Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Polska » Jura Krakowsko-Częstochowska

Jura Krakowsko-Częstochowska (2009)

Autor: MaG

Jura – to chyba jakiś Rusek??

Pętla po Jurze

Jurę Krakowsko-Częstochowską mieliśmy okazję zwiedzać kiedyś z siodełek rowerów i bardzo nam się wtedy spodobał ten region Polski. Odległość od naszego Piaseczna – w zależności od trasy od 240 do 260 km, bardzo „fotograficzne” krajobrazy i pozostałości historii w postaci ruin dawnych „Orlich Gniazd”, wciąż mały natłok turystów (poza „kamieniami milowymi” Jury czyli Ojcowem, Ogrodzieńcem czy Pieskową Skałą) same w sobie są już dobrymi powodami, żeby tam pojechać. Jeżeli dodać do tego bardzo fajnie położony i dobrze wyposażony camping w Podlesicach , towarzystwo pozytywnie zakręconych ludzi – fanów wspinaczki skałkowej, dla których Jura to istny raj, a Podlesice to najpopularniejsza baza wypadowa – to trudno doszukać się powodu, żeby tam nie jechać. Aaaa byłbym zapomniał… Jest tam jeszcze mnóstwo lokalnych dróżek w lepszym lub gorszym stanie, ale zawsze obfitujących w fantastyczne winkle i niezapomniane widoki. Jak tylko kupiłem motocykl to pomyślałem, że weekend na Jurze trzeba kiedyś zrealizować.

Nic więc dziwnego, że kiedy nasi znajomi powiedzieli, że jadą katamaranem do Podlesic przyzwyczajać młodego do namiotu, od razu zapaliła mi się w głowie lampka. Kiedy jeszcze Ania z Darkiem zgodzili się zabrać nam ekwipunek campingowy do bagażnika to już wiedziałem, że jedziemy…  Tutaj mała dygresja – ja wiem, że prawdziwy podróżnik motocyklowy to wszystko zabiera sam na 2oo i to na 3 miesiące drogi. Wszystko się zgadza, tylko takim podróżnikiem to czuję się ja, ale moja Ania niekoniecznie (na razie, na razie, ale robimy wielkie postępy…) i oczekiwała od weekendowego wyjazdu trochę komfortu, a skoro trafiła się okazja, żeby zabrać ze sobą trochę więcej niż jedną koszulkę i jedne stringi to czemu nie skorzystać … Nie bez znaczenia był też fakt, że wciąż nie dorobiłem się stelaża i kufrów bocznych do mojego Sztorma i musimy sobie radzić z kufrem centralnym i dwoma sakwami bocznymi (z czego do lewej musiałem dorobić własnej roboty „stelaż” ale o tym opowiem w innym dziale…).

W poprzedzającą wyjazd niedzielę podrzuciliśmy więc Sztormiakiem do Kozienic nasze bagaże campingowe – namiot, materac, dwa śpiwory, przy okazji testując i wprowadzając drobne poprawki w „stelażu” mojego pomysłu. Cały poprzedzający wyjazd tydzień mieliśmy przecudny przegląd różnego rodzaju burz – a to z gradem, a to z masą błyskawic i grzmotów, a to znowu z huraganowym wiatrem. Nie ma co - pogoda nas próbuje zniechęcić do wyjazdu. Figa z makiem – jedziemy w piątek po pracy. Ja biorę „home office” i siedzę w domu, Ania zwalnia się o 15:00 z biura i jest szansa, że ok. 16:30 uda nam się wyruszyć. Wersja optymistyczna mówi o dojeździe do Podlesic na 20:00, pesymistyczna przewiduje przeczekiwanie po drodze lokalnych burz i dojazd ok. 21:30 – 22:00, a następnie rozkładanie namioty z pomocą latarki.

O 16:00 moto stoi pod blokiem zatankowane, z dopompowanymi oponkami pod większe obciążenie, z przesmarowanym łańcuchem i zapakowane bagażami. Prawda, że ładne…?

No to jazda!

Niestety korki zatrzymały żonkę na dłużej, więc zanim się zebraliśmy było już parę minut po 17:00. Odpalam wiernego Tom-Toma Mobile i wyznaczam najkrótszą trasę do Podlesic – wg. niego powinniśmy jechać jakieś 4 godz. 14 minut, nie będę się z nim kłócił, ale zobaczymy na koniec czy miał rację… Samą trasę wybraliśmy tak, żeby nie jechać ani trasą krakowską, ani gierkówką – piątek wieczór, prognoza ładnego weekendu i wiadomo czego się spodziewać – sznur samochodów i mnóstwo „cwaniaków” wyprzedzających na 3-go, 4-go itp. Jak trzeba to trzeba, ale skoro jazda na miejsce może być nie tylko koniecznością ale i przyjemnością to czemu nie poszukać dróg alternatywnych?

Z Piaseczna kierujemy się 722 na Grójec – wyjazd z samego Piaseczna przez Zalesie to oczywiście standardowy korek, na szczęście my nie musimy w nim stać, powoli ale skutecznie mijamy go lewym pasem, chowając się od czasu do czasu na prawy. Od Gołkowa trochę się rozluźnia i można jechać w miarę normalnie. Jeszcze przed Grójcem ciśnienie podnosi nam jakiś Matiz, który najpierw mało nie parkuje nam na bagażniku, a potem wyprzedza nas w chwili gdy omijamy prawie stojącego zawalidrogę w Ładzie. „Tfu! Pier.olony Matiz!”

Z Grójca kierujemy się na Nowe Miasto nad Pilicą, dalej Końskie, Włoszczowa (trasa 722, potem 786). Gdzieś za Drzewicą stajemy na chwilę przy „sklepie spożywczo- przemysłowym” – po ostatnim wypadzie na Mazury jestem przewrażliwiony na punkcie ocierania się lewej sakwy o oponę i jak tylko poczułem zapach jakieś palonej gumy to musiałem sprawdzić. Oczywiście z sakwą nic się nie dzieje, mój patent działa bez zarzutu, ale przynajmniej jest okazja rozprostować nogi i napić się jakiegoś Powerride’a.

Przez rozsławioną przez Przemysława „Włoszczowa” Gosiewskiego miejscowość przejeżdżamy bez zatrzymywania się – wrócimy tu w drodze powrotnej – i kierujemy się na Koniecpol, a dalej na Lelów (droga 794). Gdzieś po trasie robimy jeszcze krótki postój na Orlenie na hot-dogi i wodę. Tuż za Lelowem rezygnujemy ze standardowej drogi i skręcamy w prawo w drogę gminną. Przyspieszyć chyba nie przyspieszyliśmy, ale warto było zjechać. Ze względu na przebieg dróżki (asfalt - no tak chyba trzeba to coś jednak nazwać…) głównie przez środek wiosek jedziemy maksymalnie 60 km/h, oglądając drewniane chaty (niektóre oryginalnie pomalowane na niebiesko z jakimiś ludowymi zdobieniami), wdychając zapach pół, łąk, lasu, podziwiamy pierwsze skałki i pagórki. Trzeba uważać – dzieciaki grają w piłkę na drodze, jakiś leniwy pies wylega się na naszym „pasie” – od razu czujemy wakacyjny luz, jesteśmy w innymi świecie, bez warszawskiej gonitwy, pośpiechu, korków, ciśnienia. Są i minusy takiej prowincji – w pewnym momencie po wjeździe na kolejne wzniesienie przed nami wyrasta Fiat 126p zaparkowany jakoś tak po skosie, a po chwili wytacza się z niego szofer. Jak w dowcipie – jakby miał iść do sklepu to by nie uszedł 5 metrów, ale samochodem sobie pod GS podjechał. Korci mnie, żeby się zatrzymać i zabrać mu kluczyki od malucha, ale myślę o Ani na tylnym siodełku i o „solidarności” aborygenów z takich wiosek i rezygnuję – jeszcze nas jak ogry widłami poczęstują.

Po kilkunastu km docieramy do Kroczyc, a stąd już tylko rzut beretem do naszego campingu w Podlesicach – obok Gościńca Jurajskiego i Hotelu Ostaniec. Po 3,5 godzinach jazdy (i kto miał rację Tom-Tom??) meldujemy się na polu namiotowym, gdzie jak się okazuje są już Szewczyki z naszym ekwipunkiem biwakowym – przyjechali 15 minut wcześniej.

Zrzucam sakwy na polu namiotowym i odprowadzam Sztorma na parking przy recepcji. Zupełnie spontanicznie zachodzę do baru przy recepcji po zimne piwko i okazuje się, że Pani właśnie zamyka bar – no to biorę 8 zimnych Żywców i idę rozstawiać namiot. Ania w tym czasie melduje nas na recepcji – 2 doby za 1 namiot, 2 osoby i motocykl kosztuje nas 56 PLN, w tym jest już cena pryszniców (ZAWSZE z ciepłą wodą) i oczywiście toalet. Na polu jest ogólnodostępna zadaszona wiata z podprowadzeniem 220V i światłem, gdzie spokojnie można sobie podłączyć czajnik czy po prostu posiedzieć, gdy pada deszcz. Nie ma wydzielonych „sektorów” jak to ma miejsce na europejskich campingach i nie ma podprowadzenia prądu do namiotów, ale i tak jak na polskie warunki jest super – czyste i w odpowiedniej ilości toalety i prysznice, na miejscu barek, gdzie można coś zjeść, pole namiotowe porośnięte częściowo choinkami, więc można znaleźć cień. Polecam!

Rozstawiamy szybko namiot, część gratów wrzucamy do niego, resztę do znajomych Toyoty, robiąc w niej niezłą Rumunię… Głodni jak wilki idziemy do Michałowej Karczmy na jakieś placki, naleśniki itp. W Karczmie zaskoczenie – jedzenie jak najbardziej OK., ale nie mają wódki! Z alkoholu tylko piwo, a my z Darkiem właśnie mamy ochotę na coś mocniejszego. Wracam na camping i po krótkiej debacie z ochroniarzem jedziemy samochodem na stację benzynową po zakupy. Tutaj uwaga ogólna – po godzinie 22:00 w Podlesicach czynna jest chyba tylko jedna knajpa – Michałowa Karczma do 24:00, a o jakimkolwiek sklepie w tych godzinach należy zapomnieć. Wniosek – trzeba przyjeżdżać z zaopatrzeniem. Resztę wieczoru spędzamy na grze w kości i nocnych Polaków rozmowach – korzystamy przy tym z zadaszonej wiaty, żeby nie przeszkadzać nadmiernie innych biwakującym.

Nad ziemią i pod ziemią czyli pętla po Jurze

Już przed 8:00 z namiotu wygania nas słońce. Wczoraj Ania jak wybierała miejsce pod namiot pytała się drugiej Ani, gdzie zachodziło Słońce, ale coś się z drugą Anią nie dogadały, bo mamy lampę centralnie w wejście do naszego domku… Skoro nie da się spać to wstajemy, myjemy się itp. W oczekiwaniu na śniadanie w barze (od 8:00 do 9:00 był zarezerwowany na śniadanie dla jakiejś kolonii czy obozu) robimy sobie kawkę i planujemy dzień. Ania z Darkiem i Filipem jadą rowerami do okolicznych zamków – Mirów, Bobolice - i pojeździć rowerowymi szlakami w okolicy. My planujemy ruszyć najpierw na południe do Pieskowej Skały, potem Ojcowski Park Narodowy, a potem może właśnie ruiny zamków w północnej Jurze. Po niespiesznym śniadaniu w końcu ubieramy się i ruszamy w drogę. 60 km przez Pradłą, Pilicę, Wolbrom i Wielmożę mija bardzo szybko i przyjemnie – jest wszystko to czego oczekiwaliśmy od Jury – piękne widoki na rozłożone na pagórkach pola i lasy, wystające gdzie niegdzie skałki, winkle stworzone dla motocykla, ale i lokalne, zapomniane przez ludzi dróżki.

Jakość lokalnych dróg asfaltowych idealna… dla turystycznych enduro, nie chciałbym po nich jeździć jakimś sportem. Po całej okolicy przewalają się tłumy motocyklistów różnych sprzętach, na głównych drogach aż ręka boli od pozdrawiania się. My naszym „en durakiem” komfortowo docieramy pod sam zamek, z bananem na gębie parkujemy na parkingu pod nim – całe 3 PLN. Parkingowy zgadza się schować nam kaski do swojego samochodu, kurtki pakujemy do kufra i już „na lekko” idziemy – najpierw na zimne napoje do kawiarni, a potem na zamek.

Zamek już z dołu robi wrażenie – zbudowany na wysoko wystającej ponad drogę i rzekę skale był jedną z najważniejszych warowni na szlaku kupieckim łączącym Kraków ze Śląskiem.

W zależności od historyków jego budowę datuje się na wiek XIII (panowanie Henryka Brodatego) lub XIV (panowanie Kazimierza Wielkiego). Należał do możnego rodu Szafrańców – wg. Długosza nadany im przez Jagiełłę za zasługi Piotra Szafrańca w bitwie pod Grunwaldem. Zamek wielokrotnie przebudowywany i odbudowywany po różnych zakrętach historii swój obecny kształt uzyskał w latach 1863-1877, gdy został odrestaurowany na wzór z końca XVII wieku.

Zachowany jest w bardzo dobrym stanie i jego zwiedzanie z zewnątrz dla kogoś kto lubi „kamienie” jak ja jest prawdziwą przyjemnością.

Czego mi w nim zabrakło to ekspozycji wnętrz zamku – Sali balowej, sypialnej, rycerskiej itp. W zamku mieści się obecnie muzeum, ale proponowane wystawy nas nie zainteresowały – jakieś malarstwo angielskie i coś równie wciągającego. Niestety w zamku jest tylko jedna komnata utrzymana w stylu „zamkowym”, reszta to po prostu sale wystawowe mieszczącego się tu muzeum. W zamku mieści się jeszcze restauracja-kawiarnia z tarasem na szczycie wieży – warto się wdrapać i rozejrzeć po okolicy.

Po sesji zdjęciowej w zamku ruszamy dalej – planujemy dojść do Maczugi Herkulesa. Wg naszego przewodnika to jakieś 500 m czerwonym szlakiem od zamku. Idziemy tym czerwonym, idziemy, idziemy… No maczugi nie ma i już. Przeszliśmy chyba ze 2 km, gdy zdecydowaliśmy, że wracamy pod zamek i spróbujemy tym razem szlakiem czarnym biegnącym w dół do rzeki.

Oczywiście już po kilku minutach jesteśmy koło słynnej skały – jednym kojarzącej się z maczugą, a innym… nieważne. Kilka fotek i wracamy dołem nad „fosą” na parking.

Na parkingu miła niespodzianka – obok naszego Sztorma stoi… drugi Sztorm tyle, że w „policyjnym” kolorze czyli biały. Podczas gdy my się pakujemy na moto pojawiają się jego właściciele – para z Ursynowa, która stacjonuje w Zabrzu, a tutaj przyjechała na wycieczkę weekendową. Wymieniamy się uwagami co warto zobaczyć jeszcze na Jurze i ruszamy – my do Ojcowa, oni w kierunku Wisły (rzeki, nie miasta…).

Niestety już po 600 m zatrzymuje nas porządkowy i informuje, że na zakręcie doszło do śmiertelnego wypadku motocyklisty. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach – w tym czasie gdy my szukaliśmy Maczugi Herkulesa i świetnie się bawiliśmy kolejny motocyklista zginął dosłownie kilkaset metrów od nas. Już w domu dowiedzieliśmy się, że wyniosło go na łuku i zderzył się czołowo z samochodem z naprzeciwka. Ania z daleka widzi czarny worek na drodze i kategorycznie mówi, że nie próbujemy tamtędy przejechać. Ja też nie nalegam, zawracam, za chwilę zatrzymuję się jeszcze powiedzieć naszym nowym znajomym z białego Vstroma, że droga jest zamknięta. Decyduję się przejechać przez Sułoszową i okrężną drogą dojechać do Ojcowa. Po chwili widzę we wstecznym lusterku białego Sztorma i aż do wylotu na krajową 94 jedziemy razem – potem oni skręcają w prawo, my w lewo na Kraków. Sama Sułoszowa nas rozczarowuje – wg przewodnika miała to być wieś z tradycyjną, typową dla regionu zabudową drewnianą. Nie twierdzę, że nie ma tam jakichś drewnianych chałupin, ale z głównej drogi wieś wygląda na normalną małopolską wieś z murowanymi klockami i gdzieniegdzie jakimś ładniejszym domkiem. Zaraz po wyjechaniu na 94 widzę stację Shella, a że wskaźnik paliwa jest już na ostatniej kresce postanawiam zatankować i mieć spokój do końca wyjazdu. Na stacji nagle obydwoje z Anią stwierdzamy, że najwyższy czas coś zjeść , a że obok stacji jest „Karczma Szofera” to stajemy tam na późny (jest już po 15:00) obiad. Karczma nie powala ani wystrojem, ani nadzwyczajną jakością potraw, ale przynajmniej nie jesteśmy już głodni.

Po obiedzie szybko przez Sąspów docieramy na parking Ojcowskiego Parku Narodowego – ten kosztuje już 10 PLN nie ma gdzie zostawić kasków. Pakuję w takim razie kaski do kufra, a kurtki upycham w podręcznym plecaku. Tuż przy parkingu jest zamek w Ojcowie – kolejna warownia na szlaku Kraków – Śląsk. Niestety perspektywa wspinaczki wysoko na górę nas tym razem zniechęca.

Nasz plan wizyty w Ojcowskim Parku Narodowym to Grota Łokietka i Brama Krakowska. Po około 45 minutach wędrówki pod górę i zachwycaniu się przepiękną panoramą Doliny Prądnika docieramy pod Grotę Łokietka.

Niestety spóźniliśmy się dosłownie 2 minuty i musimy czekać prawie 20 na kolejne wejście – jaskinię zwiedza się tylko w zorganizowanych grupach z przewodnikiem, a że jest tylko jedno wąskie wejście-wyjście, więc grupa wchodzi co 20 minut.

Sama Jaskinia moim zdaniem warta zobaczenia – niezależnie od tego czy legenda o ukrywaniu się tutaj polskiego króla Władysława Łokietka przed czeskim królem Wacławem jest prawdziwa czy nie. Przestronne sale z wyeksponowanymi stalaktytami i stalagmitami, wędrówka wąskimi tunelami, ciekawie zrobione oświetlenie co ciekawszych nacieków.

Zdecydowanie polecamy! W jaskini panuje stała temperatura 7C, więc niektórzy zwiedzający zazdrościli Ani mojej kurtki motocyklowej. Ja zażywałem darmowej krioterapii…

Z Łokietkiem pożegnaliśmy się już ok. 17:30, więc robiło się już późno, ale i tak postanowiliśmy zrealizować nasz plan i dojść do Bramy Krakowskiej – bardzo malowniczej formacji skalnej obecnej na większości widokówek z Ojcowa.

Od Bramy żółtym szlakiem wróciliśmy do parkingu fotografując po drodze malowniczą dolinę Prądnika. Zachodzące słońce dawało bardzo ładne miękkie światełko.

Zmęczeni wędrówką (Ania szczególnie narzekała na ciężkie motocyklowe Daytony, ja na swoje Alpinstarsy nie narzekałem, ale bąbel mi się zrobił…) pakujemy się na motocykl i jedziemy w kierunku Pieskowej Skały.

Niestety okazuje się, że chyba nadal (??) sprzątają po wypadku motocyklisty, więc objeżdżamy ten kawałek drogi przez Skałę. Droga wije się jak wstążka, jeden winkiel za drugim, pola, lasy, miasteczka, wioski. Przed 20:00 robimy już bajzel koło naszego domu w Podlesicach.Z sąsiedniego planu startuje balon na ogrzane powietrze – piękny widok. Kolejna pozycja na liście rzeczy do zrobienia na przyszłość – zorganizować sobie komercyjny lot balonem.

Okazuje się, że Ania z Darkiem spędzili dzień równie miło co my – najpierw odwiedzili na rowerach ruiny zamków w Mirowie i Bobolicach, a potem wybrali się na odkryty basen w Kroczycach. Zbieramy z Darkiem drzewo i wpraszamy się całą grupą na ognisko palone przed jakąś sympatyczną parę z owczarkiem niemieckim. Siedzimy, gadamy o psach, dzieciach, Jurze i innych duperelach i może po jakiejś godzinie pojawia siedzenia przy ognisku pojawia się dialog:
- Dobrze widziałem, że przyjechaliście sztormiakiem?
- Tak, zgadza się do Vstrom, 650-tka.
- A jest w Necie takie forum Vstrom Club…
- No wiem, jestem aktywnym uczestnikiem tego forum…
- Ja też!
- Jestem MaG…
- A ja Jaca…
W ten oto sposób poznałem kolejnego członka naszego forum – Jacę z Bytomia. Wspólnych tematów już nie brakowało. Przy okazji serdeczne pozdrowienia Jaca! Siedzieliśmy przy ognisku do północy – na terenie campingu akurat tego dnia była impreza zamknięta i muzyka biesiadna niosła się po polu namiotowym chyba do 5:00 rano!

Prawie na sucho

Mimo „wsiowego potańcu” na campingu obudziłem się wyspany około 9:00. Pogoda niezdecydowana – pochmurno, ale nie pada. W trakcie śniadania w barze trochę się klaruje – zaczyna świecić słońce, chociaż co jakiś czas przelatują ciemne chmury. Niestety trzeba wracać – zwijamy sprzęt biwakowy i podrzucamy Ani i Darkowi. Resztę bajzlu pakujemy w sakwy i do kufra. Jedziemy!

Na początek krótka wizyta w Mirowie – imponująco wyglądające ruiny kolejnego zamku na szlaku Orlich Gniazd. Oglądamy go tylko z pozycji parkingu – brak motywacji, żeby w kompletnym rynsztunku maszerować kilkaset metrów i to jeszcze pod górę.

Z Mirowa przemieszczamy się do Bobolic – tutaj trwa rekonstrukcja kolejnego zamku. Za kilka lat może to być imponujący obiekt, na razie jego obraz psują trochę rusztowania, ale i tak wart obejrzenia. Która wycieczka po ruinach, kilka słów zamienionych z parką na Afryce Twin i startujemy w stronę domu – ponownie drogą nie najszybszą, ale za to ciekawą i relaksującą.

Przez chwilę coś kropi, ale szybko przestaje. „Nie dam się! Nie wepnę membrany bo się ugotuję!”. Pogoda trochę się poprawia – więcej słońca, mniej chmur, nie pada. Pierwszy postój robimy na Rynku we Włoszczowej – tzw. postój na loda…

Krótka sesja fotograficzna, ot takie nic…

Z Włoszczowej po małym zakręceniu się w kółko wyjeżdżamy na Końskie. Po drodze łapie nas niewielki deszczyk, ale nadal nie zatrzymuję się i nie wpinam membrany. Droga w miarę pusta, asfalt w wielu miejscach mokry – widać, że dopiero co padało. Nic to! Nam się udaje uchować od deszczu. Wyjeżdżając z Grójca widzimy potężny zwał ciemnych burzowych chmur gdzieś w okolicach naszego Piaseczna. „Uda się, na pewno się uda” myślę i lecimy dalej. W pewnym momencie zrywa się silny wiatr – taki burzowy – i chmury zaczynają jakoś tak szybko się na nas przemieszczać. Kątem oka dostrzegam przy drodze jakąś wiejską Pizzerię i zjeżdżam na parking. Ania na początku oponuje, że to już tylko 15 km, że przecież nie pada, ale już za chwilę szybko ucieka do środa przed nadciągającą ścianą deszczu. Właściciel baru wpuszcza mnie z moto na ogrodzone podwórko o przykrywamy Sztorma brezentową plandeką – nie ufam w wodoszczelność sakiew po 150 PLN za komplet… Zamawiamy pizze, zjadamy, rozgrywamy 3 partyjki bilarda, a na dworze cały czas leje i grzmi. Dopiero po godzinie deszcz traci na intensywności, w ostatnich kroplach pakujemy się na moto i dojeżdżamy do Piaseczna ponownie przeciskając się przez korek w Gołkowie. Jesteśmy w domu.

W sumie zrobiliśmy w weekend ponad 670 km, w zdecydowanej większości po drogach „trzycyfrowych” – polecam ten sposób podróżowania każdemu kto lubi poza jazdą coś zobaczyć. Sztormiak obładowany bagażami i dwoma osobami spisywał się bez zarzutu – prędkości przelotowe mieliśmy na poziomie 120 -130 km/h, przy tych prędkościach manewry wyprzedzania nadal nie sprawiały trudności. Motocykl spalił… tyle ile wlałem, kompletnie nie zwracam na to uwagi, więc nie zaspokoję ciekawości w rym zakresie.

THE END