Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Azja » Kaukaz

Kaukaz- czyli Gruzja, Armenia i Azerbejdżan w 22 dni (2011)

Autor: marcz

Plany wyjazdowe wystartowały ok. grudnia kiedy to Rafał rzucił hasło o wypadzie do Syrii, Jodanii i Libanu. Od razu ten kierunek mi się spodobał, bo bardzo lubię te arabskie klimaty, to ciepełko w tym rejonie i morze czerwone, które w sumie odwiedzam co roku (choć ze strony egipskiej) i moja ulubiona szisza. Wiedziałem już że chce tam pojechać na motocyklu ...i co? i Wielkie G, bo turbany zaczęły się lać...(zresztą trwa to do dziś). W obwodzie był plan B czyli Kaukaz (Gruzja, Armenia i Azerbejdżan). Na pulpicie mojego notka zagościł monastyr na tle góry Kazbek. 

Po prostu wspaniały widok . Z decyzją mimo wszystko czekamy do ostatniej chwili obserwując co się dzieje na bliskim wschodzie. Niestety nic się nie zmienia, a jak już to na gorzej.

Ok. połowy kwietnia podejmujemy ostateczną decyzje i składamy wnioski o wizę turystyczną do Azerbejdżanu, bo tylko tą wizę należy załatwić jeszcze w Polsce. Reszta na granicy tj. Turcja i Armenia.

Nastawiam się na biwakowanie wiec zabieramy cały potrzebny sprzęt i sporą ilość posiłków liofizowanych. Zabieramy też drugi komplet opon. Ja zabieram TKC80 , Rafał Mitas -y, a Paweł tylko tył TKC80 (w przód TKC80 jedzie już ubrany z Polski ). Kierunek wiec już znamy. Nie wiemy tylko co nas tam czeka...

Dzień 1,2 

Startuje w piątek 6 maja ok 13.00 po sygnale od Rafała, który jedzie z Olsztyna, że zbliża się do Grójca. Tam spotykamy się na stacji benzynowej trochę innej niż zaplanowana, ale jakoś się odnajdujemy. Tankujemy i zbieramy się do jazdy w okolice Żywca gdzie mamy spotkać się z 3 uczestnikiem naszej wyprawy Pawłem. Ok. 19 jesteśmy już wszyscy na miejscu. Integracyjne piwko i do spanka.. W końcu do Gruzji mamy stąd ponad 3 tyś km. Słowacja piękne winkle i świetny asfalt. Dalej Węgry i tu nuda i tak aż do Serbii, gdzie tuż za granicą robimy dłuższy postój na małe co nieco. Dalej wpadamy na autostradę, których na Słowacji i Węgrzech unikamy. Jest ok. 21 i wbijamy się z autostrady do miejscowości (chyba) Indija, gdzie nocujemy. Wcześniej jednak odwiedzamy lokalną knajpkę smakując serbskiej rakii

3,4 dzień 

Do przejechania dziś ok. 500km Serbii i ponad 300km Buługarii. Chcemy dziś już być w Turcji. Niestety Bułgaria zaskakuje nas ulewą co trochę nas spowalnia. Nocujemy wiec w Bułgarii ok. 70 km przed granicą turecką. 

Rano trochę GPS nas myli i jesteśmy bliżej granicy greckiej wiec postanawiamy ze jedziemy przez Grację. To był dobry wybór. Praktycznie bez kolejek i klimat lokalnego przejścia grecko-tureckiego niesamowity nie mówiąc o greckiej miejscowości którą mijamy i robi na nas niesamowite wrażenie. Po chwili szybko i sprawnie już jesteśmy w Turcji.

Wbijamy się na autostradę i tak gnamy aż do Istambułu. Nuda jak cholera i to większa niż na Węgrzech, bo tam chociaż samochody były, a tu jakaś pustka. W końcu Istambuł i tu już robi się ciekawie. Ruch jak w ulu, ale Ci kierowcy radzą sobie z tym znakomicie…, oni po prostu wykorzystują każdy kawałek wolnego miejsca. Jak dla mnie jeżdżą zajebiście. Od przedmieśc tego Megamiasta, aż po jego koniec jest ponad 100 km, ale w końcu mieszka tam ponad 12mln ludzi. My nie mamy czasu na jego zwiedzanie i gnamy dalej. Decydujemy, że koniec z tym nudnym tranzytem i odbijamy w stronę morza czarnego szukając noclegu.

Dzień 5,6

Kolejny dzień to znowu niekończąca się Turcja . Tu ścinamy trochę drogę i zamiast wzdłuż wybrzeża jedziemy przez góry. Po drodze chcemy zaliczyć przełęcz ok. 2000 m npm. Droga jest wymarzona dla motocyklisty, kręta i przyczepna.

Niestety robi się coraz ciemniej, a my cały czas jedziemy w górę. Jest już powyżej chmur , coraz więcej mgły i droga zmienia się w luźny szuter. Do tego zaczyna padać. Temperatura spada do ok. 2 st Nic nie widzę wiec szybka do góry. Chłopaki włączają wszystko co mają do oświetlenia. Jedziemy dalej ok. 30-40 km/h. Żywej duszy nie widać. W końcu chyba jesteśmy na szczycie, bo powoli zjeżdżamy w dół i temperatura w górę ….uffff. W całości udaje na się dojechać do jakiejś miejscowości i znów jesteśmy na wybrzeżu morza Czarnego. Na stacji się tankujemy i pytamy lokalesów o nocleg. Jak to na tureckich stacjach bywa częstują nas pyszną, ale najważniejsze, że gorącą herbatką. Gość wykonuje jeden telefon i już mam nocleg.

Lądujemy w jakimś Motelu, a tu impreza na całego. Nie mamy innego wyjścia jak się podłączyć . Nie wiem jak mieliśmy jeszcze siłę…. Co poniektórzy jeszcze na tańce

Rano sprawdzamy maszyny i długa. Dziś chcemy wjechać do Gruzji, a po drodze jeszcze czeka nas kilka atrakcji. 

Im bliżej Gruzji tym większe wzbudzamy zainteresowanie. 

Dostajemy pierwsze mandaty. System mają taki, że 2km przed kontrolą stoi Renault 19 lub zwykły radiowóz i sprzela fotki, a później zwężka i zapraszają...tym razem nas

Najlepsze jest to, że Rafałowi wychodzi 83km/h, mi 103km/h, a Pawłowi 84km/h, a jedziemy tym samym tempem. Mandat 190 TL czyli ok. 100 euro. Prosi o podpis mandatu, a my na to, że nie wiemy o co chodzi i nie podpisujemy (chwile to trwa). Koleś zrezygnowany podpisuje za nas i wręcza każdemu mandacik. Każe jechać dalej to jedziemy

Podczas jazdy okazuje się, że Pawła tylna guma jest już na tak łysa, że nie chce już ryzykować i szukamy wulkanizatora. Ja z Rafałem czekamy do Gruzji ze zmianą, bo praktycznie mamy świeże gumy. 

Dziś do naszego programu wchodzi jeszcze zwiedzanie Monastyru wykutego w skałach. Na wysokości Trabzon odbijamy w prawo w stronę gór. Niestety zaczyna padać i to coraz mocniej. Do łask wracają deszczówki. Ubieramy i jedziemy dalej..wrr 

Przy monastyrze spotykamy motocyklistów w Włoch. Chwile później podjeżdża motocyklista z Francji. Gość ok. 60 lat jest w drodze do Chin, w 2009 roku był w Australii. Jedzie sam na GS1200Adv.

Na nas już czas. Jest już ok. 18.00, a do granicy Gruzji kawał drogi.

Na granice docieramy ok. 23, ale już nie wiem jakiego czasu . Tu szybko znajduje nas jakiś lokalny pomagier, który chce nam wszystko załatwić za jedyne 10euro. Jest czasami wręcz nachalny, ale my nie zwracamy na niego uwagi i sami bez problemu załatwiamy formalności. O tej porze nie ma tu praktycznie kolejki i wszystko idzie jak po maśle. Po ok. 20 min jesteśmy już w…..

Przejeżdżamy kilka kilometrów i nareszcie paliwo w normalnej cenie (coś ok. 3,5zł). Nie ma na tej stacji niestety wyboru co do liczmy oktanów i tankujemy wachę REGULAR 93 oktanową. DL dzielnie łyka .

Gnamy dalej przez Batumi w Stronę Poti szukając noclegu. Namiot odpada, bo zaczęło nieźle lać. Chowamy się na napotkanej stacji. Wciągamy kabanosy i chleb nasz jak do tej pory częsty posiłek. Jest ok. północy wiec szukamy jakiegoś Motelu i jest...

Miejsca są, a w środku dostajemy ciepłe przyjęcie z lokalnym browarem. Gość który raczy nas browarem zasiada z nami i gada przez ok. 2h, że stacjonował jeszcze za Rosji w Polsce, że uwielbia Kaczyńskiego itd… buzia mu się nie zamyka. Wszyscy prawie na rozkaz ziewamy co daje mu sygnał do ewakuacji, ale dziś faktycznie mamy już dość.

Dzień 7

Rano zamawiamy śniadanko, pakowanie i gnamy dalej. Zaliczamy jeszcze plażę morza czarnego. Fajnie bo bez problemu można wjechać.

Dalej jedziemy do Poti. Tu z Rafałem szukamy wulkanizatora. Jeżdżąc po mieście widzimy moto BMW (chyba R1200) na krakowskich blachach. Baiker na BMW odnajduje nas w warsztacie i chwile gadamy. Jak się okazuje odłączył się od grupy i czeka na prom na Ukrainę. Mówi, ze ludzie czekają już 3dni

Mój DL ma pierwszy raz założone gumy typu TKC80. Na asfalcie są głośne i jakoś dziwie się w nich hamuje. Co prawda mają już swoją przygode i przebieg ok. 4k km. Rafał zakłada nowe Mitasy E-10 i efekt jazdy jest zupełnie inny. Może dlatego, że są nowe. Ale co tam one mają sprawdzic się w terenie.. OK. ruszamy! Pierwszym celem jest dla nas objechanie pętli Poti-Zugdidi-Mestia-UZGULI-przełęcz 2623m npm-Lentechi i zjazd do KUTAISI. Z Poti wskakujemy na białą drogę wg. mapy i oto taka droga nas wita

Nie był to zbyt długi odcinek, ale naprawdę męczący. Dolatujemy do Zugdidi. Tu wymieniamy walutę na lokalną i ładujemy baterię wypasionym obiadkiem. Pakując się na moto podjeżdża radiowóz i panowie policjanci pytają czy mogą nam pomóc ? My, że tak. Jak wyjechać z miasta w dobrą stronę, bo znaków NIET, a i jeszcze zatankować chcemy. Panowie włączają dyskotekę i środkiem jezdni nas prowadza Zaliczmy stacje i wyprowadzają nas z miasta. W Gruzji policja jest dla turystów zbawieniem. Oni wiedzą po co są. Zawsze pomocni. Droga jest niesamowita, ale jej jakość fatalna. Im wyżej tym gorzej , a powinienem się cieszyć z tego co do tej pory, bo przed nami dopiero prawdziwe wyzwanie Niestety znowu zaczyna padać.

Zaczyna się robić coraz ciemniej, a drogi mało ubywa… Gdy tak zastanawiamy się na noclegiem mija nas jakiś lokales na rowerze. Pytamy go wiec o odległość do najbliższej wioski i nocleg. Mówi nam, ze za 4 km jest wioska i jak chcemy to może nas przenocować. Umawiamy się z nim na miejscu. Po chwili gość się zjawia i prowadzi nas do swojego domu. Przy rozpalonej kozie usypiamy jak dzieci

Dzień 8

Rano żegnamy się z naszym gospodarzem. Pamiątkowa fota i jedziemy dalej. Żegnamy się ze wszystkimi

Do Mesti mamy ok. 70km, do Uzguli 115 km. Okazuje się, że na części trasy do Mestii jest remont. Dużo ciężkiego sprzętu. Do tego deszcz, błoto i kamienie i wielkie dziury w drodze. Czasami musimy czekać, aż odgruzują nam drogę, bo zasypana kamieniami. Lekko nie ma. Zaczynają nam się ukazywać wieżyczki obronne budowane tuż przy domach. To typowy przygraniczny obraz. Im bliżej granicy tym więcej wieżyczek.

I wreszcie jest. Tu robimy odpoczynek po 3 godzinach jazdy, a przejechane ledwo70 km. Zaliczamy jakiś obiad i tankujemy sprzęty do pełna. W tych warunkach sprzętu palą zdecydowanie powyżej normy. Mój DL 650 ok. 8l/100, Rafała DL 1000 i Pawła KTM 950 w okolicach 13l/100… Jak zwykle pomocna policja. Jedziemy dalej. Droga sie rozwidla wiec pytamy lokalnych. Kierują nas drogą, która okazała się być jednak nieprzejezdna. Zawracamy i jedziemy trochę dłuższą trasą. Po drodze wielkie kałuże, strumyki górskie…Zresztą sami zobaczcie.

Mijamy Uzguli i kierujemy się w stronę przełęczy. To ok. 10 km. Niestety zaspy śnieżne torują nam dalszą jazdę. Przejazd pierwszej jest w sumie możliwy przy pomocy, ale takie zaspy są co chwila, a godzina ok. 18.00 i zaczyna się powoli ściemniać. Rezygnujemy wiec i wracany do wioski Uzguli. Tam znajdujemy nocleg i posiłek. Przed snem rozgrzewamy się truneczkiem. Jak pomyślę, że jutro mam wracać tą samą trasą to mnie skręca...

Dzień 9

Rano szybko zwijamy manele jemy śniadanko i wyciągamy moto z garażu. Błota w nim więcej niż na zewnątrz, ale przynajmniej w nocy nie padało na nasze maleństwa. Przejeżdżamy 3km i o kur.a tego wczoraj tu nie było. Półka skalna uległa lekkiemu zasypaniu. Odłamki kamieni są duże i śliskie, a tuż obok przepaść. Na pierwszy ogniń puszczamy KATa, ale wcześniej usuwamy większe kawałki skalne i robimy małą rynnę.

Przy wzajemnej asekuracji udaje nam się przejechać. Pomyślałem wtedy no ładnie to dopiero początek, a już takie atrakcje. O dziwo zjeżdża mi się dziś o wiele lepiej niż wczoraj wjeżdżało. Im niżej tym mamy coraz bardziej słoneczną pogodę. Uff przynajmniej tyle. Po drodze jeszcze mamy atrakcję z zawaloną drogą, ale sprzęt ciężki szybko nam pomaga

Dojeżdżamy do wioski w której wcześniej gościł nas rowerzysta . Zatrzymujemy się przy jakimś straganie, a starcza kobieta proponuje nam kawę. Nie odmawiamy. Kawa jest wyśmienita jak Pani to czyta to jeszcze raz dziękujemy . Po pysznej kawce tniemy już ostro w dół. Dojeżdżamy do Zgudidi i tu dajemy wytchnąć naszym maszyną. Po tym luksusie obieramy kierunek na Tibilisi. Jutro czeka nas Gruzińska Droga Wojenna

Dzień10

Dziś pogoda nas nie rozpieszcza, ale do tego jesteśmy już przyzwyczajeni. Nie spieszymy się wiec rano i robimy mały serwis motocykli. Ruszamy ok. 13…..późno. Dziś naszym celem jest przejechanie Gruzińskiej Drogi Wojennej ok. 200km i zdobycie słynnego Monastyru w miejscowości Kazbegi (pamiętacie tego z mojego pulpitu ) . Ledwo wyjeżdżamy z Tibilisi i już mamy towarzystwo

Jedziemy coraz wyżej. Próba sił. Natura kontra DL. Ta przełęcz ma ok 2400 m npm

Powoli zjeżdżamy w dół. robi sie trochę cieplej i znika śnieg. Wjeżdżamy do Kazbegi, ale jedziemy dalej pod granice gruzińsko-rosyjską. Tu już pod granicą. Na granicy policjant gruziński mówi nam, że nie ma problemu z przepuszczeniem nas przez jego posterunek. Niestety tylko Rafał ma wizę rosyjską. Kolejnego dnia spotkani przez Pawła ludzie z polskiej ambasady potwierdzają nam jednak informację, że przejście jest tylko dla lokalnych . Wracamy. Musimy jeszcze wjechać pod Monastyr.

No ja pi..le jaka droga. Niby to 6km pod górę, ale droga masakra. Najpierw stromy podjazd przez wioskę, później stromy kamienisty podjazd i moje k..wa ukochane błoto. Ufffff i wreszcie na szczycie. Zmęczony masakrycznie, aż niewyraźny. Robi się szarówka jak zjeżdżamy do Kazbegi. Nie szukamy tu noclegu tylko „nazad” przez przełęcz, śnieg, deszcz i temperaturę w okolicach 1 st i do tego ciemno docieramy do cywilizacji. Jutro kierunek Azerbejdżan…

Dzień11

Dziś od rana piękna pogoda. Dlaczego wczoraj tak nie było? Paweł podejmuje decyzje, że chce gruzińską drogę wojenną zobaczyć jeszcze raz i porobić trochę lansiarskich fotek (i powiem Wam, że piękne foty wyszły mu w słońcu . My z Rafałem kierujemy się w kierunku Tibilisi i dalej na granicę Azerską. Po drodze zaliczamy jeszcze kolejny Monastyr. Umawiamy się, ze czekamy na niego na granicy. Monastyr i DL.

Po doradzę Rafał ma mała awarię z którą szybko się uporaliśmy i po 30 min jedziemy dalej. Przed granica czekamy w przydrożnym barze na Pawła. Zjawia się po ok. 2 godzinach i już wspólnie dojeżdżamy do przejścia. Omijamy wszystkich i podjeżdżamy pod szlaban gruziński. Nagle wyskakuje gruziński pogranicznik i palcem pokazuje gdzie jest nasze miejsce w kolejce. Grzecznie wracamy… Na szczęście idzie to w miarę sprawnie po tej stronie granicy.

Tak naprawdę dopiero po przekroczeniu strony gruzińskiej zaczyna się zabawa. Na początek przepuszczają nas przed samochody i wygląda na to, że pójdzie w miarę gładko. Wypełniamy wnioski, szykujemy dokumenty i czekamy w kolejce za Kazachami do jedynego okienka. Po godzinie wychodzi do nas koleś i prosi o przygotowane dokumenty. Znów czekamy……. Przy okazji obserwuje jak przebiegają kontrole graniczne i co przy takich kontrolach znaczy ZIELONY pieniądz. I to tak bez obciachu Za pół godziny wychodzi pogranicznik i prosi nas do środka. Tu dowiadujemy się, że aby wjechać musimy zapłacić kaucje za moto ok. 7000 usd/szt…. No ja pier…le. A zaczynało by tak pięknie.. Mija kolejna godzina, a my kombinujemy co zrobić. Zaczepiamy różnych ważniaków w mundurach i staramy się wyjaśnić naszą sytuacje prosząc o pomoc. Udaje nam się w końcu trafić na naczelnika. Ten wykonuje kilka telefonów i stwierdza, że niestety taki są przepisy i już... no chyba, że…. że co? że przerobimy Wam wizę na tranzyt i pojedziecie do Rosji (Dagestanu). Niestety brak u nas rosyjskiej wizy, ale tłumaczymy naczelnikowi, że w Baku w ambasadzie rosyjskiej wyrobimy i pojedziemy do Rosji. Dostajemy zgodę naczelnika i czekamy na nowe wizy tranzytowe. Cała akcja trwa ok. 5 godzin, ale udaje nam się wjechać o 22.16. Czas pamiętam dokładnie, bo na wizie jest data i godzina wjazdu i wyjazdu. Azerska wiza tranzytowa jest ważna tylko 72 godziny. Nie możecie się spóźnić z wyjazdem…. powtarzają kilka razy. Tuż za granicą ciśniemy ile się da i szukamy noclegu. Wyprzedzamy kilka tirów i nagle w lusterku widzę, ze wyprzedza mnie Paweł, a za nim tnie policja w wypasionym BMW. Pan policjan grzecznie tłumaczy nasz przewinienie. My udajemy, że nic nie rozumiemy , wiec tłumaczy nam obrazkowo pokazując na ciągłą linie na drodze i przejeżdżające Tiry… No tak wyprzedzanie na ciągłej. Rafał mu po polsku, że będziemy już grzeczni… Nie wiem co zrozumiał, ale popatrzył na nas, kiwnął palcem i pozwolił jechać. Za kilka kilometrów znajdujemy Motel. Kolacja , seta i łożeczko…

Dzień12 

Azerbejdżan wita nas rano piękną pogodą i to tego chyba pierwszy raz w naszej podróży mamy temperaturę zdecydowanie powyżej 20st. C. Gdy my szykujemy motocykle tuż obok przyjeżdża ciężarówka z robotnicami. Tak właśnie kobiety tu ciężko harują. W ciągu dnia nie widzieliśmy w tym kraju (oprócz Baku) żadnej kobiety na ulicy… Do Baku jedziemy główną drogą. Droga prosta jak strzała i nie ma nic ciekawego. Atrakcji dostarczają nam kierowcy głownie starszych Ład. Co oni wyrabiają tym brykami to się w głowie nie mieści. Przy 130 km/h taki jeden z drugim robi wszystko żeby cie wyprzedzić… masakra. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze na obiad. Jak zwykle szaszłyki i kebaby

Decydujemy się, że odbijamy z drogi głównej w lewo i jedziemy w kierunku błotnych wulkanów. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Droga cudowna. Niestety mapa w pewnej chwili zawodzi wiec pytamy się lokalesów o drogę. Za bardzo nie pomogli, ale cieszyli się jak dzieci. Jakoś docieramy do tych wulkanów. Wulkany takie sobie, ale droga do nich super.

Teraz kierunek Baku i morze Kaspijskie. Do Baku docieramy ok. 20.00 i tu kręcimy się trochę po mieście. Nagle podjeżdża do nas cywilny radiowóz i wyskakuje 2 wesołych policjantów. Ten z wąsami to gaduła niesamowita. Opowiada jak to był w Polsce chyba w Legnicy, jak eskortował naszego prezydenta (nie pamiętam którego – jakiegoś na K )… Robi się ciemno, a my wskakujemy w samo centrum Baku. Miasto tętni życiem. Dla mnie Baku to jak państwo w państwie. Czuje się jakbym nagle przeniósł się z zacofanego Azerbejdżanu to stolicy europejskiej. Po prostu przepaść…

Niestety nie sta nas na nocleg w tym mieście . Próbujemy się wiec wydostać z centrum, ale to graniczy z cudem. Po pierwsze korek, a po drugie gdzie jechać..? Zatrzymujemy chłopaków w BMW (czyt. Policja) i prosimy o pomoc. Bez zastanowienia wyprowadzają nas z miasta. Jest już późno i zrobiło się chłodno. Tniemy wiec ile się da wybrzeżem drogą dwupasmową i szukamy jakiegoś noclegu lub miejsca na namiot. Nagle błysk, błysk, błysk !!! Za 2 km pan policjant grzecznie prosi nas na pobocze i zaprasza na przydrożny posterunek. W komputerze widzę swój piękny kask i obok prędkość 120km/h. Robimy stały numer tz. nic nie rozumiemy. Pan pokazuje zdjęcie i pyta kto? Rafał na mnie patrzy ja na Rafał i mówimy nie wiem… Pan gdzieś dzwoni i znowu nas pyta i kombinuje jak tu zmusić nas do mówienia. Po 15 min oddaje zrezygnowany dokumenty i nas puszcza . Kilka km dalej zatrzymujemy się w przydrożnym barze niestety miejsc noclegowych nie maja, ale jak chcemy to możemy spać na podłodze. Nie zastanawiają się bierzemy ten apartament . Zamawiamy jeszcze cos do jedzenia i pijemy lufę, później już karimata i śpiwór... A rano u drzwi stoi niespodziewany gość

Dzień13 

Z rana u naszych drzwi mamy specjalnego gościa. Później towarzyszy nam jeszcze w porannej toalecie, bo kranik z wodą jest pod chmurką. Dzisiaj plan zamoczyć się w morzu Kaspijskim. Jedziemy wzdłuż wybrzeża w stronę Rosji, gdyż tam jest ponoć najładniejsza plaża, a po tym gruzińskim zimnie chcemy trochę odpocząć w ciepełku. W końcu znajdujemy wjazd na plaże. Przejeżdżamy obok jednostki wojskowej, bo stąd jak się okazuje do rosyjskiej granicy jest już niedaleko. Nareszcie udało się wjechać na plażę i gnamy wzdłuż linii brzegowej. Plaża jest zaniedbana i brudna. Leżą nawet jakieś resztki foki. Szukamy jakiegoś czystego kawałka i zatrzymujemy się na odpoczynek. Kąpiel raczej wykluczona, bo tu jest syf. Moczymy tylko ręce i nic więcej

Nagle z daleka widzimy, że w naszą stronę po plaży jedzie wojskowy gazik. Podjeżdża do nas i wyskakuje dwóch mundurowych. Chłopaki pytają co tu robimy, jak tu wjechaliśmy, gdzie jedziemy i chcą dokumentów. Oglądają sprawdzają..raz, drugi, trzeci. W końcu pytają czy mamy coś do pisania. Oczywiście mamy, ale nie dajemy . Koleś wyciąga wiec komórkę i zaczyna nas spisywać. Każą nam się ewakuować. Zbieramy manatki i spadamy. Po drodze jeszcze tankujemy. Wacha ok. 2,5 pln. Szukamy ustronnego miejsca, żeby cos zjeść. Wcześniej kupujemy chleb i kiełbasę.

Z drogi dostrzega nas lokalny baiker i podjeżdża na pogaduchy. Choć się nie rozumiemy wiemy czego chce. Chce z nami zrobić deal życia . Taka mała zamiana. Najbardziej podoba mu się maszyna Rafała. Niestety Rafał nie ma tyle kasy żeby dopłacić i lokales ostatecznie nie zgadza na zamianę. Pozwala mi za to usiąść na tym cudzie techniki

W dzisiejszym programie mamy jeszcze zobaczyć wodospady (ponoć są takie na 50m) w okolicach Ismayilli. Szukamy ich trochę i mamy z tym spory problem. Pytamy ludzi i każdy mówi coś innego. W końcu jakiś wodospad znajdujemy, ale na kolana to on nie powala... Jeszcze z widoku szukamy miejscowy do spania. W planie mamy namioty, bo nareszcie warunki sprzyjają. Znajdujemy fajne miejsce w jakimś sadzie i tu rozbijamy obóz. Jutro musimy opuścić Azerbejdżan, ale według wizy tranzytowej mamy wjechać do Rosji. Mamy lekkiego stresa co będzie na granicy, bo wracamy na przejście z Gruzją. Popijając Jasia W obmyślamy plan działania…. Czy oni nas wypuszczą ? Czy będą jakieś problemy? Czy jakby co to mamy nr telefonu do ambasady?

Dzień 14 

Wyruszamy dziś wcześnie, bo do granicy mamy ok. 250 km, a nie wiemy co nas tam czeka i czy długo nas będą odprawiać. O ile nas w ogóle wypuszcza... Kierujemy się na drugie przejście graniczne z Gruzją, bo nie chcemy kusić losu i przez przypadek trafić na zmianę która nas odprawiała poprzednio. Tuż przed przejściem. Konsternacja...

Ten wjazd wygląda jakby przejście graniczne było naprawdę duże. Za murami okazuje się że jest to małe obskurne przejście, ale o fajnym lokalnym klimacie. Kolejki praktycznie nie ma, a przynajmniej w stronę Gruzji. Spokojnie podjeżdżamy i od razu wzbudzamy duże zainteresowanie wszystkich pograniczników. Nagle wokół nas jest ich z ośmiu, a kilku z nich z kałachami na plecach. Mi szczególnie utkwił w głowie jeden z nich. Wyglądał jak z filmu o Afganistanie, który torturował amerykańskich więźniów... Od razu zrobiło mi się cieplej. To on chce od nas dokumenty. Grzecznie podajemy i czekamy na jego reakcję. Koleś ogląda paszporty później wizy, spogląda na nas i pokazuje papiery pogranicznikowi obok. Pytają co my tu robimy? Przecież to wiza tranzytowa i powinniśmy jechać na przejście z Rosją. Zaczynamy im tłumaczyć, że mamy awarie motocykla i musimy pilnie wracać do Polski. Zabiera nasze dokumenty i oddala się, aby zadzwonić. Po chwili wraca oddaje nam paszporty i pozwala opuścić Azerbedżan. Cała akcja trwa może 15 min, a wjazd do tego kraju zajął nam ok. 5 godzin... ehhh. Jak wjeżdżamy do Gruzji odczuwam niesamowitą ulgę. Przyznam się, że nie czułem się do końca bezpieczny, choć Baku to inna bajka i tu moje odczucia były bardziej pozytywne. Chcemy dziś wjechać do Armenii, ale po drodze mamy jeszcze miasto Signagi położone na szczycie wysokiej góry. Miasto zostało tam wkomponowane w ruiny starej twierdzy.

Dojeżdżamy do granicy z Armenią. Tu szybko załatwiamy wizy (koszt ok. 10 USD). Kupujemy też na wszelki wypadek ich zieloną kartę (koszt ok. 30 pln). Pogoda jak zwykle nam sprzyja czyli jest mżawka i chłodno . Dzisiaj chcemy jeszcze zobaczyć monastyr Hagpat i Sanahin. Od granicy to ok. 30 km. Ledwo oddalamy się od granicy, a tu z naprzeciwka nadjeżdża policja. Mijamy się, ale widzę w lusterku że zawracają i na kogutach za nami. Wyprzedzają i zatrzymują. Znanymi sposobami wykręcamy się od mandatu W Armenii już na wstępie podoba mi się wyraźnie lepsze niż w Gruzji i Azerbejdżanu oznaczenie miast i zabytków. Tu bez problemu się poruszamy. Niestety drogi dziurawe jak sito. Nocujemy obok monastyru Hagpat u miłej pani nauczycieli. Jutro w planach jezioro Sewan, przełęcz 2410 m npm. i Ararat.

Dzień15 

Dzisiaj rano zaliczamy jeszcze zaległy monastyr Sanahin. Pogada nam dopisuje, a trasa naprawdę piękna choć droga dziurawa :/ . 

Kierujemy się na jezioro Sevan. To jeziorko (ok. 5% powierzchni Armenii) leże na wysokości 2000 m npm. Jedziemy jego wschodnia stroną. Droga wręcz fatalna. Żeby to chociaż był szuter, a to tragicznej jakości asfalt z dziurą na dziurze… I tak ze 100 km. Dolatujemy do miejscowości Martuni i tu zatrzymujemy się na obiad. Tak jedliśmy szaszłyki … Dalej kierujemy się na miejscowość Ararat (góra stoi o stronie Tureckiej, a miejscowość jest w Armenii). Do wyboru mamy dwie drogi, albo dalej wzdłuż jeziora, albo przez góry i przełęcz 2410 m npm. Ta dziurawa droga po stronie wschodniej jeziora nas zmęczyła wiec jedziemy przez góry. To był dobry pomysł, bo okazuje się że droga jest świeżo położona i jedzie się super. Im wyżej to pogoda coraz bardziej się zmienia. Po dordze znajdujemy kolejny monastyr.

Dzień 16

Rano mgła zasłania widok na Ararat . Kierujemy się w stronę stolicy Armenii. Tuż przed Erewanem jedziemy jeszcze zobaczyć kolejny monastyr Gegharg. W drodze powrotnej na przedmieściach Erewanu zmieniamy opony na szosowe.

Mamy dzisiaj sporo czasu i chcemy trochę zwiedzic Erewan, ale tym razem nie z siodła. Dzisiaj szalejemy i znajdujemy lepszy hotel. z 3 gwiazdkami . Dajemy po lufie Jacka na rozluźnienie i zamawiamy taxi. Prosimy o oprowadzenie nas po mieście.

Dzień 17

Zbieramy się ok. południa. Sam nie wiem dlaczego tak późno. Po drodze coraz częściej musze doglądać i regulować mój napęd. Jest strasznie nierówno wyciągnięty i musze szukać kompromisu miedzy najmniej i najbardziej wyciągniętą częścią. Cholera ja musze przejechać na nim ok. 3500 km… oj czuje kłopoty.

Do granicy ok. 200 km i udaje nam się w miarę szybko dojechać. Kierujemy się w stronę Vardzi. Widać, ze to szlak turystyczny, bo Gruzini zadbali o jakość drogi. Niestety wszechobecne placki na drodze nie pozwalają rozwinąć skrzydeł. Gdzieś w drodze mylę trasę w nadziei, że to na Vardzie i odbijamy w boczną kamienistą dróżkę pod sporą górkę. My za Rafałem już za szosowych kapciach, ale na szczęście jest sucho, a z drugiej strony po tym co przejechaliśmy nie robi to na nas większego wrażenia. Po prostu jedziemy przed siebie… Dróżka widokowo jest śliczna.

Na górze pytamy lokalnych i już wiemy, że do Vardzi jeszcze kawałek. Pawła atakuje osioł chlebojad…

Jedziemy do mniej uczęszczanego przez turystów miejsca skalnego miasta (ok. 3km przed Vardzią) ze stromym podjazdem. Później jedziemy w stronę granicy z Turcją, ale robi się późno i zaczęło padać. Spotkani lokalesi wskazują nam miejscówe na nocleg - miły pensjonat.

Dzien 18

Wstajemy wcześnie rano z nadzieją przejechania dzisiaj przynajmniej połowy Turcji. Obieramy kierunek na Kapadocję. Do zrobienia wiec dzisiaj grubo ponad 1000 km. O 7.30 już jesteśmy w siodle i jedziemy na Achalciche i stąd w lewo na małe lokalne przejście graniczne. Do granicy dolatujemy ok. 8.30, a to ZONK ! Granica zamknięta.. co jest? Okazuje się, ze otwierają ją o 10.00 czasu gruzińskiego. Mamy wiec półtorej godziny na serwis motocykli i pogaduchy. O 10 jesteśmy pierwsi pod gruzińskim szlabanem. Wjeżdżamy na turecką stronę i czas się cofa do 9.00 . Przed nami dzisiaj dużo gór i przełęcz 2540 m npm. Spinamy się w górę i temp. spada do ok. 2-3 st C. Spodziewaliśmy się, że wjeżdżając do Turcji temp. zdecydowanie się podniesie, ale wschód Turcji to praktycznie góry, góry i góry. Jedziemy na wysokości miedzy 1500, a 2000 m npm w temp. od 8 do 12 st. C. Jedziemy dość szybkim tempem, a drogi mało co ubywa... Po drodze taki widoczki.

Ok. 22.00 jesteśmy w okolicach Kapadocji. Cel kilometrowy osiągnięty czyli ponad 1000 km pękło. Szukamy noclegu i oby do rana

Dzień 19

Nareszcie ciepło..., nie nawet gorąco, co po ostatnich dniach chłodu bardzo nas cieszy. Po ok. 80 km od naszego noclegu docieramy do centrum Kapadocji wioski Goreme. Turystów cała masa, a zwłaszcza tych z dalekiego wschodu

Mój napęd coraz głośniej woła wymień mnie a ja go proszę wytrzymaj jeszcze 3 tyś. km ...BŁAGAM... Dziś to już nasz ostatni wspólny dzień podróży z Rafałem. Ja z Pawłem gnamy na Istambuł autostradą, a Rafał chce zaliczyc jeszcze zachodnią Turcję. Do Istambułu docieramy ok. 24.00. Kawałek za miastem znajdujemy nocleg. Zrobiliśmy dziś ok. 1100 km.

Dzień 20,21,22

Tuż przed granicą Turecką rozstaje się z Pawłem. On jedzie w stronę Rumuni, a ja prosto autostradami na Bułgarię, Serbię, Węgry. Mój napęd świruje i nie chce go nadwyrężać po Rumuńskich bezdrożach. Udaje mi się dojechać na Węgry i tu nocuje. Pękło dziś ok. 1200km i to 3 dzień pod rząd ponad 1000 km. Kolejnego dnia tuż za Miszkolcem napęd odmawia posłuszeństwa. Spada mi na rondzie . Uszkodzeniu oprócz napędu uległ simering przez który wyciekło część oleju. Węgierscy baikerzy okazali się bardzo pomocni. Szybko znalazłem serwis SUZUKI i lawetą na koszt SUZUKI POLSKA (do lipca mam Assistance) podwożę im sprzęta. Niestety części od ręki nie mają, ale zapewniają, że na jutro wszystko będzie.

Załatwiają mi nocleg i transport. Od rana asystuje mechanikowi przy naprawie. A tu dumny pali faje po skończonej robocie. Dzięki Joseph. Do domu docieram ok. 19.00 w sporym deszczu, ale po tym co przeżyliśmy na Kaukazie nie jest mi on straszny.

Do zobaczenia mój Kaukazie...jeszcze tam wrócę