Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Grecja

Grecja 2010

Autor: Paweł Kucharski (Młody)

Startujemy o 6:15. Pada deszcz psia @#@#$! Na szczęście po przejechaniu Przełęczy Dukielskiej jak by się poprawiło ale jest nie wiele lepiej. Na Słowacji zatrzęsienie policji. Około 30 kilometrów za granicą węgierską dostaję mandat kur!!! 20tys forintów za przekroczenie prędkości o 11km/h (70/81) i do tego zaczyna padać miejscami a wręcz lać hektolitrami się z nieba! Zaczynamy z Kingą nienawidzić Madziarów! No cóż w związku z wysokimi mandatami jedziemy bardzo przepisowo. Na autostradzie 130kmh a przez wioski 50kmh. Na „osłodę” na stacji benzynowej przed granicą z Serbią wygrywam małego Shreka, ale to i tak nie załagodzi niechęci do Węgier.

Granicę serbską przekraczamy w miarę szybko, nie przepychamy się w kolejce kilkunastu samochodów ze względu, że byli to samo „Niemcy urodzeni w Istambule” – zachowujący się dość dziwnie i lepiej ich nie drażnić. Przy okazji deszcz i chmury nie dostały pozwolenia na wjazd do Serbii i jedziemy już w przyzwoitej pogodzie. Drogi w Serbii w porządku, jeśli nie liczy się że przejazd przez cały kraj kosztuje niemal 20euro, czasem nierówności ale przynajmniej nie ma policji i można ciąć po 150kmh. W Belgradzie jesteśmy dość wcześnie, ok. 16 więc jedziemy dalej ale jak się okazuje przez kolejne 300km nie ma motelu. W końcu trafiamy na jeden (co prawda hotel trzy gwiazdkowy więc z góry wiedziałem że będzie drogo i tak było - 58euro), kolejny za 50km i nie ma miejsc. Na szczęście w motelu Dzep który jest po 7 km są wolne pokoje za 30 euro. My z kuframi do pokoju a DL pod klucz do sali weselnej pomiędzy stoły i zgrzewki z napojami. Tego dnia przejechaliśmy 1113,6 km w 13 godzin. Szału nie ma ale nie jest też źle. W nocy padało więc droga mokra.

Dzień 2

Jemy śniadanie i o 10 wyruszamy. Droga prowadząca do granicy z Macedonią to świetna, widokowa trasa wśród gór, wąwozów i tuneli. Szkoda, że Kindze padł aparat (pamiętajcie, aby nie brać nowego aparatu na wyjazd! Nie formatowana bateria lubi płatać figle). Dojeżdżamy do granicy z Macedonią i pół godziny w plecy - nie pchamy się bo zaraz jakiś "Niemiec" urodzony w Stambule zawrzeszczał by nas na śmierć. Jakoś poszło i jesteśmy w Macedonii.

Kolejna naklejka ląduje na kufrze – tym razem „MK”

Tutaj droga jeszcze bardziej widokowa. Autostrady kosztowały nas 3euro. W/w droga biegnie zboczem góry, widoki niesamowite. W pewnym momencie autostrada rozkleja się i jedna nitka biegnie jedną stroną góry a druga drugą, Kinga pyta mnie czy to napewno autostrada i czy z naprzeciwka nic mi nie wyjedzie jak po raz kolejny wyprzedzam tira na ostrym zakręcie.. Macedonie przejeżdżamy w 2 godziny i wreszcie dojeżdzamy do Grecji. Celnicy nawet nie biorą do rąk naszych paszportów tylko każą jechać. Jesteśmy w końcu w Helladzie!

Szkoda, ze pogoda znowu sie psuje, @#@@#@! Humor dodatkowo psuje informacja, że jest strajk na stacjach benzynowych i dość kiepsko jest z paliwem Jedziemy w stron e Salonik. Tuż przed miastem skręcamy w kierunku Katerini i unikamy ciemnej chmury, która wisi nad miastem. Przejeżdżając koło masywu Olimpu widzimy zaledwie jego część zbocza i kilka szczytów, reszta jest zasłonięta gęstą mgłą i chmurami. W końcu docieramy do Neo Pori. A tu znowu fatum tegorocznej podróży - ulewa. Ehh, trudno. Znajdujemy pokój za 40euro i po deszczu idziemy na plażę i na souvlaki.

W mieście jest dużo polaków, większość restauracji ma nawet menu po polsku. Późnym wieczorem wracamy do pokoju i kładziemy się spać.

Dzień 3

Startujemy ok 11. Kierunek Kalambaka i Monastyry Meteora - chcemy zatankować a tu zonk. Strajk na całego. Dopiero po 50 km znajdujemy stację przy autostradzie, która ma benzynę. Droga do Meteorów mija dość szybko i wjeżdżamy od razu na trasę widokową po ostańcach.

Asfalt bardzo przyczepny - przycieramy podnóżki i wszystko inne co wystaje.

Po obejrzeniu większości monastyrów decydujemy się jechać już do Aten. Jadąc w stronę Kalambaki mieście Trikala widziałem działającą stację benzynową, chciałem na niej zatankować w drodze powrotnej ale jak się okazało stał do niej kilometrowy korek Smile czas oczekiwania na podjazd do dystrybutora to ponad godzinę. Musimy wrócić się do Larissy a potem 20 km na południe do stacji gdzie wcześniej tankowałem. Mają tylko benzynę 100oktanową - niestety 1.78euro za litr – DL chyba jeszcze nigdy w życiu nie pił tak drogiej benzyny. Szybkie jedzenie i jedziemy do Aten. Najpierw spokojnie, aby starczyło nam paliwa które mam w baku na te 370km. Gdy do celu zostaje 240km udaje się zatankować na jakiejś małej stacji Wtedy już zdecydowanie przyspieszamy. Jest już 19 a my mamy kawałek do celu. Startując z pod którejś bramki autostradowej słyszę głośny trzask, niestety łańcuch jest wyciągnięty jak diabli i przeskoczył na zębatce przy silniku w efekcie łamiąc jej wszystkie zęby w połowie. No cóż - może dlatego był luźny że ostatnio był naciągany ok 5tys km temu. Zjeżdzam na pierwszy lepszy parking, naciągam łańcuch który wydaje z siebie trochę dziwne odgłosy i lecimy.

Co prawda nieco wolnej z olejarką włączoną na maxa, żeby dobrze nasmarowała umierający łańcuch. Po jakichś 50km jest już lepiej, tzn nie słychać aż tak zgrzytów łańcucha. Około godziny 21 docieramy do Aten. Tato czeka na nas na zjeździe z autostrady. Jedziemy jeszcze kupić souvlaki i do mieszkania. To co się dzieje tutaj na drogach to istna masakra. Jeden pas, po którym jedzie dwa sznury samochodów a środkiem zdezelowane skutery. Oczywiście mało osób używa kierunkowskazów a światła na skrzyżowaniach tylko sugerują, że trzeba się zatrzymać. Ehhh do zwiedzania Aten najbezpieczniejsze będzie wybranie transportu publicznego. Następnych kilka dni, a dokładnie osiem spędzamy w Atenach. Na przemian leniąc się, chodząc na plażę i zwiedzając okoliczne kupy kamieni – czyt. Akropol itp.

AKROPOL
Wstęp kosztuje odpowiednio:
Bilet zwykły 12 euro
Bilet ulgowy 6euro
Studenci z UE wstęp za free.
Na wzgórzu co jest każdy raczej wie. Łazimy również po Place i Monasterakach. Oprócz tradycyjnych Greckich pamiątek, gadżetów pojawia się liczna chińszczyzna jak ręcznik z logo HD czy flaga z Chuegevarą. Już o sziszach nie wspomnę, jeszcze ze dwa lata i na Place można będzie kupić oscypka.

Kolejne dni

W niedzielę jedziemy do Pireusu, Kinga chce zobaczyć tamtejszy targ – mimo, że nie jest to miejsce opisywane w przewodnikach polecam każdemu – to co można tam zobaczyć przerasta najśmielsze oczekiwania. Sprzedawcy stojący na stołach z ciuchami, przekrzykujące się stare baby – tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć . Po wizycie na bazarze jedziemy jeszcze do portu w Pireusie a po południu plaża.

W poniedziałek byliśmy na placu Syndagma.

Akurat udało nam się zobaczyć zmianę warty pod grobem nieznanego żołnierza – dla Greków jest to zapewne normalne – dla nas było to bardzo zabawne. Żołnierze ubrani w dość komiczne stroje poruszający się jak by w zwolnionym tempie i wykonujący ciekawe ruchy. Ja uchwyciłem to na fotkach a Kinga na filmie. Następnie idziemy do parku na Zappio, w centrum którego mieści się mały ogród zoologiczny. Gdy byłem tam jakieś 17 lat temu to pamiętam jedynie, że były tam pawie. Teraz też były, ale oprócz nich można zobaczyć żółwie wodne, osły a nawet kury i kaczki.

Któregoś tam dnia postanawiam wziąć się za V-Stroma. Jadę do salonu Suzuki w celu kupienia zębatki, której cena niestety ale mnie zwaliła z nóg – 40euro + wymiana. Ehhh to dziękuję, szukam dalej. Wiem, że muszę zmienić bo wizja nadchodzących 3000 km z wyłamanymi zębami i przeskakującym łańcuchu przy odkręcaniu powyżej 6 tys. obrotów jest mało optymistyczna. Kilkaset metrów od salonu suzuki jest mechanik motocyklowy. Ma zębatkę Sunstar’a za 18euro. No to świetnie! Biorę bez namysłu – niestety ale ma zajęte swoje stanowisko i nie dostanie na chodnik kluczem jak to określił „trrrr” (pneumatyk). Ale jego friend mający zakład wulkanizacyjny po drugiej stronie ruchliwej ulicy ma teraz czas i ma klucz „trrrr” i mi to odkręci. Tak więc ustawiam się to startu z DL’em przez ulicę. Nie mogę przejechać bo mam już wszystko odkręcone (dźwignię zmiany biegów). Wciskam przycisk na przejściu dla pieszych i szybko przepycham moto. Młody chłopak kończy zakładać komplet opon do TransAlpa a zabiera się do mojej zębatki. Roboty jest na dobrą sprawę na 15 minut ale jemu schodzi ponad 2 godziny – cały czas pogaduszki, żarty i tak mija czas. Ostatecznie całość kosztuje mnie 30euro – 10 mniej niż sama zębatka w salonie i podejrzewam, że sam bym się nieźle namęczył odkręcić zębatkę bez pneumatyka. Teraz kolej na mycie moto, które jest nieco usyfione. Na BP niedaleko domu jest myjnia i mają gorącą wodę. Płacę 7 euro ale przynajmniej facet, który myje moje moto robi to bardzo delikatnie, czule i dokładnie. Wkładając lancę a później gąbkę z pianą tam gdzie mi nawet do głowy nie przyszło, że tam można myć.

Ehh srety tety a tu czas leci, coś by jeszcze zwiedzić. Postanowiliśmy się wybrać z Kingą do Koryntu. Wycieczka nie daleka- ok. 70km w jedną stronę. Wyjazd z Aten zajmuje nam niemal godzinę. Później tylko 50km autostradą i jesteśmy na miejscu.

Widok niesamowity. Z mostu można skakać na Bungee (60 euro). Miałem ochotę, tym bardziej że Kanał Koryncki jest na czwartym miejscu na liście najpiękniejszych miejsc do skoków na sznurku wg. National Geographic. Niestety moje plany częściowo pokrzyżowali węgierscy policjanci oraz pani stomatolog tydzień przed wyjazdem (Mała dygresja – nie róbcie sobie ekstrakcji chirurgicznej kilka dni przed wyjazdem – morda będzie boleć a szwy po jakimś czasie uwierają i będziecie je wyciągać sami przed lusterkiem przy pomocy nożyczek do paznokci). W przewodniku przeczytałem, że zobaczenie statku przepływającego przez kanał to dobry omen w podróży – my chyba mamy cały zapas na kolejne lata. Po obejrzeniu kanału jedziemy kilka kilometrów w stronę Patry i zatrzymujemy się na małej plaży. Spędzamy tam kilka godzin i wracamy do Aten. Któregoś dnia, Tato wyciąga nas na małą wycieczkę poza Ateny. Jedziemy ładnymi serpentynami aż do wysokości ponad 1100m n.p.m. Temperatura jest o wiele niższa niż w centrum. Po drodze mamy przyjemność obcować bardzo blisko z kilkoma stadami jeleni. Z jednym spotykamy się naprawdę blisko. Ale zwierz jakoś nic nie robił sobie z naszej obecności i spokojnie zajadał resztki trawy.

W środę wieczorem postanawiamy jechać na wyspę Zakinthos. Tak więc wieczorem pakowanie a rano pobudka.

ZAKYNTOS

Wstajemy o 7.00-kierunek Kilini. O 12.30 pakujemy się na prom i godzine później jesteśmy na Zakynthos.

Sztormiak na pokładzie. Nie było żadnych pasów do przypinania. Jedynie bucik do włożenia pod koło. Jedyne pasy jakie znalazłem były zamknięte na kłódkę w wielkiej klatce.

Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań znajdujemy pokój za 25 euro za dobę (cena początkowa to 40 euro/doba) i wyruszamy na poznawanie okolicy. Wieczorem wracamy do miasteczka Zakynhtos i do późna chodzimy po deptakach.

Życie tutaj zaczyna się tak naprawdę po godzinie 20. Drugi dzień naszego pobytu na wyspie postanawiamy spędzić na bardzo ładnej plaży, około 200 metrów od naszego mieszkanka. Wstyd przecież wrócić z Grecji białym jak mąka.

Korzystając z czystej wody nagrywamy sobie z Kingą kilka filmików podwodnych, próbujemy nurkowania a nawet podwodnego zbieractwa.

Późnym popołudniem jedziemy do miasteczka Zakinthos. Kupujemy sobie bilety na jutrzejszy prom powrotny i jemy obiad. Teraz nasz cel to Zatoka Wraku. To dla niej chciałem przyjechać na tę wyspę. Nawigacja prowadzi nas głównymi drogami, po czym bez ostrzeżenia 6 kilometrów przed dotarciem do celu nakazuje skręcić w szutrową drogę.

Mówisz i masz – jedziemy szutrówką, przez lasy, pola i łąki i dojeżdżamy do asfaltu. Przejeżamy nim kilkanaście metrów i znowu skręt w szutrówkę. Adventure musi być. Po chwili jednak wracamy na asfalt i ładną, krętą drogą docieramy do parkingu przy zatoce. Jak się okazało, te szutrówki to był po prostu zwyczajny skrót. Ale przynajmniej było ciekawie. Jak już pisałem dotarliśmy do celu. Do samej zatoczki zejść nie można.

Najpiękniejsza zatoka na świecie – Zatoka Wraku na Zakynthos. Jedyna droga prowadzi do niej z wody – rejs kosztuje ok. 20euro. W jego cenie jest wpłynięcie do zatoczki, wejście na kilkanaście minut i to by było na tyle. My wybraliśmy tą darmową opcję czyli oglądanie zatoki ze specjalnego podestu. Widok jest naprawdę niesamowity. Teraz jestem w 100% pewien, że warto było przyjechać na tę wyspę. Wieczorem wracamy do mieszkania, szybki prysznic i jedziemy do pobliskiego miasteczka zrobić zakupy na drogę, zjeść kolację i zakosztować na koniec nocnego życia. Jemy ostatnie na tym wyjeździe souvlaki.

Rano pobudka o 8 rano, zapakowanie wszystkich gratów na moto i w drogę do portu. O godzinie 11.30 jesteśmy już na stałym lądzie w Killini. Obieramy kierunek na Patrę. Chcemy zobaczyć tam słynny most. Wjeżdżam w boczne uliczki obok mostu i udaje mi się znaleźć ciekawą miejscówkę.

Robimy sesję zdjęciową, jemy jakieś słodycze i w drogę. Przyjazd przez most kosztuje 1,8euro za motocykl i 12,80 za samochód (tak, nie pomyliłem się – jest taka różnica). Gdzieś w połowie drogi pomiędzy Patrą a Lamią, w górach łapie nas ogromny upał – trzeba pozamykać szczelnie wentylację w kaskach, ciuchach gdyż temperatura jest nie do wytrzymania – włączcie sobie w piekarniku termo obieg i otwórzcie drzwiczki – podobny efekt. Tego samego dnia o godzinie 6 rano z Aten do domu wyjechał mój Tato. Ma kilka godzin przewagi nad nami ale my jedziemy szybciej – zaczyna się mały, nie oficjalny wyścig. Na granicy greckiej jesteśmy o godzinie 20. Wjeżdżamy do Macedonii cofając się w czasie i suniemy w kierunku Serbii. Będąc ok. 50km od przejścia dostaję wiadomość od Taty, że stoją tam już kilka godzin i jeszcze trochę postoją – tak więc ich spotkamy na przejściu. Po dotarciu do granicy rozmawiamy chwilę ze sobą, poczym postanawiamy z Kingą jechać dalej. Zostało nam jakieś 80km do motelu w którym spaliśmy jadąc do Grecji. Na granicy grzecznie przepychamy się pod samo okienko i już jesteśmy w Serbii. Od granicy jedzie sznur samochodów. Całość na początku pilotuje kilka ciężarówek. My jedziemy za pięknym Ferrari cabrio. Dźwięk jaki wydaje ten samochód wydaje podczas wkręcania się na obroty powoduje ciarki na plecach – po prostu miodzio. Niestety dojeżdżamy do motelu a Włoska piękność jedzie dalej. Scenariusz taki sam jak poprzednio. My do pokoju a Suzi na czerwony dywan. Jest już około północy. Mamy ambitny plan wystartować w niedzielę o 6 rano. Niestety ja rano nie jestem w stanie się ruszyć, chce mi się spać – ostatecznie startujemy o 9. Jedynie na granicy serbsko – węgierskiej schodzi nam kilkanaście minut na przejechanie pomiędzy stojącymi samochodami i już jesteśmy znów na autostradzie. Droga przez Węgry i Słowację mija nam bardzo szybko i bezproblemowo. W domu jesteśmy o 22. Czyli w 12 godzin 1100km. Całkiem całkiem.

Podsumowanie

Zrobiliśmy 5500km, motocykl sprawował się świetnie nie licząc łańcucha który wyzionął ducha przez moje zaniedbanie. Wszystkie moje doposażenia okazały się przydatne w mniejszym lub większym stopniu. Średnie spalanie z całego wyjazdu to 5,1 litra.
Ceny paliwa w Grecji tak jak pisałem są dość wysokie: 1,45-1,8 euro.
Noclegi w pokojach – 40 euro ale można negocjować. Camping na Zakinthos: 17,5 euro za 2 osoby, namiot i motocykl.
Opłaty za autostrady w Grecji: Trasa Ateny – Patra to około 8 euro. Ateny – granica z Macedonią- ok. 10 euro.
Opłaty za autostrady w Serbii: Przejazd z północy na południe: 17euro
Opłaty za autostrady w Macedonii: 3 euro
Opłaty za autostrady na Węgrzech: ~700 forintów za 4 dniową winietę, czyli jakieś 10-12zł.
Na Słowacji autostrady bezpłatne.