Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Grecja wakacje motocyklowe

NASZE WIELKIE, GRECKIE, MOTOCYKLOWE WAKACJE (2009)

Autor: Rychu72

Do Grecji wybraliśmy się dużą ekipą, czyli ja i moja żonka. Ja to Ryś, żonka to Ola, a początek naszej trasy to Opole, środek transportu to dzielny Vstromek z małym silniczkiem (DL 650), który mimo nadbagażu radził sobie całkiem nieźle.

Pierwszy dzień.

Wyruszyliśmy o 7.00. Lecimy przez Czechy, gdzie w górach zmuszeni jesteśmy cieplej się ubrać, bo gwizdało jak w …. Trasa przez Czechy i Słowacje bez sensacji i zero kosztów (prócz paliwa oczywiście), gdyż na motory winiety nie są wymagane. Na Węgrzech jazda monotonna, po dobrej autostradzie i w dość odczuwalnym upale. Na jakiejś stacji benzynowej ściągamy wszystko to co ubraliśmy w Czechach i otwieramy wszystkie dostępne zamki wentylacyjne. Koło Budapesztu natrafiamy na mega korek. Robimy sobie mały offroad i jedziemy szutrowym poboczem. Staram się nie urwać żadnego lusterka, co skutkuje otartym kufrem o barierę energochłonną oraz nieustannymi zdrowaśkami mojej przerażonej żonki.

Po drodze obserwujemy duży ruch samochodów w kierunku Serbii - na rejestracjach niemieckich, holenderskich i francuskich. Jednak w środku w większości to rodziny tureckie z mnóstwem dzieci. Takie małe autobusy. Na samej granicy, koras nie z tej ziemi utworzony przez wcześniej wspomniane już samochody. Na nasze szczęście spotykamy Sergieja, Serba na Trampku, który sprawnie przeprowadza nas na sam początek kolejki trąbiąc i migając długimi. Przed samą odprawą dowiedzieliśmy się, że Ci na początku stoją od 6 godzin (temp. ok. 40 stopni). Tragedia. Pogranicznicy węgierscy i serbscy ze zrozumieniem szybko nas odprawiają. Potem krótka rozmowa z Sergiejem i dostajemy zaproszenie do Nowego Sadu, w czasie powrotnej drogi. Suniemy dalej pod Belgrad do miasteczka o nazwie Beśka, gdzie mamy nocleg u znajomego kontrahenta Oli. Ostatnie dwa kilometry przejechaliśmy w ogromnej ulewie, gdyż przyroda przypomniała sobie o czymś takim jak oberwanie chmury. Cali przemoczeni, po krótkich poszukiwaniach, trafiamy do baaaardzoo gościnnej serbskiej rodziny, czyli rakija na stole.

Drugi dzień.

Pobudka, śniadanko, pożegnanie i o 8:30 jesteśmy już w trasie. Serbskie autostradą są dosyć drogie i przejechanie całej Serbii to około 23 Euro. Za to drogi dobre i spokojnie można sunąć 140 –170 km/h. Jedynie przejazd przez Belgrad może nieco spowolnić. Na granicy serbsko – macedońskiej powtórka z rozrywki i kolejny koras. Nauczeni przez Sergieja szybko radzimy sobie z odprawą, oczywiście też dzięki przychylności pograniczników serbskich i macedońskich. Domyślam się, że nie przepadają za twórcami tych korków. Przez Macedonię przebiega piękna, górska droga. Jest na co popatrzeć, a Ola żeby się czymś z tyłu zająć nie wypuszcza aparatu z rąk. Koszt przejazdu przez kraj to 3 Euro. Pamiętać należy że zarówno w Serbii jak i Macedonii należy posiadać zielone karty.

Docieramy do Grecji gdzie obieramy kierunek na Chalkidiki. Mijamy Saloniki, a po drodze w przeciwnym kierunku obserwujemy z trzydziesto kilometrowy korek, do którego cały czas dojeżdżają nowe samochody. Jest niedziela wieczór (21:00 jeszcze nie dotarło do nas że w Grecji już 22:00)) i wszyscy wracają z weekendu. Jadę i cały czas dostaję ich światłami po gałach. Mam dosyć. Masakrycznie zmęczeni po 13-sto godzinnej w tym dniu trasie w siodełku docieramy do Poligiros, gdzie nawigacja zaczęła świrować i skierowała nas na jakąś szutrówkę. Tu niestety zaliczamy glebę, przy prawie zerowej prędkości. Oli noga ugrzęzła między kufrem, a podnóżkiem. Wystraszona leży i wije się z bólu, dookoła zbiegowisko, ktoś już dzwoni po karetkę (powstrzymujemy go). Na szczęście aluminiowy kufer nie przygniótł jej nogi i kości całe. Skończyło się na małym zwichnięciu i dość sporej opuchliźnie – polecamy zabrać ze sobą o jeden kosmetyk mniej do kufra, ale za to na pewno Altacet w kremie i jakiś żel przeciwbólowy – u nas okazał się strzałem w 10. Jedziemy dalej i po kilkudziesięciu kilometrach, około 23:00 trafiamy w końcu na jakiś camping.

Trzeci dzień.

Rano (5:00) budzi nas jakiś przeraźliwy hałas, który na pierwszy rzut przypomina idącą procesję wielkanocną z grzechotkami. Wyglądamy mocno zdziwieni z namiotu i słuchamy skąd to i co to. Dochodzimy do wniosku, że to jakieś mega świerszcze siedzące na drzewach, później oświecają nas że to słynne greckie cykady, które nie zależnie od obranego kierunku w Grecji zawsze i wszędzie są z Tobą. Idziemy po śniadaniu na plażę z pięknymi brązowymi, skalnymi urwiskami. Jest bosko i byczymy się na całego. Po obiedzie jednak już zaczynają nas swędzieć pupy i mimo, że postanowiliśmy odpoczywać cały dzień to wsiadamy na motorek i ruszamy objechać środkowy palec Chalkidiki – Sithonie. Jest wspaniały, widoki cudne i przyroda zróżnicowana, zielono i jeszcze nie komercyjnie. Po drodze o mało co a nie wpakowalibyśmy się w stado owiec, które wyległo na drogę i postanowiło z niej nie schodzić, a że prze nikogo nie pilnowane, to tym bardziej uznało to za świetnie miejsce postoju. Zatrzymujemy się na wysokim urwisku, skąd jest przepiękny widok i co najważniejsze budka z napisem KANTINA. Zamawiamy ich znane suvlaki, czyli szaszłyki z baraniny. Podziwiając widoczki, ze smakiem wrzucamy w siebie pyszne żarełko. Jest tak tego dużo, że uprzejma Pani sprzedawczyni pakuje nam jeszcze na wynos. Rada. Jadajcie tylko tam gdzie jadają tubylcy, czyli Grecy, a na pewno byle czego wam nie podadzą. Wracamy na camping i uderzamy w śpiwory, bo zmęczenie z trasy do Grecji jeszcze z nas wychodzi.

Dzień czwarty

Jedziemy zwiedzić zachodni palec - Kassandrę. Ładny, ale bardzo komercyjny, zabudowany wieloma hotelami, pensjonatami i zatłoczony przez turystów, co nam zbytnio nie odpowiada. Zatrzymujemy się na parę godzin, na jakiejś plaży dla schłodzenia ciał gotujących się w motocyklowych ubraniach. Niestety zajmie nam aż trzy dni, póki nie dotrze do nas dlaczego w Grecji motocykliści mają całkiem odmienne stroje motocyklowe, czyli krótkie spodenki, koszulka na szelkach i obowiązkowo bez kasku. Kask jak najbardziej musi być, natomiast niekoniecznie na głowie. Rekordzista ciął po autostradzie w takim ubiorze dobre 180 km/h. Na plaży udaje nam się skonsumować najdroższego pączka świata (2 euro) sprzedawanego przez obnośnych sprzedawców, przeważnie Bułgarów. Zajeżdżają tu też często samochody z owocami, gdzie można tanio kupić świeże owoce za niewielkie pieniądze. Kupujemy pełną siatkę i obiad mamy z czapki. Po obowiązkowym przekąpaniu się w Morzu Egejskim, które oboje z żonką uwielbiamy, ze względu na temperaturę i jedziemy z powrotem na camping. Tu idziemy do miejscowego restaurantu próbować ichniej kuchni. Ja zamawiam sardynki z grilla, a Ola bifteki z serem, czyli siekane mięso baranie faszerowane serem żółtym i obowiązkowo Greek Salad. To i to godne polecenia. Robi się jednak późno i idziemy w kimu.

Dzień piąty

Opuszczamy camping i lecimy na następny, po drugiej stronie zatoki do Agiannis, gdzie chłodzimy się w morzu i zostawiamy bambetle. Z campingu wracamy się o 50 km do Salonik, żeby pooglądać nieco gruzów (czytaj zabytków). Jest gorąco i wszędzie korki. Zostawiamy motorek gdzieś na chodniku w centrum miasta i zwiedzamy na nogach. Upał daje się we znaki i kładziemy się na trawce w cieniu na wybetonowanym nabrzeżu. Obserwujemy ciekawostkę, czyli Greka, za którym gołębie chodzą jak kury. Wstajemy z trawki udekorowani kilkoma nie nowymi (czyt. przerzutymi ) gumami do żucia i idziemy na lody, żeby nieco obniżyć temperaturę pod „pokrywką”. W Salonikach widzimy mnóstwo salonów motocyklowych, chyba każdej marki. Wracając autostradą na camping pierwszy raz w życiu żółw „przebiegł” mi przez drogę. Gdy pod nosem się chachałem za kilkaset metrów wypełzł na jezdnię nieduży wąż. No cóż, w końcu to nie Polska, gdzie latają psy i koty. Na campingu spotykamy parę z Polski, którzy właśnie kończą objazdówkę po Grecji. Przy rakiji przywiezionej z Serbii spędzamy miły wieczór, wymieniając doświadczenia odnośnie trasy i miejsc wartych zobaczenia.

Dzień szósty

Ruszamy na Meteory, gdzie docieramy koło 13. Droga biegnie przez górzystą pustynię, trochę jak droga do nikąd w USA. Upał powoduje, że na campingu w Kalambace zaraz lądujemy w basenie. Potem cali schłodzeni i szczęśliwi śmigamy pozwiedzać klasztory na skałach. Monastyry robią ogromne wrażenie i nie zobaczenie greckich Meteorów to jak nie zobaczenie tureckiej Kapadocji. Wystarczy jednak zobaczyć dwa lub trzy z sześciu dostępnych do zwiedzania. Są dość podobne do siebie. Wejście do klasztoru to ok. 2 Euro od głowy. Mnisi zamieszkujący owe monastyry wciągali się linami na górę lub wchodzili do nich zrobionymi, zwieszanymi, drewnianymi drabinkami i tam już pozostawali na … długi czas bez radia, telewizji, dvd, PC, internetu, itp. Koszmar.

Po powrocie do bazy doznajemy szoku. Widzimy Ticolowóz (czyt. samochód marki Daewoo, model Tico) i to na polskich rejestracjach. Okazało się, że przyjechali nim z Polski amerykanie polskiego pochodzenia (ojciec i dwóch rosłych synów) mieszkający od 18 lat w USA. Byli w trasie, która ma ok. 8 tys. km. Szacuneczek (auto bez klimy). Oczywiście urządziliśmy wieczorek zapoznawczy przy greckim winie Retsina (ohyda, jak polski mamrot) i piwku Mythos (boskie - polecam). Co ciekawe to to, że synowie, mimo, że rodzeni w Stanach świetnie mówili po polsku.

Dzień siódmy

Lecimy na zachodnie wybrzeże, czyli nad morze Jońskie. Jedziemy przez miasto Ioannina (czyt. Janina) w którym zwiedzamy piękne stare miasto i ruiny zamku. Miasto położone jest nad jeziorem i w górach. Potem ruszamy dalej w kierunku wybrzeża na wyspę Jońską gdzie trzeba przejechać tunelem pod morzem. Rozbijamy swoją willę, chłodzimy się w basenie i jazda na zwiedzanie Lefkadii. Jest to miasteczko portowe z mnóstwem jachtów i mieszanką narodowości. Jemy tam dobrą kolację w tawernie, czyli Mussakę (zapiekany bakłażan z mięsem i serem – pychota) i Kalmary zapiekane z czymś dobrym. Wyglądało to nie ciekawie, ale smakowało wybornie.

Dzień ósmy

Rano pobudka, śniadanko i lecimy w stronę Patry. Nawigacja wyprowadziła nas na drogę wysoko w górach. Spadki jak na stokach narciarskich, a szerokość na jeden samochód. Na serpentynach tak było wąsko, że nawracałem na dwa razy. Masakra. Po drodze mijaliśmy opuszczone wsie z walącymi się domami. Na drodze byliśmy tylko my i nikogo więcej. No może oprócz setek kóz, które niechętnie ustępowały z drogi. Po dojechaniu do wybrzeża droga była już pełnowymiarowa, wykuta w skale nad samym morzem z pięknym widokiem na wyspy. Na niej mało co, a byśmy się nie wpakowali w trzy małe warchlaczki, które sobie wesoło pląsały po asfalcie. Na Peloponez dostajemy się pięknym mostem wantowym, który jest płatny (coś około 1 euro). Mijamy Patrę i lecimy na camping blisko Kastro – najbardziej wysunięta za zachód część wybrzeża. Ta część Grecji już tak nie zachwyca i widać, że jest dużo biedniejsza. Jednak samo wybrzeże, na które dojeżdżamy, potrafi zachwycić. Spędzamy tu dwa dni mocząc pupy w zimnym morzu Jońskim (temp porównywalna z naszym Bałtykiem)

Dzień dziewiąty

Pobudka, żarełko i jedziemy zwiedzać dobrze zachowany i ładny zamek w Kastro. Potem cały dzień spędzamy na plaży regenerując siły przed dalszą trasą. Wieczorem tradycyjnie kolacja w tawernie. Jemy grillowane sardynki i kalmary smażone na głębokim oleju zakrapiane cytryną. Po kolacji idziemy popatrzeć jak „łysy” (czyt. słońce) wpada do morza.

Dzień dziesiąty

Rano wyruszamy w stronę Sparty, a konkretnie do Mystry. Droga jest bajeczna - wykuta półka w stromej ścianie wzdłuż wąskiego wąwozu. Miejscami nad głowami mamy przewieszoną skałę, co nie budzi zaufania. Serpentyny i widoki powalają na kolana. Jesteśmy na poziomie morza, a za chwile GPS pokazuje 1300 m.n.p.. Można to odczuć wdychając rześkie i pachnące czymś znajomym powietrze. Po drodze mnóstwo budek z różnymi miejscowymi ziołami i miodem. Po spróbowaniu kupujemy słoik miodu z pinii, który można jeść kilogramami, bo nie jest aż taki słodki. Po drodze moje centrum dowodzenia powiadamia mnie, że w baku opary. Na szczęście mamy już cały czas z górki i z przerywaną pracą silnika dotaczamy się do stacji benzynowej. Mystra jest to świetnie zachowane i cały czas odbudowywane starożytne miasto wraz z zamkiem, pięcioma kościołami i klasztorem. Zwiedzenie go wymaga paru godzin (idąc z moją żonką ) wspinania się pod górę, co przy tych temperaturach nie jest zbyt przyjemne. Jednak warto, bo widoki i same zabytki rekompensują trud. Wieczorem konsumujemy kolację w postaci dolmades, czyli gołąbków zawijanych w liście winogron w sosie cytrynowym. Zjadliwe, ale nasze polskie o niebo lepsze.

Dzień jedenasty

Jedziemy do Delph, gdzie możemy zwiedzić kolejne gruzowisko i oczywiście sławną wyrocznię z Delph. Będąc 10 km od Aten decydujemy się nie wjeżdżać i nie przeżywać traumy w upale i korkach. Zresztą poradzono nam, że lepiej więcej czasu spędzić zwiedzając Delphy, co też uczyniliśmy. Tym razem było widać różnicę, w porównaniu z Mystrą, w rozwoju kulturalnym. Jest tu duży amfiteatr, stadion, potężne świątynie i niestety słabo już zachowane, natomiast niesamowicie rzeźbione resztki domów. Tu w Delphah na nocleg wybraliśmy camping z widoczkiem na zatokę Koryncką. Wieczór spędzamy na tarasie tawerny podziwiając widoki i pałaszując rybkę i grillowane krewetki, popijając co rusz karafką innego miejscowego wina po którym droga do namiotu była strasznie długa i jakaś zawiła.

Dzień dwunasty i trzynasty

Jedziemy do Litohoro (125 km od granicy Macedońskiej), skąd mamy zamiar po dwudniowym wypoczynku wracać do Polski. Docieramy w południe i od razu pakujemy się do wanny, czyli do ciepłego i spokojnego morza Egejskiego. Na miejscu staramy się wypoczywać, ale trochę nas nosi i jedziemy pozwiedzać okolicę. Z Litohoro ruszają wspinacze w góry Olimpu. Łatwo rozróżnić tych co wrócili i tych co idą. Ci co wrócili wyglądają na „nieco” zmęczonych (czyt. ledwo żywych ), czemu się nie dziwie, bo temperatury są masakryczne. Dzień kończymy konsumując grilowaną ośmiornicę w sosie cytrynowym. Rewelacja. Na tym campingu faktycznie odpoczęliśmy przez dwa dni, pławiąc się w lazurowych wodach morza Egejskiego.

Dzień czternasty

Godzina 7.00 rano, ruszamy w stronę Polski. Szybko docieramy do granicy grecko – macedońskiej, a potem macedońsko – serbskiej. W Serbii jedynie spowalnia nas zakorkowany Belgrad do którego docieramy o 14.00. Mimo sporej szerokości (kufry) nie stoimy, tylko jakoś się przeciskamy dzięki uprzejmości kierowców puszek, długim światłom i klaksonowi oczewiście. Do Szegedu na Węgrzech docieramy o 16.00. Zrobiliśmy tego dnia 900 km w 9 godzin, czyli średnia to równa stóweczka. Lokujemy się na campingu gdzie zaczęły się zjeżdżać pomalowane odlotowo ciężarówki i motory. Na migi dowiedzieliśmy się, że właśnie mają tutaj dużą imprezę dzisiejszej nocy. No to pospaliśmy ?. Mimo zmęczenia trasą staraliśmy się uczestniczyć w baletach, co odczułem na następny dzień gdzie przed nami było ok. 800 km do zrobienia.

Dzień piętnasty

Pobudka, pakowanie i dalej do domciu. Droga bez większych sensacji, chociaż zaczynamy czuć przeraźliwe zimno. O dziwo jest 25 stopni, ale po upałach w Grecji odczuwamy to jak 5 st. Ubieramy wszystko co mamy i dalej w trasę. W Słowacji widzimy w oddali wielkie chmury burzowe i zaczyna niesamowicie wiać. Ledwo co panuję nad maszyną, bo raz dostaje z lewej, a raz z prawej strony. Kulimy się, żeby zmniejszyć powierzchnię boczną, zwalniamy do stówki i walczymy przez 50 km z wiatrem. W Czechach wrzucamy do żołądka dobry obiadek i lecimy dalej na Polskę. Temperatura spadła już do 19 stopni a po przekroczeniu granicy w Głubczycach mamy huczne powitanie w postaci piorunów i oberwania chmury. Wiatr jest jeszcze gorszy niż w Czechach, a do tego deszcz, woda spod kół tirów i lecące gałęzie. Po drodze widzimy na przystankach i stacjach benzynowych innych motocyklistów, ale jesteśmy twardzi jak Roman Bratny i jedziemy dalej. Jedziemy z zawrotną prędkością 30 - 40 km/h w kolumnie aut, aż do samego Opola. Zmęczeni i szczęśliwi docieramy do domu. Home sweet home.

Podsumowanie

Zrobiliśmy ok. 6000 km i spaliśmy w 10 różnych miejscach. Zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych miejsc. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze Krete i Rodos, ale dwa tygodnie to za mało. Na wysypy warto wygospodarować kolejne dwa tygodnie i nieco więcej kasy na promy, które nie są tanie. Mankamentem w lipcu są temperatury. Jak nie było moving to nie było cooling, a wtedy było boiling. Przemieszczając się w różne rejony zobaczyliśmy, że Grecja jest bardzo różna, a nie to co widzimy na folderach reklamowych. W większej swej części to wypalone, kamieniste tereny, prawie niezamieszkałe i oczywiście góry, góry i jeszcze raz góry.
Koszty
Paliwo: 1-1,3 Euro/ litr
Campingi: 16-20 Euro/ za nas, motor i namiot
Autostrady: Węgry – 4 Euro, Serbia 23 Euro, Macedonia, 3 Euro, Grecja ok. 40 Euro (w zależności kto ile będzie śmigał po autostradach), drogi widokowe i niektóre mosty w Grecji też są płatne.
Papu: Kolacja z winem w tawernie dla dwojga osób ok. 20-30 Euro, ceny marketach typu Lidl zbliżone do polskich.
Całościowo zamknęliśmy się w 1000 Euro