szukając parkingu, wtedy nagle w lusterku pokazuje się zdezelowany motorower.

-Parking? You need parking?

Mówimy, że tak. Gość nas wyprzedza, wjeżdża przez bramę na medynę, i zaczyna nas prowadzić wąskimi uliczkami. Bzzzzzzzzzzz bzzz bzzzzzzzzzzzzzzzz iiiiiyiiyiyiyiyiyyy bzzzzzzzz, zasuwa jak nie wiem, ludzie idący uliczkami odskakują na boki! Bbbbbzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz, bzzzzzzzzzzzzzz jak pszczoła, a my zanim, na jedynce i pół sprzęgle. Wyglądamy chyba jak holownik i Titanic. W końcu dojeżdżamy na placyk, pięć na osiem metrów, parking. Gość mówi, że parkingowemu płaci się „co łaska”, dajemy 25Dh, jest bardzo zadowolony. Mówi, ze mieszka obok, i możemy dać mu kaski i kurtki, nie ma problemu. Oddajemy (zawsze mam w takim momencie opory, ale jeszcze mi się nie zdarzyło żeby coś złego się w takiej sytuacji stało, więc ryzykujemy).

Oczywiście jasne już jest, że przyczepił się do nas zakichany „przewodnik”. Ale może coś nam pokaże, a o kasie pogadamy oczywiście później. Idziemy zwiedzać. Najpierw na suk (suk, arab. sukkun – targ. Mógłbym pisać „Idziemy na targ”, ale wszyscy co wracają z Maroka, znają przynajmniej to jedno arabskie słowo, i zawsze mówią, że byli na „suku”, a nie na targu. W przewodniku też prawie zawsze pisze „suk”. Więc niech tradycji stanie się zadość, i niech wszyscy widzą „Że się bywa, nie?”, więc ja też będę pisał o sukach. A co?! Przyp. micka). Zacznę jeszcze raz, bo się przypis strasznie rozrósł . Najpierw idziemy na suk, tu są dwa, Arabski i Berberyjski. Targi, tfu, suki mają stoiska i budki ustawione tak „tematycznie”, tzn. jak gdzieś sprzedają owoce, to wszyscy sprzedawcy owoców są w jednym miejscu, jak przyprawy, to sprzedawcy przypraw są w jednym miejscu. Nie ma tak, że tu jedna budka z owocami, tam druga, a gdzieś tam trzecia, dzięki temu, jak chcesz kupić owoce, to nie biegasz i nie szukasz po całym suku, tylko idziesz w konkretne miejsce. Spora część suków znajduje się pod dachem, z tym, że nie jest to jakaś hala (przeważnie) tylko dach zaimprowizowany przez samych sprzedawców. Dzięki temu, panuje tam cień, i można spokojnie oglądać towary, a wręcz jak ktoś idzie skądś dokądś, i po drodze jest suk, to skręca w jego stronę, bo tam jest cień, a wtedy przy okazji może coś tam kupi.

Zachodzimy do jubilera. Sprzedaje własnoręcznie wytworzoną biżuterię. I on, i wszyscy tutaj robią podobnie, jak w sklepie nie ma klientów to produkują towar, ten biżuterie, ale krawiec szyje ubranie na przykład, jak je skończy, wiesza na wystawie, i zabiera się za następne. Jubiler ma warsztat, można go zobaczyć, bo jest on jednocześnie ladą sklepową. Ma palnik do topienia srebra, różne kamienie szlachetne, bursztyny, całą torbę z takimi srebrnymi wiórkami. Opowiada, jaki kamień skąd pochodzi. Mówi, że bursztyny sprowadza się z Polski. Potem pokazuje nam pierścionek, nad którym właśnie pracuje.

Na środku zdjęcia widać drewniane kółeczko i wystający z niego srebrny patyczek. To będzie wisiorek, wycina coraz mniejsze kółka z drewna i ze srebrnej blachy, przekłada jedne drugimi, i za chwilę wychodzi coś co widać na następnym zdjęciu.

Marta kupuje kolczyki. Płaci 22 Euro, czyli 2 razy tyle ile są warte, ale są zrobione ręcznie (pan pokazał jak je robi). Jest mega zadowolona. Idziemy dalej, robię fotki najpopularniejszego w Maroku pojazdu dostawczego.

Taka trajka. Przód od motocykla, często z dużym silnikiem, chociaż widziałem też takie co się kojarzyły z motorowerem, a z tyłu buda od pickupa. Jest tego wszędzie pełno!

Zachodzimy do „działu z przyprawami”.

Mają tu wszystko, co sobie tylko wymyślisz! Wszystko świeże, ewentualnie samodzielnie suszone, ale nic nie jest w kolorowym opakowaniu z hipermarketu! Mają też herbaty, „Beduin tea” którą w domu pijemy nałogowo, i mamy jeszcze spory zapas, więc tym razem nie kupujemy (dygresja: ma bardzo orzeźwiający smak, taki trochę podobny do mięty, ale tylko podobny. Jak komuś daję ją pierwszy raz, to zawsze mówię, że to trawa, na którą sikają wielbłądy, i dlatego ma taki specyficzny smak. Zdarzyło się, że niektórzy to wciągali. Koniec dygresji ). Mają też miętę, do berber Whisky która jest tu bardzo popularna. To mieszanka zielonej herbaty i świeżej mięty, parzona w srebrnym dzbaneczku o gruszkowatym kształcie, z długim dzióbkiem. Nalewa się go do malutkiej, wąskiej szklanki, z wysokości około metra, ma odświeżający smak, i stawia na nogi w nawet najbardziej upalny dzień! Super! Zapach tej mięty, unosi się na całym suku, jest bardzo intensywny, i bardzo przyjemny. Ale my się decydujemy na lemon mint, której jeszcze nie piliśmy. Ma bardzo intensywny smak, miętowo cytrynowy, to też jakaś taka trawa. Nie mogę się doczekać, kiedy ją zaparzymy w domu, ciekawe czy będzie smakować równie dobrze jak pachnie.

Idziemy też do sklepu z rękodziełem berberyjskim. Mają tu naprawdę fajne rzeczy, wszystko robione ręcznie, spora część na miejscu. Sprzedawca, jest dość... niezwykły, ale o nim za chwilę. Sprzedają tu lustra, kufry (nie motocyklowe! Takie prawdziwe, drewniane), naczynia gliniane i porcelanowe, stojaki na gazety, pudełka.... wszystko zrobione tylko z materiałów naturalnych, zero plastiku! Niesamowite rzeczy, do wyrobu ram luster używa się polerowanej kości wielbłąda. W dotyku przypomina coś między szkłem a plastikiem, jest jasno żółta, z pomarańczowymi żyłkami. Niezwykłe! Drewniane elementy nie są lakierowane, do polerowania drewna używa się liści z drzewa cytrynowego, wygładzają powierzchnię, i jednocześnie ją zabezpieczają. Niektóre przedmioty, jak się powącha to wciąż pachną cytryną. Wszystko jest barwione naturalnymi substancjami, henną na brązowo, szafranem na żółto, indygo na niebiesko i miętą na zielono! Różne odcienie kolorów, otrzymuje się, rozcieńczając barwniki sokiem z cytryny. Można w ten sposób barwić materiały, glinę porcelanę, co tylko chcecie! Naczynia gliniane, wypalane są trzy razy w temperaturze 700 stopni, dwa razy po ulepieniu, i trzeci raz po nałożeniu emalii.

I tu zrobię mały wyjątek, który wcześniej się nigdy nie zdarzył, i pewnie nie szybko się zdarzy. Złamię na chwilę konwencje moich relacji, i napiszę „uwagę dotyczącą całego kraju” w środku opisu dnia. Dlaczego? Dlatego, że wszystko co zaraz napiszę dowiedziałem się właśnie teraz od tego sprzedawcy, ale ma to zastosowanie na całej Saharze, od wielu już (setek) lat.

DYWANY

Berberowie (czyli Tuaregowie, i inni nomadzi żyjący na pustyni) od lat wytwarzali dywany. Zauważcie, że na filmach typu „W pustyni i w puszczy” i innych w których występują Arabowie i pustynia, zawsze są dywany. To nie jest przypadek, Dywan ma bardzo wiele zastosowań, o których giaur nawet nie pomyśli. Po kolei, dywan ma zawsze kształt prostokątny, a stosunek szerokości do długości jest ściśle ustalony. Dodatkowo dywan jest dookoła obszyty długimi frędzlami. Dlaczego tak? Wiadomo, na pustyni jest dużo piasku, a w nocy bywa zimno. W dzień, dywan można rozłożyć i na nim siedzieć, jeść, leżeć, i nie siedzi się wtedy na piasku, nie trzeba kłaść jedzenia na piasku itp. itd. Na to nawet my byśmy wpadli, ale po co te frędzle? W nocy robi się chłodno, składa się wtedy dywan wzdłuż, a po związaniu frędzli na jednym z krótszych boków, i na długim boku, powstaje śpiwór. Oczywiście dywan, można złożyć również w poprzek, zawiązać frędzle na krótkich bokach, nawrzucać do tak powstałej torby różnych rzeczy, a potem zawiązać niezawiązane do tej pory frędzle, i mamy sakwę, którą można przerzucić przez grzbiet osiołka/konia/wielbłąda. Każdy dywan, ma stronę zimową i letnią. Strona zimowa ma długie włosy, i jest przeważnie utrzymana w ciemniejszych barwach. Dzięki temu szybciej się nagrzewa, a długie włosy lepiej chronią stopy przed zimnem, jak się po dywanie chodzi na boso. Strona letnia, to odwrotna strona dywanu (u nas dywan po odwrotnej stronie śmierdzi klejem, jest nieprzyjemny w dotyku, szorstki, i kompletnie bezużyteczny, tu nie...) która ma dużo krótsze włosy, i utrzymana jest w tonacji jasnożółtej. I teraz bajer najlepszy! W lecie, składa się dywan zimową stroną do środka, a chodzi się po letniej stronie, w czasie, gdy się po nim tupie, ze strony zimowej wychodzi brud! Potem dywan się rozkłada i trzepie, i już jest czysty! Letnia strona ma krótkie włosy, więc tak nie grzeje w bose stopy, i jest w jasnej tonacji więc się nie nagrzewa! GENIALNE, no przyznajcie!

Jeszcze ważna rzecz, jakość dywanów. U nas oczywiste jest że owcę się hoduje, a potem się strzyże, i jej znów rośnie futro i znów się strzyże, i tak w kółko. Tu owce się zjada. Dlatego często jest tak, że się owcę zabija, skórę ściąga, i moczy w roztworze soli, dzięki której włosie zaczyna wychodzić ze skóry, to jest tańsza wełna (którą nazywa się „wełną martwą”). Druga wersja, to wełna z żywej owcy którą się strzyże, ale nie zabija, ta wełna jest droższa (nazywana „żywą wełną”). Dla laika, oba rodzaje wełny są na pierwszy rzut oka nie do odróżnienia. Różnica staje się zauważalna z czasem. Dywan z wełny martwej, po każdym praniu staje się coraz bardziej szorstki, a włosie się zbija. Dywan z wełny żywej, im więcej razy prany, tym bardziej jest miękki i przyjemniejszy w dotyku.

Dywany wykonuje się głównie z wełny owcy, wielbłąda, lamy (bardzo miękka, i bardzo przyjemna w dotyku), i z włókien kaktusa (są zadziwiająco lekkie, po prostu zadziwiająco!)

Koniec uwagi dotyczącej dywanów, relacji ciąg dalszy

Rozmawiam sporo ze sprzedawcą, facet okazuje się bardzo „filozoficzny”. Rozmowa schodzi w końcu na różnice kulturowe, facet mówi coś takiego:

„Nie masz wpływu na to gdzie i kiedy się rodzisz. Masz taki kolor skóry jaki mają twoi rodzice, wyznajesz taką religię w jakiej Cię wychowają, w takiej kulturze która panuje dookoła Ciebie, nie masz na to wpływu! Nie zmienisz tego, koloru skóry, narodowości, ani języka w którym myślisz. Jednocześnie nie był to twój wybór, po prostu taki się urodziłeś. Ktoś ma pretensje do czarnego, że jest czarny, albo do białego, że jest biały, niby czemu? Przecież on sobie tego koloru nie wybrał, urodził się taki. Nikt z nas nie wybiera sobie rodziców, ani miejsca gdzie się urodzi, więc nietolerancja rasowa, religijna, czy kulturowa jest bez sensu. Bez sensu jest mieć pretensję o rzeczy na które nie mamy wpływu, bo tak naprawdę poza nimi niczym się nie różnimy, i dlatego wszyscy powinniśmy się wzajemnie szanować....” Ciekawa uwaga, przyznacie?

Kupujemy narzutę, jest wykonana z włókna kaktusa, ma sześć metrów kwadratowych powierzchni, i zwinięta mieści się do kieszeni w bojówkach. Waży może ze dwieście gram, i to chyba nie. Trzy osoby robiły ją przez dwadzieścia dni. Cena wywoławcza 850Dh, targujemy na 300.... Pewnie i tak przepłaciliśmy ze dwa razy, ale jest naprawdę fajna.

Potem wracamy na parking. Okazuje się że parkingowy nie tylko kasuje za postój. Pomaga parkować samochody (macha łapkami, i krzyczy w prawo/lewo), pilnuje kurtki i kasku, pilnuje żeby nikt nic nie ukradł, a także dba o to, żeby pozostawione pod jego opieką pojazdy nie nagrzewały się zbytnio.

Wszystkie samochody mają pozasłaniane szyby kartonami, nasz motocykl jest również przykryty kartonami, full serwis! Ciekawy patent stosują tubylcy, polewają manetki i siedzenie zimną wodą, nie używają rękawiczek, i inaczej nie chwycili by kierownicy.

Jedziemy za „przewodnikiem” dookoła murów obronnych, są naprawdę fajne

Rozmawiamy jeszcze chwilę z przewodnikiem, pyta nas po co nam kurtki skoro jest tak ciepło. Mówimy, że chronią przed upadkiem, a nie przed zimnem, a on na to, że się dużo razy wywrócił na motorowerze, i nic mu nie jest, ma tylko bliznę na ręce, ale prawie nie widać.... co za beztroska

Stwierdza też, że upał przeszkadza tubylcom dokładnie tak samo jak turystom, zaraz idzie do domu, i co najmniej do siedemnastej będzie w nim siedział...

Potem jeszcze targi z przewodnikiem. Moja asertywność w tym kraju, totalnie wysiadła, ale tym razem mi się udało. Pytam go ile chce, mówi że „co łaska” (ale mnie to wkurza, nie powie ile chce, tylko liczy na to ze sam zaproponuje cenę której on nie miał by odwagi zaproponować! Nie ze mną te numery Bruner!). Daję mu 20 Dh.
-Eeeee, nie no, wszyscy dają po 200.... - czemu nie mógł tego powiedzieć od razu, tylko gada co łaska
-Mam dwadzieścia. Mówiłeś że co łaska – stwierdzam, z najpoważniejszą miną na jaką mnie teraz stać
-no tak, ale kopiliśmy dywan, kolczyki, herbatę....
-Ale to kupiliście dla siebie... - stwierdza jakoś tak smutno, chyba się domyśla, że wiem o co chodzi. Na bank ma od każdego z tych zakupów prowizje, nie ma bata!
-nie mam kasy, mogę dać Ci najwyżej 100 – ciągnę...
-Ale wszyscy dają dwieście..... - dalej próbuje....
Wyciągam z kieszeni portfel, i daję mu go, mówię, że może sobie z niego wyciągnąć jeden banknot, niech sam wybierze który. Gość zagląda do środka, a tam jedna dwudziestka i jedna stówka....
-Ja potrzebuję pieniędzy, a ty ich nie masz, to wezmę stówkę, pójdziemy na kompromis.... - i bierze tą stówkę, czyli tak jak chciałem.

Potem wyprowadza nas na drogę do Agadiru, machamy sobie na pożegnanie i wracamy do domu. A potem dalej wakacje

Agadir - Taroudant – Agadir 190km
czas: około 5 godzin (w tym ok 2,5 zwiedzania)

Dzień 13

Cały dzień wakacjujemy. Leżymy przy basenie, czytamy książki, gramy z Francuzami w bule (oczywiście dostajemy w...)(ale nie tak beznadziejnie, przegrywamy trzema punktami), wysyłamy kartki (znaczki w Maroku są samoprzylepne, nie trzeba lizać, nie przyklei się nic do języka). Polaków nie brakuje, co jakiś czas słyszymy jak jakaś blondynka wrzeszczy do telefonu: „No cześć, właśnie jestem w Marokuuuuuuuuu, wiesz? I jest ciepło, no, i normalnie siedzę sobie przy basenie, wiesz? I pije wino, jest super, mówię ci. Tylko jutro mam jechać na lotnisko, ty wiesz jak ja się boję żeby mnie nikt nie porwał, tu normalnie sami Arabowie są.... noooo, no to jak wrócę to ci opowiem, nieeeeeeee?”. Kurcze, zaczynam się zastanawiać, czy w tym co robię, jest jeszcze cokolwiek romantycznego, i czy w ogóle ma to jakiś sens.... Odpowiedź uzyskuję już za kilka dni.....

Dzień 14

Ruszamy o 9:40, początkowo idzie bezproblemowo. Bez błądzenia wyjeżdżamy na drogę wylotową (w dodatku na tą, którą chcemy jechać!). Drogi wylotowe z Agadiru, to szerokie ulice, po dwa pasy w każdą stronę, rozdzielone pasem zieleni i gdyby nie ronda co jakiś czas, kojarzyły by się raczej z autostradą niż z drogą miejską. Jedziemy sobie spokojnie, słonce już zaczyna dawać ładnie, ale jak się jedzie to nie jest aż tak tragicznie. I nagle korek! Kurcze, jak nie urok to przemarsz wojska! Dziś się udało nie zabłądzić, to za karę się ugotujemy! Jedziemy powolutku do przodu, kufry nie ułatwiają zadania. Na obu pasach drogi stoją samochody (a często ciężarówki). W końcu dojeżdżamy pod sam przodek korka, i dalej już się nie da. Po lewej stoi stary autobus, za nim nowiutka Scania z naczepą, przed nami jakaś zardzewiała wywrotka, chyba ma jeszcze silnik parowy, bo tak dymi! A za nią my. Super udusimy się tu i uwędzimy, na polu chwały, może chociaż na forum uczczą nas minutą ciszy!

Nagle w Scanii otwiera się okno, i gość coś krzyczy do kierowcy wywrotki, która stoi przed nami, a potem nam macha, żebyśmy podjechali do przodu. Podjeżdżamy. Teraz obaj kierowcy wyskakują z szoferek, i idą pogadać z kierowcą autobusu. Potem, dają mu na migi znaki, ile ma podjechać do przodu, a potem do mnie, w którą mam kręcić żeby nie zahaczyć o nic kufrem. Przejeżdżamy, dziękujemy, tamci machają nam na pożegnanie rękami, i życzą szerokiej drogi. My możemy jechać, oni muszą stać (niby są pierwszymi pojazdami w korku, ale policja nie pozwala jechać). Przyczyna korku? Tak jam mówiłem, przemarsz wojska!

Jechał konwój, ciężarówki na lawetach wiozły ciężki sprzęt, a na jednej z tych lawet wieźli zapas wody, tzn kilkanaście palet z butelkami z wodą mineralną. Źle przymocowany ładunek, przechylił się i spadł na ziemie w czasie jazdy. Teraz na jednym pasie stoi konwój, a na drugim dźwig który ustawia wszystko z powrotem na swoje miejsce. Samochodem nie przejedziesz, ale motocykl się zmieści.

Początkowo jest chłodno. Przez moment myślę nawet czy nie wpiąć membrany, ale ostatecznie rezygnuję, wszak jesteśmy w Afryce. Ograniczam się jedynie do zapięcia wszystkich airventów. Na drodze ruch jest całkiem spory, są osiołki, samochody, ciężarówki, ale zdarzają się też motocykle turystyczne (większość to duże GS'y). Jedziemy coraz wyżej, kolor gleby z piaskowego zmienia się na intensywnie czerwony, droga zaczyna meandrować, kompletnie uniemożliwiając wyprzedzenie ciężarówki wiozącej na lawecie walec. Gdy się w końcu udaje, okazuje się, że przed nią jedzie sznur innych samochodów, równie niemożliwych do wyprzedzenia. Góry, przez które jedziemy są naprawdę wysokie, raz zdawało mi się nawet (a całkiem możliwe, że mi się nie zdawało), że widzę ośnieżony szczyt. Niestety widoczność jest bardzo kiepska, tzn. nie przeszkadza w jeździe, ale zupełnie niemożliwa podziwianie krajobrazów, sięga najwyżej dwa, może trzy kilometry. Wyżej, ziemia znów nabiera piaskowego koloru, robi się coraz cieplej, ale dziwna mgła nie znika. Wydaje mi się, że to po prostu wiatr wieje i podnosi pył z ziemi.

Sama droga jest niezła, ale nie tak fajna jak ta między as-Sawirą a Agadirem. Asfalt jest przyzwoity, zakręty są, całkiem przyjemne, niestety ruch drogowy który tu panuje, uniemożliwia delektowanie się zakrętami, dlatego w sumie jedzie się „tak po prostu”. Robimy dość częste postoje na picie, w pewnym momencie widzimy coś na kształt małej oazy. Jest niewielki mostek, zaraz za nim można zjechać w prawo, i są drze3wka wzdłuż malutkiej rzeczki, takiego strumienia. Niestety dziś strumień jest nieczynny, wysechł.

Ale drzewa mają się dobrze, zatrzymujemy się w ich cieniu, obok ciężarówki. W szoferce, kierowcy odpoczywają w cieniu przy herbacie. My wyciągamy wodę, i spokojnie popijamy.

Około 14:30 dojeżdżamy w końcu do Marrakeszu. Znajdujemy hotel, przy głównej ulicy, okazuje się, że są wolne miejsca. Chwila odpoczynku, i o szesnastej idziemy na medynę. Ale się wygłupiliśmy....

Upał jest makabryczny, do tego jest tak dziwnie duszno, bardzo kiepsko się oddycha, pot leje się z człowieka po prostu strumieniami. Jak wyjdziesz na ulice, praktycznie po pięciu minutach jesteś cały mokry, i nie wyschniesz dopóki nie wrócisz do domu. W dodatku jest środek dnia, absolutnie najgorsze słońce, a my......?

A my głupki, stwierdzamy, że dziś sobie zrobimy rozeznanie co gdzie jest a jutro pójdziemy zwiedzać na poważnie, ja dziękuje ale amatorszczyzna!

Idziemy na postój taksówek, pytamy taksiarza za ile zawiezie nas na medynę, mówi że za 50Dh. Nie jest źle, jedziemy...

Medyna ma bardzo skomplikowany układ, chodzimy po niej w kółko, i widzimy wszystko i nic. Widzimy najsłynniejszy minaret Kutubijja nie wiedząc nawet, że to on. Odwiedzamy wszystkie możliwe suki (czyli targi ), zaczynamy się powoli zastanawiać nad pamiątkami które przywieziemy do domu.

Idziemy się napić soku, ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Zamawia się soczek (owoce, i ilość lodu do wyboru), pan nalewa, pijesz, a potem dostajesz jeszcze dolewkę. Niby wszędzie mówią żeby nie pić w takich miejscach, bo bakterie, bo cośtam, e tam .

Potem jemy też kebaba z owcy, jest suchy, twardy, podany na brudnym talerzu, a do picia Cola z puszki, przez słomkę, w jakiejś takiej budce, z deka obskurnej. Niby mówią, żeby w takich miejscach nie jeść..... Marcie nie smakuje, mi bardzo .

Po południu, na Dżam al-Fana (główny plac na medinie w Marrakeszu) zaczyna się robić tłoczno. Są akrobaci, połykacze ognia, Ludzie którzy obiecują fortunę jeżeli zagrasz z nimi w trzy kubki.

Widzę małe zbiegowisko, podchodzę bliżej, podnoszę aparat nad ludźmi i cykam fotę.

Kurcze, zauważył mnie! Idzie tu, trzyma w ręce brązowo zielonego węża, niedużego, ale to jednak wąż. Kurcze, zaraz mi go pewnie wsadzi na głowę, idzie i się popisuje

A potem ładuje mi tego potwora na szyje. Tu nadchodzi moment, w którym za odpowiednie uznałem, przyznanie się do jednej z moich (bardzo licznych) słabości... UWAGA, UWAGA! MICEK PANICZNIE BOI SIĘ WĘŻY! Tu miejsce na Wasz śmiech, ale tak po prostu jest...

Próbuję się bronić, ale nie „Rękami i nogami”, nie mam zamiaru zbliżać do tego gada żadnej z moich kończyn, głowy tym bardziej, mówię mu że nie chcę, a ten nie słucha tylko ładuje go na mnie. Kurcze, jak już go mam na szyi, to mówię Marcie, żeby mi chociaż fotkę zrobiła. Stoję sztywny jak koci ogon, nie ruszam się, podobno węże widzą tylko to co się rusza, trzymam go daleko od twarzy, I prezentuję sztywny uśmiech w stylu prezesa największej partii opozycyjnej:

Oki, już po wszystkim, zabiera go ze mnie... i teraz zaczyna się najlepsze:
-zwei hundert – stwierdza, nie wiem czemu po niemiecku, za dużą armatą do niego strzelałem, czy jak?
-WHAT!? - upewniam się
-ZWEI HUNDERT! - upewnia mnie dobitnie

Dalsza część odbywa się z mojej strony po angielsku, z jego po niemiecku. Po niemiecku nie odzywam się ani słowem, nie chce żeby pomyślał że jestem Niemcem, i że w związku z tym te „cwaj hundert” to jak dla mnie kichnąć.
-Nie jestem Niemcem! - rżnę głupa, że niby nie rozumiem.
-Jak to nie jesteś?! Dwie stówy! - Gościu powinien zacząć kapelusz nosić, słońce mu mózg wypaliło, i już mu się liczby mylą chyba.
-NIE JESTEM NIEMCEM!! Mogę dać dwie dychy -(to był najdrobniejszy nominał jaki miałem przy sobie, i tak za dużo, ale monety wydałem na sok czy coś tam, przed chwilą) Zapewniam go spokojnie
-WSZYSCY DAJĄ DWIE STÓWY! TO JEST WĄŻ! - Tego kolesia chyba za często te węże gryzą, i jad mu uszkodził myślenie! Żeby mieć dwie stówy, zasuwam cały dzień, wzrok niszczę przy kolimatorze, z głupkowatymi klientami się użeram, a ten chce tyle za jedną fotkę z jakąś żywą sznurówką!?
-NIE JESTEM NIEMCEM!!!! DAJĘ DWIE DYCHY, BERZESZ CZY NIE! NIE CHCIAŁEM ŻEBYŚMI TEGO WĘŻA DAWAŁ!!!!!! - mówię troszkę dobitniej...
-Dobra biorę – to stwierdza po angielski, i bierze te dwie dychy...

Dygresja: Ci ludzie tutaj, dalej od morza (czyli aż do samego końca już podróży) są kompletnie oderwani od rzeczywistości. Za jedno zdjęcie chcą tyle, ile normalny człowiek musi pracować przez osiem godzin, i są strasznie oburzeni, że nie chcesz im dać. Przecież jesteś strasznie bogaty, skoro było Cię stać na to żeby do nich przyjechać, to czemu nie chcesz się podzielić? W Agadirze, boy hotelowy, ostrzegał nas, żebyśmy się nie zdziwili, jak w drodze powrotnej ktoś zażąda od nas prezentu, np. podkoszulka. Z wielką przykrością stwierdzam, że ludzie w tym rejonie Maroka są bardzo nieprzyjemni, najzwyklejsi kanciarze (jeszcze o tym będzie), nieroby (będzie) i oszuści (też będzie). Koniec dygresji.

Wkurzeni na maxa idziemy na postój taksówek. Podchodzimy do pierwszego lepszego wozu, i mówimy że chcemy do domu, nawet nie pytam o cenę. Pod hotelem, taxiarz prosi o niecałe 20Dh! Szok, poprzednio po targach chcieli 50, a teraz się okazuje, ze wg taksometru należy się dwie dychy z napiwkiem! Znów nas oszukano! Normalnie ręce opadają!

W hotelu idziemy do baru, siedzimy sobie przy piwku, i narzekamy na ludzi których dziś spotkaliśmy, mamy nadzieję że już więcej takich nie będzie.....

Jutro idziemy na spokojnie zwiedzać Marrakesz, z przewodnikiem w ręce, nie może być źle....

Agadir - Marrakesz 250km
czas: około 5 godzin (kilka przystanków)

Dzień 15

Plan jest taki: zaraz po śniadaniu ruszamy na miasto, potem w czasie, gdy są największe upały, wracamy do hotelu, a pod wieczór znów na miasto.

Ruszamy! Najpierw Idziemy do ogrodu Menara. Główną ulicą, w cieniu pod drzewkami, spokojnie spacerujemy, i idzie się dobrze. Potem skręcamy, ulica na mapie ma być szeroka. No i w rzeczywistości jest, super, dwa pasy w każdą stronę, i kompletny brak chodnika! Ruch na ulicy jak nie wiem, a my idziemy wzdłuż, na planie nie pisało, że to prawie wiocha! Widzimy ciekawy pomysł na posadzenie drzewa, „tak żeby nie przeszkadzało w ruchu drogowym”.

Idziemy i idziemy, mija pół godziny, dochodzimy do wejścia. Zamknięte! Ale spoko, Pan nam tłumaczy, że robią przygotowania do festynu, i trzeba pójść inną bramą. Za chwilę jesteśmy w ogrodzie.

Ogród to ogromny gaj oliwny, ma 90 hektarów powierzchni, przecinają go dwie główne ulice, i cała masa wąskich ścieżek. Pomiędzy drzewami oliwnymi nie ma trawy, jest tylko taka zbrylona, wyschnięta glina, ale tubylcy i tak rozbijają się w cieniu drzew z kocami.

Idziemy ścieżką, prosto do pawilonu, który znajduje się w centrum ogrodu. NA widokówkach widać budynek, z kopertowym dachem, stojącym przy błękitnym sztucznym jeziorze. W tle za budynkiem widać ośnieżone szczyty atlasu, cudo, po prostu cudo. „Widokówkę” możecie zobaczyć tutaj:
Widokówka

Niestety to nie moje zdjęcie, więc podaje Wam tylko linka. No to dochodzimy do tego pawilonu, podchodzimy do brzegu jeziorka, i cykam fotosa, dokładnie takiego samego jak na widokówce.

Gdzie te góry i błękitna woda? Chyba ukradli. Budynek został wzniesiony na rozkaz sułtana, w połowie XIX wieku. Służył.... Jako przyjemne miejsce do chodzenia na randki, i to całkiem dosłownie, właśnie do tego. W tym samym celu, używali go też późniejsi sułtani, niektórzy mieli zwyczaj dla kawału wrzucać do wody swoje partnerki

Odpoczywamy chwilkę w pobliskim „barku”, i idziemy na TAXI. Podjeżdżamy pod mury obronne, i kawałek idziemy wzdłuż nich. Mury mają takie małe dziurki, na moje oko po drewnianym zbrojeniu, i w każdej z tych dziurek mieszka ptak.

Jest około dwunastej, i słońce świeci bardzo wysoko na niebie, człowiek prawie nie rzuca cienia. Po kilku minutach, dochodzimy do cyberparku. Powstał w XVII wieku, ale dopiero niedawno został odnowiony, przy współpracy z kilkoma firmami zajmującymi się produkcją elektroniki, oprogramowania, i telekomunikacją. Na początku nie imponuje, wyschnięta ziemia, jakieś palemki.

Super soczysta zieleń, ptaki biegają po trawniku, śpiewają, ganiają się, młodzież siedzi na ławeczkach i zakuwa, aż miło popatrzyć jak się męczą a my już nie musimy .... E, zagalopowałem się, w takim razie inna młodzież korzysta z darmowego internetu. W parku są porozrzucane terminale z darmowym netem. Odpoczywamy i idziemy dalej, w stronę meczetu Kutubijja. Prawdopodobnie pochodzi z XI w, a jego minaret jest „szablonem” według którego budowano późniejsze minarety w Maroku. Ma 70 metrów wysokości, a stosunek szerokości jego podstawy, do wysokości wynosi 1:5 i w ten sposób do tej pory buduje się w Maroku minarety. Widzieliśmy go już wczoraj, ale dopiero dziś dokładnie go obfotografujemy.

Widzicie kuleczki na szczycie, jedna na drugiej? Jedna z historii głosi, że są zrobione z czystego złota i nie są do siebie w żaden sposób przymocowane, tylko stoją jedna na drugiej dzięki precyzyjnemu wyliczeniu środka ciężkości każdej z nich. Tak naprawdę są zrobione z miedzi...... I oczywiście są przymocowane. Potem spacerkiem na Dżam al-Fana, jest sklep z dywanami, taki jak mówił MaG

A potem idziemy na polowanie na szalik. Tu w Maroku (i nie tylko, bo w sumie w całej północnej afryce) można kupić szalik, ceny zaczynają się od 10 Dh w górę, taki przyzwoitej jakości kosztuje 60Dh, a taki turbo mega bajerancki 300 i więcej... Te lepsze mają bardzo żywe kolory, są cieniuteńkie i leciuteńkie, mają ok 130cm długości i z 60 cm szerokości (wymiary na oko podaję, nie mierzyłem). Nie chronią przed zimnem, a przynajmniej nie tak jak szalik, który Wam przychodzi na myśl kiedy mówię szalik, puchowy i cieplutki. Te tutaj nie do tego służą, to przede wszystkim ozdoba, i/lub ochrona przed wiatrem i słońcem. Marta chce mieć takich szalików całą szafę, więc idziemy...

Szukamy, oglądamy, Marta się zachwyca, pokazuje mi takie, śmakie, wszystkie są superfajne, ja tylko kiwam głową i potwierdzam, przecież nie będę się kłócił

W końcu wchodzimy do sklepu „Idealne szaliki dla Marty and company, very gud prajs”, Marta nurkuje w środku, ja sobie siadam na stołeczku przed sklepem. Sprzedawca jest miły, pokazuje towar, ma takie i takie kolory, a z tego wzoru to ma takie, wszystko rozkłada na ladzie, można dotknąć popatrzyć, i najważniejsze CENY WISZĄ WYPISANE NA KARTECZKACH (co tu wcale nie jest takie oczywiste). Marta wybiera 3 szaliki, jeden za 60Dh, i dwa za 30Dh.
-Ile – pyta
-Trzysta – gość odpowiada tak jakby taka cena była wypisana na karteczce, nawet się nie zająkną.
Aż się sam zdziwiłem. Marta śmieje mu się w twarz i mówi że chyba oszalał, nie chce szalików i wychodzi. Gość jej nie wypuszcza, mówi że one kosztują tyle, bo jakość bo to bo tamto, Marta mu mówi że powinny kosztować najwyżej 120, bo takie ma ceny podane, a ten że nie, że trzysta. No to Marta próbuje wyjść, a ten ciołek nie che jej wypuścić, wstaję ze stołka, i zaczynam się przyglądać, jak ma dojść do użycia siły to lepiej dla Marty żebym przy tym był. Ta się dalej kłóci, a właściwie się nie kłóci tylko próbuje wyjść, gość spuszcza na 80, potem 60. Marta mu mówi, że nic u niego nie kupi, i w końcu udaje jej się wyjść. Idziemy do sklepu naprzeciwko (ulica ma jeden krok szerokości, i to jak najbardziej dosłownie). Gdy jesteśmy już na progu, ten wrzeszczy:
-Ok, 50!
-Dobra, 50. – mówimy i zawracamy do niego
-Ok, 55....
-Mówiłeś 50, co teraz się wycofujesz!? - zgred bez cienia honoru normalnie!
-ok, niech będzie 50 za dwa – Jeden wcześniej Marta odrzuciła...
Daję mu stówkę i czekam co się stanie...
-Nie mam wydać – stwierdza
-Idź do kolegi i rozmień
-Może trzy za 80?
-Nie! Dawaj dwa za 50 i nie kombinuj!
Gość szuka, szuka, szuka.................................................szuka, ze trzy minuty to wszystko trwa, w końcu widzi, że nic nie wskóra, i wydaje resztę. Idziemy naprzeciwko. Wybór równie duży.

Facet z tego sklepu widział całą scenkę od początku do końca, jego pracownik zaprasza nas do środka, Marta buszuje. Właściciel daje mi stołeczek, żebym sobie siadł jak w poprzednim sklepie. Tym razem, ustalanie ceny przebiega beż żadnego problemu, wszystko normalnie jak należy. Już mamy wychodzić zadowoleni, gdy pracownik pyta nas czy damy mu prezent.
-Hmmm? - pytam, bo nie bardzo wiem co ma na myśli
-No wiesz prezent, przyjeżdżacie tu, to powinniście przywozić prezenty.
-Hmmmmmmmm? Co masz na myśli?
-No podkoszulek na przykład, albo długopis....
-Nie mam nic takiego (nawet jakbym miał to bym nie dał), przyjechałem motorem, nie mam miejsca na prezenty, i tak nie wiem gdzie te szaliki wsadzę.
-Możesz dać swój podkoszulek, podoba mi się... - gościu chyba spadł z trzepaka jak był mały!
-Bez żartów!
-No to chociaż okulary? - Ta, uważaj, bo Ci dam okulary za dwieście dolców, to już bym wolał kupić te szaliki za trzysta, albo cwaj hundert zapłacić za zdjęcie z przerośniętą dżdżownicą!
-Nieeeeeee – odpowiadam z tonem głosu który zdradza moją niepewność pomiędzy tym czy się śmiać czy wściekać...
-To może TO – i pokazuje na aparat
-Wariat – tego nie powiedziałem, ale bardzo głośno pomyślałem...
Wychodzimy bez słowa...

Mała dygresja: Nigdy w życiu, nie dam na żadną studnię w afryce, walkę z głodem, czy czymkolwiek innym! Potem się taki jeden z drugim uczy „że mu się należy” i Ci głowę zawraca, bo mu się wydaje że w europie to pieniądze rosną na krzakach zamiast liści, a każdy jest ogrodnikiem!

Dodatkowo sporo turystów wozi ze sobą podkoszulki, długopisy czy cukierki które rozdają, więc się tubylcy przyzwyczajają, uznają że tak robią wszyscy, i jak tak nie zrobisz to są strasznie zniesmaczeni... Nie, nie dam na studnię, i prezentów też nigdy nie będę woził! Do czego namawiam! Koniec dygresji!!!

Mamy już szaliki, Marta zadowolona, uśmiecha się tak szeroko, że chyba jej się uszy przesuną na tył głowy i tak już zostaną. Mogę ją więc z czystym sumieniem ciągnąć na zwiedzanie.

Najpierw muzeum Marakeszu. Muzeum jak muzeum, sztuka, głównie nowoczesna, ale bardzo ciekawy jest sam budynek. To mały pałacyk, odrestaurowany w 1995 roku przez miejscowego bogacza. Wchodząc do środka, cofasz się w czasie... Centralne miejsce, to gigantyczny „pokuj”, z pięknymi płytaki na podłodze i ścianach, z przeszklonym sufitem, z którego wisi gigantyczny żyrandol. Dookoła tego pokoju, są przejścia do innych pomieszczeń, a także inne pokoje bezpośrednio do tego przylegające. Podoba mi się taki motyw, że z tego pokoju do innego prowadzą drzwi, i okna z widokiem na ten właśnie pokój. Przy czym precyzja, i skomplikowanie zdobień tych okien (i nie tylko ich) normalnie mnie zwala z nóg! Po prostu bajer niemożliwy!

Potem idziemy w (moim skromnym zdaniem) w jeszcze ciekawsze miejsce, choć nie tak okazałe, i na pierwszy rzut oka nie tak imponujące.

To jest Kubba Almorawidów. Została odkryta przypadkiem, w 1952 roku. Ma 900 lat, a jej podstawa znajduje się jakieś sześć metrów pod powierzchnią ulicy, o tyle przez ten czas podniósł się tutaj poziom gruntu. Jest świetnie zachowana, płaskorzeźby cudo. Jest tu wiele motywów roślinnych, które teraz można spotkać wszędzie w Maroku, więc nie ma w tym niby nic niezwykłego, ale to tutaj zastosowano je po raz pierwszy. A czym była Kubba? Ano była miejscem, gdzie dokonywano ablucji przed modlitwą w pobliskim meczecie. No a skąd brać wodę, 900 lat temu? No najlepiej z cysterny.

Nic niby nadzwyczajnego, nie wygląda jak ta z as-Sawiry, jest malutka (ma może ze dwadzieścia metrów powierzchni), wykuta w skale, kolumny podtrzymujące strop takie jak widzicie, proste, bez ozdób. Studnia w dachu? No jest, ma może pól metra przekroju, żadna rewelacja... A jednak!

W Marakeszu nie ma co liczyć na deszcz, są góry, pustynia pod nosem, a umyć się trzeba. Więc wykuli w skale 18 km (słownie: osiemnaście kilometrów) tuneli, które prowadziły do najbliższych źródeł, i miejsc gdzie po deszczu w górach zbierała się woda, i to wszystko, pod ziemią spływało bezpośrednio tutaj! Genialne! Ci co ten system wymyślili, dziś pewnie wysłali by człowieka na Marsa!

A teraz idziemy do Medrasy ben Yousefa. Co to jest? To taka szkoła, gdzie studenci mieszkają i studiują Koran, często były wyposażone w swój własny meczet (ta którą teraz zwiedzamy akurat nie). Większość z nich była bardzo podobna, dziedziniec, na środku sadzawka, z jednej strony wejściem naprzeciwko sale wykładowe i/lub meczet, a dookoła pokoje studentów. Same pokoje są bardzo skromne, i większość jest maciupeńka. Mówiąc to mam na myśli pokój o powierzchni: łóżko plus miejsce na kapcie i nic więcej. Medrasę zwiedzamy bardzo długo... najpierw pokój do nauki

Dziedziniec ma podłogę z marmuru, a ściany są zrobione z jakiejś innej (białej) skały, i praktycznie nie ma na niej gładkich miejsc! Wszystko jest supermisternie rzeźbione, trochę się to kojarzy z ludową wycinanką, a trochę z koronkową bielizną! Powierzchnia, na jakiej to wszystko jest wykonane jest ogromna, a stopień szczegółowości po prostu niesamowity!

I tak dokładnie każda ściana i każdy sufit! Szok!!! Gdy wychodzimy, jest około 17:30, idziemy do hotelu odpocząć. Widzimy że na Dżam al-Fana trwają już przygotowania... Po drodze stwierdzamy, że jest dziś miły chłodek, i dobrze się chodzi. Patrzymy na termometr: 37stopni....

Wieczorem, wracamy na plac i idziemy coś zjeść. Na placu stoi budka przy budce, są rozkładane codziennie wieczorem. Sprzedają typowo marokańskie jedzenie, cena superprzystępna (za 100Dh najesz się do syta, a tutaj to niedrogo). Podchodzimy do jednej budki, zagaduje nas chłopak po angielsku, mówi, żebyśmy zjedli u niego, pyta jak się nazywamy, i skąd jesteśmy. Mówimy że z polski, a ten zaczyna:
-oooooo cieść, cio śłychać. - mówi extra, tylko zmiękcza wszystkie wyrazy – a ti jak maś na imięęęę – to do Marty
-Marta – odpowiada..... Marta
-witamy koleźankę Martę, siadajcie u naś, śmiało, mamy śuper jedźienie

Siadamy, zamawiamy szaszłyki z owcy, sałatkę, frytki, chleb, i berber whisky (która tu jest za darmo, i można pić do oporu). Obsługa rusza się jak mucha w smole, ale jest miła, a jedzenie jest bardzo dobre, niestety nie da się spróbować wszystkiego, za dużo tego. Gdy się już najedliśmy, zrobiliśmy sobie ze wszystkimi zdjęcia, dostaliśmy po kilka dolewek berber whisky, idziemy... znów zagaduje nas chłopak, co wszystko zmiękcza:
-juś idziećie? Jutro będziecie?
-nie, jutro jedziemy....
-a dźie?
-do Azrou
-o, Azrou fajne, chłodno i pśijemnie, nie to cio tu. I jeśt laś, i kaśkada (znaczy wodospad), i powietśe nie takei siuche. Śpodoba Wam się!

Nie wiem gdzie on się tak nauczył mówić po polsku, wszystko rozumie, i logicznie odpowiada na pytania, ale jakoś nie pomyśleliśmy żeby spytać skąd zna nasz język....

Wracamy do hotelu, szybkie pakowanie, polowanie na cykadę, która się zawieruszyła w naszym pokoju i wydaje dźwięki głośne jak młot pneumatyczny, i już możemy iść spać. Jutro ciężki dzień nas czeka...

TADŻIN

Będąc w Maroku, prędzej czy później usłyszycie o Tadżinie. Warto go spróbować. Właściwie nie jest to potrawa, a raczej sposób jej przyrządzania. Służy do tego specjalne naczynie, wykonane z gliny i składające się z dwóch części. Pierwsza z nich to talerz, ma bardzo grube ścianki (ok półtora centymetra, a nawet więcej), jest dość głęboki (na ok. 5cm, choć to zależy od wielkości, ale na tyle głęboki, że nalany do niego płyn nie wylewa się). Druga część to pokrywka do tego talerza, ma kształt stożka, boczna ścianka jest pochylona pod kątem około 45 stopni a na czubku jest kulka, za którą można tą pokrywkę chwycić i podnieść do góry. Pokrywka też jest wykonana z gliny, też ma grube ścianki, około dwa centymetry. Całość bywa rożnej wielkości, od takich jednoosobowych, do takich całoobiadowych. Ja najczęściej spotykałem się z jednoosobowymi. I teraz jak to działa? Ano tak, że do „talerzyka” wkłada się rzeczy które chce się przyrządzić, przeważnie mięso (ale nie zawsze), czasem zalane w sosem (do którego wytwarzania używa się między innymi oleju arganowego), czasem do tego mięsa dodaje się warzywa. Ogólnie wszystko zależy od fantazji kucharza i od tego co akurat znajdzie się w lodówce. Ważne jest tylko to, że jedzenie nie może być suche, więc najczęściej jest to właśnie mięso z warzywami, podlane jakimś sosem pełnym przypraw. Przykrywa się to tą drugą częścią (tym stożkiem) i wstawia do pieca, albo stawia na grillu. Wszystko to się fajnie dusi, i piecze/gotuje jednocześnie, Ponieważ jest przykryte, żaden zapach nie ucieka, i wszystko ładnie przechodzi przyprawami, mięso z tadżina jest baaaaaaardzo aromatyczne, i baaaaaardzo dobre (przeważnie! Ale o tym napiszę osobno). Będąc w Maroku, naprawdę warto spróbować.

Maroko cz. 3