Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Krym

Krym zdobyty (2009)

Autor: Biały

Dzień 1

Mieliśmy spotkać się poprzedniego dnia w Radomiu (4 moto) na grillu i wieczorku integracyjno-zapoznawczym aby nastepnego skoro świt o 5:00 wyjechać- niestety w drodze na punkt zborny ok 70km. od celu szlag trafia regulator napecia w Afryce co skutkuje spaleniem wszystkich żarówek, uszkodzeniem pompy paliwa i zagotowaniem aku; o ile kolega ma zapasowy regulator to niestety pompy już nie:-( Dociera dzieki pomocy znajomych bez pompy podłączony "na krótko" ok. 23:00- wszyscy juz są lekko zmeczeni napietą atmosferą oczekiwania. Gorączkowe telefony po znajomych i info, że bedzie pompa w serwisie ale czynne dopiero od 8:00. Rano wizyta w serwisie i jest pompa ale używana i "taka sobie"- nie ma gwarancji, że wytrzyma wyjazd a przydałaby się zapasowa- znowu tel. i okazuje się, że "znajomy znajomego" ma i może pożyczyć- niestety po przybyciu do tegoż okazuje się, że jednak nie ma- trudno, Afryka pojedzie bez zapasu- zajmuje to wszystko 4h. Jest 13:30 Uff W końcu ruszamy- Jednak pech kolegi z Afryki nie opuszcza- Krasnystaw i spotkanie z nieoznakowaną Vectrą kończy sie na 400zł i 10pkt.

Oby jak najszybciej wyjechać z tego kraju... 5km przed przejściem granicznym jemy ostatni polski obiadek i zgarniamy ostatniego uczestnika wycieczki Maćka (GS-1150) po czym ruszamy na Hrebenne. Kolejka na przejściu jak zwykle ale niewielka, bo już wieczór i "mrówkom" powoli kończy sie dzień pracy, mimo to przeciskamy się na poczatek kolejki- katamaraniarze nie protestuja- bierzemy kwity do wypełnienia- karte emigracyjna i dowód wwozu motocykla po czym czujnie wypełniamy kto my, dokad jedziemy i po co- trzeba wpisać dokładny adres docelowy- celnik radzi nam wpisać miasto Jałta i hotel Jałta na ul. Lenina choć sam nie jest pewien czy taki istnieje ale twierdzi,że najprawdopodobniej tak. Jeszcze trzeba te kwity podstemplować w 2 różnych okienkach- tam pytania: po co jedziemy, na jak długo, ile mamy kasy, czy mamy broń i tabletki (narkotyki)- po takim przesłuchaniu mozemy jechać. Zajmuje nam to ponad 1 godz.

Zaraz za przejsciem trzeba uważać bo jest ograniczenie do 50km/h i potrafia stać z radarem. Zatrzymujemy się zaraz za granicą coby zakupic ichnią walute- jak się okazuje kurs jest bdb- 1HR=36gr, panie w kantorze są szczęśliwe, że tacy kl. się trafili na koniec dnia- każdy wymienia po ok. 1 tys. zł; dostajemy jeszcze gratis naklejki UA oraz namiary na motel w Rawie Ruskiej bo tymczasem zrobiło się ciemno a jazda po ichnich drogach w nocy to zbyt duże ryzyko. Drogi robią się z każdym km coraz bardziej dziurawe.

Hotel Ararat okazuje się sympatyczny i b.tani: 130HR/2os. (pokój z dużym łożem+salon z kanapą)- warunki bdb. Motocykle zamykamy w przyległym warsztacie- 30HR za wszystkie. Udajemy się na degustacje Obołona.

Dzień 2

Planujemy jechać trasą: Lwów-Chmielnicki-Winnica-Umań-Pierwomańsk-Mikolajew-Kerson-Krasnopierekopsk (tu już zaczyna się Republika Krymska). Ruszamy- drogi duzo gorsze niz u nas- dużo dziur i nierównosci- najgorsza jest na obwodnicy Ternopila- dziury jak cholera-nie chce mysleć co by się mogło stać jadac tedy nocą. Sztormiak dzielnie sobie radzi ale i tak tyłki bolą i co ok. 100-150km musimy robic postoje.

Na drogach pełno milicji najcześciej w starych Ładach, w miastach na rondach czesto stoja z długą bronia. Pierwsze spotkanie z milicja- zatrzymuja nas w jakims miasteczku jest ich 4 lub 5- twierdzą, że 2 moto przejechały na czerwonym (oczywiście nieprawda), 3 pojechał na wprost z pasa do skretu w lewo a czwarty (akurat ja) złamał blizej nieokreślone przepisy- 5 moto jechał daleko za nami wiec go nie zatrzymali.

Oczywiście najpierw zabierają dokumenty więc zatrzymany jest na straconej pozycji- ja mówię, że żadnych przepisów nie złamałem a ten swoje "dlaczego łamiemy przepisy" wiec pytam jaki przepis złamałem- w końcu gość widzi, że nic ode mnie nie wyciągnie wiec oddaje mi dokumenty. Niestety 3 pozostałe moto płacą: 2x20 dolarów i 1x25 w sumie za nic...to duuużo wiecej niż słyszeliśmy...W miedzyczasie widzimy jak zatrzymują auta na czeskich i włoskich rej.- już wiemy, że jak ktoś jest z zachodu to bedzie często się z nimi spotykał...

Dojeżdżamy do Umania już niezatrzymywani ale milicji jest pełno i często do nas mierzą z radarów- decydujemy się wjechać na autostrade i odbić na Odesse- fotoradary z obsadą stoją co kilka km czesto na pasie rozdzielającym jezdnie- milicyjne wozy nie wyróżniają się z otoczenia wiec jak je zauważysz to już nie ma szans na zahamowanie- nasze oczy jednak lustrują pobocze w nadziei, że wypatrzą w porę wroga...

Zapada powoli wieczór a my jedziemy autostrada i po drodze nie ma żadnych moteli- w końcu zapada noc- zatrzymujemy się na stacji benzynowej- tu jest zjazd do jakiegoś miasteczka, pytamy o nocleg i lipa- jedni twierdza, że bedzie hotel za 40km inni, że za 100 w końcu jade zapytac milicjantów, ktorzy na 3 auta maja chyba wieczorną odprawę- mówią, że w miasteczku jest jakiś pensjonat gzie można zanocować- dowódca każe 2 milicjantom nas zaprowadzić, bo sami nie trafimy- jedziemy ok 3-4km za Ładą i jest; dajemy milicjantom na piwo 20HR- biorą nie krepując się wcale.

Pensjonat okazuje się jakimś zagrzybiałym popegeerowskim barakiem- wita nas skośnooka tatarska starsza pani. Cena 80HR/1os.+brak parkingu w podejrzanej okolicy powoduje, że nie zostajemy i decydujemy się jechać dalej na Odesse. Po jakichść 40 km znowu zatrzymujemy się przy patrolu milicji- tłumacza nam, że za jakieś 30km (425km autostrady) bedzie fajny motel z Harleyem- jedziemy; po drodze kolega gubi wieko od aluminiowego kufra- 2 moto decydują się wrócić- okazuje się, że nie zapiął go i leżało niedaleko od miejsca postoju patrolu milicji- trochę się porysował przy upadku ale jest.

Pozostali w tym czasie dojeżdżają do motelu E95 - jest 23:00. Robimy tego dnia 700km.

Motel wyglada super, niestety cena 495HR/pok. 2os. ze śniadaniem. Trudno- bierzemy. Standard super- sauna, basen, korty tenisowe- niestety jest zbyt późno żeby skorzystać z tych dobrodziejstw- najchetniej zostalibyśmy tu dłużej; warto byłoby tam wrócić.

Śniadanko wypasione jemy w restauracji z nie mniej wypasionym barkiem - że też wczoraj tu nie zajrzeliśmy.

Dzień 3

Ruszamy i tym razem bez żadnych przygód mija nam połowa dnia- dolatujemy do Odessy i stad juz kierujemy się na Mikołajew i Kerson- zaczyna się robić gorąco, przy drogach zaczynaja się pojawiać owocki- znak, że Krym już niedaleko. Zatrzymujemy się przy drodze na degustacje arbuzów (nigdy nie jadłem tak słodkiego), winogron i brzoskwiń. Ceny śmiesznie niskie- 1,5HR/kg arbuza, 10HR winogrona. Dobrze, że Maciek zabrał scyzoryk do krojenia arbuzów.

Niestety żeby nie było zbyt pieknie zaczyna padać deszcz- ubieramy kondony i dalej już do końca dnia ich nie zdejmiemy. Dojeżdżamy w końcu do granicy Krymu- teraz nie ma tam już granicy jednak zwalniamy ale jakiś koleś (pogranicznik?) w odblaskowej kamizelce macha nam żeby jechac dalej. Odbijamy z głownej drogi na zachód w kierunku półwyspu Tarchankut-planujemy dojechać do miejscowości Cziernomorskoje w okolicach której sa ponoc najpiekniejsze białe klify wysokie na 50-60m.

Zaczyna zmierzchać i dochodzimy do wniosku, że nie damy rady dojechać na miejsce- zaczynamy szukac noclegu- nic po drodze nie ma, odbijamy w stronę morza- sa znaki na noclegi w miejscowości Portowoje.

Dojeżdżamy, wioska nadmorska, sa jakieś niby pensjonaty ale wszedzie warunki "takie sobie" tzn. pamietaja głęboka komune i lekko zatęchłe- często na kilkanaście pokoi, jeden prysznic na zewnatrz+kibelek typu "skocznia"- później sie okaże, że to taka norma na Krymie; cena 70HR/os!

Znajdujemy w końcu jakiś w miarę nowy pensjonat- w kazdym pokoju jest łazienka a w dodatku tanio (40HR/os.) i można zaparkować motocykle na dziedzińcu. Śmierdzi z odpływu prysznica szambem- chyba nie zamontowali syfonów- nie odważymy się wziąć prysznica, wyciągamy śpiworki- nie mamy odwagi spać pod kocami, które tam były (pościeli brak a jest tylko prześcieradlo- też taka norma bo generalnie jest ciepło).

Zamawiamy kolacje- nawet smacznie zjadamy i zawołani przez jednego z wczasowiczów dosiadamy się do niego do stolika, przy którym już kończy sam flaszke 1,7L Nemiroffa- za chwilę pojawia sie właściciel i przynosi następna pełną 1,7L- to prezent od niego dla nas- zaczyna się integracja.

Jegomość od stołu to Oleg- jest komornikiem z Chmielnickiego- ze 130kg żywej wagi (pierwszy plan na fotce ponizej- jak widać fach do postury odpowiedni) po chwili pojawia się Wołodia- prawnik, kolega Olega- ten jest szczupły i wysportowany- b. ciekawy człowiek, podróżuje po świecie- był w Stanach, Mexyku i wielu krajach Ameryki południowej.

Dowiadujemy się, że Milicja kasuje od Ukraińców za wykroczenia łapówki w wysokości 30HR, od Polaków 100HR zaś innych z zachodu nawet 100 dolarów!!!

Integracja z tubylcami trwa do późna- toasty są długie, "peka" jeszcz kilka flaszek.

Dzień 4

Rano tzn. ok. 11:00 w końcu się budzimy ale wszyscy słyszą "tupot białych myszek", na szczeście są fajne koty, które je przeganiaja. Jakoś dochodzimy powoli do siebie.

Do tej pory kotów nie lubiłem ale na Ukrainie jest ich wszedzie pełno i trzeba przyznać, że są naprawde ładne- jeden nawet chciał się nauczyć jeździć Sztormiakiem.

Przy kwaterze wystawiamy na słońce nasze przemoknięte ciuchy- kałuża w tle to Zatoka Karkinicka; podłoże jest gliniaste wiec motocykle są lekko ubłocone.

Zjadamy śniadanko- pielnieni(pierożki) z miesem i śmietaną i ruszamy ok. 13:00 dalej w poszukiwaniu klifów- niestety ciągle od czasu do czasu pada. Dojeżdżamy w końcu do Cziernomorskoje ale dowiadujemy się, że nie damy radę tam dojechać na moto- ziemia to taka glina, która pod wpływem deszczu rozmiękła i nawet samochodami nie idzie tego przejechac- do klifów jest jakieś 5km wiec rezygnujemy z tak długiego spaceru- trudno obejrzymy je nastepnym razem.

Po drodze przypadkiem zbaczamy do portu- droga się kończy i musimy wrócić- robimy pamiątkową fotkę. A nastepnie odbijamy na Simferopol- dojeżdżamy do miasta i juz znowu wieczór- szukamy hotelu w mieście bo po drodze nic nie było- znajdujemy 4 gwiazdkowy, bo tylko w tym są miejsca- cena 550HR/2os. masakra ale bierzemy- trzeba się domyć po poprzednim dniu.

Motocykle zostaja na noc zamknięte w myjni na przyległej do hotelu stacji benzynowej. Sniadanie jak na 4 gwiazdki marne- jakieś 4 zestawy z czego 2 w ogóle nie ma- nic dziwnego, oprócz nas jest chyba tylko 4 innych gości.

Dzień 5

Ruszamy dalej- po drodze mijamy miasteczka z wiecznie żywym wodzem. I jesteśmy w końcu na czarnomorskiej magistrali.

Dojeżdżamy na Morze Czarne- żeby nie tłoczyć się na plażach i w miastach gdzie podobno trudno o znośne kwatery decydujemy się odjechac ok. 20km od Ałuszty nawschód, gdzie jest spokojniej i zanocowac nad morzem na kempingu- niestety na żadnym nie ma toalet i pryszniców a wszystkie na słońcu- bylibyśmy jak na patelni z naszymi namiotami.

OK poszukamy kwater w jakiejś wiosce- dojeżdżamy do Sołnecznogorskoje- taka turystyczna- są kwatery ale niestety w większości ich standard poniżej krytyki- klaustrofobiczne pokoiki z 2,3 lub 4 tapczanikami(dla mnie masakra- skojarzył mi się z internatem lub celą) a toalety najczęściej na zewnątrz- nie tego oczekujemy na wczasach ale cóż u nich większość gości to Rosjanie a ci chyba nie mają zbyt dużych wymagań. Owszem są super apartamenty ale ceny też super wysokie 500HR/2os. przy cenach za te nedzne ok. 50-70HR/os. Grupa postanawia sie rozdzielić i szukać dalej- część zostaje w Sołnecznogorskoje, ja z moim plecaczkiem jedziemy dalej- ok. 7km dalej trafiamy na kolejną wypoczynkową wioskę Rybacie- znajdujemy pensjonat z super warunkami: duży pokój z klima, TV i lodówką za 110HR/os. Na dole jest stołówka, gdzie potem sie okaże podają smaczne dania ukraińskie oraz bar- tego nam trzeba Very Happy

Postanawiamy zostać i dojeżdżać do pozostałych, bo Ci się już też zainstalowali w jakiejś kwaterze nie czekając na nas.

Pierwsza kąpiel w morzu- woda super ciepła i czysta- plaże nie za bardzo- śmietnika na plaży to ze świeca szukać ale to też standard.

Mijamy V-stroma na blachach UA oraz jakiegoś cruisera z Czech i jeszcze ze 3 moto z Rosjii. Jest gorąco.

Postanawiamy zostać w tym miejscu 3 dni i robić wypady po okolicy- droga do Jałty taka kreta, że później bedziemy już żygać na samą myśl o winklach; oponki elegancko poprzycierane i zamknięte- asfalt dość dobry- nie ma dziur za to sporo pofałdowań, nawierzchnia strasznie szorstka- przyspiesza zużywanie się opon- teraz wiem, że te fabryczne Bridgestony to na klimat gorący się jak najbardziej nadaja- na polski niestety nie...

Dzień 6

Robimy wycieczkę "w Bakczysaraj"- droga T0117 z Jałty do Bakczysaraju wiedzie przez góry i jest super kreta także znowu zamykamy oponki- widoki niesamowite jednak na samej górze wjeżdżamy w chmury.

Po drodze mamy skalne miasto Mangup-Kale z wykutymi przed wiekami izbami mieszkalnymi, gdzie jeszcze do niedawna chronili sie ludzie stroniac od wpływów cywilizacji- postanawiamy go zwiedzić.

Miasto pochodzi z VI-VIIw.; w 1475r. zdobyli je Turcy. Ostatni rdzenni mieszkańcy Karaimi przebywali tam jeszcze ok. 200 temu.

Próbujemy dojechać do niego na moto wyschnietym strumieniem- niestety 3 z 4 moto zaliczają "glebę" więc rezygnujemy z wiazdu ale nie ma lekko- nie dajemy zza wygraną i ekipy z 2 moto postanawiają dojść pieszo.

Niestety brak oznakowania szlaku powoduje, że zbaczamy ze ścieżki i idziemy jakąś nieoznakowaną, która po chwili zarasta- strasznie stromo, mokro i jesteśmy wykończeni- nikogo po drodze nie widac ale mamy nadzieję dojść na szczyt- w końcu po 2godz. sie udaje.

Przybywamy do dawnej stolicy Chanów Krymskich- zanabywamy bilety i zwiedzamy- eksponaty i pomieszczenia mimo wysokiej ceny biletu nie są tak ładnie odnowione jak u nas lub na zachodzie- włączając w to płyty na dziedzińcu wymagają dokładniejszej renowacji- jak dla mnie "szału nie robią" choć jest to coś innego- można zobaczyć. W poszczególnych pokojach są eksponaty, stroje i makiety zawodów z tamtej epoki.

Trafiamy na ogólnokrajowe eliminacje konkursu jakiejś piosenki. Pełno ludzi i ekipa telewizji- oczywiście państwowej. W pewnym momencie słyszymy po polsku: "gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, gdzie te chłoooopy..." Polskiej flagi jednak nie było.

Zbaczywszy to wyjeżdżamy z Bakczysaraju płacąc wcześniej haracz parkingowym- oczywiście byli skłonni do negocjacji ale i tak parkowanie chyba jedno z najdroższych w Europie...

Planujemy jeszcze odwiedzić kolejne skalne miasto Chufut-Kale i klasztor w skale ale dowiadujemy sie, że jest już za późno i nas nie wpuszcza wiec udajemy się do knajpki gdzie można siedzieć po turecku(bez butów)

Gdzie próbujemy coś zjeść- tzn. inni jedzą a ja jedynie próbuje, bo baranina z grilla była chyba ze 100-letniego Tryka. Wracamy z powrotem na kwatery- jest już ciemno.

Dzień 7

Wraz z zapoznaną wcześniejszego wieczora przez ekipę ze Sołnecznogorskoje (na wieczornych tańcach) ukrainką Galiną jedziemy do Jałty- planujemy wjechać kolejka na górę Aj-Petri.

Jednak znalezienie dolnej stacji kolejki nie jest takie proste, bo każdy zapytany kieruje nas w innym kierunku- potem się okazało, że na samą górę Aj-Petri (1234m.n.p) można także dojechać drogą stąd ta rozbieżność...

W końcu po godz. docieramy do dolnej stacji i pakujemy się w wagoniki (podobne do naszych starych na Kasprowy) i jedziemy w górę

Po drodze jest jedna stacja przesiadkowa "Sosnowy Bór", a od niej już nie ma żadnych słupów podporowych- do górnej stacji wagonik wisi tylko na linie.

widoki po drodze sa oczywiście niesamowite ale z góry jeszcze ładniejsze. Nie jest to jednak już szczyt- trzeba jeszcze przejść "na glanach" kilkaset metrów wśród straganów i nagabujących sprzedawców.

W końcu jesteśmy na szczycie i niespodzainka...."nasi tu byli".

Na Ukrainie jest taki zwyczaj- przywiązujesz w pieknym miejscu wstążkę i wypowiadasz życzenie a ono się spełnia a jak nie ma wstążki to nada się....reklamóweczka, woreczek foliowy itp.

Zjeżdżamy kolejką i udajemy się pieszo do odległego o kilkaset metrów pałacu Woroncowa w Ałupce(miasteczko powstało ok. X w.n.e od 1475r do 1783 było we władaniu Tureckim- potem przeszło w rece rosyjskie).

Woroncow został mianowany generałem-gubernatorem kraju Noworosyjskiego i w 1823 roku przybył na Krym a w Ałupce nad samym morzem postanowił zbudować pałac w stylu angielskim.

Wracajac z Ałupki wstępujemy obejrzeć słynną fanaberię niemieckiego przemysłowca- Jaskółcze Gniazdo czyli zameczek w stylu rycerskim zbudowany w 1912r.

Właścicielowi szybko się on jednak znudził i się go pozbył a teraz jest tam restauracja (koszmarnie droga). Zamiast iść do niego z parkingu ok. 1km dojechaliśmy przez sanatorium Dniepr do samegó podnóża zamku- oczywiscie za słoną opłatą o pracowników, którzy w ten sposób sobie dorabiaja do pensji- ze 100HR za 1 moto po targach stanęło na 100HR za 3 moto- zameczek jak zameczek ale dobrze spełnia role jako tło.

Drzewko życzeń tym razem jest profesjonalnie przybrane we wstążeczki po 2HR/szt. (moim życzeniem było aby pojawiły się u nich w miejscach publicznych śmietniki)

Wracając zajeżdżamy do Liwadii- jest tam dom Potockich, który w 1860r przeszedł w posiadanie rodziny carskiej i został przekształcony w pałac

Zasłynął z tego, że w 1945r. ówcześni możni tego świata zebrali się na Konferencji nazwanej później Jałtańską gdzie podzielili miedzy siebie wpływy a w wyniku tego Polska trafiła z "deszczu pod rynne". Niestety jesteśmy za późno i pałac już zamkniety- zwiedzamy wiec tylko ogród wokół.

Dzień 8

Postanawiamy przenieść się dalej na Wschód i poplażować "niemnożka". Fotografujemy b. ładną cerkiewkę znajdującą się koło naszej miejscowośći, którą mijaliśmy parokrotnie oraz widoki na morze jakie mieliśmy.

I jedziemy w stronę następnego punktu zwiedzania czyli Sudaku szukać miejsca dobrego do rozbicie namiotów nad samym morzem i plażowania tam coby troche odpocząć (jest to dozwolone i powszechnie praktykowane).

2 moto ruszają pierwsze na poszukiwania miejscówki- reszta jak się wyśpi i zbierze wkrótce dołączy. Aż kilka km za Sudakiem znajdują nam miejscówkę.

Jest tu prawie wszystko co nam potrzeba czyli plaża z miejscem na namioty i dostępem do morza, "parking" dla moto, bar, knajpki, kibelek typu "skocznia" w zbitym napędce z płyt "karmiku" dla much.

Nie ma co prawda prysznica no ale nie mozna mieć wszystkiego...w końcu to Ukraina...

Wkrótce tam wrócimy a tymczasem postanawiamy zwiedzić Sudak a w nim słynna twierdzę genueńską u podnóża której nasi koledzy ze straży przedniej juz się posilaja w Bajker Pubie po zdobyciu twierdzy.

Zostawiamy moto przed pubem- ciuchy i kaski za barem i ruszamy na zwiedzanie.

Twierdza Genueńska to rekonstrukcja wzniesionej na wzgórzu w XIVw. przez konsulów genueńskich budowli na planie trójkąta. Otacza ja mur długości 2km i grubości 6-8m, całość zajmuje ok. 30ha.W murach co jakiś czas są umiejscowione wieże, gdzie obecnie sa wystawy tematyczne z eksponatami z wykopalisk a na zewnątrz narzędzia tortur, dawnych strojów, w których można sie tez obfocić itp.

Żeby dojść do górnej części zamku trzeba sie trochę wysilić zwłaszcza w upał (koniecznie zabrać wodę)- niestety my nie daliśmy rady bo było samo południe- podobno można tam wynajmować pokoje i normalnie mieszkać. (relacja poznanej w pubie Rosjanki, która tam nocowała w czasie urlopu- mam nadzieję, że dobrze zrozumiałem). Z góry są takie widoki na plażę.

Schodzimy z góry i idziemy do Bajker Pubu znajdującego się przy plaży niedaleko od głównej bramy do twierdzy. Jest on b.ciekawie urządzonym i przyjaznym dla motocyklistów miejscem ze świetnią kuchnią i miłą obsługa. Ceny nieco wyższe niż w innych knajpkach ale super atmosfera a motocykliści dostaja 20% zniżki na jadło i napitek Very Happy a odbywa sie to na zasadzie pokazania dowodu rejestracyjnego, który kelner zabiera i znika z nim za barem i nie ma go 8-10 min. a potem wraca i oddaje dowód (śmialiśmy się, że pewnie go kopiują) i tak przy każdym rachunku.

Jeszcze tu wrócimy (nie raz) a tymczasem postanawiamy w znalezionej za miastem miejscówce rozbić nasze domki, Konie trafiają do stajni pod górką i obóz gotowy.

Dzień 9

Następny dzień lajtowy - dziewczyny zostają się smażyć na plazy a reszta jedzie trochę zwiedzić okolicę i poendurzyć po górkach (wcześniejsza gleba dodaje mi odwagi i juz poczynam sobie całkiem śmiało- tutaj z drugiej strony obiektywu). Przypadkiem ale chyba wiedzeni jakimś "nadludzkim" instynktem trafiamy do wioski Słoneczna Dolina, gdzie mieści sie ciekawa fabryczka.

Produkuje się tu m.in. słynne wina "Czarny Doktor" i "Czarny Pułkownik"- nie marnujemy takiej okazji i robimy zapas różnych winek ale w większości tych lanych "z kija" w butelki, przeznaczone na konsumpcję wieczorem, bo markowe są dośc drogie a i ciężko bedzie je dowieźć w obładowanych moto.

Zaopatrzeni wracamy do obozu, byczymy się kosztując winka. Wieczorem udajemy się do wczesniej wspomnianego Bajker Pubu, gdzie wieczorami codziennie o 22:00 odbywają się koncerty. Integracja z rosyjskimi bajkerami powoduje, że jeden z kolegów zostaje do rana...(pub jest otwart non-stop i gdyby ktoś z bajkerów miał problem z noclegiem to spokojnie może tam zostać i spać przy tureckim stole)

Dzień...

Ponieważ szkoda nam czasu na byczenie postanawiamy zwinąć obóz i jechac dalej na wschód do Szolkino, gdzie mieści się niedokończona elektrownia atomowa (Atomelektrostancja) a następnie przejechać "Arbatską Striełkę" czyli mierzeję między morzem Azowskim a Zatoka Siwasz- i dopiero tam nad M. Azowskim po zwiedzeniu tychże poleżeć i odpocząć (ja także planowałem popływać na Windsurfingu, bo słyszałem, że jest to wymarzone miejsce dla windsurferów). Docieramy do elektrowni, która znajdujemy bez trudu.

Postanawiamy ją zwiedzić- niestety na drodze stają nam poszukiwacze złomu, którzy twierdzą, że nie możemy tam wejść chyba, że zapłacimy im po 50HR od osoby to wtedy nas oprowadzą- okazuje się, że dyskusja odnośnie własności i prawa nie ma sensu ponieważ pan "cieć" twierdzi, że milicja może mu na hoj naskoczyć a jak nie zapłacimy to "nado nam uchadzic iz teritorii"- w obliczu takixh argumentów rezygnujemy- tylko 2 os. z ekipy decyduja się zapłacić haracz. Wybudowana za 1mld. dolarów i ukończona w 90% elektrownia(brakowało tylko materiału rozszczepialnego w reaktorze) po wybuchu w Czarnobylu na skutek protestów ludności nie została uruchomiona a obecnie to kupa betonowych płyt i złomu, który szabrują miejscowi.

Po tej wizycie jedziemy dalej w poszukiwaniu jakiejś miejscówki na obóz- udajemy się wiec nieopodal do miasteczka specjalnie wybudowanego dla budowniczych a później pracowników elektrowni- Szolkino. Jest to najnowszy twór epoki komunizmu- miasto nie ma nazw ulic, jest zbudowane na planie koła i są tylko nr. bloków- obecnie bloki to obraz nędzy i rozpaczy- powybijane szyby lub poutykane okna folia srebrną lub jakimiś szmatami; w mieście prawie nie widać mieszkańców a jedynie na targu przy tutejszym PKS-ie pojedyncze osoby.

Zardzewiałe, siatki i urządzenia na placach zabaw tworzą przygnębiającą atmosferę- miasteczko spokojnie mogłoby grać w filmach Alfreda Hitchcocka- prawie nie widac tu mieszkańców ...tylko te koszmarne bloki z wielkiej płyty(na domiar złego kończą się nam baterie w aparacie).

Z ciekawostek to aż 40% z 16 tys. mieszkańców zasiedlonych tutaj niegdyś miało wyższe wykształcenie techniczne- były to kadry dla powstającej tutaj elektrowni; obecnie nie wiadomo ile osób tam mieszka ale wg. nas mało i tylko w sezonie urlopowym , ponieważ jak my byliśmy to może tylko ze 3 tabliczki z napisem "żilje" czyli kwatery widzieliśmy...

Zwijamy się stąd czym prędzej i jedziemy nad morze- strasznie nad nim wieje i co jakiś czas spotykamy auta ze sprzętem do windsurfingu- cieszę się, że chociaż sobie popływam- jak okazuje się zbyt wcześnie... Po dotarciu nad morze spotykamy tutejszego bajkera na Dnieprze- pozwala nam się w nim obfocić.

Ten wyremontowany Dniepr jest wart na ukrainie 1tys. dolarów; dowiadujemy się, że takie w stanie do remontu można kupić za 300-500 dolarów.

Bajker zasmuca mnie informacją, że mimo śweitnych warunków do windsurfingu szkółki(a właściwie 1) działa tutaj tylko w wakacje a po tym okresie wszyscy przyjeżdżają z własnym sprzętem wiec nie ma możliwości wypożyczenia czegokolwiek we wrześniu. Wobec takiego stanu rzeczy postanawiamy tu nie zostawać tylko jechac na Arbatską Striełkę.

Na tej mierzei piekielnie wieje- jazda do niej i po niej to ciągła walka z kierą i kontrowanie po których będę miał potem przez kilka dni zakwasy w ramionach.

Droga po mierzei to początkowo tłuczeń a potem piasek z drobinek muszli więc nasze plecaczki oraz część ekipy nie chcą przez nią jechać na północ (ok. 90km taka nawierzchnią) bo strasznie wieje i rzuca- w związku z tym ja na Sztormie i Leszek na Afryce postanawiamy przejechać kawałek i polatać po niej po czym wrócić do zostawionych na mierzei- pokonujemy tak ok. 10 km. ale widzimy, że krajobraz się nie zmienia.

Postanawiamy wracać do pozostałych. Naradzamy się w międzyczasie co robić dalej spożywając "obiadek" przed lokalnym sklepem gdzie dopiero tak naprawdę widać poziom życia i cywilizacji na Ukrainie.

Ludzie widać, że są zdumieni, tym iż dajemy wychudzonym psom błąkającym się wokół sklepu kanapki posmarowane pasztetem, który nam został z "obiadu".

Postanawiamy wracać powoli do Polski, bo "wszędzie dobrze ale w domu najlepiej"...Rozdzielamy się na 2 ekipy, bo jedna chce juz wracać a druga postanawia zaliczyc jeszcze polskie Bieszczady i odbić na południe.

Ja jako jeden z 3 osób na 2 moto wracamy już, bo kończy się urlop i uznajemy, że jak na jeden wyjazd atrakcji już nam wystarczy... Po drodze jeszcze milicja nas zatrzymuje za podobno przekroczenie linii ciągłej, które potrafia ciągnąć się przez np. 5km mimo, że droga jest prosta to na takim odcinku jest zakaz wyprzedzania- kosztuje nas to po 10 Dolców od motocykla.

Nocujemy pierwszego dnia drogi powrotnej w sympatycznym i czystym motelu jakieś 40 km przed Kerson. Spotykamy w nim Polaków w aucie, którzy twierdą, że na 3 próby zatrzymania ich przez milicję tylko 1 raz się zatrzymaili i nic nie zapłacili...

2 dzień powrotu przebiega spokojnie- tylko jeden raz milicja nas na radar w zabudowanym namierza- pechowiec z Afryki tym razem już nawet nie pokazuje im dokumentów tylko daje 10 Dolców a na pytanie milicjanta "a co masz dla mojego kolegi" odpowiada: "podzielcie się" pokazując wymowny gest darcia 10-cio dolarówki- puszczaja nas i już dalej jedziemy spokojnie do wieczora kiedy znowu nas milicja zatrzymuje- na pytanie co zrobilismy odpowiadają, że przekroczyliśmy linię ciągła o czym poinformowali ich tel. koledzy z patrolu. Tym razem ich wyśmiewamy a oni oddają nam dokumenty jakby speszeni naszą postawą i pozwalają jechac dalej...jest juz jednak ciemno więc się zatrzymujemy w hotelu (ok. 1km. od trasy w okolicach Chmielnickiego) i spędzamy ostatnią noc na Ukrainie; w fajnym hotelu z ciekawymi widokami na jezioro i cerkiew gdzie zjadamy pyszną kolacje i idziemy spać (niektórzy zmęczeni zasypiają w "opakowaniu")

Ostatni dzień powrotu przebiega nam już bez zakłóceń tylko na granicy oczywiście kolejka na ok. 1km jednak przeciskamy sie na początek- nikt nie protestuje nawet Ukraińscy pogranicznicy podpowiadają jak załatwić, żeby nas wcześniej obsłużyli, mimo, że jest jakaś przerwa. Udaje nam się to, jednak po stronie polskiej 2 razy nas sprawdzają (służba celna i straż graniczna) z wnikaniem, czy przypadkiem nie wieziemy broni i nie wiadomo jeszcze czego- okazuje się jednak, ze robia to i tak "na pokaz" bo kamery wszystko obserwuja a my mając troszkę więcej towaów "zakazanych" zakupionych w sklepie przed granicą przejeżdżamy bez problemów Cool

Podsumowując- Ukraina to fajny i ciekawy kraj jednak jeszcze daleko mu do cywilizacji zachodniej włączając w to podejście władzy do człowieka, kasjerek w muzeach , które proponują np. bilet "na lewo" za pół ceny, samozwańczych "parkingowych", którzy pojawiaja sie wszędzie gdzie jest coś ciekawego do zobaczenia, brak jakiechkolwiek śmietników, oznakowań tras turystycznych, kempingów z infrastrukturą itd..

Ludzię w większości są przyjaźni choć zdarzały się przypadki ewidentnej wrogości np. kiedy obtrąbił nas gość na stacji benzynowej za to, że blokujemy dystrybutor do którego podjechał, mimo, że obok był wolny..

Motocyklistów jest mało (prawie sie nie spotyka) jeżdzenie na światłach przez moto nie jest obowiązkiem i zwraca uwagę wszystkich włącznie z milicją więc najlepiej nie jeździć na światłach jak ktoś ma taka możliwość...

Ukraina jest dla nas tania- nie oszczędzając na niczym wraz z mandatami zmieściliśmy sie w 100zł/os.dzień.

Paliwo jest tanie i cena na niemal wszystkich stacjach taka sama- 95na Ukrainie 7,8HR/litr; na Krymie 8,4/HR/litr. Oczywiście trzeba się przyzwyczaić, że najczęściej najpierw płacimy a potem tankujemy...

O cenach papierosów i alkoholu nie wspomnę, bo są tak tanie, że aż grzech nie palić i pić.

Polecam taką wyprawę każdemu, kto lubi bardziej "dzikie" klimaty bo mam wrażenie, że nie zobaczyliśmy nawet 20% tego co tam można zobaczyć...

Jeszcze tam wrócę...