Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Afryka » Maroko 2011

Maroko 2011

Autor: bibop

Startujemy 13 lutego, a motocykle parę dni wcześniej na lawecie (proszę się nie śmiać) jadą do Hiszpanii. Odbieramy je z parkingu przy lotnisku i jedziemy do Algeciras, a stamtąd, promem do Ceuty.Później już Maroko... Chefchaouen, Fez, Erg-Chebbi, Wąwóz Todra i może Dades itd...
Jedzie nas sześciu:
Rafał - GS,
Włodzimierz - GS,
Irek - DL 650,
Paweł - DL 1000,
Wojtek - Varadero,
no i ja - DL 650.

13/02/2011 - Niedziela

Lot mamy o 9.40. Umówiliśmy się koło 8 na lotnisku, później lot do Frankfurtu, tam 40 min. na przesiadkę do Malagi i po 15 mamy być na miejscu. Chłopaki z motocyklami już czekają na nas, dzisiaj chcemy dojechać do Algeciras skąd jutro płyniemy do Afryki. W Warszawie piękna pogoda, ale zimno.

Na lotnisku początkowo bez problemów. Dostajemy karty pokładowe, mamy tylko bagaż podręczny, kontrola bezpieczeństwa też bez problemu.

Mamy sporo czasu więc idziemy na (chyba) najdroższą w europie kawę (11 pln). Po drodze widzę na ekranie, że nasz lot jest opóźniony o 30 min. Będzie ciężko z przesiadką, ale nie panikujemy. W końcu lecimy Lufthansą więc zaczekają na nas. Siedzimy, gadamy o trasie w Maroku, o motocyklach i innych pierdołach gdy nagle przychodzi Irek i mówi, że wzywają nas i jeszcze kilka osób do stanowiska odpraw.

Wychodzimy więc na zewnątrz i idziemy do stanowiska odprawy gdzie pani z uśmiechem oznajmia, że nie zdążymy na samolot do Malagi i ona teraz anuluje nasze bilety i zaraz w okienku sprzedaży zorganizują nam inny transport. Ekstra, wiemy już, że na 15 nie dolecimy. Okazuje się, że dolecimy koło 20 z przesiadkami we Frankfurcie do Madrytu i z Madrytu do Malagi. Co mamy zrobić. Bierzemy bilety i idziemy do samolotu. Chłopaki w Maladze nie są szczęśliwi, ale nie mają za bardzo wyboru. Muszą czekać.

Ostatecznie samolot był opóźniony 20 min., a w powietrzu nadrobił i wylądował o czasie lub z niewielkim opóźnieniem. Gdyby nie wieźli nas autobusem do terminala i nie wysadzili w innym terminalu to może byśmy zdążyli. Niestety nie udało się bo trzeba by znowu zmieniać rezerwacje, a boarding był już zakończony więc musieliśmy czekać na samolot do Madrytu. Ta przesiadka była krótka, w Madrycie mieliśmy taką ponad 2 godzinną. Nawet chcieliśmy uderzyć do miasta, ale ostatecznie siedzieliśmy na lotnisku żeby nie ryzykować spóźnienia się na kolejny lot.

W Spanair posadzili nas w Business Class więc już jak paniska dolecieliśmy do celu. Oczywiście samolot nie mógł dolecieć o czasie i zanim się z niego wydostaliśmy i dojechaliśmy na parking gdzie miały czekać motocykle było już po 21.

Okazało się, że chłopaki jeszcze nie wypakowali motocykli więc wyciągnięcie ich, przebranie się zostawienie samochodu, sprawdzenie wszystkiego zajęło z godzinę jak nie więcej. Oczywiście jest już ciemno, a pogoda tak sobie, zaczyna lekko padać, a my na świeżych oponach.

150 km do Algeciras bez rewelacji. Pierwsze kilometry ostrożnie bo jakoś dziwnie się prowadzi, a ostatni raz na moto siedziałem ze 3 czy 4 miesiące temu. Później już 100-120 km/h. Opony spoko, ślizgają się mocno na pasach i białych liniach, ale na asfalcie nie ma problemu. Droga przez Costa del Sol, ale widoków nie podziwiamy bo nic nie widać. Klimat się czuje bo palmy widać, “gołe” co prawda, ale zawsze. W hotelu Al-Mar jesteśmy koło północy, mocno zmęczeni. Przebieramy się i idziemy coś zjeść. Jakiś Marokańczyk prowadzi nas na zaplecze gdzie są stoliki i tam jemy. Jakieś kiełbaski i kotlety. Dobre to to nie było, ale zawsze coś. Później kupujemy jeszcze bilety na szybki prom do Ceuty (110€ w dwie strony), a ja jeszcze robię pranie polara i o 2 idę spać.

14/02/2011 - Poniedziałek

Rano śniadanie i na prom. Dostajemy bilety i... stoimy 15 min. czekając aż ktoś nam pozwoli pojechać dalej. W końcu jedziemy przed siebie, nikt się nie czepia. Stajemy przed francuskimi camperami i czekamy, aż pozwolą nam wjechać. Taśmami za bardzo nie spinali, tylko przez kanapę tak żeby moto się nie przewróciło. Rejs trwał z godzinę. Wypiliśmy paskudną kawę, zrobiliśmy kilka fotek i zdjęliśmy połowę ciuchów bo słońce było tak mocne, że w krótkich rękawkach było ciepło i już byliśmy na miejscu.

Ceuta to hiszpańskie miasto więc zjechaliśmy z promu na ziemię unio europejską. Zatankowaliśmy do pełna i do granicy, coś koło 3 km. Po drodze widzimy co będzie nas czekało. Rozpadające się domy, śmieci dookoła, zielona trawa i czerwona ziemia.

Wyjazd z UE to pikuś. Machają tylko żeby jechać dalej i o nic nie pytają. Po stronie Marokańskiej stoi już grupa motocyklistów ze zorganizowanej wycieczki (płynęli promem koło 8 rano więc tempo odprawy nie specjalne bo jest już po 12). Nam każą pojechać dalej i przyjść z paszportami do okienka. Oczywiście przychodzi jakichś 2 gości do pomocy. W sumie to jesteśmy przygotowani bo papiery dla celników (Douane) mamy gotowe (można wypełnić w internecie i wydrukować), ale ustalamy cenę 5€/os. za pomoc i wszystko załatwiamy w 30 min. Dają nam jakiś papierek do wypełnienia, 2 osoby idą do budki po stempelki do paszportów, później idą z papierkami od moto dla celników i zbierają pieczątki, a na koniec przychodzi jeden z pograniczników i sprawdza nam paszporty i pokazuje koledze żeby nas przepuścił bo on już wszystko sprawdził. Miód malina, zero problemów.

Jak ktoś będzie się tam wybierał to jak chcecie pomocy to bierzcie gościa z plakietką i napisem “tourist guide” czy jakoś tak. Dają nam jeszcze kartki na powrót.

Po drugiej stronie od razu w oczy rzuca się ogromna ilość mercedesów “beczek”. Robią za grand taxi czyli takie, co mogą jeździć poza miastami. Ładuje się do nich po 5 osób z bagażami i czym tam mają i grzeją po 100-120 po drogach. Droga do Tetouan super, dwa pasy w każdą stronę, równo, bez dziur, lepiej niż u nas. Nie ma niestety chodników i ludzie chodzą po ulicy, bliżej miasta pojawiają się chodniki, a nawet ścieżki rowerowe. Na jednym rondzie policjant zatrzymuje ruch żebyśmy mogli przejechać. Niby ograniczenie do 60 km/h, ale nikt tego nie przestrzega.

W Tetouan wymieniamy kasę na dirhamy, które dostają nazwę “pajace”. Dzisiaj chcemy dojechać do Fesu. Po drodze mamy Chefchaouen, niebieskie miasto. Sama droga (N13) fajna, trochę zakrętów, asfalt dobry. Pogoda lepsza niż w PL bo nie pada, ale nie jest za ciepło.

Podjeżdża do nas gość na skuterze i trochę gadamy. Mówi, że na suk przyjechali Berberowie i że jest ciekawie bo dzieje się to raz w tygodniu. Można dobrze zjeść, a on zna parking strzeżony. Mówi, że nie chce za nic kasy, że chce tylko żebyśmy dobrze się czuli w Maroko. Niestety przewodnicy mają inne plany więc wsiadamy i jedziemy dalej. W Chefchaouen nie spędzamy za dużo czasu, znowu jesteśmy “spóźnieni”. Jemy tylko jakieś kotlety, kiełbaski i sałatki i jedziemy dalej.

Do Fesu mamy ze 200 km, a jest już późno i chmury ciemne nadciągają nad miasto. Nie bardzo chcemy jeździć po nocy bo dużo słyszeliśmy, że ludzie bez świateł jeżdżą i w dodatku pod prąd. Zatrzymujemy się jeszcze na krótki odpoczynek na stacji benzynowej bo tyłki jeszcze nie przyzwyczajone do kilkugodzinnej jazdy. Przy stacji jest miła restauracja, ale nie dane było nam skosztować jej specjałów.

Niestety słońce ma inne plany i o 18 jest już ciemno. Ludzie o dziwo jeżdżą na światłach, ale lubią oślepiać tzn. albo jadą na drogowych, albo mrugają non stop pozdrawiając czy ostrzegając (tego nie udało się ustalić). GPS pokazuje nam “skrót”, ale jak wjechaliśmy kawałek w dziurawą drogę to stwierdziliśmy, że po nocy to jednak lepiej jechać główną.

W Fesie nie mamy żadnego hotelu. Zatrzymujemy się pod jakimś gdzie cena jest 75€ za pokój 2 os. Paweł bierze petit taxi (taka taksówka może jeździć tylko po mieście) i każe się wozić po tanich hotelach. Niestety taksówkarz zna tylko takie 4*. Wojtek i Rafał idą czegoś poszukać i wtedy podjeżdża do nas gość na skuterze i pyta czy szukamy noclegu. Mówi, że ma super miejsce za 50€/pokój, że blisko mediny, że internet, że parking na moto w cenie. Jedziemy za nim i logujemy się w jakimś Mansion 4*. Warunki dobre, ale zimno. Klima odpalona na 30*C, ale co z tego jak drzwi metalowe, a w dodatku szpary duże. Kołder nie używają, mają tylko koce.

Początkowo mięliśmy wszyscy jechać coś zjeść do jakiejś restauracji w Medinie, ale stopniowo wykruszali się koledzy i zostałem tylko ja z Pawłem. Kierowca zawiózł nas gdzieś w boczną uliczkę, zostawiliśmy samochód i przez śmierdzące uliczki mediny, pełne śmieci, kotów i podejrzanych “elementów” prowadzi nas do restauracji. W tym momencie mogliśmy przekonać się na własnej skórze co znaczy powiedzenie “pozory mylą”. Z zewnątrz odrapany, obskurny budynek pod którym można by się tylko wysikać, a w środku pałac. Pomieszczenie wysokości 2 pięter, piękny żyrandol zwisający ze zdobionego sufitu, fontanna, duże drzwi ze zdobieniami. Zamawiamy jakieś lokalne jedzenie. Ja dostaję jakieś mięso w bardzo słodkim sosie (chyba jakimś miodowym) ze śliwkami. Później jeszcze ciastka i owoce na deser.

Przejechane ~300 km.

15/02/2011 - Wtorek

Pierwszy poranek w Maroko. Idziemy na śniadanie i pierwsza porażka. Śniadania w stylu francuskim. Kawa, bagietka, masełko, dżemik i miód. Do tego croissant i jakiś “naleśnik” i sok z pomarańczy. Ohyda.

Po śniadaniu idę sprawdzić ciśnienie w oponach bo były jakieś problemy. Przywiozłem z PL nawet zaworki i urządzenie do wykręcania, ale nie wymieniałem. Dopompowałem z przodu i chciałem dopompować z tyłu, ale przekręcając koło zauważyłem, że zacisk “lata”. Patrzę, a ośka koła jest odkręcona. No ładnie. Ciekawe dlaczego. Nie wnikamy za bardzo, biorę klucz i dokręcam. Ogólnie nie jest wesoło bo jak bym na tym ruszył to byłoby kiepsko. O 8.30 mamy umówionego przewodnika. Ma nas oprowadzić po co ciekawszych miejscach Mediny w Fesie. Targowanie nie wychodzi nam za bardzo bo z 10€ za osobę schodzimy do 8. Dodatkowo samochód do Mediny. W ogóle nie są jacyś chętni do targowania. Może to kwestia tego, że jest po sezonie i nie mają za bardzo roboty?

Ładujemy się do samochodu i jedziemy. Medina w dzień jest trochę bardziej przyjazna niż w nocy. Dużo ludzi, otwarte sklepy, osiołki przenoszące towar wąskimi uliczkami. Nie śmierdzi tak bardzo, a i wszystkie koty gdzieś się pochowały. Przewodnik oprowadza nas pokazując meczety, szkołę koraniczną, prowadzi nas do sprzedawcy dywanów, który nam opowiada o dywanach i chce nam jakiś sprzedać. Chce sprzedać nawet dom bo kolega w odpowiedzi na pytanie, który dywan mu się podoba powiedział, że podoba mu się jego dom Smile Zwiedzamy farbiarnię skór oraz miejsce gdzie produkują olejki eteryczne.

Podoba ci się dywan (lub cokolwiek innego co można kupić w sklepie), nie masz jak go zabrać? Nie ma problemu, DHL/UPS dostarczy Ci go do domu (ciekawe czy mają oklejone osły?).

Mówimy przewodnikowi, że nie mamy czasu na takie pierdoły i w sumie nic nie kupujemy i widać po gościu, że nie jest za szczęśliwy. Pewnie długo mógłby nas oprowadzać po tych uliczkach i sklepach.

Chcemy wracać do hotelu. Nie zwiedzamy nic innego bo jeden dzień na wszystko to za mało, a my nawet tego dnia nie mieliśmy. Poza tym nie miasta są naszym celem.

W drodze powrotnej do hotelu jakiś miejscowy rzuca kamieniem w samochód którym jedziemy. Chwilę tracimy, ale nic wariatowi zrobić nie można. Później rzucają w nas jeszcze kilka razy. Raz Rafał dostaje kamieniem, raz Włodek... kilka razy pewnie nie trafili. Jakiś głupi sport narodowy.

Ładujemy się na motocykle i w drogę bo chcemy zobaczyć wodospady. 4km wyjazdu z miasta idzie jak krew z nosa. Można za to sobie potrąbić do woli. A bo to ktoś ze świateł nie ruszył jak Kubica, a bo ktoś jedzie środkiem pasa, a bo idzie jakiś pieszy środkiem ulicy, a bo ktoś na skrzyżowaniu trochę za daleko wyjechał, a bo coś.

Jedziemy w kierunku Volubilis. Droga bez przygód poza kamieniem rzuconym w Rafała i bardzo silnym wiatrem, który spychał nas z drogi. Volubilis to ruiny starożytnego miasta Rzymskiego. Dawna stolica Mauretanii Tingitana. Stoi trochę ruin. Kopia rzymskiej świątyni Jowisza, łuk triumfalny, bazylika. Są też mozaiki przedstawiające sceny z życia, ale nikt za bardzo o nie nie dba, nie są zabezpieczone przed warunkami atmosferycznymi.

W momencie kiedy wychodzimy przyjeżdża grupa GSów spotkana na granicy. Okazuje się, że są to Niemcy, którzy korzystają z usług hiszpańskiego “moto-touroperatora”. Jak ruszamy to znowu okazuje się, że jest późno. Jedziemy w stronę miasta Khenifry. Jakąś boczną, żółtą drogą. Paweł i Rafał sprawdzają jakąś boczną drogę i o mało co się nie gubimy.

Zatrzymujemy się przy wiszących “świniach”, ale większość nie chce jeść więc jedziemy dalej. Od tego dziadowskiego francuskiego śniadania zjadłem tylko batona MRP. Coś okropnego nie jeść przez tyle godzin. Koło 17 znajdujemy jakiś hotel za 450 pajaców od pokoju z obiadem i śniadaniem. Warunki w pokojach lekko mówiąc kiepskie.

Czekając na jedzenie robię serwis łańcucha i motooilera bo się przesunął. Ciśnienie trzyma. Włodek mówi, że te wodospady jakieś ciekawe nie są więc wymyślamy przejazd “białą” drogą do N13 i dalej do Merzougi.

Do jedzenia mamy Harirę i Tandżin, zupa jest super, ale tandżin jest beznadziejny. Dobrze, że dali chleb to przynajmniej się zapchaliśmy. Nie mamy siły ani ochoty iść na miasto bo jesteśmy zmęczeni, pada deszcz i jest 10*C. Jutro mamy wjechać na przełęcze >2000 m.n.p.m. więc nie jesteśmy w super nastrojach.

Przejechane ~240 km.

16/02/2011 - Środa

Wstajemy o 7.30. Chcemy dojechać do Merzougi. O śniadaniu nie ma nawet co wspominać bo chleba zabrakło po 5 sek., a i reszty za dużo nie było.

Tankujemy przed dalszą drogą i za wskazaniem GPSu kierujemy się w góry. Słońce świeci, ale asfalt jest mokry. Chłopaki jadą w kondonkach, ja jadę bez, tylko w podpinkach. W górach ciemne chmury i trochę groźnie.

Zaczyna się super droga. Jest asfalt, jest wąsko. Od czasu do czasu jakieś czerwone błoto, jakieś wioski góry i przełęcze. Po drodze mijamy orszak pogrzebowy.

Jest chłodno, ale nie pada. GPS jakoś dziwnie nas prowadzi bo jedziemy na północ, w kierunku Azrou zamiast na wschód, ale droga jest na tyle fajna, że nie nic nie kombinujemy. Nadrobimy na N13.

Irek i Włodek zaliczają niegroźne gleby przy zawracaniu na luźnych kamieniach, ale wszystko jest ok. Po drodze jakieś kamienie na górce i z Rafałem próbujemy podjechać. Pomysł był głupi bo dookoła wszędzie pełno ostrych kamyków, a dodatkowo dużo porozbijanych butelek. Rafał podjeżdża, a ja w ¾ drogi daję za wygraną i zjeżdżam gubiąc po drodze sprężynę od centralki. Mocuję ją standardowo na power tape i jedziemy dalej. Rafał, Wojtek i Paweł jadą przez błoto do jakiejś dziury w ziemi. My czekamy na asfalcie. Wojtek zalicza glebę. Chłopaki robią fotki i wracają.

Później jedziemy przez Ifrane National Park. Na drodze i obok leży trochę śniegu. Samochodów brak, świeci słońce, gęby się cieszą. Przy dojeździe do N13 zatrzymujemy się, a ja z niewiadomych mi powodów postanawiam zatrzymać się w.... śniegu leżącym na asfalcie. Jak łatwo się domyślić zaliczam glebę. Noga jakoś nieszczęśliwie plącze mi się pod motocykl i chłopaki muszą go podnieść żebym się wydostał. Już myślałem, że jest co najmniej zwichnięta kostka, ale na szczęście nic mi się nie stało. Wsiadłem na moto, odpaliłem i pojechaliśmy dalej.

Po kilku kilometrach jak zapinaliśmy 120 i wyprzedzaliśmy w niezłej wichurze z przerażeniem stwierdziłem, że nie mam hamulców. Klamka wpadła do końca i nic. Patrzę na pompę, a tu płyn psika ze śruby od przewodów. No pięknie kur**. Zatrzymuję się na poboczu, na otwartej przestrzeni gdzie wiatr wieje tak, że gdybyśmy stali w drugą stronę to przewracałby motocykle. Zanim wszyscy wrócili to dokręciłem śrubę, ale hamulce już chyba trochę się zapowietrzyły. Jak wycierałem płyn z przewodów to Rafał zauważył, że na ladze mam olej. Ekstra, puścił uszczelniacz. Poluzowaliśmy lagi na półkach żeby trochę je wyprostować bo może podczas gleby się coś skrzywiło, ale raczej uszczelniacz puścił wcześniej bo oleju było na ladze trochę za dużo jak na taki krótki odcinek. No nic, trzeba podjechać gdzieś gdzie nie wieje. Dobrze, że mam hamulce chociaż boję się żeby nie uszkodził się gwint i żeby przy mocniejszym hamowaniu znowu nic nie wywaliło.

Parę km dalej, w jakimś miasteczku zatrzymujemy się. Ja odkręcam śruby na półkach i obracam lagę. Montuję też “opatrunek” żeby zbierał olej. Rozważam powrót do Hiszpanii, ale tylko przez chwilę.

W jakiejś miejscowości chcemy coś zjeść. Jakiś miejscowy widzi, że rozglądamy się za żarciem i prowadzi nas do “restauracji”. Siadamy przy stolikach na dworze. Brud jest wszędzie poczynając od ulicy, krzeseł i stołów, a na talerzach i sztućcach kończąc. Jako obrus mamy szary papier, który robi też za serwetki. Dostajemy sałatkę i chleb. Da się zjeść. Później przynoszą kurczaka w jakimś sosie. Myślę sobie, że sraczka murowana, ale mamy tyle leków na nią, że nie jest nam straszna. Gość jak widzi, że zabieram się do kury widelcem to mówi, że Berberowie jedzą rękoma... może to lepiej bo ręce mam trochę czystsze mimo walczenia z lagą i płynem hamulcowym.

Kurczak pierwsza klasa. Miękkie mięso, dobrze doprawione wszystko i do tego żołądki... super jedzenie w najgorszej knajpie w jakiej byłem (jak pojadę do Indii to pewnie będzie gorzej). W Polsce sanepid byłby w tej knajpie po 2 sekundach od otwarcia.

Tankujemy w Midelcie. Przejazd przez Atlas super. O ciemnych chmurach już zapomnieliśmy, deszczu też się nie spodziewamy, świeci słońce i jest ciepło. Po drodze wąwóz ZIZ, przełęcze na 2 tysiącach, tunel legionistów, ale niestety duży ruch. Co i raz wyprzedamy się z Holendrami w jakichś starych Volvo i innych dziwnych samochodach odbywającymi rajd Amsterdam-Dakar.Motocyklistów nie ma.

Zaczyna się ściemniać. Chcieliśmy dojechać do Erfoudu, ale ostatecznie zostaliśmy w hotelu Milano w Al-Rachidii, 120 km od Merzougi. Motocykle zostają zapakowane do prywatnego garażu właściciela hotelu, który w tym celu wyprowadza na dwór swojego mercedesa. Za 350 pajaców śpimy tam wszyscy, ale nie każdy ma możliwość wykąpania się w ciepłej wodzie, a w nocy u kolegów sąsiad całą noc się chyba modli nie dając im spać.

Wieczorem jeszcze poszliśmy coś zjeść, pogadaliśmy z chłopakami od hotelu o pistach w koło Erg-Chebbi i piście z Merzougi do Zagory, która była w planie. Powiedzieli, że na naszych moto to marne szanse na przejechanie do Zagory i lepiej wybrać drogę N12 po asfalcie. Postanawiamy, że pojedziemy i zobaczymy na miejscu, ale planowo znowu jesteśmy z tyłu bo tą pistą jest ze 240 km, a my mamy jeszcze 120 do Merzougi, a i tam trzeba chwilę posiedzieć przy wydmach. Trochę się obawiam tej hamady widząc jakiego mam pecha i w dodatku lagę bez oleju, ale co ma być to będzie.

Trip: ~390 km

17/02/2011 - Czwartek

Rano za oknem niby widno, ale patrzę że jakoś szaro. Hmmm.... normalnie burza piaskowa. Słońce ledwo się przebija, ludzie z chustami na ustach i nosach, wiatr wygina palmy.

Po standardowym beznadziejnym śniadaniu jedziemy dalej. Burza towarzyszy nam dobrych kilkadziesiąt kilometrów, chyba do Erfoudu. Czasami wieje tak, że nic nie widać na 10m. Jak nie trzymasz się blisko kolegi to zaraz bo zgubisz. Piasek wchodzi wszędzie. Nawet chłopakom wchodzi pod pinlocki. Jest w nosie, zębach i oczach. Ja mam nawet w kieszeni spodni mimo, że kieszeń była zamknięta. Widoków zbyt wielu nie podziwialiśmy. Zatrzymaliśmy się w górach jak się trochę przejaśniło.

W Erfoudzie odbijamy w bok i po kilkudziesięciu kilometrach wjeżdżamy na pistę. Do Merzougi mamy 30 km po piasku, skałach i kamieniach.

Chłopaki bawią się w Desert People z czego ubaw po pachy mają miejscowi patrząc jak jeżdżą po hałdzie piachu. Piasek jest jak mąka. Jest bardzo sypki i jak odpuścisz gaz to jesteś po oś zakopany. Rafał zakopuje GSa i we 4 czy 5 do wyciągamy. Paweł zalicza spektakularny pad na piach, a Wojtek zakopuje wiadro.

Chwilę postaliśmy i byliśmy cali mokrzy. Jedziemy dalej. Bez GPSu zabłądzić tam to nie problem. Na dobrą sprawę nie wiadomo gdzie jechać bo ślady kół są wszędzie, w każdym kierunku, a jak spojrzysz dookoła to po horyzont nie ma żadnych punktów odniesienia.

Jadę z Rafałem na początku. 70-80 km/h, sprężyny Ohlinsa dają z siebie wszystko, a właściwie ta jedna bez oleju. Na tej “pustyni” wszystko byłoby fajne gdyby nie było “tarki”. Jak ktoś kiedyś jechał jakąś polną drogą, na której są poprzeczne nierówności jakby przed chwilą przejechał tamtędy czołg to wie o czym mówię. Masakra. O dziwo zawias nie dobija i nawet nieźle wybiera. Ciekawe czy to zasługa sprężyn liniowych?

Co chwilę zatrzymujemy się i czekamy na chłopaków. Jak tylko się zatrzymasz to dopada cię słońce. Aż trudno uwierzyć, że w lutym może być tak ciepło

Czasami zdarzają się odcinki z piachem gdzie trzeba odkręcić modniej i dociążyć tył, trochę powalczyć żeby się nie zakopać albo nie wyglebić. Jedziemy już wzdłuż wydm. Niesamowity widok. Wydmy czerwonego piachu po środku płaskiej, kamiennej i szarej pustyni. Wydmy są ogromne bo wznoszą się na wysokość 150 m.

Wszystko idzie dobrze do jakichś 6 km przed Merzougą. Na piście jest lekki podjazd, taki na 1,5m, ale jest po piachu, a po bokach są skały. Rafał, ja i Włodek przejechaliśmy, a ja obejrzałem się i zobaczyłem, że chłopaki nie jadą. Zatrzymaliśmy się myśląc, że ktoś się przewrócił i zaraz podniosą motocykl i do nas dołączą, ale widzę, że Paweł macha do nas więc zawracamy. Dojeżdżam pierwszy. Paweł mówi, że to koniec, że Irek ma prawdopodobnie złamaną nogę. Rzucam mięsem na prawo i lewo, Irek leży na piachu, moto też. Kawałek za wzniesieniem Irek stracił panowanie nad moto i jakoś niefortunnie noga mu się zawinęła pod moto. Nie dotykamy nic. Irek mówi, że może ruszać palcami. Ktoś idzie do kasby przy której był ten wypadek i prosi gościa z jakąś terenówką o pomoc. Chcemy już Irka ładować do środka gdy jakiś miejscowy mówi, że już jedzie karetka. Czekaliśmy ze 20 min. na lekarza, który przyjechał w asyście policji. Panowie zebrali dane, zrobili zdjęcia, położyli Irka na noszach i wsadzili do samochodu.

Lekarz powiedział, że samochód jedzie do Al-Rachidii do szpitala bo tu nie ma nikogo kto może Irkowi pomóc. Za karetką pojechał Rafał na DLu Irka, Wojtek i Włodek. Ja z Pawłem zostaliśmy z naszymi moto i GSem Rafała. Mięliśmy za zadanie odzyskanie dokumentów z policji i czekanie, aż Rafał wróci po swój motocykl.

Ponieważ miało to zająć z 5 godzin to zalogowaliśmy się w kasbie gdzie wygrzewaliśmy się nad basenem z wodą tak zimną, że jak zostałem do niej wepchnięty to gile z nosa poszły mi od razu. Paweł wskakiwał 3 razy i za każdym razem wychodził z wody ze słowami na “k” i “p” na ustach.

Wypiliśmy kawę, posiedzieliśmy chwilę i postanowiliśmy jechać po papiery. Powiedzieliśmy, że za godzinę wracamy i ma być gotowe jedzenie.

Do asfaltu mieliśmy ze 3-4 km po pustyni. Paweł prowadził za GPSem, ale coś nie tak poszło i musieliśmy się przebijać przez dziewicze, jeszcze nie jeżdżone piaski i kamienie. Na szczęście bez gleb. Po wypadku Irka Paweł nie czuł się za pewnie i jechaliśmy powoli, ale skutecznie. Na szczęście nie było już tyle piachy co wcześniej. Teraz było twardo.

Miejscowi wskazali nam drogę na komisariat. Podjechaliśmy na pewniaka, wchodzimy, a tam cała komenda nad jednym gościem, który dzwonił gdzieś po namiary na konsula. Widać nic się nie dzieje.

Myśleliśmy, że szybko pójdzie, że dadzą papiery, a tu zonk. Kazali nam pisać jakieś oświadczenia, zebrali od nas wszystkie dane łącznie z informacją skąd przyjechaliśmy, dokąd jedziemy i kiedy wyjedziemy z Merzougi. Ogólnie wszystko było bardzo miło, mówili, że im przykro z powodu Irka i rozumieli naszą sytuację.

Pytaliśmy jak teraz możemy wywieźć motocykl jeżeli Irek poleci do domu samolotem. Powiedzieli, że jak będziemy wyjeżdżać z Merzougi to żebyśmy przyjechali po papier, który będzie upoważniał do wywozu moto bez właściciela. Przy wjeździe do Maroka dostaje się papier od celników, który poświadcza, że się z motocyklem przyjechało i trzeba ten papier oddać przy wyjeździe. Wszystko jest imienne więc widzieliśmy tu problem, którego możemy nie przeskoczyć.

Jeszcze zatankowaliśmy po 10 l z plastykowych baniaków w Merzoudze i wróciliśmy z papierami do kasby, zjedliśmy tandżina i poszliśmy zobaczyć wydmy.

Piasek jest zupełnie inny niż na plaży czy wcześniej na drodze. Przede wszystkim jest twardy. Chwilę postaliśmy, przyszedł jakiś Berber z którym chwilę pogadaliśmy i który chciał nam sprzedać jakieś rzeczy, ale nie mieliśmy czasu bo przyjechał Rafał z powrotem i powiedział, że musimy jechać do szpitala oddać dokumenty Irka.

Po pustyni jechaliśmy już po ciemku. Nie jest to ciekawe doświadczenie, ale nie było wyboru. Musieliśmy się dostać do asfaltu i zahaczyć o komisariat. Tam kolejny zonk. Goście popatrzyli na Pawła i sobie przypomnieli, że mają wystawić papier... hmmm... 30 min. czekania, później stwierdzili, że muszą nasze zeznania przetłumaczyć na arabski więc jeden czytał i tłumaczył nasze zeznania, a drugi pisał w zeszycie.

Jak skończyli z Pawłem to przez 10 min. tłumaczyli moje zeznania. Podpisaliśmy się pod tymi szlaczkami pod czujnym okiem pana ze strzelbą i oczywiście po ciemku ruszyliśmy z powrotem. Najgorsze były przejazdy przez miasteczka bo za miastami rowerzyści i piesi bez żadnych odblasków, ale obyło się bez kłopotów. Do szpitala dojechaliśmy koło 22, ale weszliśmy bez problemów.

Irek zdecydował się na operację w tym szpitalu, która miała się odbyć jakoś o 9 rano następnego dnia. Lekarz, który miał go operować studiował w Moskwie więc można uznać, że swój. Trzeba było tylko ściągnąć śruby i materiał do operacji. Wszystkim zajął się lekarz, który był też właścicielem miejscowej apteki. Mieliśmy odebrać wszystko z samego rana.

Pożegnaliśmy Irka i pojechaliśmy do hotelu. Zastanawialiśmy się co dalej, co po operacji, co z transportem Irka, co z motocyklem i co z nami. Naradzimy się po operacji jak będzie wiadomo jaki jest stan Irka i jakie są możliwości.

Trip ~300 km.

18/02/2011 - Piątek

O 8.45 apteka jeszcze zamknięta. Myślimy co zrobić z moto. Pomysły są od zostawienia go gdzieś na kilka miesięcy, przez transport samochodem do Ceuty, aż po sprzedanie go na miejscu. Mamy 2 kontakty, które mogą dostarczyć moto i Irka do Ceuty. Oczywiście operacja zamiast o 9 zaczyna się koło południa. My w tym czasie kombinujemy co z moto. Paweł jedzie na policję zapytać czy nie można gdzieś u nich na parkingu tego motocykla zostawić, ale po przesłuchaniu i szczegółowym wypytaniu o co chodzi powiedzieli “it’s your problem”. Lekarz też ma to w nosie. Po operacji lekarz mówi, że Irek musi lecieć do PL samolotem z Al-Rachidii i nie ma mowy o transporcie samochodem, ale co on tam wie. Chłopaki z wyprawy Tunezyjskiej (dla nie wtajemniczonych, relacja jest na advrider) wykradli jednego chłopaka ze szpitala, ale tu nie było takiej opcji bo brama była strzeżona przez ochronę, a przez mur nie przeskoczymy. Jeżeli Irek ma lecieć do Polski samolotem to nie damy rady przepchnąć motocykla przez granicę bez właściciela. Niby dostaliśmy jakiś papier na policji, ale tam nie było nic więcej poza oświadczeniem, że był wypadek i opisem okoliczności. Na szczęście policjanci z Merzougi przyjechali do szpitala po zeznania Irka i prosiliśmy żeby coś spróbowali zdziałać. Jeden z nich zadzwonił do celników i ci powiedzieli, że na dokumencie do oddania Irek na odwrocie musi napisać upoważnienie dla któregoś z nas na wywóz tego motocykla.

No dobra, to jesteśmy prawie w domu. Zadzwoniliśmy po Hassana, który był jednym z “przewoźników” i zaprosiliśmy go do szpitala. Irek postanowił jechać z nim. Hassan miał jakiegoś mercedesa busa, w który ma zapakować moto i przygotować Irkowi miejsce do leżenia. Do Ceuty jest z 1000 km.

Jak już wszystko było ustalone, Hassan dogadany i Irek uświadomiony, że jak będzie coś nie tak to my w 5-6h jesteśmy w stanie do niego przyjechać zebraliśmy się i ruszyliśmy N10 w kierunku Warzazatu.

Szpital to nie jest miejsce gdzie się chce przebywać. Szpital w Maroko tym bardziej. Irek miał prywatną salę więc za bardzo nikt go nie męczył, ale warunki tam nie były ciekawe.

Koty chodziły sobie po szpitalu jak po domu. Nikt ich nie przepędzał ani nie niepokoił. Do przejechania mieliśmy ~150 km do Tinghiru przy wjeździe do wąwozu Todra. Zaraz za Al-Rachidią była pustynia śmieci. Po obu stronach drogi było pełno toreb foliowych i butelek plastykowych. Były wszędzie, nawet na krzakach i nielicznych drzewach. Droga prosta, bez jakichś super widoków. Dwa razy na asfalcie były hałdy piachu, które mogą zrobić niezła niespodziankę, szczególnie jak się wyskakuje zza zakrętu, albo jak się jest w zakręcie.

Do celu docieramy koło 20 bo ze szpitala wyjechaliśmy po 18. Bierzemy pokoje w pierwszej napotkanej kasbie i do 21 czekamy na kuskus. Ustalamy, że następnego dnia jedziemy do Marakeszu przez wąwóz Todra, Dades i Warzazat.

Trip ~150 km.

Aha... wyjeżdżając z Al-Rachidii nadzialiśmy się na jakąś manifestację. Czego dotyczyła to nie wiemy, ale coś się zaczynało dziać.

19/02/2011 - Sobota

Z rana jedziemy do wąwozu Todra, a później dookoła, przez góry do wąwozu Dades i dalej do drogi N10. Widoki fajowe, ale droga wąska i z piachem więc trzeba uważać. Po 14 km wjeżdżamy między pionowe ściany po środku który zrobiono drogę.

Cykamy kilka fotek i jedziemy dalej na północ w kierunki Tamtetoucht gdzie odbijamy w lewo w szutrową drogę do M’semriru. Lokalne dzieciaki mówią, że to droga do Dades, a później gonią nas i krzyczą uno"dirham, dirham". Nie chcemy jechać dookoła przez Agoudal, a początkowo droga nie wydaje się trudna.

Później jest trochę gorzej. Zakręty pod górę, kamienie, coraz węziej. Słońce grzeje niemiłosiernie. Zatrzymujemy się co jakiś czas na zdjęcie. Jak chcemy zrobić sobie fotkę ze statywu to nagle zjawiają sie dzieciaki z kobietą i chodzą między nami. Mówimy im grzecznie żeby sobie poszli, ale nie słuchają. Pokazujemy aparat, ale chyba nie wiedzą co to jest. Paweł daje kobiecie 20 pajaców to dzieciaki zaczynają płakać i żebrać o więcej. Masakra. Udaje się w końcu zrobić zdjęcie bez nich i jedziemy dalej. Do asfaltu mamy ze 30 kilometrów, jak nie lepiej. Tempo powolne, 30, 40 max. Kamienie, podjazdy, zjazdy i przepaście obok drogi. Jakieś wściekłe psy biegają po górach, ludzie zbiegają do nas pytając o papierosy, szczują nas jakimś kundlem, po drodze robotnicy umacniają “drogę”. Spotykamy jeden samochód, lokalny.

Jak kręcę filmik z przejazdu chłopaków to Włodek traci “moc” i wywala się na kamieniach. Jemu nic się nie stało. GS stracił kierunek (który udało się skleić taśmą) i puścił uszczelniacz w tej samej ladze co u mnie.

Opatrunek i walczymy dalej łudząc się, że za następnym zakrętem będzie już asfalt albo chociaż nie będzie kamieni. Zatrzymujemy się często. Wojtek ma kłopoty z plecami, poza tym na wiaderku nie może się w pełni wyprostować, a i sprzęt najcięższy z nas wszystkich.

Rafał wjeżdża w wyschnięte koryto rzeki, a ja i Włodek za nim. Jazda w korycie to masakra. Jest bardzo miękko i jest dużo kamieni. Trzeba było zostać na szlaku. Wjeżdżamy na przełęcz na prawie 2700 m.n.p.m., kosmos.

Im bliżej asfaltu tym lepsza pista. Można jechać szybciej, ale zauważam u siebie, że zmęczenie powoduje proste błędy. Nie czuję się tak pewnie jak na początku. Inaczej się operuje gazem i zakręty nie wychodzą już tak dobrze jak wcześniej. Zamiast balansem ciała za dużo pracuję rękoma. Na szczęście asfalt tuż tuż.

W M’semrirze zatrzymujemy się pod sklepem gdzie zaopatrujemy się w wodę, pijemy kawę “szatana” i odpoczywamy. Gość w swoim sklepie ma puszkę WOŚP z 2010 r. Ciekawe, kto to zostawił w takiej dziurze....

Do wąwozu Dades jedzie się fajną, krętą drogą. Niestety łapiemy się za jakąś ciężarówką, ale gość i tak nieźle pomyka po winklach, z tym, że trzeba na niego uważać i nie ma co podziwiać. W Dades robimy fotki i postanawiamy jechać tylko do Warzazat bo jest już późno, a my dużo czasu straciliśmy w górach. Oczywiście wszystkim się podobało i stwierdziliśmy, że teraz ciężko będzie znaleźć drogę, która to przebije. O dziwo moje zawieszenie wytrzymało, a nawet udało się przejechać po tych ostrych kamulcach bez przebić i to mimo tego, że nie zmniejszyliśmy ciśnienia.

Do Warzazat grzejemy już z przelotową 120. Bierzemy pokoje w hotelu, myjemy się i idziemy coś zjeść, a później na zakupy. Chłopaki ostro się targują kupując różne rzeczy. Na jednym kubku jest “made in korea”, widziałem też “unikatowe” dzieła wykonane przez Berbera na Erg-Chebbi (pewnie też made in china). Wracamy do hotelu i idziemy spać. Jutro może w końcu uda się dojechać do Marakeszu.

20/02/2011 - Niedziela

To już tydzień naszej wyprawy. Jakoś czas szybko zleciał. Po śniadaniu zamiast jechać w stronę Marakeszu i myśleć wieczorem to chłopaki biorą mapę i zaczynają obmyślać plan gdzie dalej i którędy. Ja mówię, że możemy jechać do Ait-Benhaddou, ale ktoś mówi, że to są tylko plany filmowe przy drodze z Warzazatu. Jak wyjechaliśmy to rzeczywiście coś było i na nic moje “sugestie”, że to nie to. Później jak był drogowskaz i informacja, że 9 km to Wojtek pojechał prosto, a ja już machnąłem ręką stwierdzając, że kiedyś przyjadę tu ponownie sam i nie będę “musiał” być o 12 w Marakeszu. Przełęcz Tizi n’ Tichka jest taka sobie. Duży ruch samochodów i autokarów nie pozwala się w pełni nacieszyć drogą. Przełęcz ponownie powyżej 2 tyś., ale jest ciepło i już dawno nie widzieliśmy “złych” chmur.

Przed samym Marakeszem Wojtka zatrzymuje policja, ale po chwili puszcza bez żadnych konsekwencji. W Marakeszu zatrzymaliśmy się pod bramą Mediny i Rafał z Włodkiem próbowali na GPSie odnaleźć hotel, w którym jakiś czas temu mieszkał Włodek. Nie wiem czy się udało czy nie w każdym razie Rafał, a właściwie GPS zaczął nas prowadzić przez uliczki Mediny. Motocykle z kuframi mieściły się na styk, a jak jechał jakiś skuter to już było kiepsko. Oczywiście wszędzie pełno ludzi i trochę turystów. Nie jest trudno rozerwać grupę w takim miejscu. Po chwili zostaje ja z Wojtkiem, a czeka na nas kawałek dalej Paweł. Rafał z Włodkiem pojechali tylko za bardzo nie wiemy czy w prawo czy w lewo. Trochę pomagają miejscowi pokazując gdzie jechać. Musimy im zaufać bo nie mamy wyboru. Ogólnie nie jest ciekawie bo jak się wbijemy w jakąś ślepą uliczkę to mogą nas zastawić i się nie wydostaniemy. Nie ufamy nikomu, ale na szczęście udaje nam się znaleźć Rafała i Włodka. Trochę nam puszczają nerwy do powinni na nas zaczekać jak nie widzieli naszych świateł, a nie zostawiać nas w środku tego bajzlu. Wydawać by się mogło, że wydostaliśmy się z tego chlewu, ale nie na długo. GPS każe wjechać w bramę z zakazem wjazdu. Wyjeżdżamy na suk gdzie jest jeszcze więcej ludzi i w dodatku dużo wózków. Włodek zahacza kuframi jakiegoś, ale po chwili udaje nam się wyjechać na ulicę bez strat w ludziach i sprzęcie. Zdjęć nie ma bo nie było kiedy robić, a i strach wyjąć aparat w takim miejscu.

Kierujemy się już 3 pasmową drogą po której samochody, mopedy, ludzie i zwierzęta chodzą jak chcą. Trzeba mieć oczy dookoła głowy.

W pewnym momencie stajemy w dużym korku, ludzie coś biegają, pokazują coś nam, samochody chcą nas przejechać skręcając w prawo. Widzę jak Rafał wjeżdża na krawężnik wysokości 30 cm oddzielający pasy ruchu. Ludzie i mopedy zaczynają jechać pod prąd. Ucieka nawet policja. Jadę za Rafałem, Paweł krzyczy, że on nie podjedzie bo zawiśnie na płycie, ale jakoś mu się udaje. Grzejemy w drugą stronę, ja trąbie na policjanta na skuterze żeby mi zjechał z drogi bo się wlecze straszliwie. Na rondach chaos większy niż zwykle, jakoś się przeciskamy i zatrzymujemy na chwilę. Okazało się, że w naszą stronę szedł tłum demonstrantów. Czy byli pokojowo nastawieni czy nie woleliśmy się nie przekonywać. Szybka zmiana planów w GPSie i bocznymi uliczkami wydostajemy się z miasta. Nie ma sensu siedzieć i jeszcze wieczorem się włóczyć po Medinie kiedy nie wiadomo jaki obrót przybiorą niedzielne demonstracje. Jedziemy nad ocean do miejscowości As-Sawira. Mamy tylko 150 km dobrej, dwupasmowej drogi.

Początkowo jedziemy jakąś główną drogą, aż wyjeżdżamy za miasto, na jakieś wydmy. Chcemy wjechać na plażę, ale droga kończy się bramą i wracamy do miasta. Paweł prowadzi na promenadę. Jedziemy syfiastymi uliczkami biednej, portowej dzielnicy do której turyści raczej się nie zapuszczają. W końcu się udaje. Pierwszy hotel i 900 pajaców za 2 os. pokój. Odpuszczamy. Tu też są “zamieszki”. Policja zamyka ulice i każe jechać objazdami. Zatrzymujemy się przy jakimś pensjonacie. 1500 pajaców za dwójkę. Coraz lepiej. Jacyś Polacy też szukają hotelu. W czasie kiedy próbujemy wyciągnąć kasę z bankomatów, policja zamyka naszą ulicę. Bankomat chyba pusty bo kasy nie daje, a może jest już wyłączony? Na końcu ulicy widzę tłum ludzi idących na szczęście główną, poprzeczną drogą. Ruszamy i skręcamy w prawo, a tam już policjant każe nam zawracać. Nie jest nam do śmiechu bo manifestantami są gówniarze, którzy rzucają kamieniami. Obrywa jakieś BMW, szyby w samochodach, autokarach i innych obiektach też gdzieniegdzie ucierpiały. Udaje się znaleźć hotel prowadzony przez francuskiego motocyklistę. Zamyka nasze sprzęty na podwórku za hotelem, a my idziemy na plażę i coś zjeść. 200 pajaców za osobę, “parking” i śniadanie, ale te śniadania nie są warte uwzględniania przy negocjacjach cenowych.

Jest późno więc długo nie balujemy bo rano chcemy trochę pochodzić, a później jechać w okolice Casablanki. Pijemy pierwszego i jedynego browara w Maroko.

Jeden sklepikarz w Warzazat chciał zrobić z nami deal i wymienić whiskey, którą wg. niego ma każdy biały przyjeżdżający do Maroka na rzeczy z jego sklepu . Powiedział, że alkohol normalnie można kupić w markecie, ale o 22 już jest zamknięty. Wskazał też drogę do baru gdzie można wpaść na jednego, ale nie skorzystaliśmy.

Co do zakupów i targowania to wcale nie jest łatwo. Pewnie dlatego, że jest poza sezonem. Ludzie nie chcą jakoś znacząco schodzić z ceny. W niektórych hotelach mówią, że nie, że jest cennik i już. W knajpach też się nie targujemy. Pilnowacze motocykli chcą 5 pajaców od moto i nie ma, że 20 za 5 szt. Daliśmy co prawda 20 i pojechaliśmy, ale gdyby miał pod ręką jakąś strzelbę to pewnie by strzelał . W Volubilis chodził gość z jakimiś myckami i chciał sprzedać za 20. My mówimy, że 10, a on, że nie. Idziemy dalej, a on nic. Później znów podszedł bo niewiele ludzi było poza nami i znowu. On 20, my 10, on 20, my, że 30 za dwie, a on, że nie... no i na tym się skończyło. W Warzazat Paweł chciał kupić imbryk na herbatę. Gość mówi 600 (w innym miejscu zaczął od 300 za taki sam), my mówimy, że thank you, a on, tell me your price, my thank you i wychodzimy. Po chwili dobiega do nas i pyta czy za 300 kupimy . No ale skoro tamten zaczął od 300 to pewnie jeszcze trochę zejdzie. W sezonie pewnie jest łatwiej.

Trip ~400 km

21/02/2011 - Poniedziałek

Rano, po śniadaniu poszliśmy zobaczyć port i portugalski fort, a także przejść się po medinie. Do 12 musieliśmy wyprowadzić się z hotelu więc mieliśmy trochę czasu.

As-Sawira to taki kurort dla europejczyków, głównie francuzów. Bardzo dużo bladych twarzy spotyka się po drodze. Chłopaki podejmują próbę “obrabowania” bankomatu... tym razem próba udana. Przy promenadzie są ekskluzywne hotele w których ceny są na pewno mocno europejskie. Cenniki są w sezonie i poza sezonem więc jak ktoś się wybiera tam w lecie to musi się liczyć, że za pokój zapłaci bardzo dużo.

Dla porównania w hotelu Milano w Al-Rachidii za 2 os. płaci się 150 pajaców (bez śniadania), w kasbie na pustyni gość powiedział nam 250 za osobę z obiadem i śniadaniem, w Fesie zapłaciliśmy 50€ za pokój ze śniadaniem i transportem do mediny, a później to już kombinowaliśmy żeby było po 200 pajaców za osobę ze śniadaniem. Wszystko zależy jakie macie wymagania. W lecie z wodą i spaniem to raczej nie ma problemu, ale w lutym jest w nocy naprawdę zimno, a o ciepłą wodę w hotelach za 100 pajaców to czasami trudno.

Z drugiej strony to za bardzo nigdy nie szukaliśmy. Braliśmy przeważnie pierwszy pod który podjechaliśmy. Z motocyklami też nie było problemu. Zawsze gdzieś je schowali. Jak już wspominałem, śniadania nie są dobrym argumentem do targowania się przy ustalaniu ceny, lepiej mówić już, że chce się obiad bo to zawsze jakaś surówka, tandżin lub kuskus i jakieś owoce na deser. On mówią, że śniadanie jest super, że będzie “orange juice” no i w sumie nic więcej. Orange juice jest rzeczywiście super, ale długo się na tym nie pojedzie. W ogóle cytrusy są u nich trochę inne niż u nas. Jakieś takie mniej chemiczne, bardziej słodkie i soczyste.

Trochę pochodziliśmy, pooglądaliśmy i wróciliśmy do hotelu. Ja poszedłem zobaczyć co z łańcuchem bo jakoś szybko się rozciągał i zobaczyć co z ciśnieniem w oponach. Przy okazji chciałem zobaczyć co mi tak stuka na 1 biegu jak jadę na pół sprzęgle.

Po dokładnych oględzinach okazało się, że odkręciły się wszystkie śruby na zębatce napędowej. Prawdopodobnie przez te drgania na hamadzie i przejazd przez Atlas, ale powoli miałem dość przygód odkręconych elementów w moim moto. Na szczęście przed nami był już tylko asfalt.

Później z Pawłem poszliśmy jeszcze pomoczyć nogi w oceanie i trzeba było jechać. Cel na dzisiaj to El-Jadida, jakieś 100 km od Casablanki.

Słońce nieźle już przygrzewało, ale jak wjechaliśmy na drogę przy oceanie w kierunku Safi to wiatr skutecznie nas chłodził. Droga bardzo fajna, dobry asfalt, trochę zakrętów i widok na ocean. Z drugiej strony krajobraz już bardziej europejski. Jest zielono, a dookoła murki i płotki zbudowane z kamieni jak gdzieś w Hiszpanii czy we Włoszech. Przed Safi jakieś przemysłowe tereny i duże zanieczyszczenie powietrza.

Trochę zaczynamy gonić bo jutro musimy być przy granicy gdzie czeka już na nas Irek. Hassan dostarczył jego i moto do hotelu jakieś 4 km od granicy. Załatwił też Irkowi kule. W Safi zatrzymujemy się na jedzenie. Bierzemy owoce morza i po zjedzeniu jedziemy dalej.

Chłopaki chcą jeszcze wjechać na plażę i pomoczyć trochę motocykle. Znajdują jakiś kawałek piachu i Rafał, Paweł i Wojtek coś tam próbują. Ja odpuszczam. Piach, szczególnie na plaży, to nie to po co przyjechałem.

W El-Jadida bierzemy jakiś 3* hotel za 250 pajaców za głowę mając nadzieję, że na ostatnią noc będzie w sam raz. Robimy jeszcze wieczorny spacer po mieście, jemy coś i idziemy spać. Tutaj czujemy się już jak w europie. Szerokie ulice, duże ronda, zabudowa portugalska. Zupełnie jak nie w afryce.

Wieczorem na medinie dużo się dzieje, można kupić kury (żywe), jaja, mięso, owoce, ubrania, elektronikę. Jednym słowem wszystko.

Trip ~300 km.

22/02/2011 - Wtorek

Noc była okropna. Ok. 5 rano wrócili “sąsiedzi” przez ścianę i zaczęli balować. Najpierw dyskoteka, później jakieś stukanko, jak zaczęli nawoływał na modlitwę (ok.5.45) to przestali i później znowu. Słychać było wszystko łącznie z klapsami. Nie to żebyśmy im żałowali (albo zazdrościli po ponad tygodniu celibatu), ale przed nami było ponad 500 km i jazda przez Casablankę. Chcieliśmy się trochę wyspać, a tu na koniec jakieś dzikie harce. O 6 poszli spać więc i my jeszcze godzinę snu złapaliśmy.

Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy po wstaniu nie próbowali im trochę uprzykrzyć życia więc rozmawialiśmy głośno, trochę im w ścianę popukaliśmy i chcieliśmy nawet włączyć TV na czas naszego śniadania, ale nasz telewizor pokazywał NIC Very Happy

Teraz nie było już kombinowania. Wskoczyliśmy na autostradę i 140 km/h dojechaliśmy do Casablanki. Tam zatankowaliśmy i jechaliśmy w kierunku meczetu Hassana II. Wspominałem już, że jazda po Marokańskich miastach nie należy do przyjemnych, ale już trochę się przyzwyczailiśmy do tego chaosu.

Kiedy staliśmy w korku na jakiejś głównej drodze to dwóch chłopaków ganiało się między samochodami. Wybiegli na przeciwległe pasy ruchu i jeden dostał “strzał” od grand taxi. Rozwalił kierunkowskaz i lusterko. Usiadł od razu na glebie, a jego kolega się cieszył i bił brawo . Jak wstał to zaczął z wyrzutem do taksówkarza coś mówić i sobie poszedł. Dobrze w Maroko mieć jakiś pancerny samochód. Policja była kawałek dalej, ale jakoś nie zainteresował ich ten incydent.

Jeżeli chodzi o policję to nie mieliśmy z nimi jakichś większych problemów. W drodze do Tetouan jeden zatrzymał samochód na rondzie żebyśmy mogli przejechać, w Al-Rachidii gość zatrzymał ruch jak we 2 nie zdążyliśmy przejechać na zielonym i kazał nam jechać. Pomogli ustalić jak możemy wywieźć moto z Maroka bez właściciela, zawracanie na ciągłej linii też za bardzo ich nie rusza jak i przejeżdżanie “po palcach” pieszym.

Był też przypadek kiedy Paweł chciał dowiedzieć się gdzie może bezpiecznie zostawić motocykl Irka na kilka miesięcy kiedy powiedzieli, że to nasz problem, ale ogólnie są przyjaźnie nastawieni.

Na kontrolach drogowych zatrzymali nas, a właściwie Wojtka tylko raz bo wyprzedzał tuż przed ich posterunkiem, ale prawie od razu go puścili. Kiedy już udało nam się dojechać pod meczet to zostawiliśmy motocykle pod okiem pilnowacza (10 pajaców od moto) i poszliśmy zwiedzać.

Zwiedzanie jest tylko z przewodnikiem, kosztuje 120 pajaców i trwa godzinę. Budynek jest nowy, budowa ukończona w 1993 roku. Może pomieścić 25 tyś. chłopa, a na placu przed z 80 tys. Minaret ma 210 m wysokości i jest najwyższy na świecie. Jest to również najwyższa budowla w Maroku.

Samo zwiedzanie to nic specjalnego. Oprowadzają i chwalą się, że mają wszystko najlepsze, że mają cedrowy rozsuwany dach, że ramy okien są z tytanu, że marmury są skądś tam, że pracowało nad tym meczetem XXX ludzi itd. W dodatku wybudowano go na sztucznej wyspie bo w Koranie jest napisane, że tron boga jest na wodzie, więc można sobie dopowiedzieć, że Hassan II uważa się za boga. Kosztował 800 mln dolarów, ale, jak powiedziała przewodniczka, 1/3 dał ze “swoich” pieniędzy sam król... jasne, ze swoich. Ile kosztował w rzeczywistości to nikt tak naprawdę nie wie, ale patrząc na biedę i głód w kraju to jest to 800 mln zmarnowane (wg. mojej, heretyckiej opinii). To nie ZEA gdzie kasa jest wszędzie. Tu ogólnie panuje bieda i ludzie nie mają z czego żyć.

Przed wyruszeniem zjedliśmy jeszcze po sandwiczu z miejscowej “budki” i w skwarze i upale ruszyliśmy w stronę autostrady na Rabat i Tanger. Przejazd przez miasto prawie już jak miejscowi Wink Udaje nam się wydostać, a na autostradzie masakra. Między Casablanką i Rabatem ogromy ruch, nie da się jechać szybko. Bardzo dużo ciężarówek i innych samochodów. Stoi też dużo policji na motocyklach (BMW K1300 GT chyba). Za Rabatem jest już autostrada płatna więc prawie pusta Smile Pogoda już się psuje. Są ciemne chmury i zastanawiamy się czy nie zacznie padać. Na szczęście nie zaczyna, ale jest już zdecydowanie zimniej. W Larache zjeżdżamy na drogę w kierunku Tetouan. Ostatnie góry i zakręty, droga bardzo fajna, pogoda trochę się poprawiła. Powoli zaczyna zmierzchać i do Tetouan dojeżdżamy już po ciemku. Znowu powolny przejazd przez miasto. Z naszymi szerokimi motocyklami ciężko się jeździ między samochodami więc stoimy w większości przypadków za nimi. Tyłki już nas bolą bo przejechane mamy prawie 500 km.

Do Fnidequ, gdzie jest Irek mamy jeszcze ze 30. Dojeżdżamy wieczorem. Zostawiamy motocykle “pod chmurką”, pod okiem miejscowych pilnowaczy i idziemy do hotelu.

Idziemy jeszcze coś zjeść i obmyślić plan przeprawienia się przez granicę. Plan jest taki, że rano bierzemy taksówkę, która zawiezie Irka pod granicę. My jedziemy za taksówką i później jedna osoba wraca taksówką po motocykl Irka. Następnie przepychamy metr po metrze wszystkie motocykle przez granicę i po stronie europejskiej taka sama operacja czyli taxi z Irkiem do portu, a my na moto i wracamy po jeden. W Algeciras Irek z Włodkiem zostają parę godzin w hotelu, a my we 4 jedziemy do Malagi, ładujemy nasze motocykle na samochód, Rafał i Wojtek wracają samochodem po Irka i motocykl i razem z nim, a Włodek za nimi jadą do Malagi gdzie my mieliśmy znaleźć hotel. W teorii wygląda to dobrze.

23/02/2011 - Środa

Wstajemy rano i od razu bierzemy się za operację “granica”. Nawet nie jemy śniadania. Prom mamy o 12.30 czasu GMT +1 więc dobrze by było zdążyć. Z taksówką nie ma problemu, do granicy docieramy wszyscy, czekamy na Pawła, który wrócił po moto. W międzyczasie podchodzą do nas “pomagacze”, ale my jesteśmy przygotowani, mamy wypełnione wszystkie papiery więc niepocieszeni mówią “good tourists” i dają nam spokój. Nie ma nachalności i narzucania się.

Jak przyjeżdża Paweł to podjeżdżamy obok kolejki samochodów pod bramę. Jakiś Hiszpan w busie widzi Irka o kulach i oferuje, że go przewiezie przez granicę. 2 osoby idą z naszymi paszportami i karteczkami do okienka po stemple, a później przychodzi celnik podpisać i podstemplować papiery od motocykli. Okazuje się, że Irek nie ma swoich, ale robimy zamieszanie i gość już nie wie ile jest motocykli, a ile papierków i każe nam iść. Wbijamy się przed busa i pchamy po 10-15 metrów motocykle. Trzeba się spieszyć bo miejscowi są niecierpliwi. Samochodów jest dużo. W większości zapakowane mężczyznami do granic wytrzymałości. Kobiety przechodzą przejściem pieszym, klatkami jak dla zwierząt w ubojni. Marokańska straż graniczna pałuje jakieś kobiety przed samą bramą, tłum gęstniej. Irek znajduje papier od moto więc Paweł biegnie do celnika po pieczątkę. Ten bez żadnych podejrzeń ją stempluje i przepychamy dalej.

Zaglądają nam do paszportów i możemy iść dalej. Po stronie EU sprawdzają nam paszporty i jesteśmy w Ceucie. Żadnego przeszukiwania bagażu, żadnych pytań, żadnego obwąchiwania przez psy. Po prostu wjechaliśmy i już. Podjeżdżamy na stację benzynową gdzie ja i Włodek zostajemy z motocyklem Pawła, a chłopaki jadą do portu. Załatwiają, że Irka na wózku zawiozą na pokład, a my na spokojnie załadujemy motocykle. Trochę czekamy bo granica poszła nad zwyczaj dobrze. Chcemy zjeść jakieś śniadanie, ale z Hiszpanem nie można się dogadać. Paweł dostaje kanapkę z serem, a ja zadowalam się kawą.

Wyjazd też spoko. Odstawiamy motocykl Irka do garażu hotelu Al-Mar i grzejemy do Malagi. Jest ciepło, nawet bardzo. Costa del Sol to fajne miejsce w lutym, w lipcu pewnie nie da się tu żyć. Ruch jest duży, jest sporo motocykli, droga super. Docieramy do celu, przebieramy się, ładujemy sprzęty na samochód i przyczepkę. Chłopaki mają przed sobą 150 km do Algeciras i 150 km z powrotem.

Chłopaki przyjeżdżają koło 21 czy 22. Żegnamy się bo chcą jeszcze przejechać ileś tam kilometrów. Idziemy spać. Jutro dzień bez motocykla

24/02/2011 - Czwartek

W końcu jakieś normalne śniadanie. Jajka sadzone, kiełbaski, płatki, sery, wędliny. O 13 z groszami mamy samolot. Z Włodkiem idziemy jeszcze na poranny spacer, w krótkich rękawach bo jest ciepło, ale niektórzy miejscowi chodzą w kurtkach, ba widziałem kobietę w rękawiczkach . dla nich normalnie zima. Przedmieścia Malagi jak wszędzie. Bloki, sklepy i salony samochodowe, nic specjalnego. O 11.30 bierzemy taxi na lotnisko. Tam już wózek i transport Irka do samolotu.

Startujemy nad morze śródziemne. Jest piękna pogoda, bezchmurne niebo, błękit dookoła. Od kilku dni zastanawiamy się po co wracamy do ujemnych temperatur.

Nad Zurichem już pogoda beznadziejna. Na ziemi śnieg, a w powietrzu szarówka. Czekamy godzinę na lot do W-wy. Na monitorze informacja, że w stolicy jest -8, na monitorze do Madrytu +19. Ehh... no ale trzeba wracać.

W Warszawie jesteśmy po 19. Jest zimno.

Przygoda skończona, motocykle jeszcze jadą, a w domu trzeba szykować im dobry serwis bo po tym co przeszły należy im się dobre SPA.

Fajnie jest w czasie zimowym wyjechać gdzieś gdzie jest ciepło. Naładować baterie na resztę zimy i miło spędzić czas.

Chłopakom dziękuję za super wyjazd i dobre towarzystwo, a mojemu DLowi za wytrwałość i dowiezienie mnie do celu mimo ran i niełatwych warunków jakie mu zafundowałem.