Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Estonia

Estonia 2010

Autor: DLuk

W 2010 znowu zamiast opalania się na plaży wybraliśmy odwiedzenie nowych terenów. Po ubiegłorocznym gorącym Krymie w dwa motocykle tym razem planujemy trochę chłodniejszy kierunek. Po paru zawirowaniach z ustalaniem Kto, kiedy i gdzie oraz szybkim uzgodnieniu urlopów decydujemy, że sami uderzamy na Estonię. Od kilku lat "ułatwiamy" sobie te nasze wyjazdy, skracamy długości i czas pustych przelotów, codziennie kawka w fajnych miejscach, nie bierzemy namiotu i planujemy mniej miejsc do obejrzenia, żeby nie latać na wariata od punktu do punktu i tylko pstrykać zdjęcia jak skośnoocy. Ale teraz poszliśmy jeszcze dalej - zarezerwowaliśmy wcześniej wszystkie noclegi... Tak, starzejemy się

Moto zapakowane, pogoda piękna, banany na twarzach. Luźna jazda w kierunku Białegostoku, przed którym skręcamy do Tykocina. Pierwszy krótki postój, z zewnątrz podziwiamy Kościół Św. Trójcy, pomnik Czarnieckiego i fajnie rekonstruowany zamek.

Nie wracamy do głównej drogi tylko na skróty lecimy w kierunku Augustowa. Ta droga to jakiś koszmar dla motocykla a kamienisty odcinek na wylocie z Tykocina wcale nie jest najgorszy. Na szczęście jedziemy "turystycznym enduro" a nie np. "plastkiem". Taka zła nawierzchnia tylko kilka czy klkanaście kilometrów ale zapamiętuję żeby tą drogą nie wracać. Kolejny krótki postój w Suchowoli, gdzie koło kościoła jest kamień z oznaczeniem środka Europy (pomiar z 1775r.). Obok właśnie kończy się budowa chyba fontann, spożywcze sklepy też obok są, będzie fajna miejscówka na chwilę odpoczynku dla motocyklistów podróżujących.

W Augustowie wiadomo straszne korki dopuki nie zjedzie się w kierunku Sejn. Tutaj już pusto, spokojnie, las, Giby, przejście w Ogrodnikach. I tutaj niespodzianka. Nie przygotowywaliśmy się jakoś specjalnie do wyjazdu, nie sprawdzaliśmy informacji o wymaganych dokumentach, itp., wzieliśmy tylko standardowe papiery, paszporty i zieloną kartę (która zresztą dojechała do nas pociagiem tego dnia rano bo zapomniałem o niej wcześniej). A tu proszę bardzo, przejścia nie ma, nic nie sprawdzają, czyli Europa pełną gębą

Przed Wilnem jeszcze rzut okiem na zamek w Trokach i parkujemy przy hotelu Panorama link w stolicy Litwy. Lekki luksus ale to pierwszy i ostatni aż taki na naszej trasie. Pokój z widokiem, od razu przyklejamy się do okna bo właśnie startują z samego centrum balony - jeden, dwa, ... cztery, ... osiem.

Wieczór pięknie się zaczyna. Do Ostrej Bramy parę minut piechotką, stare miasto bardzo ładne, na głównym placu wieczorem jest trochę ludzi, spacerują, jeżdżą na rolkach, deskach i rowerach, sielanka.

Budżet jeszcze nie nadszarpnięty więc lądujemy na kolacji w restauracji przy głównej uliczce na starym mieście. Ja oczywiście muszę spróbować oryginalne litewskie cepeliny, u nas znane też jako kartacze. Danie niewyszukane ale są znakomite w porównaniu do niby-cepelinów serwowanych w jadłodajni warszawskiego biurowca. Ceny nas baaardzo pozytywnie zaskakują.

Od rana mieliśmy zaplanowany Park Europa link ale nie spodziewaliśmy się, że to taka świetna miejscówka. Że coś takiego Litwini potrafili zrobić w środku lasu. Dlaczego u nas nie ma takich ciekawostek? Labirynt z telewizorów na samym starcie niestety już w większości jest rozebrany ale i tak robi wrażenie. Potem monumenty, pomniki, instalacje, ... czyli radosna twórczość artystów z całego świata. Spokojnie można poświęcić na to miejsce pół dnia, nawet jak się jest inżynierem i ze sztuką jest nie po drodze.

Dusza pokrzepiona więc lecimy na północ. Przejście graniczne w Łotwą znowu nas zaskakuje brakiem jakiejkolwiek kontroli. Łotwę w tą stronę traktujemy tylko tranzytowo, lecimy z dala od najgłówniejszych dróg i popołudniem docieramy do Estonii. Na granicy oczywiście żadnych szlabanów i celników. Jeszcze stówka i jesteśmy w Tartu, drugim co do wielkości mieście Estonii. Nocleg mamy w pensjonacie na ulicy Herne www.hot.ee/supilinn - miejscówka ok., nie jest najbliżej centrum ale dla nas to tylko jedna noc. Robi się powoli wieczór, idziemy zwiedzić miasteczko. Od razu po budynkach widać, że Estonii jest bliżej do Finlandii niż do Rosji. Domy mieszkalne bardzo charakterystyczne i kolorowe.

Tylko co by tu wziąść żeby było estońskie? Estończyczy nie mają typowej swojej tradycyjnej kuchni i trochę na ślepo wchodzimy w ryby. Zupa rybna najlepsza jaką jadłem w życiu a śledzie na drugie danie to już było mistrzostwo świata dla naszych niewuszakanych podniebień

Rano, przed wyjazdem, jeszcze oglądamy tor crossowy, który jest przez płot z naszym pensjonatem. Tor jest rowerowy ale chciałoby się tam wskoczyć motorkiem, kuszą zwłasza wyprofilowane asfaltowe zakręty. Cały taki twardy tor dla motocykli supermoto jest w Pleven w Bułgarii i jest to chyba jedyny taki w Europie.

Trochę zbiera się na deszcz. Do Tallina mamy niecałe 200 kilometrów, dlatego kierujemy się najpierw do zamku Alatskivi (taka ciekawostka, po drodze można zajechać) a potem nad jezioro Pejpus. W Kallaste zatrzymujemy się nad samym brzegiem jeziora. Jak na miejscowość teoretycznie turystyczną to praktycznie nikogo tu nie ma, linia brzegowa nie jest nijak zadbana, nie ma żadnego molo ani atrakcji. Nie tylko my jesteśmy trochę rozczarowani, podjeżdża też starsze małżeństwo Włochów, robią parę fotek i się rozjeżdżamy.

Kierujemy się już do stolicy, mamy zaplanowane po drodze jakieś atrakcje ale zaczyna tak lać że dajemy sobie spokój ze zwiedzaniem i jedziemy prosto do celu. Docieramy do naszego głównego punktu i jednocześnie miejsca wypadowego na kilka dni. Kwaterujemy się w hotelu Tatari 53 link. Odpowiedni hotel było ciężko znaleźć, żeby był nie za drogi, w miarę niedaleko od centrum i koniecznie z parkingiem dla motocykla. Na zdjęciach wygląda dużo lepiej niż w rzeczywistości a parking jest niby za szlabanem ale może tam wejść każdy. Na szczęście nigdy nic niepokojącego na parkingu się nie działo więc spokojnie mogę polecić tą miejscówkę. Zresztą musi być dosyć popularny wśród Polaków ponieważ w ciągu tych kilku dni spotkaliśmy parę ekip rodaków.

Tallin jest naprawdę warty poświęcenia mu kilku dni. O atrakcjach turystycznych można poczytać w każdym przewodniku i internecie. Na nas największe wrażenie zrobił tzw. kwartał Rottermana i generalnie mnogość nowoczesnych budowli. W mieście jest sporo fajnych miejscówek, barów, punktów widokowych, mniejszych i więszych ciekawostek. Idąc na drugi dzień tą samą drogą odkrywa się obok coś nowego. Do centrum chodzimy na pieszo a dalsze dzielnice objeżdżamy motorkiem. Z ciekawszych rzeczy odwiedzamy KUMU - nowoczesne Muzeum Sztuki, tallinski słynny amfiteatr muzyczny, niestety wieża telewizyjna jest remontowana i taras widokowy jest zamknięty. Szkoda bo miała to być jedna z wiekszych atrakcji. Fajną miejscówkę znaleźliśmy pierwszego dnia - stary, monumentalny, betonowy port gdzie co wieczór schodzi się masa ludzi popatrzeć na zachód słońca, popijając przy tym trochę procentów . Generalnie niedalego portu są duże sklepy z alkoholem, który masowo kupują pasażerowie promów do Helsinek. Zresztą widok kilkuosobowej grupki młodych ludzi siedzących na trawie na skwerku w centrum czy w parku i legalnie rozpijających flaszeczkę nie jest tu niczym nadzyczajnym. Oni chyba nie mają zakazu picia na zewnątrz ale z tego co widzieliśmy to takie zakazy nie są im potrzebne. Nigdy nie spotkaliśmy się z żadną agresją czy nawet krzykiem pijanych ludzi. Centrum jest zadbane i czyste, trochę gorzej wyglądają dalsze rejony, gdzie domunują stare zaniedbane kamienice i poradzieckie budownictwo. Na starym mieście ceny w knajpach bardzo wysokie, także pozostają dalsze rejony i sklepy spożywcze.

Robimy parę wypadów po Estonii. Jedziemy w kierunku Narwy, miasta granicznego z Rosją na północnym-wschodzie kraju. Drogi sa niezłe. Praktycznie nikt nie przekracza przepisowych 110km/h po za miastem na dwupasmówce. Ruch jest niewielki, wzrasta tylko trochę w obrębie miast. W pewnym momencie mijamy dwa motocykle policyjne, chyba CBF-y tysiące, na szczęście zdążyliśmy zwolnić. Po drodze próbujemy odnaleźć największy wodospad i pooglądać klify. Wodospad parodia, niby ma kilkadziesiąt metrów wysokości ale wodospadem nazywa się chyba tylko w czasie powodzi. W samej Narwie jest gorąco i nie chce nam się nic robić więc po krótkim zatrzymaniu się nad twierdzą jedziemy nad morze poszukać plaży.

Nie jest to proste ze względu na szeroki pas lasu oddzielający drogę od morza. Parkujemy jednak przy jakimś kompleksie hotelowym i leżakujemy trochę nad wodą. Plaże prawie takie jak u nas tylko chyba jeszcze bardziej szerokie i piaszczyste, no i zdecydowanie mniej ludzi. Wracając zajeżdżamy do różnych dworków i pałaców i trochę wybrzeża.

Jako pierwszą wyspę wybieramy Hiumę. Z Tallina jedzie się drogami bardzo dobrej jakości, szerokimi, prowadzonymi lasami, aż zachęcającymi do puszczenia się szybciej. Tylko to ogólne przestrzeganie przepisowych prędkości przez innych użytkowników dróg aż dziwi. Ciekawe jakie tu są mandaty, bo jeżeli tak jak w Finlandii to nie chciałbym się o tym przekonać . Promy są dosyć często a płynie się ok. 1,5 godziny. Bilet w jedną stronę dla dwóch osób i moto kosztuje ok. 33zł. Co ciekawe motocykli na promie nie przypina się pasami, nasz stał na bocznej stopce. Trochę bujało ale nie na tyle żeby moto mogło się przewrócić. Wyspę planujemy objechać dookoła odwiedzając dwie latarnie morskie. Gdzie się tylko da zjeżdżamy z głównej drogi i jedziemy wzdłuż wybrzeża odwiedzając miesteczka. W jednym z takich niepozornych miasteczek wjeżdżamy do centrum i kierując się największym ruchem pieszych przypadkowo docieramy do małego zbiegowiska obok starego zapuszczonego domu. Okazuje się że właśnie trafiliśmy na huczne otwarcie nowej kanjpy o nazwa Mamma Mia. W środku może i klepisko i sanepid pewnie miałby tu używanie ale za to jaka zabawa w środku. Konkursy, tańce i śpiewy. Wcale nie byliśmy jeszcze głodni ale zupkę z wielkiego kotła trzeba było spróbować, ciasto czekoladowe było wyśmienite ale najciekawsze były wielkie ogórki - smak dziwny: trochę jak kiszone, trochę jak małosolne, trochę jak konserwowe i jeszcze do tego trochę słodkie. Takie niespodziwane atrakcje zawsze zabierają zdyt dużo czasu... Pierwsza latarnia na samej północy wyspy to konstrukcja żeliwna zaprojektowana i wyprodukowana we Francji a tutaj tylko przywieziona i poskładana. I to wszystko w 1875r. Widoki niezapomniane.

Druga, którą odwieziliśmy, jest masywną, wręcz warowną budowlą i znajduje się po zachodniej stronie wyspy. Później jeszcze szukaliśmy kościoła z wielkim dzwonem na samym południu wyspy ale czas zaczął nas gonić i odpuściliśmy już tą atrakcję. Po powrocie na stały ląd zatrzymaliśmy się jeszcze w Haapsalu przy muzeum kolejnictwa oraz na zamku. Zamku nie zwiedzaliśmy bo było już późno ale na dziedzińcu trwał koncert a teren dookoła jest fajnie zagospodarowany

Największą wyspą Estonii jest Sarema. Droga dojazdowa znowu spokojna i bez tłoku. Dobrze, że kierowcy migają czasami długimi ostrzegając przed policją bo byśmy nieźle wtopili. W zupełnie nieoczekiwanym miejscu w lesie stał patrol - radiowóz z 10 metrów w lesie a policjant z radarem za drzewem. A to niby u nas się mówi, że się chowają w krzakach... Promem płynie się szybko bo tylko pół godziny, za bilet płacimy ok. 28zł. Na wyspie planujemy tylko parę punktów bo dosyć późno dzisiaj wyjechaliśmy. Na pierwszy ogień bierzemy wiatraki w Angli, które są symbolem wyspy. Można do niektórych wchodzić.

Pogoda zrobiła się lekko deszczowa i w mżawce dojeżdżamy do do jeziora Kaali. Ciekawe miejsce, które powstało 3 tys. lat p.n.e jak meteroryt uderzył w ziemię, odbił się i rozpadł na kawałki. W miejscu uderzenia powstało prawie idealnie okragłe jezioro o średnicy ok. stu metrów.

Niestety zaczęło padać dlatego zamiast na moto ewakuujemy się do miejscowej knajpy - też zacne miejsce warte polecenia na obiad . Odpuszczamy różne skanseny i wioski i kierujemy się prosto do zamku w Kuressaare. Tym razem zwiedzamy wszystkie wnętrza łącznie z całkiem ciekawym muzeum. Oczywiście mnie bardziej od "starożytnych" kamieni interesują "techniczne" eksponaty.

Wracamy do Tallina tak jak codziennie w miarę wcześniej, żeby jeszcze zdążyć wieczór spędzić na starym mieście. Na promie trochę bardziej buja a moto stoi pod dziwną maszyną ale nic się złego nie dzieje.

W Tallinie jest bardzo fajnie ale po kilku dniach niestety czas już zacząć kierować się w kierunku domu. Małe paręset kilometrów i już jesteśmy w Rydze. Tutaj śpimy w hostelu Jakob Lenz link a motocykl stoi na zamykanym wewnętrznym podwórku. Miejscówka ok. chociaż oczywiście na zdjęciach wygląda zdecydowanie lepiej niż w rzeczywistości. Stolica Łotwy też robi wrażenie i spokojnie można by tu zostać kilka dni ale jednak w porównaniu do Tallina wypada słabiej. Za to policja jeździ dużymi V-Strom-ami - aż mi mapka z ręki wypadła jak to zobaczyłem.

Stare miasto ładne, jest gdzie pochodzić, jest trochę knajpek, wieczorami ładnie oświetlone uliczki i deptaki. Nic specjalnego nie mamy w planach zwiedzać więc obchodzimy spacerkiem wszystko i oglądamy z zewnątrz.

Zawsze jak się wraca to się zaczyna spieszyć ale zamiast szybkiego przelotu do Polski chcieliśmy jeszcze jedną noc spędzić w Kownie. Z Rygi wybraliśmy się w górę na półwysep Kolka. Droga na mapie wygląda na bardzo widokową ponieważ biegnie brzegiem morza. Niestety nic bardziej mylnego, drogę przez cały czas od morza oddziela pas drzew. Na samym półwyspie drogi robią sie szutrowe na odcinku kilku kilometrów. Żeby dotrzeć do samego końca cypla trzebaby iść pieszo plażą co sobie odpuszczamy.

Ostania chwila na zastanowienie się nad dalszym kierunkiem i decydujemy się, że Kłajpedę tym razem odpuszczamy i jedziemy bardzo podrzędnymi drogami wprost na Kowno.

Przejście graniczne gdzieś w głebi kraju jest tak malutkie, że droga ma z dwa metry szerokości i tylko opuszczony barak świadczy o tym, że mijamy granicę. Rezygnując z Kłajpedy mamy w zamian inny punkt obowiązkowy. Niedaleko miejscowości Szewle, w północnej części Litwy, znajduje się Góra Krzyży. Można mieć swoje zdanie na ten temat ale trzeba przyznać, że robi wrażenie. Dziesiątki a może już setki tysięcy krzyży w jednym miejscu. Podobno nikt nie wie kiedy to się zaczęło ale w czasach radzieckich liczba krzyży bardzo rosła. W 1993r modlił się tam Jan Paweł II, co też spowodowało, że miejsce stało się bardziej znane i krzyży wciąż przybywa.

Z tamtąd jedziemy prosto do Kowna gdzie zatrzymujemy się w Hotelu Babilonas link (tylko uwaga bo na ich stronie są strasznie wysokie ceny). Miejscówka może być chociaż znowu niezbyt blisko centrum i motocykl każą postawić trochę dalej niż przy samym ogrodzeniu żeby dźwigiem nie ukradli . Kowno to bardzo dłuuugi deptak, na końcu którego znajduje się najstarsza część miasta. Zdecydowanie mniej atrakcyjne miejsce niż stolice krajów nadbałtyckich ale ma też swój mały urok. Kończymy powoli dzień długim spacerkiem.

Nazajutrz pozostaje już tylko spokojny powrót do Polski, standardowe korki w Augustowie, standardowa duchota połowy sierpnia. Nie robimy już żadnej objazdówki i wracamy tą samą drogą przez Tykocin zapominając o dziuuurrrrach w tej drodze .

Podsumowując to był taki luźny wyjazd wakacyjny bez żadnego gonienia i martwienia się o znalezienie noclegu. Zrobiliśmy ok. 3500 km w niecałe dwa tygodnie. Zdecydowaną większość noclegów rezerwowaliśmy przez strony typu link i było zdecydowanie taniej niż bezpośrednio na stronach hoteli. Generelanie za pokój dwuosobowy ze śniadaniami i parkingiem dla motocykla płaciliśmy ok. 100-160zł. Pewnie na miejscu można coś znaleźć taniej ale nie rozglądaliśmy się za innymi noclegami. Nie oszczędzaliśmy specjalnie ale też nie szaleliśmy. W sumie łącznie z paliwem wydaliśmy ok. 3-3,5 tys.zł. Taką trasę można zrobić praktycznie każdym motocyklem, w Tallinie widzieliśmy R1-kę i VFR-kę na polskich blachach. Zawieszenie V-Strom-a najbardziej przydało się w Polsce, koło Tykocina i na całej Łotwie. Ogólnie to Łotwa jest najbardziej "z tyłu" w porównaniu do bardzo rozwiniętej Estonii i rozwijającej się Litwy. Tallin zdecydowanie wymiata, Wilno i Ryga też bardzo fajne i warte dłuższego pobytu.