Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Polska » Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie na weekend

Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie na weekend (2011)

Autor: MaG

Sobota

Lato w tym roku nie rozpieszcza dobrą pogodą. Przynajmniej „dobrą” w rozumieniu potocznym bo być może ulewne deszcze, burze i zimne noce są dla kogoś dobrą pogodą np. dla wędkarzy, bo wiadomo, że jak pada to „ryba bierze”… Prognozy na pierwszy weekend sierpnia też były pełne trudnych słów typu burza, wichury, podtopienia i ulewy, ale po analizie modeli numerycznych na ICM wyszło mi, że wschodnia ściana powinna być pogodna do niedzieli wieczór. Czyli jedziemy na wschód, „tam musi być jakaś cywilizacja”… Popatrzyłem na mapę i rzuciło mi się w oczy miasto Włodawa. Przyznam szczerze, że nigdy w nim nie byłem, jedynym skojarzeniem w głowie było zdanie z piosenki SDM, które mi się po głowie kołatało:

„…z gitara i piórem kwietniowym wieczorem jedziemy Wojtku razem do Włodawy…”

Włodawa to wschodnie rubieże regionu zwanego Pojezierzem Łęczyńsko-Włodawskim, więc pogrzebałem w Internecie, znalazłem jakąś stronę z opisem głównych atrakcji regionu, które w opisie brzmiały naprawdę ciekawie, po czym ułożyłem trasę – jak zwykle z założeniem, że w miarę możliwości jedziemy jak najmniejszymi dróżkami asfaltowymi. W piątek wieczorem szybkie pakowanie i w sobotę po śniadaniu czyli ok. 10:00 wystartowaliśmy w kierunku Dęblina. Droga Nadwiślanką minęła szybko i bezproblemowo, po drodze jedynie postój w okolicach Wilgi, gdzie zbadaliśmy stan Wisły – trochę wody w niej płynęło

Po pobieżnej inspekcji budowli hydrotechnicznych zgodnie stwierdzamy, że powódź nam na razie nie grozi i jedziemy dalej. Po tankowaniu na Orlenie w Dęblinie kolejnym przystankiem „planowym” był Kock, a konkretnie pomnik bitwy pod Kockiem. W rejonie Kocka i Serokomli w dniach 2-5.X.1939 Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” pod dowództwem gen. Kleeberga z sukcesami walczyła z liczniejszymi niemieckimi dywizjami pancernymi. Pomimo zwycięskiej bitwy 5 października z powodu całkowitego braku amunicji generał wezwał żołnierzy do złożenia broni. Była to ostatnia bitwa kampanii wrześniowej 1939 roku. Na jej pamiątkę postanowiono pomnik generała Kleeberga oraz pamiątkową tablicę wyliczającą poszczególne oddziały w chodzące w skład SGO „Polesie”.

Z Kocka szybki przeskok do Łęcznej, gdzie przywitał nas stadion Górnika Łęczna. Według przewodnika miał się w niej zachować historyczny układ rynku, poza rynkiem atrakcjami turystycznymi są Kościół Św. Magdaleny oraz dwie Synagogi: Mała i Duża. Prawda jest taka, że przez rynek można przejechać nie zauważywszy go, bo nic ciekawego na nim nie ma, a kościół jak to kościół – ładne zdobienia wewnątrz, tradycyjna architektura z zewnątrz. Jednym słowem wrażenia ta Łęczna na nas nie zrobiła…

Lekko już wygłodniali skierowaliśmy się do kolejnego „punktu atrakcji turystycznej” czyli wsi Dratów, gdzie miała się znajdować cerkiew. Dojazd do niej najpierw po asfaltowych winkielkach, a potem po krótkiej ścieżce szutrowej był całkiem przyjemny. Cerkiew nie jest jakaś bardzo zabytkowa bo pochodzi z XIX wieku, ale jako, że to była nasza pierwsza cerkiew na tej wycieczce i przywołała trochę wspomnień z Rumunii to nam się nawet spodobała…

Teraz już naprawdę głodni, spragnieni i potrzebujący ruszyliśmy w kierunku Sosnowicy. Po chwili zatrzymaliśmy się na Bliskiej na hot-dogi i inne potrzeby. Jadąc dalej w kierunku Sosnowicy po prawej stronie mieliśmy Poleski Park Narodowy z licznymi jeziorami, do których co chwilę były zjazdy w prawo – niektóre miały charakter kąpielisk, większość była łowiskami. Wszystkie fajnie schowane pomiędzy lasami i łąkami. Mi osobiście bardziej podobały się te dzikie stawy, nie „słynne” jeziora z pomostami i plażami…

Nie ujechaliśmy daleko, gdy naszym oczom ukazał się szyld restauracji „Eskapada” (od kilkunastu km byliśmy bombardowani tą nazwą na kilku billboardach – widać zainwestowali w reklamę). Z czystym sumieniem mogę polecić – doskonale przyrządzony i podany pstrąg, niezgorszy sandacz, chociaż ceny nie są jakieś szczególnie niskie. Spędziliśmy tam ponad godzinę na jedzeniu, a w międzyczasie niebo się porządnie zachmurzyło i wszystkie znaki wskazywały, że zaraz lunie. Godzina była dość wczesana bo jakaś 16:30, ale ze względu na pogodę pomału zaczęliśmy myśleć nad znalezieniem sobie miejsca do spania gdzieś w okolicy jezior. Tymczasem dojechaliśmy do Sosnowicy, gdzie bez zsiadania z siodła obejrzeliśmy kompletnie zaniedbaną i opuszczoną cerkiew, a następnie naszym oczom ukazał się napis „Pensjonat Dwór Kościuszki”. Po szybkiej wymianie zdań z gospodynią postanowiliśmy w nim zanocować.

Oczywiście dworek nigdy nie należał do Kościuszki, ale wiąże się z nim ciekawa romantyczna historia. Dwudziestoletni wówczas Tadeusz będąc jeszcze w Szkole Kadetów gościł tu przez krótki czas i zakochał się w przyjeżdżającej do dworku Ludwice Sosnowskiej, córce posła, bogatego szlachcica z koneksjami na dworze królewskim. Uczucie to zostało odwzajemnione co nieszczególnie spodobało się ojcu, mającemu zupełnie inne plany wobec córki. Pan Sosnowski z właściwą tamtym czasom delikatnością najpierw wysłał córkę do klasztoru, a następnie porwał ją stamtąd i zawiózł prosto do majątku magnackiego rodu Lubomirskich, gdzie pod przymusem wydał ją za bodajże Jerzego Lubomirskiego. Po takiej gorzkiej rekuzie Kościuszko wyjechał z rozpaczy do Ameryki gdzie został bohaterem wojny secesyjnej. Czyli kolejny raz niespełniona miłość wyszła komuś na dobre. Co ciekawe uczucie Ludwiki i Tadeusza przerodziło się w dożywotnią przyjaźń – Ludwika dzięki koneksjom swojego męża załatwiała dla kuzynów i siostrzeńców Naczelnika etaty wojskowe, miejsce na dworze itd. Romantyczne?

Pogoda się nieco poprawiła, więc postanowiliśmy zostawić w pensjonacie graty i pojechać na lekko do Włodawy, do której było raptem 40km. Pustą drogą (może 3-4 auta minęliśmy) przez Lasy Sobiborskie dotarliśmy do miasta opisanego w przewodniku jako „miasto trzech kultur, w którym bogata historia zderza się ze spokojną atmosferą dzisiejszej rzeczywistości”. Teraz już wiem, co autor miał na myśli – historia jest ciekawa, przyroda otaczająca miasto też, ale same miasto nie ma naprawdę nic ciekawego do zaoferowania turyście, który chciałby zobaczyć cokolwiek więcej poza świątyniami trzech religii - kościół, cerkiew i synagoga to jedyne budynki warte obejrzenia. Rynek jest kompletnie nijaki, oszpecony PRL-owskimi budynkami, życie miasta też raczej toczy się na nowym osiedlu, centrum jest martwe. Opisany jako atrakcja zegar słoneczny na ścianie… hmm bloku z płyty (?) też nie urzeka… Na szczęście był otwarty market, więc zakupiliśmy lokalne specjały w postaci piw „Zwierzyniec” i zajrzeliśmy do cerkwi – ta była naprawdę ładna, szkoda, że w środku nie można robić zdjęć, ale i tak warto było zobaczyć zabytkowy ikonostas.

Za kilka miesięcy równie dobre wrażenie pewnie zrobi kościół katolicki, ale obecnie jest w remoncie, cały w rusztowaniach, więc obejrzeliśmy go tylko z siodła, szczególnie, że w kufrze był zimny towar, który wzywał, żeby się pospieszyć…

Niedziela

Niedzielny poranek przywitał nas słonecznym skwarem, więc po szybkim pakowaniu ruszyliśmy w dalszą trasę. Po niecałych 7 kilometrach zachwyciła nas we wsi Hola drewniana pomalowana na niebiesko cerkiew, wyglądająca już naprawdę jak te z Rumunii ...a tuż obok znajdował się niewielki ale urokliwy skansen. Niby wiele w nim nie było, bo jeden w pełni wyposażony dom (chata jest z początku XX wieku, a wyposażenie z lat 1901-1960), wiatrak, kuźnia i zabudowania gospodarcze z przydomową kapliczką, ale wszystko naprawdę utrzymane w fajnym klimacie.

Wstęp 6 PLN od osoby, więc tyle co dobre piwo. W zamian poza klimatycznymi eksponatami można bardzo miło po gawędzić z gospodarzem, który chętnie opowiada o okolicznych atrakcjach, a i siedzące pod chatką babcie przekupki wydały nam się jakby znajome… I znowu pustymi drogami przez piękne lasy dojechaliśmy do Adampola.

Tutaj w lekko zdewastowanym Pałacu Zamoyskich (jednym z kilkunastu, które miał ten magnacki ród) mieści się obecnie jakaś lecznica NFZ. Zwiedzać nie ma czego, a budynek sprawia wrażenie zaniedbanego i zniszczonego również od zewnątrz (wewnątrz nawet nie próbowaliśmy oglądać). Szkoda, że w zabytkowych wnętrzach robi się szpitale zamiast je odrestaurować i czerpać zyski z turystyki…

Było „dość” ciepło, więc wpadliśmy na genialny w naszym przekonaniu pomysł, żeby wpaść nad Jezioro Białe na szybkie przekopanie się przed drogą powrotną do domu. Do Okuninki dotarliśmy szybko, ale… jeszcze szybciej stamtąd uciekliśmy. Masakra!!! Skrzyżowanie nadmorskiego „kurortu” w stylu Władysławowa z wiejskim festynem – nawet nie zatrzymaliśmy motocykla na widok tego tłumu podpitych „wczasowiczów” szwendających się od baru do baru w rytm naparzającej z głośników pseudo muzyki. Nie urzekło mnie to Białe, raczej tam nie wrócę… Jeszcze postój na kawę i lody we Włodawie, gdzie Vstrom zadumał się nad drogą powrotną...

...a potem już szybki transfer do Warszawy lokalnymi dróżkami trasą Włodawa – Parczew – Radzyń Podlaski – Łuków – Żelechów – Maciejowice – Karczew. Fajna trasa bez wielkiego ruchu, tylko na kombajny i ciągniki trzeba było uważać… W sumie weekend spędziliśmy przyjemnie otoczeni piękną dziką przyrodą, chociaż sam region trochę mnie rozczarował jeśli chodzi o atrakcje turystyczne. Polecam wybrać się samemu!

Pełna trasa