Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Afryka » Maroko cz. 1

Maroko cz. 1 (2010)

Autor: micek

Dzień 0

Gorączkowe przygotowania trwają, niby mam listę zrobioną i zawsze się według niej pakuję, ale jakoś nie jestem pewny czy wszystko wziąłem. Na podłodze w dużym pokoju leżą porozkładane ciuchy, ładowarki do aparatu, zapasowe karty, narzędzia, wszystko przygotowywane już od dwóch tygodni.

Najgorszy jest strach, chyba przed nieznanym. Nasłuchałem się mrożących krew w żyłach opowieści o tamtejszych kierowcach, nietolerancji, mentalności arabów. Wszyscy mnie straszą terrorystami, dodatkowo boję się ze prom, za który zapłaciłem odpłynie beze mnie, albo okaże się ściemą...

Idę spać wcześnie, ale długo nie mogę zasnąć....

Dzień 1 (sobota)

Od ósmej się pakujemy, potem pożegnanie z rodzicami, sesja zdjęciowa przed domem sadzam wariata na swoje miejsce i mówię mu, że ma prowadzić do Genui. Ruszamy! Pogoda jest całkiem niezła, tzn. nie jest zimno i nie pada, w Słubicach zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Zaliczamy szybki kibelek, rozprostowujemy kości, chwilę gadamy o naszych wątpliwościach (żadne z nas nie było nigdy w Maroko, chociaż oboje byliśmy w Egipcie, i Tunezji i to nawet kilka razy). Jest przed dziesiątą, przez chwilę kropi, ale tylko trochę i tylko chwilę. Potem jest już ładnie.

Niemcy mają długi weekend, na autostradzie pełno zabytkowych samochodów, lawet z motocyklami, przyczep z szybowcami, samochodów z rowerami na dachu, wszyscy jadą odpoczywać. Ruch jest spory, ale nie tak żeby nie dało się jechać.

My chcemy dziś dotrzeć do Insbrucka, ale spać chcemy nie w samym mieście, tylko w pensjonacie w jakiejś podmiejskiej wiosce.

Zjeżdżamy z autostrady, i zatrzymujemy się przy pierwszym pensjonacie. Dookoła góry, piękne widoki, soczysta zieleń na łąkach, wiosna jak się patrzy. Idę do „recepcji”. Recepcja, czyli bar na dole, na górze są pokoje, domek jest wymurowany do pierwszego piętra, wyżej jest drewniany, i jest typową góralską chatą w tym rejonie. W barze hałas, pełno dymu, krzyki i głośne rozmowy, normalnie jak w barze, z tym że tutaj powodem tego wszystkiego jest banda staruszków! Kiedy wchodzę, na chwilę robi się trochę ciszej, ale zaraz wszystko wraca do normy. Emeryci palą cygara, piją piwo i grają w karty, ostro się przy tym licytując i ciesząc z wygranych. Jeden z nich pyta czego chcę, mówię ze szukam pokoju, on na to, żebym poczekał, zaraz przyjdzie właścicielka. Mówi też ze się trochę zdziwił jak tu wszedłem, bo myślał, że jestem policjantem (odblaskowa koszulka) ale na szczęście tak nie jest . Przychodzi jakaś dziewczyna, i znów pytanie czego chcę, mówię, że szukam pokoju, a ona woła mamę. Mama w końcu mi mówi, że 42euro od osoby, e za dużo, uciekam.

Jedziemy dalej, następna wioska, następny pensjonat, samochody na parkingu stoją, wszystkie drzwi otwarte, ale w recepcji nikogo nie ma. W restauracji też. Nigdzie nikogo nie ma, ale za to jest kartka: „39 Euro pro person”, i to tyle. Dobra też za dużo, jedziemy dalej. Wariat mówi, że niedaleko jest hotel, no to jedziemy, pokoje są, tanie, miejsc nie ma, długi weekend.

Jedziemy dalej, podejście czwarte, jest pensjonat, i pisze, że są wolne pokoje. Idę zapytać, i rzeczywiście, jest garaż dla motocykli, pokoje są, 36E za osobę, bierzemy, bo zaraz się zrobi późno. Stawiam moto do garażu, zanosimy bagaże do pokoju, schodzę do recepcji żeby zapłacić. Pani zaczyna rozmowę, pyta się skąd jestem, mówię ze z polski, i pani zaczyna opowiadać, że była na wycieczce w Polsce, Widziała Kraków, Gdańsk, Poznań, i że bardzo jej się podobało. Potem pyta czy dziś rano jeszcze byliśmy w Polsce, i ile kilometrów dziś przejechaliśmy, no i pada najważniejsze pytanie: „Dokąd jedziemy?”. Jak mówię, że do Maroka pani jest w szoku, gratuluje odwagi, i jednocześnie obniża nam cenę do 70E za noc.

Padam z nóg, idę do pokoju, robię jeszcze trochę fotek i idziemy spać.

Trasa Gorzów - okolice Insbrucka 850km
czas: ok 10,5h

Dzień 2

Miała być tylko dojazdówka, ale jak zwykle wyszło jak wyszło.

Pani z recepcji, ma dziś na sobie strój góralski, ale nie taki polski, taki austriacki :->. Gigantyczny dekolt w białej bluzce, zielona spódnica, do tego klimatyczne buty, trzeba przyznać, że pomimo (średniego) wieku prezentuje się doskonale.

Jemy śniadanie, potem pakowanie, i do garażu. Kiedy przyczepiamy kufry, wychodzi kucharz (wczoraj wieczorem z nim chwilę rozmawiałem) i życzy nam szerokiej drogi. Za chwilę wychodzi też pani z recepcji pożyczyć nam szczęścia. Ruszamy.

Najpierw wszystko zgodnie z planem. Autostradą dojeżdżamy do Insbrucka, potem wjeżdżamy w wyższe

Potem przekraczamy włoską granicę, przez chwilę jedziemy autostradą, i nagle wariat każe z niej zjechać. Zaczyna nas prowadzić wąską krętą drogą, ostro pod górę. Zatrzymuję się na jakiejś zatoczce i pytam co jest grane! Ten coś marudzi, że właśnie dostał wiadomość że jest korek na autostradzie, że coś tam, i że tędy będzie lepiej. Pytam czy na pewno dojedziemy do celu, a ten że tak, i że w sumie tędy będzie szybciej, i wcale nie dalej, i żebyśmy jechali. Obok zatrzymują się dwaj Niemcy (nowy Vmax i bemka z serii RT), też debatują ze swoim wariatem, widzę że nie tylko my mamy wątpliwości, ale w końcu ruszają, my też. Droga jest mega kręta, i idzie ostro pod górę, a na niej pełno motocyklistów, PEŁNO! Większość na Dukach, Superdukach (ze wszystkimi możliwymi dodatkowymi literkami) i innych supermoto. Jest też sporo ścigaczów, turystów takich jak my raczej niewielu. Większość jest na włoskich rejestracjach, i jeżdżą jakby mieli GodMode włączone, kod na nieśmiertelność i nieskończoność żyć dodatkowo! Ścinają zakręty, wyprzedzają się po zewnętrznej, masakra! Mała sugestia dla wybierających się w tamte rejony, jak widzicie w lusterku Ducati, to najlepiej się zatrzymać i go przepuścić! Sama droga naprawdę niezła, z tym że skały przy drodze często zasłaniają to co jest za zakrętem, a co jakiś czas zdarza się „zakręt nawrotka” i załadowanym motocyklem specjalnie się nie poszaleje, za to widoki są naprawdę fajne.

Niestety powietrze jest średnio przejrzyste, i zdjęcia powychodziły takie zamglone... Jedziemy dalej w górę, powyżej 1800m n.p.m. Zaczyna się śnieg.

Leży przy samej drodze, czasem zdarza się ze się topi i płynie spod niego woda na ulicę, ale sama jezdnia jest czarna i czysta, jedzie się bez strachu, powolutku pniemy się coraz wyżej, w końcu wyjeżdżamy na 2211m n.p.m. Śnieg po pas, spokojnie można na narty się wybrać, pełno motocyklistów, wszyscy cykają fotosy. Jest całkiem chłodno, ale nie tak, żeby nie dało się wytrzymać.

Na parkingu same Bimoty, Dukaty, Triumphy, Bumy, MvAugusty.... Jak masz tam japońca to jesteś bidol i cienki Bolek!

Gdy już się nacieszyliśmy widokiem gór i „parku maszyn” ruszamy powolutku dalej. Jazda w dół to sama przyjemność, skały mają tu łagodniejsze przechyły, raczej nie ma pionowych ścian, więc dużo lepiej widać, co się dzieje za zakrętem, i w dodatku ciągle jest z górki, wrzucam czwórkę żeby się za bardzo nie rozpędzać i hamując silnikiem spokojnie jedziemy na dół... W niższych partiach gór, panuje wiosna, taka prawdziwa, soczysta, zielona.... Pastwiska wyglądają jak w reklamie „fioletowej czekolady”, Zieleń tutaj jest po prostu niewiarygodna, do tego widzimy, co chwilę potoki w których woda jest tak czyściutka jak w butelce z mineralną! Normalnie szok!

Jedziemy dalej, tutaj zaczyna się inna atrakcja: tunele! Czasem proste, a czasem pokręcone prawie tak jak te serpentyny. Bardzo często wyglądają jakby były po prostu wykute w skale, bez „wykończenia na gładko”, w ścianach i na suficie widać fakturę skał. W tunelach często redukuję o bieg albo dwa, otwieram szybę w kasku, i sobie jadę na 8tyś rpm..... Rewelacja, trzeba tego spróbować, dźwięk jaki wtedy słyszysz to połączenie trąby jerychońskiej z burzą z piorunami! Super!

W pewnym momencie, po wyjeździe z jednego z tuneli, widzę po lewej stronie, na skale zamek. Zaczynam szukać miejsca żeby mu zrobić ładne zdjęcie, ale ciągle go coś zasłania, i tak szukając miejsca znajduję w końcu parking i drogowskaz do zamku (trzeba iść na pieszo, ostro pod górę).

O ile na górze było całkiem chłodno, tu w dolinie jest ze 30 stopni, albo i lepiej, ale jako wielbiciel zamków i warowni, nie mogę go sobie odpuścić, zarządzam wejście na górę. Nauczeni zeszłorocznym doświadczeniem z Sigisqouary, wiemy że jak nie pójdziemy to będziemy żałować, ale wiemy też jak się do tego zabrać. Kaski przypinamy do motocykla, czapki z daszkiem na głowę, kurtki pod pachę, ja biorę aparat, Marta butelkę z wodą, i powolutku bez pośpiechu idziemy na górę.

Na miejscu okazuje się, że to zamek Runkelstein, zwany też „zamkiem obrazów”. Słynie z malowideł przedstawiające sceny polowań, bitew czy rycerskich opowieści. Część z nich znajduje się na dziedzińcu, i jakoś nie jest w naszym typie, a wstęp 8 euro nie zachwyca, zwłaszcza, że zamek niewielki. Obchodzimy tylko podwórko

Podobno jak ktoś się interesuje sztuką średniowiecza, to warto wejść do środka, mnie zamki pociągają bardziej ze względów warowno-obronnych, Marta też jakoś nie chce wchodzić do środka, więc dajemy sobie spokój. Idziemy na parking, wypinamy membrany z kurtek, i jedziemy dalej.

Wbijamy się na autostradę, początkowo jest ok, ale kawałek dalej, niedaleko Verony, zaczyna się taki kocioł, że to aż niewiarygodnie. Dwa pasy ruchu w każdą stronę i wszyscy stoją! Powolutku się przeciskamy i dojeżdżamy do dwóch połączonych ze sobą rond (z góry wyglądają trochę jak 8, z całą masą zjazdów), a na nich HORROR! Prawo dżungli, kto ma większy samochód ten ma pierwszeństwo! W sumie siła klaksonu też ma jakiś tam wpływ! Gorąc już jest naprawdę niesamowity, silnik się grzeje i wentylator od chłodnicy dmucha mi ciepłym powietrzem po nogach którymi się ciągle podpieram, nieprzyjemnie jest... Wszyscy wracają z weekendu do domu, na rondzie dwa pasy ruchu, cztery rzędy samochodów, nie ma szans przecisnąć się pomiędzy kamperami a terenówkami, trzeba cierpliwie czekać. Powolutku posuwamy się do przodu, aż w końcu dojeżdżamy do przyczyny korka którą jest...... PŁATNA BRAMKA NA AUTOSTRADZIE! Pobieranie biletu trwa tak długo, a samochodów jest tyle, że spowodowało to korek długości (nie przesadzając!) ośmiu kilometrów! Za bramką jedziemy dalej, po paru kilometrach dochodzi nas "jakiś potężny ścigacz" i naked (chyba mały Hornet). Daję im znak żeby mnie wyprzedzili (nie jadę szybko, ok 120km/h), ścigacz myka mnie błyskawicznie, naked się trochę czai, ale w końcu też daje radę. Przez jakiś czas jadą przede mną, a potem zaczynają pędzić. Podczepiam się do nich na ogonek, tym bardziej, że ten naked to jest wyraźnie słabszy od nas. Wyprzedzają wszystkich, a ja za nimi, po jakimś czasie, widzę, że jak oni kogoś wyprzedzą a ja nie zdążę, to na mnie czekają, i jak do nich dojadę to znów zaczynają pędzić. Jazda trwa ok 60km, prędkości praktycznie bez przerwy powyżej 160km/h, w pewnym momencie oni odbijają na Mediolan, przez chwilę się wszyscy zrównujemy, machamy do siebie na pożegnanie a potem się rozjeżdżamy. "Ścigacz" okazuje się być dużym VFR'em, jadą na nim (na moje oko rodzice) a za nimi syn na tym małym motorku. Niestety taka jazda, owocuje tym, że trzeba zajechać na stację, a na stacjach we Włoszech, czają się pułapki....

Podjeżdżam pod dystrybutor, wyskakuje jakaś panienka, i mówi, że mi poleje. Ja mówię ze dziękuję, jestem duży i dam sobie radę, ona się upiera, że nie i koniec, ona polewa i już! Droczy się ze mną i droczy, w końcu pozwalam się jej wykazać, polewa, kasuje, i idzie... Okazuję się, że na stacjach są dwa rodzaje dystrybutorów, na jednych pisze "SELF" a na drugich coś tam po włosku. Na tych pierwszych polewa się samemu, na tych drugich robi to obsługa, a paliwo jest na nich droższe... Trzeba uważać, żeby się nie naciąć.

Do Genui jest ok 200 kilometrów, więc na jednym baku, już powinniśmy szybko dojechać. Wariat zmienia się tu w prawdziwego kretyna! Każe zjechać z autostrady, zawrócić na najbliższym rondzie, i wrócić na autostradę, co chwile przelicza trasę, próbuje nas prowadzić po drogach, które nie istnieją, normalnie czubek! Ale jakoś jedziemy, w pewnym momencie znów wjeżdżamy w góry, ale droga jest poprowadzona dnem doliny, więc jest płasko, ale dość kręto, od czasu do czasu tunele (w wtedy redukcja, i rpm), a jak w tunelu jest długa prosta to sprawdzam przyspieszenie od stu do stu pięćdziesięciu. W pewnym momencie, skały po prawej stronie znikają, pojawia się morze. Droga wije się teraz po skalnej półce, wysoko nad wodą, słońce właśnie zachodzi, i widok jest niesamowicie malowniczy. W dole powoli pojawia się miasto, widać port, statki, drzewa porozrzucane po skałach podobnych do tych, na której znajduje się droga, po której jedziemy, widoki niesamowite. Droga powoli schodzi coraz niżej, w pewnym momencie odrywa się od skalnej półki, i dalej już jedzie po estakadzie nad miastem. Skały, po których jechaliśmy okazują się być bardzo strome, ułożone w półokrąg dookoła płaskiego terenu poniżej. Płaski teren łagodnie przechodzi w morze. Na urwiskach skalnych stoją domy, z których musi się roztaczać niesamowity widok na miasto i wodę. Zjeżdżamy z estakady, jedziemy teraz po tym wypłaszczeniu otoczonym skalną ścianą, wrażenie jest takie, jakby miasto stanowiło cały świat, jakoś trudno sobie wyobrazić, że coś tam za tą ścianą jest. Tak właśnie wygląda Genua....

Zaczynamy szukać hotelu, jest ich naprawdę sporo, ale nie wygląda żeby miały parkingi, mieszczą się w ciasno ułożonych kamienicach przy głównej drodze. Zatrzymujemy się pod jednym, wygląda okazale, jest elegancki i chyba ma parking. Niestety okazuje się ze kosztuje 95 euro, a parkingu nie ma. Idę na piechotę pod następny hotel, 120 euro... Widzę nieśmiały drogowskaz który wskazuje na hotel gdzieś w bocznej uliczce, idę. W recepcji jest przemiły staruszek, hotel jest bardzo skromny, ale za 75 euro się wyśpimy, a moto będzie stało na strzeżonym parkingu hotelu obok. Bierzemy.

Rozpakowujemy się, chowamy motocykl, i idziemy coś zjeść. Pan w recepcji daje nam plan miasta, i rysuje na nim drogę spod hotelu do macdonalda. Idziemy, jest dziewiąta wieczorem, na ulicach jest pusto! Gdzie to beztroskie nocne życie, z którego słyną Włochy? Żywej duszy nie ma!

W macdonaldzie poznajemy znaczenie zwrotu „Włoski strajk”. Oni tu chyba bez przerwy tak strajkują. Nikt nie gada po angielsku, a obsługa rusza się jak muchy w smole. Nie dostajemy sosu, a frytki są przesolone, ale coś tam przynajmniej jemy, potem szybko do hotelu odespać dwa dni jazdy. Jutro na szczęście nigdzie nie jedziemy.....

Trasa okolice Insbrucka – Genua 608km
czas: ok 11h

Dzień 3

Zapomniałem o tym napisać, ale wczoraj po powrocie z kolacji, zapytaliśmy pana w recepcji skąd odpływają prom, i jak daleko jest do centrum. Pan na naszej mapce, zaznaczył nam drogę do przystani promowej, pokazał jak dojść do centrum miasta, gdzie muzeum, gdzie port jachtowy. Wzbogaceni o tą wiedzę postanawiamy iść jutro na dłuuuuugi spacer.

Wstajemy o 9:30 i idziemy na śniadanie. Chociaż hotel jest bardzo skromny, malutki (mieści się w starej kamienicy), to śniadanie jest bardzo dobre. Po wejściu na salę, pan proponuje nam kawę, cappuccino, kakao, gorącą czekoladę, co tylko chcemy. Wybieramy cappuccino. Po śniadaniu robimy przepierkę, i z wielkim trudem o dwunastej ruszamy na spacer. Idziemy najpierw szerokim deptakiem, między dwoma rzędami kamienic, potem węższym deptakiem aż w końcu dochodzimy do placu Ferrari.

W Genui jest bardzo dużo pięknych budynków, spora część z nich nawiązuje do tradycji antycznego Rzymu, ale akurat w czasie, gdy tu jesteśmy odbywają się jakieś imprezy, wszędzie jest pełno namiotów, albo scen, i trudno stanąć w miejscu, z którego da się je fotografować

Spokojnym spacerkiem idziemy w stronę, portu. Najpierw na przystań jachtową. Jachtów jest pełno, od takich malutkich, do takich całkiem sporych, którymi (zapewne) można popłynąć przez ocean, w porcie znajduje się też bardzo ciekawa „konstrukcja”.

Na dwóch z ramion tego czegoś wisiał ogromny parasol (taki podłużny, nie okrągły) nad ogródkiem piwnym, z pozostałych zwisały liny zanurzone w wodzie. Wtedy myślałem, że to może dźwig do wyciągania łódek z wody. Po powrocie do domu dowiedziałem się, że to konstrukcja z windą widokową, zwykła atrakcja turystyczna.

Idziemy dalej wzdłuż portu (przystań jachtowa jest na jednym końcu portu, promowa jest na drugim, dzieli je odległość ok kilometra, może troszkę więcej, spokojnie można iść na piechotę).

Przy chodniku biegnącym wzdłuż portu pełno jest murzynów. Ubrani jak amerykańscy raperzy, sprzedają torebki, albo jakieś gadżety, albo po prostu siedzą i rozmawiają. Dochodzimy do galeonu „Neptun” zbudowanego na potrzeby produkcji filmu „Piraci” Romana Polańskiego. To jednostka współczesna., ale dbałość o detale, i efekt „postarzania” są tak dobre, że przez moment się zastanawiamy czy to nie jest rzeczywiście jakiś XVIII wieczny okręt.

Oczywiście ciągnę Martę na zwiedzanie go, początkowo się ociąga, mówi, że to tylko statek, i że ona posiedzi i poczeka, ale ostatecznie wchodzi. Bardzo szybko udziela jej się klimat piracki. Chodzimy po statku jakieś pół godziny, mnie się naprawdę podoba.

Idziemy dalej w stronę przystani promowej. W pewnym momencie dochodzimy do mniejsca, gdzie chodnik nadal prowadzi stronę przystani, Ulica w sumie tez, ale na ulicy jest szlaban, i pisze, że nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Dochodzimy do przystani, innej drogi dojazdowej niż ta zamknięta nie ma! Pani w kasie biletowej upewnia mnie ze trzeba dojechać tą zamkniętą drogą, ale nie mówi jak minąć szlaban. No cóż, jutro będzie trzeba wyjechać wcześniej, i poszukać jakiegoś dojazdu...

Wracamy ze spaceru około osiemnastej. Słońce świeci tu naprawdę mocno, pogoda jest piękna, miasto też, humory dopisują. Wieczorem robimy jeszcze przepakowanie, membrany i ciepłe ciuchy idą na dno kufrów, bielizna chłodząca i wszystkie lekkie rzeczy idą na górę. „Prawdziwe” spodnie motocyklowe, zastępujemy zdobytymi w ostatniej chwili dżinsami motocyklowymi. Trochę się martwię tym, że nie wiem którędy dojechać do przystani i tym, że zbiornik w motocyklu jest pusty, ale jakoś sobie może poradzimy....

Dzień 4

Wstajemy o ósmej (prom mamy o 14:00, musimy być na przystani o 11:00). Idziemy na śniadanie, potem szybkie pakowanie, i idę na parking po motor. Nasz hotel mieści się w wąskiej bocznej uliczce, i zupełnie nie mam gdzie go postawić, skręcam zatem pod prąd (jak wszyscy) i stawiam na zakazie parkowania (jak wszyscy). Idę do hotelu, wracam po trzech minutach, koło motocykla stoją już dwa skutery . Pakujemy się, i mówię wariatowi, żeby zabrał nas na stację benzynową. (zapomniałem napisać, ale niedawna pogoń za VFR po autostradzie, poskutkowała spalaniem 16,7l/200km!). Wariat stwierdza, że nie ma sprawy, on zna Genuę jak własną kieszeń, wystarczy wyjechać z uliczki przy hotelu, skręcić w lewo, i za 100 metrów jest stacja, dosłownie dwie minuty. Jedziemy, i stacji oczywiście nie ma, chociaż ten zapewnia, że właśnie przy niej stoimy! Nic, jedziemy na czuja aż coś znajdziemy. Jadąc cały czas przed siebie, wyjeżdżamy bardzo wysoko na ścianę skalną otaczającą miasto (w Genui na osiedlach są normalnie serpentyny i agrafki! Nie takie jak w wysokich górach oczywiście, ale są), i mamy okazję popatrzeć na nie z góry. Znajdujemy stację, szybko tankuję, i każę wariatowi prowadzić na przystań. Musimy zjechać w dół, a potem wskoczyć na główną ulicę w mieście, prowadzi wzdłuż wybrzeża, aż pod samą przystań. NIE ZNA ŻYCIA TEN, KTO NIE JECHAŁ TĄ ULICĄ W GODZINACH SZCZYTU! Sztuczki które u nas robi się skuterem, tu robi się ciężarówką albo autobusem! To co robią skuteryniarze tutaj, to pojęcie ludzkie przechodzi. Normalnie zamiast patrzyć na drogę, patrzysz tylko żeby w któregoś nie wjechać, są dookoła Ciebie wszędzie, jak meszki! Zawracanie na ciągłej w czasie gdy w obie strony jadą samochody to normalka. Czerwone światło jest traktowane co najwyżej jako sugestia, nikt jakoś poważnie go nie traktuje. Uf, jedzie policja (na skuterze), pewnie ich zaraz uspokoi.... Babeczka jedzie, jedną ręką trzyma kierownicę, drugą gada przez telefon, i robi dokładnie takie same sztuczki jak wszyscy inni. Do tego wszystkiego, na dokładkę są piesi, którzy nie wiedzą do czego służy chodnik! Łażą pomiędzy samochodami, przechodzą pomiędzy czterema rzędami samochodów wszędzie tylko nie na pasach, po prostu makabra! Nie ma jeszcze dziesiątej a ja już się zgrzałem, jakbym przebiegł maraton! Ale w końcu dojeżdżamy, stajemy pod budynkiem przystani. Niestety droga do odprawy jest pod budynkiem, a my jesteśmy przed nim, żeby zejść pod budynek, trzeba iść po schodach, drogi nie ma! Mówię wariatowi, że chcę na dół a nie do góry! A ten, że jak na dół to uuuu, nie tak prosto, trzeba się wrócić na główną, przejechać kawałek, a potem pokonać szlaban dla upoważnionych (o którym wczoraj pisałem). No nic, znów na główną, znów się opędzam od skuterów, i uważam na ciężarówki, które robią nieziemskie sztuczki, i jedziemy pod ten szlaban. Pytam policjantki, co i jak, a ona stwierdza, że jeżeli jedziemy na odprawę, to jesteśmy upoważnienie i nas wpuszcza. Uf!

Idę do kasy biletowej, przede mną stoi czterech klientów, drugi w kolejce jest facet. Ma metr i żyletkę wzrostu, i trzyma za rękę może pięcioletnią córkę. Klient przed nim spędza przy okienku może trzy minuty. Podaje paszport, pani sprawdza coś w komputerze, i za chwilę oddaje paszport razem z całą masą papierów. Jest tam faktura, bilet, kupon na wyżywienie i bilet dla samochodu. Do okienka podchodzi facet z córką. Początkowo wszystko jest ok, ale jak dostaje swoje bilety, zaczyna coś krzyczeć na kasjerkę. Pokazuje coś na fakturze, potem podnosi dziecko do góry i pokazuje kasjerce, babka coś mu próbuje tłumaczyć (nie rozumiem, co się dzieje, bo cała zadyma odbywa się po francusku, którego kompletnie nie znam). Gościu krzyczy coraz głośniej, zbiegają się inni kasjerzy, oglądają fakturę, coś facetowi tłumaczą, (chyba mówią, że wszystko jest ok i żeby poszedł). Klienci, którzy stoją za nim też próbują pomóc, ale wtedy na jednego z nich gość rzuca się z łapami (chociaż jest od niego o głowę i żyletkę niższy). Wtedy kasjerzy wzywają ochroniarza. Jest ogromny jak niedźwiedź! Facet sięga mu do łokcia najwyżej, ochroniarz pyta, o co chodzi, gość jemu też coś pokazuje na fakturze. Córka jest kompletnie zdezorientowana, tata na wszystkich krzyczy, na panią w okienku, chce bić jakiegoś pana, a w końcu przychodzi „policjant” i pewnie weźmie tatę do więzienia, wygląda jakby miała zaraz się rozpłakać. Gość chwilę rozmawia z ochroniarzem a potem do niego też startuje z łapami! Ochroniarz nie oddaje, ale się pochyla, chwyta się za kołnierzyk jedną ręką, drugą pokazuje na faceta i coś spokojnie mówi, koleś blednie! Chowa się za dzieckiem! Ochroniarz dalej nawija, pokazuje na innych klientów, na kasjerkę, i w końcu facet wymięka, zabiera papiery i idzie za nim. Całe przedstawienie trwa ze dwadzieścia minut. Następni klienci są odprawiani bezproblemowo i błyskawicznie. Po pięciu minutach mam nasze bilety w ręce.

Potem na parking, i jedziemy na terminal. Na terminalu stoi Największy GS Adventure jakiego widziałem (ktoś się nim chyba do RPA na mundial wybiera albo coś), F650GS, mały V-Strom, Yamaha SR500 (jak się potem dowiedziałem lat 33), i jakiś czoper wypicowany jakby właśnie z salonu wyjechał, a właściciel w białych jak śnieg dżinsach. Wszyscy na niemieckich blachach, tylko czopek na włoskiej.

Oprócz tego cała masa przeładowanych samochodów

Wszyscy oprócz nas mają pomarańczową naklejkę „Tanger”. Marta zaczyna marudzić, że wszyscy mają taką naklejkę a my nie, tłumaczę jej, że mi nie dali, i żeby poszła i taka skądś przyniosła, a ona, że nie, nie będzie nigdzie chodzić, i dalej: ”A czemu my takiej nie mamy?”. Truje i truje, a ja muszę tego słuchać, potem, gada, że jedziemy sami i nikt z nami nie jedzie, potem że na dziś się nikt nie spytał czy chcemy kawę do śniadania, normalnie postanowiła chyba pobić rekord w zawracaniu głowy! Przez moment mam wrażenie ze jedzie ze mną 5 letnia córka a nie dorosła kobieta!

Wreszcie, około drugiej, zaczynają nas wpuszczać na prom, i ma się czym zająć przez chwile, i na chwile przestaje truć. Motocykliści wjeżdżają pierwsi, podłoga w promie jest metalowa i raczej śliska, więc nie można za mocno gazu odkręcać, a musimy zjechać trzy piętra w dół. Każdy parking jest mniej więcej wielkości boiska do piłki nożnej, jak wszyscy jedziemy huk jest naprawdę niezły. Na samym dole obsługa pokazuje nam nasze miejsca, mamy stanąć zaraz przy ścianie jeden przy drugim. Wjeżdżają kolejne samochody, po kilku minutach robi się straszny hałas, i gorąco. Jest ze 45 stopni, smród spalin, zadyma, i nikt nie wie co robić dalej. Wszyscy stoją przy swoich motocyklach. Podchodzę do gościa z obsługi, wygląda na Azjatę ale gada po włosku. Pytam czy mamy jakoś przyczepiać motory, on pokazuje palcem na siebie i mówi „Dopo, dopo” (później). Super, mam tu stać i czekać, pot się leje, spaliny w oczy szczypią, a ten nie wiadomo czy nie przyczepi motocykla do ziemi na przykład za kierunkowskaz! Postanawiamy wziąć sprawy w swoje ręce, znajdujemy pasy i troczymy motocykle do ziemi. Potem odczepiamy kufry, bierzemy kaski w rękę, i zasuwamy na górę po parkingu. Schody są wąskie, wszędzie spaliny, hałas i gorąco, pot się ze mnie leje strumieniami, kufry są ciężkie, a iść trzeba kawał drogi, z tego kilka razy po schodach. W końcu wychodzimy na pokład mieszkalny, czuję się jakbym z sauny wyszedł. Dostajemy klucze i idziemy szukać pokoju. Pokład mieszkalny to istny labirynt, ciągnie się na długości całego statku. Szukamy pokoju chyba z dziesięć minut, w końcu ja zostaje z bagażami a Marta idzie szukać pokoju. Znajduje pokój, ale gubi drogę do mnie z powrotem, i teraz musi szukać mnie. W końcu się odnajdujemy i Marta prowadzi mnie do pokoju. Wreszcie prysznic, zdejmuję przepocone ciuchy, dobrze że okno w kabinie się nie otwiera, bo jakby się otwierało to by się zaraz zleciały muchy! Smród potu, spalin, i w ogóle wszystkiego, nawet Marta śmierdzi (sorry Marti, że to mówię, ale wiesz jak było ). Kąpiemy się, i szybko robimy pranie. Idziemy też pozwiedzać pokład. Na statku jest dyskoteka (zamknięta), basen (pusty), lodziarnia (zamknięta), wszystko dlatego, że jest przed sezonem.

Płynąc promem, można mieszkać w kabinie, ale można jej też nie wykupywać. Arabowie nie wykupują, rozkładają się w korytarzach, pod schodami, wszędzie gdzie się tylko da z kocami i śpiworami i tak płyną. Potrafią tak spędzić 48 godzin, w ogóle nie ruszając się z miejsca, mają swoje jedzenie, korzystają tylko z łazienek, które są na korytarzu. Płyną tak całymi rodzinami, ograniczając koszty podróży do minimum. Na statku są miejsca gdzie leży ich na podłodze tylu, że człowiek ma wrażenie jakby szedł po plaży.

Trasa Genua - prom ok 15km
czas ok 30min

Dzień 5

W kasie promu, pani dała mi dwie białe kartki, które trzeba było wypełnić, i jak stwierdziła oddać policjantowi na statku. Policjant ma być dziś o 16:00. Idziemy jeszcze do recepcji po „zieloną kartkę na motocykl”, a potem spokojnie czekamy na policjanta. Przed 16:00 pod drzwiami pokoju gdzie ma być, zaczyna się teatr. Zbiera się cała masa arabów w klapkach i galabijach, jeden stoi pod drzwiami i robi za porządkowego, trzeba się u niego zapisać do kolejki i on po kolei wyczytuje nazwiska kto może wejść. Arabowi e niczego nie potrafią załatwić po cichu, cisną się pod drzwiami, wrzeszczą jeden przez drugiego. Próbuję się dopchać do drzwi ale się nie da. Ktoś mówi mi ze kartki, które mamy dla policjanta to nie to co trzeba, KM! Idziemy do recepcji spytać co i jak, okazuje się, że rzeczywiście, kartki które mamy oddaje się w drodze powrotnej, te które mamy dać teraz są inne, ale facet który je wydaje stwierdza, że już nam ich nie da, jutro! Jak jutro? No jutro, dziś już za późno! A nie może nam dać dziś? Nie! Czemu? Bo nie i już! Pytamy innego faceta w recepcji, ten stwierdzą, że koleś co nam dał właśnie kosza tutaj rządzi, i jak powiedział nie to znaczy że nie. Makabra, postanawiamy stać przy biurku tego pierwszego tak długo aż pan i władca zmięknie. Stoimy i się na niego patrzymy, ale nic nie mówimy. Po kilku minutach facet znika na zapleczu bez słowa. Wraca, daje nam dwie kartki! Kurcze jakby nie mógł od razu! Wypełniamy je szybko i z powrotem pod pokój policjanta, a tam dalej cyrk. Wszyscy na siebie krzyczą, wpychają się, machają rękami, amok, normalnie amok! Nikt nie gada po angielsku i totalnie nie wiemy co mamy robić. W końcu Marta traci cierpliwość, rozpycha się łokciami między ludźmi, podchodzi do porządkowego, po polsku mówi, że musi wejść do środka, i znika za drzwiami! Zostaję sam, z bandą rozwrzeszczanych wariatów. Za chwilę drzwi się otwierają, i Marta wrzeszczy do faceta, że ja tez muszę wejść i pokazuje na mnie palcem, facet mnie wpuszcza, przechodzę przez drzwi, i wreszcie cisza.....

Pokój policjanta jest długi, na końcu stoi biurko a za nim dwóch (jak się okazuje) facetów. Wzdłuż ścian pokoju są ustawione fotele, między nimi chodzi porządkowy i pilnuje porządku, czyli tego żeby panowie siadali po prawej panie po lewej. Jak podchodzę na chwilę do Marty, od razu mnie goni z powrotem. Siadam po prawej i jak się okazuje wpycham się w kolejkę. Siedzący obok mnie Marokańczyk mówi mi, że się wepchałem, i że on jest przede mną, stwierdzam że nie ma sprawy. Pyta skąd jestem, mówię że z polski („Poland” , „Holland?”, „Not Holland! Poland!” - ten dialog powtarzał się za każdym razem jak odpowiadałem komuś na pytanie skąd jestem ). Pytam skąd on jest, jak słyszę, że z Maroka, przedstawiam mu się po arabsku, Facet jest zaskoczony. Pyta czy mówię po arabsku, mówię ze troszkę, ale że się uczę, zaczyna się miła rozmowa. Pyta gdzie jedziemy, co będziemy zwiedzać, ja go pytam jak wygląda Maroko, czy stacje benzynowe są często przy drogach. Mówi, że Maroko jest bardzo nowoczesne, i nie musimy się martwić ani o stacje ani o drogi. Gdy nadchodzi jego kolej przepuszcza mnie przed siebie. Policjant stawia pieczątkę w paszporcie, i wpisuje do niego tzw. numer wjazdowy, potem stawia pieczątkę na zieloną kartkę od motocykla, i po sprawie.

Reszta dnia upływa na wypatrywaniu delfinów, piciu kawy i czytaniu książek, jutro po południu już mamy być w Tangerze....

Dzień 6

Poranek na statku, jemy śniadanie i idziemy na pokład. Obok nas stoi biała pani i Arab, Oboje mają takie same obrączki. On gdzieś znika, ona zostaje, za chwile on wraca. W jednej ręce niesie krzesło które jej daje, w drugiej niesie sobie pół kubka kawy, drugie pól niesie na rękawie, spodniach, i koszuli. Daje żonie krzesło, i próbuje się wytrzeć chusteczką, ale zupełnie mu to nie idzie. Podchodzę do niego, i daje mu kilka chusteczek nawilżających, z nimi radzi sobie błyskawicznie. Zaczynamy rozmawiać, okazuje się, że od dziesięciu lat są małżeństwem, i mieszkają w Austrii. Teraz jadą do jego rodziców do Fez. Opowiadają nam o Maroku i udzielają rad, na przykład żeby zawsze wszystkim mówić ze jesteśmy małżeństwem, nigdy nie zostawiać motocykla w nocy na niestrzeżonym parkingu, i nie jeździć w nocy, bo Arabowie nie mają zwyczaju używania świateł. Ogólnie jest tak, że wszyscy co byli w Maroku, albo w nim mieszkają i z którymi rozmawiamy mówią o tym kraju rzeczy które się wzajemnie wykluczają. Wczoraj mi gość mówił ze stacje benzynowe są za każdym rogiem, dziś słyszę, że owszem, ale nie w górach, i tam trzeba tankować przy każdej okazji.... No, zobaczymy już za kilka godzin.

O 13 przez radiowęzeł podają komunikat, ze o 14 będziemy w Tangerze, i do tego czasu wszyscy mają opuścić pokoje, i zebrać się w holu przed restauracją. Hol ma najwyżej 50 metrów kwadratowych powierzchni, a statek jest pełen ludzi, wyobraźcie sobie co się tam dzieje.

Bierzemy kufry, kaski, kurtki na plecy i idziemy tym samym labiryntem co pierwszego dnia. Drogi wprawdzie nie gubimy, ale sam labirynt się nie skrócił od czasu gdy nim szliśmy ostatnio. Zanim dochodzimy do miejsca zbiórki już jestem spocony, a tam dziki tłum. Arabowie z kocami i śpiworami pod pachą, arabki z dziećmi na plecach i na rękach, wszyscy się cisną jak zapałki w pudełku, gorąc niemożliwy. Ustawiamy kufry pod ścianą i na nich siadamy, w końcu jak nas wyciągnęli z pokoju to chyba zaraz będziemy się wyładowywać nie? Siedzimy ponad godzinę, wszyscy chuchają, zero wentylacji, sauna parowa jak sto pięćdziesiąt! Rozmawiamy z Niemcami od (hehe, kalina ) małego Vstroma i zabytku. Jadą taką samą pętlę jak my, tylko w odwrotnym kierunku. Facet od zabytku jest w Maroku drugi raz, pierwszy raz był z żoną 20 lat temu, po powrocie żona powiedziała że nigdy więcej do Maroka nie pojedzie. Dajemy im chusteczki nawilżające, są zachwyceni ich działaniem, ale ci Polacy są pomysłowi . Radiowęzeł gada, że mogą iść ci co zaparkowali na pokładzie C (my jesteśmy A), czekamy dalej, ale po chwili mówią, że ci z B też mogą iść, myślę sobie że fajnie, jednak szybko to idzie. Za chwilę wołają nas. No to kufry w łapę, kurtka na plecy, i zaiwaniamy, najpierw dalsza część labiryntu, potem schody w dół, i na parking, a tam jeszcze nic nie rozładowane, dopiero się zaczyna. Hałas i smród i może 10% powierzchni parkingu opróżnione. Idziemy w dół, a tam Dantejskie piekło, im niżej tym gorzej!

Na naszym pokładzie normalnie Inferno. Sauna! Tylko tym razem nie parowa! Jest na nim zaparkowane ze sto samochodów jak nie więcej, wszystkie maja zapalone silniki, i czekają aż wyjedzie z promu sto aut z pokładu A, kolejnych 100 z B, i wtedy już oni będą wyjeżdżać. Nikt nie myśli o tym że będzie to trwało jeszcze ze dwie godziny, i że za chwile będziemy tu padać jak kanarki w starych kopalniach węgla! Po paru minutach jest siwo! Niestety totalnie nie ma gdzie uciekać! Do tego HUK po prostu niemożliwy, garaż ma metalowe ściany i działa jak pudło rezonansowe dla stu rozklekotanych dizli, i kolejnych dwustu na wyższych pokładach! Motocykliści zakładają pirackie chustki na twarz, i zabierają się za odpinanie motocykli. Mówię im, żeby tego nie robili, wyciągam spod siedzenia rękawiczki robocze (pasy do troczenia okropnie brudzą ręce, i najlepiej ich nie dotykać), i odpinam wszystkie sprzęty po kolei. Niemcy znowu w szoku, najpierw nawilżające chusteczki, teraz te rękawiczki, ale ci Polacy są, nawet nie pomysłowi ale wręcz genialni!

Teraz gdy motocykle są już odpięte i załadowane, możemy pogadać, tym bardziej, że rozładunek promu idzie bardzo powoli. Facet od wielkiego Adventure, i babka od F650 to małżeństwo. Nie jadą na mundial do RPA, jutro wracają promem na Gibraltar, potem jadą w kierunku Wielkiej Brytanii, a potem Holandia, Belgia, i górą Europy wracają do domu (Niemiec). Płynęli promem, żeby zaoszczędzić (czas i pieniądze) na dojeździe do Hiszpanii. Do Maroka nie mają odwagi pojechać, myśleli też żeby jechać kiedyś do Rumunii, ale też nie maja odwagi. Zaczynamy im opowiadać o tym kraju, i w końcu stwierdzają, że jadą w przyszłym roku . Z pozostałymi też sporo rozmawiamy, wszyscy się razem śmieją, razem duszą, razem kaszlą, razem pocą, razem narzekają na gorąc i razem nabijają z Włocha w bieluteńkich dżinsach, który postój postanowił wykorzystać na pucowanie swojego czopka. Babeczka od małej beemki stwierdza, że on chyba chce mieć najczystszy motocykl na świecie.

W końcu udaje się rozpakować statek, i już po dwóch godzinach spędzonych w garażu promowym, wyjeżdżamy na światło dzienne. Jest POCHMURNO I CHŁODNO! Na pewno jesteśmy w Afryce???

Początkowo jest spoko, pan w stroju kojarzącym się z urzędnikiem państwowym prosi o paszport, sprawdza czy mamy numerki wjazdowe, a potem każe zaparkować przy czymś co się kojarzy z halą produkcyjną albo jakimś magazynem. Parkujemy, podchodzi facet, w zwykłym cywilnym ubraniu, kojarzy się z..... ze wszystkim tylko nie z celnikiem:
-Proszę wyłączyć silnik – stwierdza.
Wyłączam.
-Paszport, dowód rejestracyjny, i zieloną kartkę (chodzi nie o zieloną kartę, tylko o kartkę, którą na promie podbijał policjant. Przyp. micka)
Daję, gość wszystko bierze, patrzy na jeden dokument, na drugi, idzie kuknąć na numer rejestracyjny, przepisuje numer wjazdowy z paszportu na zieloną kartkę....
-Proszę za mną – odwraca się i idzie nie czekając na mnie!
Co jest, myślę sobie, pierwsze 3 minuty i już mi zakosili wszystkie dokumenty i to w taki głupi sposób? No ale nic, idę.
-Jakiś problem? - pytam.
-Nie, żaden problem, musimy iść na policję...
CO? CO JEST GRANE?!?!?! No, ale idę. Wkłada zieloną kartkę do paszportu, dowód rejestracyjny do kieszeni (swojej), pokazuje mi okienko i mówi, że tu poczeka, daje mi paszport i każe iść. W okienku policjant bierze mój paszport, coś tam miesza przy komputerze, oddaje mi paszport i mówi, że wszystko ok. Idę do gościa co ma mój dowód, ten mówi żebym szedł za nim. Podchodzimy do jakiegoś celnika który kręci się między samochodami które właśnie zjechały z promu, ten stawia pieczątkę na zielonej kartce.
-To wszystko ? - pytam
-Nie, jeszcze podpis.
Idziemy do innego celnika, który się kręci między tymi samymi samochodami, ale w innym miejscu, gość stawia parafkę na zielonej kartce.
-To wszystko ? - pytam
-Nie, jeszcze komputer.
Idziemy do okienka, nad którym pisze coś po francusku. W napisie występują słowa typu komputer, i ewidencja, ale nie mam pojęcia co to jest! Facet znów coś tam przy kompie majstruje, przepisuje coś z tej zielonej kartki, i ją oddaje.
Facet oddaje mi wszystkie dokumenty, i idziemy do motocykla. Przy motocyklu stwierdza „To wszystko” i wyciąga łapę po kasę! Czytałem o tym w przewodniku, w sumie się spodziewałem.
-Ile? - pytam
-Co łaska – odpowiada
Wyciągam dwa euro i mu daję, ten się krzywi. Mówi żebym mu zapłacił za usługę a nie dał jałmużnę! Nagle znikąd pojawia się koleś w graniaku, krawacie, i błyszczących lakierasach, biznesmen jak nie wiem. Mówi że są poważną firmą, że za 2 euro to oni nie robią, usługi najwyższa jakość i trzeba zapłacić, tego śmego. Niemcy mówią, że dali po piątce od motocykla! Nie dam tyle co oni, choćby mi miały uszy zakwitnąć. Sięgam do portfela, do magicznej kieszonki gdzie trzymam „żółte pieniądze” i daje mu całą garść monet 5 i 10 centowych, łącznie pewnie jeszcze jedno euro. Biznesmeni uśmiechają się od ucha do ucha, i mówią, że „Łelkom in Maroko.” i odchodzą. Możemy jechać. Żegnamy się z Niemcami, życzymy sobie udanej drogi, i lecimy.

MAROKO

Wyjeżdżamy z portu, i kierujemy się w stronę rabatu. To co się tu dzieje na ulicach, pojęcie ludzkie przechodzi. Wiara zajeżdża sobie drogę, każdy się wszędzie wpycha, jedyny przepis jakiego tu przestrzegają to „należy się zmieścić na czarnym”. Jak czekasz na światłach i chcesz skręcić w prawo, a po prawej jeszcze zostanie trochę miejsca, to wciśnie się tam samochód, który po zmianie świateł oczywiście pojedzie w lewo, pięknie zajeżdżając Ci drogę i w ogóle się tym nie przejmując. Jeżdżą kompletnie bez wyobraźni, normalnie jakby obowiązywał tu zakaz myślenia! Ciekawe jest też (w całym Maroku) podejście do świateł, jak jedziesz i masz zielone, to przejeżdżasz. Jak jedziesz i widzisz, że jest zielone, które zmienia się na czerwone to przejeżdżasz. Jak jedziesz i widzisz, że jest czerwone, to się zatrzymujesz, i patrzysz na wszystko tylko nie na sygnalizator. Kiedy światło zmieni się na zielone, nie ruszasz, dalej stoisz (no, bo się nie patrzysz na sygnalizator), od patrzenia na sygnalizator jest ten co stoi za Tobą, jak światło się zmieni, to on trąbi, i Ty wtedy wiesz że masz ruszyć. Mała dygresja, Arabowie ZAWSZE ruszają się bardzo powoli, i NIGDY się nie spieszą. Jedyny moment, kiedy wykazują się refleksem, to ten, w którym stoją w drugiej linii na światłach, wtedy od momentu kiedy zapala się zielone, do momentu w którym gość za Tobą zatrąbi, nie minie nawet nanosekunda! Nigdy mi się nie udało ruszyć tak żeby na mnie nie zatrąbili, nawet jak stałem z wbitą jedynką! Poza tym wszystko, co robią na drodze, to mam wrażenie, że próbują się przed samymi sobą popisać co głupszego za kierownicą można wymyślić. Jeżdżą, jakby nikt nie miał tu prawa jazdy (jeszcze o tym będę mówił)!!!

Jedziemy przez ten Tanger jakieś 25 minut, zęby zaciśnięte bez przerwy, zimny pot na plecach, co chwile ktoś zajeżdża drogę! Makabra, jak sobie pomyślę, że mam w takich warunkach jeździć dwa tygodnie, to mam ochotę na odwrót! Wreszcie udaje nam się dokulać do autostrady i nie zginąć po drodze! A tu inne kwiatki! Na pasie rozdzielającym pasy ruchu na autostradzie, co parę kilometrów stoi policja z radarem! Wszyscy jadą powolutku, my też. Oglądamy widoki, widzimy wybrzeże oceanu po prawej stronie, mijamy też mosty nad wyschniętymi rzekami, plantacje bananowców, lasy, pastwiska. Ziemia tutaj ma specyficzny kolor, taki czerwony, bardzo żywy, bardzo malowniczo to wygląda. Autostrada wygląda jakby była w Niemczech a nie w Afryce, szeroka, zero dziur, zatoczki do zatrzymania awaryjnego, co parę kilometrów stacja benzynowa, jedzie się zupełnie bezstresowo, i co ciekawe na autostradzie nikt nie robi sztuczek! Wszyscy jadą normalnie, ale i tak widzimy wypadek, Kangoo przeleciało przez kierownicę na prostej drodze, nie wiem jak on to zrobił.

Zatrzymujemy się na chwilę na sikanie na stacji benzynowej. W kibelku ciekawostka, jest takla niska umywalka, około 40cm nad ziemią, ludzie myją w niej stopy. Potem w tej normalnej łapki, i twarz, i przechodzą do pokoju obok, gdzie znajduje się „mini meczet”, z którego zresztą korzysta całkiem sporo osób.

Dojeżdżamy do Rabatu, tutaj na drodze też cyrk, ale nie taki jak w Tangerze. Wiara też zajeżdżają drogę, wyskakuje z podporządkowanej prosto pod koła, i robi inne numery, ale nie jest aż tak źle. Szukamy hotelu. W pierwszym nie ma miejsc, w drugim są, ale za 185 euro za noc! W trzecim są miejsca, nie ma parkingu, ale za 5 euro zorganizują ochroniarza, który będzie pilnował motocykla przez całą noc. Zostajemy. Jest już wieczór i nie mamy ochoty szukać dalej, tym bardziej, że ponoć jesteśmy w centrum miasta.

Idziemy na kolację. Wchodzimy do ładnej restauracji, kelner nas wita, sadza przy stoliku, i podaje menu. Mówi tylko po francusku, jak mówimy coś po angielsku, robi głupią minę, i dalej nawija po francusku. Po jakimś czasie przychodzi przyjąć zamówienie, mówimy że chcemy zjeść coś z kurczaka (chicken). Gość robi głupią minę. Pytamy czy mówi po angielsku, gość robi jeszcze głupszą minę. Wrzeszczy coś ogólnie w kierunku innych gości, jednym z ostatnich słów w jego pytaniu jest coś co brzmi podobnie do „angles”. Pewnie pyta czy ktoś mówi po angielsku, wszyscy goście robi ą głupie miny, podobne do tych które przed chwilą robił kelner. Kurcze, no nikt nie mówi po angielsku, w całej restauracji ani jedna osoba!!!!! Znów mówimy że chcemy „cziken”, gość znów wrzeszczy w kierunku sali: „Ble... ble... ble... La Czikeeeen?” (chyba pyta czy ktoś wie, co to jest ten „cziken”), cisza... Ale po chwili jedna babeczka nieśmiało mówi le poulet... „Aaaaaa, le pulet” stwierdza kelner, i po chwili przynosi nam świetnie przyrządzone filety z kurczaka. Jedzenie super, ale fakt, że w całej restauracji nikt nie mówi po angielsku, nie nastawia mnie optymistycznie....

No nic, będzie sobie trzeba jakoś radzić

Trasa Tanger-Rabat, 250km
czas: około 3 godziny

ISLAM

Oczywiście nie będę tu pisał o tym, kto go wymyślił i kiedy, i jakie są główne założenia tej religii, i nie będę wymieniał jej „Pięciu Fundamentów” bo to można znaleźć w encyklopedii. Ja Wam napiszę o rzeczach, których w encyklopedii nie znajdziecie, a potem zgrabnie przeskoczę do tych kibelków

Po pierwsze, wyznawcy islamu dzielą się na Sunnitów i Szyitów (i inne odłamy, ale te dwa są najczęściej wymieniane), to wiecie z wiadomości, kiedy gadają o Afganistanie albo Iraku. Różnią się między innymi poglądem dotyczącym tego, kto powinien sprawować władzę. Szyici uznają, że władca powinien wywodzić się z rodu Mahometa, Sunnici twierdzą, że każdy kto jest wykształcony, i zostanie wybrany, może sprawować władzę. W krajach gdzie panuje demokracja, więcej jest zawsze Sunnitów (min. Irak, Egipt, Tunezja). Jest też inna różnica, o której się nie mówi, Sunnici traktują religię dużo luźniej. Wypiją piwo, potańczą, Sunnickie kobiety raczej nie zakrywają twarzy (raczej). Miałem okazję poznać Sunnitę, który twierdził, że w sumie alkoholu pić nie wolno, ale on się z Allachem bardzo dobrze zna, i Allach mu pozwala

I mała dygresja, opowieść mojego taty który dwa lata spędził w Iraku, zna doskonale ten kraj i zwyczaje w nim panujące. W czasie Ramadanu, nie wolno jeść ani pić w ciągu dnia (a dokładniej od wschodu do zachodu słońca), Irakijczycy rozwiązują ten problem bardzo prosto, w oknach restauracji wieszają czarne prześcieradła, i już jest noc, można jeść i pić

Druga sprawa, będąc w kraju arabskim (w tym w Maroko) prędzej czy później spotkasz człowieka ze „znamieniem na czole”. Wygląda to tak jakby miał strupek na środku czoła, albo troszkę wyżej. To zawsze jest człowiek bardzo religijny. Modlitwa polega na kilkakrotnym oddaniu pokłonu w stronę mekki, i recytowaniu specjalnych formuł, odbywa się to na dywanie, 5 razy dziennie. Po paru latach takich praktyk, robi się na czole zgrubienie, które nigdy nie znika. Zwróćcie kiedyś uwagę jak będziecie mieli okazję.

Ablucja symbol obmycia z dawnych grzechów. Mycie przed modlitwą, pozwala „stanąć czystym przed Bogiem”. Są różne rodzaje ablucji, taka podstawowa polega na myciu dłoni, twarzy, uszu, nosa, oczu, potem rąk a na końcu stóp. Są tez sytuacje, w których dokonuje się innych ablucji, np., kobieta się myje po porodzie, albo jak skończy okres, i w innych sytuacjach. I tu powoli zmierzamy w stronę kibelka. Kiedy zrobi się kupę, też dokonuje się ablucji polegającej na tym, że myje się pupę . Papier służy wtedy TYLKO do wytarcia jej do sucha po tym jak się ją umyje, a nie do........ A nie do tego do czego służy on u nas W krajach gdzie ludzie są bardziej religijni (np. Egipt) kanalizacja jest wykonana z cieńszych rurek, i dlatego w łazience często jest informacja żeby nie wrzucać papieru do muszli tylko do kosza (a ponieważ papier jest tylko mokry, a nie brudny nic nie śmierdzi). Jak się wrzuci do muszli, to podobno można go zatkać, osobiście nigdy nie widziałem takiej akcji, ale słyszałem o takich przypadkach.

Ablucji się dokonuje lewą ręką, ale z tym dotykaniem to tez nie tak do końca, potem się ręce myje i jest ok. Ale je się ręką prawą, ale z drugiej strony, jak idą dwie osoby (nie koniecznie różnej płci)(i nie koniecznie dziewczyny) i trzymają się za ręce, to jedna podaje lewą, a druga prawą, i świat się nie wali

I wreszcie finał. Maroko jest bardzo mocno „zeuropeizowane”, tutaj papier używa się tak jak u nas, a kranu do robienia ablucji pupy nie widziałem ani razu.

Dzień 7

Rano wstajemy, i patrzymy za okno. Pogoda taka, jak się każdy spodziewa w Afryce, czyli chmury, zimno, a w nocy najwyraźniej padał deszcz. Idziemy na śniadanie, a potem zakładamy długie spodnie, polary, i idziemy na spacer. Mijamy dzieci idące do szkoły, potem stację benzynową, szeroką ulicę, i po pięciu minutach spaceru wchodzimy na medynę (medyna, arab. madinatun to dosłownie „miasto”, ale w ten sposób określa się też miejsce, na które w Europie mówi się Starówka. Na medynach przeważnie kręci się masa turystów.). Jest otoczona starym murem obronnym, a do jej wnętrza prowadzą bramy, przechodzimy przez jedną z nich.

To nie jest dokładnie pierwsza brama przez którą przeszliśmy, ale jest do niej bardzo podobna. Za bramą rozciąga się wąska kreta uliczka, wzdłuż niej stoją domy, na górze mieszkają ludzie (najwyżej dwa piętra wysokości), na dole są malutkie sklepiki. Można w nich kupić wszystko, prawdziwą galabiję (nie taką dla turystów, prawdziwą, 3 Euro), klapki takie ze szpicami, wszyscy tu takie noszą, piloty do telewizorów, owoce, warzywa, mięso (przechowywane na hakach, bez lodówki czy jakiegokolwiek systemu chłodzenia). Po parudziesięciu metrach, uliczka robi się troszkę szersza, i zamienia się w deptak.

Na deptaku pojawia się coraz więcej ludzi, my jesteśmy jedyni biali. Wzbudzamy tu małą sensację, wszyscy nas obserwują, ale tak przyjaźnie, a nie spode łba. W pewnym momencie mija nas dziewczynka, z wielkim plecakiem na plecach idzie do szkoły. Patrzy na mnie zdziwiona, i mówi „bunżur mesje”, i od razu zauważa Martę, „bunżur madam”, „bunżur” odpowiadamy z uśmiechami. Mijani na ulicy ludzie, często się z nami witają, ale nikt nas nie ciągnie do swojego sklepu, nie nagabuje, nikt nie jest nachalny ani nieprzyjemny, ot zwyczajna dzielnica gdzie nie ma nigdy turystów, tylko raz się zdarzyli. W końcu, dochodzimy do głównej ulicy przecinającej Medynę.

Tu stwierdzamy, że jest coraz cieplej, postanawiamy wyjść przez najbliższą bramę,

i wrócić na chwilę hotelu żeby się przebrać. Najpierw idziemy wzdłuż murów, aż dochodzimy do fontanny naprzeciw jednej z bram.

Potem dalej w stronę hotelu, aż docieramy do parku, który jest jednocześnie ogrodem dendrologicznym. Jest pięknie utrzymany, chociaż za ogrodzeniem panuje hałas i wszechobecny kurz, tu jest spokojnie, i czysto. Zewsząd otacza nas soczysta zieleń i piękne alejki.

Są też palmy, na których rośnie bluszcz, taki sam jak w ogrodzie moich rodziców

W końcu dochodzimy do hotelu. Przebieramy się, i wracamy na medynę. Tym razem, po przejściu przez bramę, skręcamy w lewo (przedtem skręcaliśmy w prawo). Tu jest jeszcze bardziej klimatycznie:

Idziemy, powolutku ale skutecznie, aż w końcu dochodzimy do Kazby al-Udaja.

Kazba była tu pierwszą osadą, jakby pierwszym rabatem. Jest otoczona murami obronnymi, jak ludzie przestali się w niej mieścić, zaczęli się osiedlać poza jej murami, potem otaczali swoje nowe osiedla kolejnymi murami, i tak dalej, miasto się rozrastało. Początkowo idziemy wzdłuż murów

Podchodzi do nas jakiś facet, mówi, że dziś wszystko jest zamknięte, bo jest piątek, a w piątek jest w Maroku niedziela, i się nie pracuje (też ciekawe zjawisko, w piątek idzie się do meczetu, więc się nie pracuje, chociaż ustawowo nie jest to dzień wolny. Ustawowo dniem wolnym jest niedziela, więc w niedziele tez się nie pracuje. Sobota jest między piątkiem a niedzielą, więc nie opłaca się iść do pracy na jeden dzień, więc się nie pracuje... przyp. micka). No, nie pracuje się, ale to nie znaczy, że nie można zwiedzać, tylko sklepy są zamknięte, i zaczyna iść z nami. Marta próbuje go pogonić, ale jakoś mało asertywnie, idzie z nami i nam opowiada. Kazba, to Pierwsze zabudowy w mieście. Leży nad brzegiem rzeki (Bu Rakrak), a właściwie przy samym jej ujściu. Rzeka oddziela Rabat od Sali, miasta tak blisko położonego Rabatu, że sprawiają wrażenie jakby były jedną miejscowością.

W Kazbie mieszka aktualnie ok. trzy tysiące osób, spora część z nich od wielu pokoleń, ale ostatnio modne się staje wśród bogatych europejczyków (głównie Francuzów i Hiszpanów) kupowanie tutaj domów i urządzanie w nich małych (i drogich) pensjonatów. Obok siebie mieszkają tu chrześcijanie, Żydzi i muzułmanie. Wszyscy doskonale się znają, bardzo często drzwi domów wychodzące bezpośrednio na ulicę są otwarte.

Dlaczego ściany są biało niebieskie? Biały kolor, wyżej (bliżej słońca) odbija światło, i powoduje że dom się aż tak bardzo nie nagrzewa, niebieskiego koloru nie lubią muchy......Także mucha nie siada

Największy dom chrześcijański pochodzi z 1912 roku, stoi na wzgórzu, i jest bardzo duży, przez to jest niefotogeniczny, widać go z dołu i nie chce się zmieścić w kadrze. Charakterystycznym elementem domu są rzymskie kolumny, można je zobaczyć pod drzewami po lewej stronie zdjęcia:

Idziemy dalej, dochodzimy do platformy sygnałowej. Widać z niej dokładnie ujście rzeki, przy nim znajduje się mielizna, na której bardzo często osiadały załadowane statki handlowe, natomiast lekkim statkom pirackim zupełnie ona nie przeszkadzała. Bardzo często się zdarzało, że statek został splądrowany kilkaset metrów od brzegu, na oczach gapiów. Dziś jest tu platforma widokowa, z której widać plażę, i Salę.

Idziemy dalej, w kierunku ogrodu andaluzyjskiego.

Przewodnik przez cały czas opowiada nam o Kazbie, wyjaśnia historię i powody jej powstania, pokazuje różne symbole na drzwiach, ścianach i bramach, widać, że ma dużą wiedzę na ten temat. Docieramy w końcu do ogrodu:


I w tym momencie następuje powrót na ziemię. Przewodnik (po godzinnej wycieczce), mówi, że z jego strony to już wszystko, że teraz możemy się rozstać, obok jest kawiarnia i możemy się tam napić herbaty, a on idzie.... Ale zanim idzie to wyciąga łapę po kasę.
-Ile? - pytam, i spodziewam się ceny Egipsko/Tunezyjskiej, czyli 5 euro
-co łaska... - odpowiada
-może być 50? (50Dh = 5 Euro)
-inni płacą 500 – odpowiada
-CO? ILE? - upewniam się.....
-500.....
-Nie ma szans! Stówa to jest max! - gościu chyba z wielbłąda spadł! Znacie kogoś kto bierze 50 Euro za godzinę chodzenia po osiedlu?
Zaczynają się negocjacje, ostre i zacięte, kończą się na 220Dh. Jestem poirytowany, zdziwiony, i zły na siebie że dałem się naciągnąć. Pod koniec wyjazdu, będziemy mieli na koncie podobnych sytuacji dziesiątki, i będą mnie one do szału doprowadzać. Ale o tym jeszcze będę pisał....

Wkurzeni idziemy do Cytadeli Szella. Trzeba iść spory kawałek, ale powolutku dajemy rade. Po drodze widzimy ciekawy obrazek, tata jedzie motorowerem (bardzo przypominającym stare motorowery marki romet, ma pedały i w ogóle). Z przodu wiezie, oparty na damie i kierownicy, niczym nieprzyczepiony na stałe do pojazdu dywan. Z tyłu siedzi syn, pewnie cztero, może pięcioletni. Wrzeszczy wniebogłosy, panika nieziemska, ma za krótkie ręce żeby objąć ojca, i w dodatku siedzi na bagażniku a nie na siedzeniu, nie ma podnóżków i nogi dyndają mu na wszystkie strony. W końcu tata się zatrzymuje, stawia syna na chodnik, i rozmawiają. Głaszcze go po głowie, coś mu tam próbuje tłumaczyć, mały kiwa głowa, tata sadza go na ten dywan. Mały obejmuje go rękami i nogami i z całej siły przytula, zamyka oczy i już jest gotowy do jazdy. Tata dba o bezpieczeństwo, ściska dywan kolanami i jedzie dalej....

Dochodzimy do cytadeli, to wzgórze, otoczone murem obronnym, z jedną bramą wjazdową.... Wchodzimy do środka, a tam inny świat. Zapomnij o Hałasie miejskim, samochodach, kurzu, wyschniętej trawie..... Tu jest pięknie! Najpierw idziemy parkiem, jest cała masa ptaków, śpiewają, wydzierają się, ćwierkają, normalnie jak w dżungli. Aż się wierzyć nie chce, że przed chwilą byliśmy w centrum dużego miasta!

Zacienionymi ścieżkami, dochodzimy do polany, z której widać ruiny dawnego miasta, i siedliska ptaków. Wśród nich bocianów i ibisów...

Punktem orientacyjnym, i centrum miasta jest widoczny w tle minaret zamieszkały przez rodzinę bocianów. Wspomina o nich nawet przewodnik

Miasto założyli Rzymianie, potem przejęli je Berberowie, została porzucona w 1154r. Przez jakiś czas służyła jako cmentarz dla ważnych osobistości, ale w XIV w. sułtan zlecił rozbudowę miasta, i wzniesienie dzisiejszych murów obronnych. W tych czasach miasto przeżywało okres świetności. Podchodzimy bliżej ruin, oglądamy pozostałości meczetu, szkołę koraniczną.

Potem, powolutku wracamy do hotelu, pakujemy się, jemy kolację i idziemy spać. Jutro......

Dzień 8

Wstajemy o ósmej rano, i biegiem na śniadanie. Potem szybkie pakowanie (uwielbiam to, śpieszyć się na wakacjach) i szybko na parking, a właściwie przed hotel, parkingu nie ma... Zakładamy kufry, podchodzi do nas ochroniarz i z uśmiechem pyta czy nie chcemy się zamienić na jego motorower Nie korzystamy, wczoraj widzieliśmy jak mu się on rozkraczył próbując wyjechać pod górę, chyba jakaś mina

Ruszamy, najpierw w stronę Casablanki. Wczoraj, chodząc po mieście, przyjrzałem się drogowskazom. Wiem, że trzeba jechać w stronę cytadeli, na piechotę trafiłbym do niej bez problemu, niestety Rabat to miasto uliczek jednokierunkowych. Jedziemy, jedziemy, wciąż w kierunku cytadeli, i nagle okazuje się że wyjechaliśmy pod samą Salą (po ludzku: mieliśmy jechać prosto na południe, a wyjechaliśmy z miasta na samą północ). Ciężka sprawa, Salę z Rabatem łączy droga, na której jezdnie są oddzielone wysokim krawężnikiem, a na jedni po trzy pasy ruchu w każdym kierunku... Trzy pasy, ale cztery rzędy samochodów... Wszyscy się cisną, rekordy świata biją pasażerowie taksówek: w mercedesie „puchatku” z przodu siedzi trzech a z tyłu pięciu... Oczywiście wszyscy dorośli. Ścisk, wszyscy sobie na zderzakach siedzą, czas ucieka, ciepło się robi, a my jedziemy w totalnie nie tym kierunku co powinniśmy. Oczywiście na wariata nie ma tu co liczyć, podwiną ogon, schował się w kufrze i siedzi cicho, nigdy to nie był i nie wie co jest grane! Widać skrzyżowanie, eureka! Jeszcze parę minut, i się do niego dopchamy te pięćdziesiąt metrów! Dojeżdżamy, jest duże i szerokie, są światła i oznakowanie, wszystko jak trzeba, zakaz zawracania też jest. KURCZE PALICA! Dobra, zawracam, nie podejrzewam żebym kogoś tym zdziwił. Jedziemy z powrotem, dookoła mnie krążą taksówki, jak przedszkolaki dookoła sprzedawcy baloników. Wszyscy się wpychają, i robią sztuczki(Uwaga do tych co się wybierają w tamte okolice: Jeżeli kierowca samochodu jadącego przed Wami, wyciąga lewą rękę przez okno, kieruje ją spodem dłoni w dół, i robi taki gest jakby klepał psa po głowie.... NIE WYPRZEDZAJCIE GO, CHOĆBY SIĘ NIE WIEM CO DZIAŁO! Ten gest oznacza: „Zaraz zrobię taki numer jakiego nie widziałeś, nawet jeżeli mieszkasz tu od urodzenia!”. przyp. micka). Tutaj pasy drogi są rozdzielone takim plastikowym „płotkiem”, czasem zdarzają się w nim, przerwy, przez które niektórzy przejeżdżają na skróty, oczywiście wcześniej lojalnie ostrzegając odpowiednim gestem innych uczestników ruchu. W końcu dojeżdżamy do ronda, poznaję je i wiem ,że mam je objechać dookoła, i skręcić w ostatni zjazd. Na szczęście na rondzie ruchem kieruje policjant, więc korek jest gigantyczny, wszyscy prawie stoją, a jak stoją to nie zajeżdżają sobie nawzajem (i nam przy okazji) drogi, więc spokojnie przejeżdżam, i już jedziemy w dobrą stronę. Tracimy jedynie pięćdziesiąt minut, nie jest źle.

Jedziemy w dobrą stronę, albo nie jedziemy, bo drogowskazy się w pewnym momencie kończą, zaczyna się wąziutka dróżka, w ogóle nie kojarząca się z droga łączącą stolicę z największym miastem w państwie. Ale prowadzi na południe, więc kto wie.

Jednak jedziemy dobrze, po 30 kilometrach pojawia się drogowskaz na autostradę, wbijamy się na nią, a tam tłok jak nie wiem co! Autostrada bardzo fajna, dwa pasy ruchu w każdą stronę, ale dobudowują trzeci. Niestety ruch raczej ślamazarny, ale jakoś daje się jechać. W miejscach gdzie nie ma remontu jedzie się lepiej, w końcu docieramy do Casablanki. Nie mam planu miasta, i jedziemy na czuja. Wiem, że meczet Hassana II który chcemy zwiedzić, jest w okolicach portu, więc gdy widzę drogowskaz na port zjeżdżam z autostrady, i dalej na czuja. Na ulicach pełno samochodów, sporo ciężarówek, a do tego jest bardzo ciepło. Niestety otwarcie szyby w kasku jest wykluczone, próbuję na chwilę, ale zaraz mam w oczach pełno prochu i pyłu, który tutaj jest wszędzie.

Minaret widać z daleka, jedziemy w jego kierunku. Stoi w dzielnicy portowej, czyli raczej niezbyt bogatej, jadąc wąskimi uliczkami wzbudzamy zainteresowanie, zwłaszcza dzieciaków. Machają do nas, pokazują nas sobie palcami. W końcu dojeżdżamy, w okolicy jest pełno płatnych parkingów. Parkingowi wylatują na środek ulicy, machają i robią „pajacyki” dosłownie, żebyś tylko ich zauważył i staną na ich parkingu, ale my jedziemy tam gdzie nikt nie macha. Stajemy. Podchodzi do nas starszy pan, ma odblaskową koszulkę, a przy pasku małą torebkę na pieniądze, zaczyna coś mówić po francusku, pokazuje na motor, dalej coś mówi....
-English? - pytam
-No no, - odpowiada – hmmmmm – pokazuje rękami żebym chwilę poczekał. Idzie do samochodu i wraca z młodym facetem.
-Mówi, żebyście podjechali do przodu i stanęli pod drzewem, będzie w cieniu – stwierdza młody.
-Ok – mówię – a ile za parking?
-Dyszka – stwierdza młody (czyli jedno euro) – i możecie stać ile chcecie. „Sekurity no problem”
Ok, płacimy, bierzemy aparat, zostawiamy kaski, i idziemy zwiedzać. Budowę meczetu rozpoczęto w 1986 roku, zakończono dziewięć lat później. To drugi pod względem wielkości meczet na świecie. Do wnętrza zmieściła by się cała bazylika św. Piotra. Jego minaret ma 210 metrów wysokości, i jest najwyższym minaretem, i jednocześnie najwyższą budową sakralną na świecie. Aby go zbudować, najpierw usypano sztuczną wyspę o powierzchni dwunastu hektarów. NA szczycie minaretu jest ustawiony laser, w nocy świeci w kierunku mekki, jego promień widać z odległości trzydziestu kilometrów...

Szczyt minaretu jest wykończony płytkami, niestety serwer, na którym umieszczam fotki mocno je mniejsza, i trudno na zdjęciu wypatrzyć szczegóły, musicie zatem uwierzyć na słowo: strasznie misterna robota. Meczet jest GIGANTOMATYCZNY i trzeba naprawdę daleko odejść, żeby zmieścił się cały w kadrze, stad ta lampa na środku zdjęcia... Jest wybudowany na planie prostokąta, ale dookoła minaretu jest dziedziniec, otoczony takim.... Nie jest to mur, ale jednocześnie nie jest to pomieszczenie, to takie jakby kolumny a na nich opierający się dach. Po lewej stronie jest wyjście na plac przed meczetem, po prawej wyjście na dziedziniec

Kontemplujemy jeszcze jakiś czas budowlę, i wracamy na parking. Parkingowy stoi przy motocyklu, i pilnuje żeby nikt nie podchodził za blisko. Pakujemy aparat, ubieramy się, żegnamy z panem, i ruszamy na południe.

Najpierw jedziemy promenadą, szeroka ulica, po lewej rezydencje i hotele, po prawej piękna plaża, wszystko kojarzy mi się trochę z Międzyzdrojami, tylko, że jest tysiąc razy ładniej. Ale są budki z pamiątkami, lodami, żelkami, tanimi książkami, wszystko tak, jak powinno by nad morzem

Potem wyjeżdżamy na podrzędną drogę wiodącą w dużej części wzdłuż wybrzeża, mijamy niewielkie miejscowości, ruch jest niewielki, droga świetnej jakości (ale i tak ją poszerzają), i pomimo dość wysokiej temperatury jedzie się bardzo przyjemnie.

W końcu dojeżdżamy do al-Jajidy, i od razu znajdujemy hotel przy samej plaży. Szybko piorę swoje spodnie, i wywieszam za okno, potem pakujemy aparat i przewodnik w plecak i idziemy zwiedzać. Al-Jajida to miejscowość wypoczynkowa, ale obcokrajowcy zdarzają się tu niezwykle rzadko. Miasteczko nie jest duże, jest cichutko i spokojnie, daleko mu do gwarnego Rabatu czy Casablanki. Chcemy zobaczyć cytadelę, jest około kilometra od hotelu, trzeba iść promenadą wzdłuż plaży. Na plaży jest jedno wielkie boisko do piłki nożnej, grają wszyscy, młodzi starzy, chłopaki, dziewczyny. Rysują patykiem boisko, robią bramki z klapek albo śmietników, i grają.

Od morza ciągle wieje wiatr, unosi w górę mikroskopijne kropelki wody i drobiny piasku. Nie widać ich w powietrzu, ale są. Jak się zdejmie okulary, natychmiast dostają się do oczu, w czasie rozmowy piasek zaczyna zgrzytać w zębach, jest wszędzie. W końcu dochodzimy do cytadeli. Miasto założyli Portugalczycy, którzy uznali tę lokalizację za idealne miejsce na port handlowy. Ponieważ od żyjących tu ludów groziło ciągłe niebezpieczeństwo, miasto zostało otoczone potężnymi murami obronnymi, wyposażonymi w pięć bastionów. Z murów można było odpierać ataki zarówno ze strony morza jak i lądu. Przechodzimy przez bramę.

Na chwilę skręcamy w lewo, żeby zobaczyć wielki meczet, a dokładniej jego pięciokątny minaret, podobno jedyny taki na świecie.

Ale to przy okazji, bo tak naprawdę, ciągnę tu Martę z trochę innego powodu, otóż w tym mieście znajduje się Citerne Portugaise (czyli portugalska cysterna). Był to zbiornik na wodę, która miała służyć mieszkańcom w czasie oblężenia. W suficie jest trzymetrowej średnicy otwór, który służył do naturalnego napełniania zbiornika w czasie deszczu i/lub jako studnia. Zbiornik został odkryty przypadkiem, w 1916 roku właściciel sklepu mieszczącego się obok, chciał go powiększyć, i zaczął kuć ścianę przebijając się do jej wnętrza. Cysterna ma kształt prawie idealnego kwadratu, w środku są kolumny podtrzymujące strop, a na podłodze nadal znajduje się woda. Panuje w niej bardzo przyjemny chłodek, a samo wnętrze jest bardzo klimatyczne.

Strasznie żałuję, że nie miałem statywu i musiałem robić zdjęcia z ręki, no niestety do kufra się już nie zmieścił. Trudno, idziemy dalej, aż dochodzimy do miejsca gdzie można wejść na mury obronne. Są bardzo szerokie, spokojnie można by po nich było jeździć samochodem

W miejscu w którym stałem robiąc zdjęcie, stacjonowały dzieciaki, gotowe za jedno euro skoczyć na główkę do wody (z wysokości pewnie około 10 metrów), ktoś chętny na taka usługę?

Potem schodzimy na dół, i wąziutkimi uliczkami wracamy do centrum miasta, a potem promenadą do hotelu. Po drodze mijamy port, do którego prowadzi brama, akurat taka żeby się tam zmieścił jeden samochód, czyli niewielka. Zaraz za nią, są smażalnie ryb, gdzie można zjeść świeżo złowioną rybę. Nie korzystamy. Tak, wiem co zaraz powiecie: ”micek, jak się jest w takim miejscu to trzeba skosztować takiej ryby! U nas są tylko mrożonki!”... Jakbyście poczuli zapach który się tam unosił, to byście pomyśleli o wszystkim, ale na pewno nie o jedzeniu!

Wracamy do hotelu, i idziemy na kolację. Kupujemy tadżin, i butelkę wina, a potem dwie godziny wspominamy czasy studenckie. W sumie ja bardziej opowiadam (akademik), a Marta raczej słucha (stancja), ale to temat na zupełnie inną relację....

Trasa Rabat - al-Jajida, 200km
czas: około 5 godzin (w tym godzina błądzenia po rabacie, i godzina zwiedzania Casablanki)

ŚMIERĆ W MAROKU

W Maroku, obyczaje związane z pochówkiem są podyktowane religią i zwyczajami. Z moich obserwacji wynika(zaznaczam, to moja obserwacja, a nie prawda absolutna), że zwyczaje dotyczące pochówków różnią się pomiędzy poszczególnymi krajami arabskimi. W niektórych ludzi się chowa na leżąca, w innych na stojąco, po różnym czasie, itp. A jak to wygląda w Maroku? Po pierwsze, tutaj umiera człowiek. Nie król, nie księżniczka, nie szewc czy sprzedawca dywanów, umiera człowiek, i po śmierci wszyscy są traktowani jednakowo. Najpierw zmarłego się myje, a potem zawija w cieniutkie białe płótno, tak żeby owinięty był tylko jedną jego warstwą. W środku człowiek jest nagi, a płótno NIGDY nie ma żadnych zdobień. W praktyce po śmierci, nie poznasz w czasie pochówku czy chowają człowieka bogatego czy biednego. Wszystkie tytuły, pieniądze i dobra zostawiasz na ziemi, niczego przecież nie zabierzesz przed sobą, a Bóg po śmierci sądzi każdego po jego uczynkach a nie szacie, w której został pochowany. Zmarłego w grobie układa się na prawym boku, twarzą w stronę mekki, bezpośrednio w ziemi, trumny się nie używa. Wyjątkiem są ludzie, którzy ulegli wypadkowi, i ciężko ich poskładać do jednego kawałka (żeby nie narażać żałobników na nieprzyjemne widoki), oraz ludzie którzy umarli na ciężkie choroby zakaźne (aby uniknąć epidemii), wtedy i tylko wtedy używa się trumny.



Maroko cz. 2