Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Polska » Drapieżne koty czyli Rajd Kocich Gór 2011

Drapieżne koty czyli Rajd Kocich Gór 2011

Autor: MaG

Kocie Góry? Już sama nazwa brzmi jakoś tak trywialnie… Niby mamy Góry Sowie i nikt się z nich nie śmieje, ale Kocie? Jak kogoś zapytacie o góry w okolicach Wrocławia to Wam wymieni Ślężę, Karkonosze, Stołowe, zaręczam, że o Kocich nie wspomni. Ale są naprawdę – widziałem na własne oczy. Nie są wysokie, ale nawet udało się na nich drogowcom zrobić kilka serpentyn. Tajemnicą jest dla mnie jedynie ich nazwa, chociaż po Rajdzie tajemnica zdaje się rozwiewać…
W zeszłym roku Olek z ekipą narobili mi swoją foto-relacją apetytu na Rajd Kocich Gór. Pierwsza edycja w 2010 roku okazała się bardzo fajną imprezą motocyklową z trasą, po której trzeba się kierować według specjalnej mapki z rysunkami, strzałkami i odległościami, ot coś takiego zwanego „itiner”…

Rajdów takich nie ma zbyt wiele – wśród zalewu para-motocyklowych „imprez” typu koncert z najebką jest tylko kilka takich perełek (nieodżałowana „Pyra”, „Włóczykij”, off-owy Rajd Pałuk…)
Kiedy w tym roku Bandit – „nasz” człowiek w organizującym rajd Wrocławskim Stowarzyszeniu Motocyklistów „Wratislavia Bikers” – napisał, że oto jest II-ga edycja Rajdu Kocich Gór to wiedziałem, że w tym roku muszę się wybrać. Zapisałem się na listę wraz z innymi i czekałem… W międzyczasie postanowiła ze mną jechać Ania, więc czekaliśmy we dwójkę na ten weekend jak na wybawienie od trwającej już 2 miesiące „niby-przeprowadzki” do nowego mieszkania.
Pierwotny plan był taki, że mieliśmy jechać w piątek rano z Piaseczna razem ze Złotym i Kasią, ale życie zweryfikowało plany, jak to zwykle ma w zwyczaju i okazało się, że musimy zaprowadzić nasze Mitsubishi do znajomego mechanika pod Kozienicami… Zapakowałem więc żonkę w czwartek po pracy w puszkę i wyekspediowałem samochodem do Kozienic, a sam na spokojnie w miłym towarzystwie dwóch niepasteryzowanych Ciechanów spakowałem nasze rzeczy do kufrów. Wydało mi się, że jest ich dziwnie dużo jak na weekend, ale że i tak planowałem zabrać wszystkie 3 kufry to nie marudziłem nadmiernie i dorzuciłem jeszcze pół litra żołądkowej gorzkiej (dorzuciłem do kufra, nie do gardła…) i pozamykałem.
Rano pobudka o 6:30, szybkie smarowanie motocykla, zapakowanie kufrów, tankbaga i w drogę. 70 km do Kozienic minęło miło i spokojnie, ale bez większych wrażeń – trasa przez Magnuszew jest dziurawa i mało widokowa, ale znacznie szybsza niż przez Warkę czy moja ulubiona (2 razy dłuższa) przez Białobrzegi-Głowaczów. Parę minut po 9:00 zameldowałem się w zaprzyjaźnionym serwisie gdzie Sztormiak bywa regularnie co 6000 km i zdążył się już zaprzyjaźnić z japońskim kolegą. Zostawiliśmy Colta Czarkowi, a sami w końcu parę minut po 10:00-ej ruszyliśmy wreszcie na rajd. Wcześniej na komputerze zaplanowałem sobie trasę „bocznymi” drogami, więc odpaliłem Ovi Maps, wczytałem trasę i jedziemy. Na początek kawałek Kozienice – Głowaczów - Białobrzegi, jedna z moich ulubionych trasek „niedzielnych” – mały ruch, sporo fajnych winkielków, asfalt miejscami dziurawy, ale miejscami gładziutki jak na torze, dookoła fajne zapyziałe mazowieckie wioski i dużo lasu – Puszcza Kozienicka… Dalej 48-kę na Tomaszów Mazowiecki i znowu pola, łąki, wioski, Najmniejsze Miasto w Polsce czyli Wyśmierzyce (taki chlubny szyld zrobili sobie na wjeździe), klasztor w Poświętnym wyglądający jak nie przymierzając monastyr Sucevita na rumuńskiej Bukowinie i znowu dużo lasów – tym razem już spalsko-rogowskich. W Spale stajemy na małą przekąskę – jest godzina 11:30, a ja od 7:00 już zgłodniałem.

Wyjeżdżając z knajpy o mało się nie przewróciłem ze śmiechu na widok cysterny na LPG z dumnym napisem „Gaz Babuni”. No to już szczyt ekologii – wystarczy tylko tą Babunię fasolką karmić i jeździmy za darmo…
Do Tomaszowa było przyjemnie… Dalej patrząc na mapę w Internecie wymyśliłem, żeby nie jechać rozkopaną katowicką tylko pojechać na Rzgów, Pabianice, Sieradz. Od razu za Tomaszowem wpadamy w remonty, wahadła, piachy i zaczyna się walka z nawierzchnią, tirami i potencjalnymi zabójcami w służbowych samochodach. Gdzieś przed Pabianicami na jednych światłach grzecznie mijamy sznur samochodów i stajemy z boku 3 w kolejności auta (z przodu stały 2 do skrętu w lewo więc już ich nie omijałem). Zielone, jedynka i… słyszę „ryk” zarzynanego silnika w 10 letnie Megane i koleś nam zajeżdża miejsce na ominięcie tych skręcających w lewo. Zagotowałem się, 10 metrów za skrzyżowaniem wyprzedziłem pedała pokazując mu (jak się okazało małżonka również mi wtórowała) wymownym gestem palcem co o nim sądzę i pojechałem dalej. Jakiś 2 km dalej były kolejne światła, zobaczyłem gnoja w lusterku, że próbuje mi się wcisnąć… obok prawego kufra! Teraz już bardziej mnie to ubawiło niż wkurzyło i z myślą „I co? Urósł Ci?” podjechałem na pole position zostawiając frustrata w jego żałośnie nagrzanej puszce…
W Pabianicach tankowanie na Statoil i teraz krajową „12” na Sieradz i dalej na Kalisz. Droga niby po remoncie, asfalt równy, ale kibel straszny – dwa sznury tirów osobówek w obie strony, co chwila światła, wysepki, krzyżówki. Oj umęczyliśmy się strasznie…
Dopiero w Błaszkach skręcamy w lewo na trzycyfrowe drogi i znowu ładnymi widokowymi 449 i 448 jedziemy przez Grabów nad Prosną, Mikstat do Antonina. Tam postanawiamy odpocząć i zjeść coś w karczmie przy zalewie. Niestety kilka prób dojechania nad samą wodę na plażę spalają na panewce i lądujemy w restauracji wprawdzie jakieś 30m od wody, ale odgrodzonej zamkniętym ogrodzeniem. Nie pamiętam nazwy knajpy, ale pamiętam, że mieli doskonałe pstrągi – co drugi dzień mają świeżą dostawę tej ryby i przyrządzają ją naprawę świetnie. Siedząc przy stole obserwowaliśmy w sumie chyba ze 20 Ducatów przelatujących obok nas – widocznie mieli jakiś swój „brandowy” zlot w okolicy. Huczały pięknie.
Po kolacji ustawiam już nawigację na najszybszą drogę do celu i jedziemy kawałek na Oleśnicę, potem na Trzebnicę, Oborniki Śląskie i w końcu do Pęgowa. Po drodze przejeżdżamy centralnie przez Kocie Góry, zaliczamy kilka prawdziwych serpentyn, zjazdów i podjazdów – kurcze tutaj NAPRAWDĘ są jakieś góry. Niestety urok okolicy psują ciągłe roboty drogowe – akurat wymieniają asfalt na najlepszy winkielkach, za rok będzie tu piękna trasa – a sznury ciężkich tirów jadących trzeciorzędną drogą lokalną nie pomagają. W Pęgowie tradycyjnie nie znajdujemy ośrodka i dopiero pani w sklepie spożywczym wyjaśnia, że motocyklem to jakieś 400 metrów, a na pieszo przez jej podwórko to niecałe 100m. Z wdzięczności kupuję kilka Piastów i po chwili meldujemy się na ośrodku „Glinianka”. Tam już nas wita nasza warszawska ekipa – Kasia ze Złotym, Darek „darodl1000” z kumplem Jarkiem, po chwili dołącza Andrzej z Tomkiem, którzy wpadli na chwilę, ale na wieczór wracają do domu i przyjadą rano. Oczywiście jest już komplet organizatorów z Banditem i Atomówką na czele. Robimy bajzel w domku, skaczemy na szybki prysznic do pamiętających towarzysza Edwarada Gierka sanitariatach i już w pełni szczęśliwi popijamy zimne piwko i gadamy o dupie Maryni.
Po kilku piwkach pojawia się gitara, potem druga gitara i jest nie tylko gadane, ale i śpiewane. W międzyczasie wyjaśnia nam się częściowo nazwa Kocich Gór – Darka atakuje znienacka i zostawia krwawe szramy na ręce drapieżny Kot z gatunku… dachowców. Jakoś po północy wymykamy się z tętniącej w najlepsze imprezie i zasypiamy w domku.

RAJD Pobudka jest… ciężka, bo jakoś tak drapie w gardle, sucho ustach, w głowę jakby ktoś z tyłu czymś pukał… Do tego aura na zewnątrz nie nastraja optymizmem – zdążyliśmy wstać i zaczęło padać. Super… Na starcie Rajdu już są Andrzej z Tomkiem, Andrzejowi udało się zdobyś unikalny numer 1 uczestnika rajdu… Szybki telefon do dluka – ma być za 1,5 godziny, czyli wychodzi nam, że ok. 11:00. No to mamy czas na pooglądanie parku maszynowego, bo motocykli zjeżdża się z minuty na minutę coraz więcej i więcej. Pomaga w tym pogoda, bo deszcz przestaje padać i wychodzi ostre majowe słoneczko. My jeszcze w normalnych ciuchach relaksujemy się i na pytania organizatorów kiedy zamierzamy wyjechać na trasę odpowiadamy niezmiennie „Zdążymy…”

Generalnie robi się tłok, widać już numery startowe „110” a kolejka do rejestracji jak do mięsnego w czasach PRL. My spodziewając się dluka lada chwila wskakujemy w ciuchy motocyklowe i gotujemy się w nich w słońcu. W końcu jest Łukasz, udaje mu się zarejestrować z numerem jakimś 132 czy coś i ustawiamy się w… kolejce do wypuszczenia na trasę. Organizatorzy celowo robią przerwy między startującymi, żeby nie było tłoku na trasie i na punktach kontrolnych, ale nawet rozumiejąc powody trudno jest ustać w słońcu.
Wreszcie zbieramy się przed linią startu, spisanie liczników i … poszli tuż przed 12:00 na trasę! Łukasz w nagrodę otrzymał zaszczytną funkcję naczelnego nawigatora naszej grupy.
Od razu na początek przywitały nas winkielki na wąskiej asfaltowej dróżce. Pierwsze zakręty trochę drewniane (to pewnie od wczorajszej gitary), ale potem już coraz lepiej…

Po kilkunastu minutach (?) jazdy trafiamy na pierwszy punkt kontrolny i Zadanie nr 1 – mamy wybór: albo pompowanie w masce przeciwgazowej pompką ręczną koła motocyklowego przez 30s (żeby zaliczyć trzeba nabić min. 0.5 Bar) albo 25 przysiadów z tymże kołem nad głową w ciągu 30s. Wszyscy wybieramy pompkę i mamy kilkanaście minut niezłego dymanka…
Wyniki są różne – od 0,6 do 1,1 Bar (najlepiej dymał Darek – o ile dobrze zapamiętałem…).
Zbieramy podpisy na kartach uczestników i jedziemy dalej. Przed nami znowu jazda przyjemnymi bocznymi dróżkami przez pagórki i wioski i w ten sposób dojeżdżamy do Lubiąża, gdzie znajdują się ruiny / pozostałości Opactwa Cystersów. Budynek, a raczej kompleks budynków robi niesamowite wrażenie – na pierwszy rzut oka jest to ogromny pałac, a nie siedziba jakiegokolwiek zakonu. Parkujemy maszyny i idziemy na spacerek po dawnym parku. Do samego pałacu nie wchodzimy, ale dokładnie oglądamy go z zewnątrz.

Po spacerku czas na zadanie nr 2 – pytania z wiedzy o obejrzanym zabytku tudzież z wiedzy ogólnej.
Jedno pytanie dotyczyło rzeźb poustawianych w parku – jakie dwie rasy ludzkie zostały na nich odwzorowane. Po konsultacjach i podglądaniu zdjęć stwierdziliśmy, że rasa czarna i żółta. Figa! Okazało się, że artysta ozdabiający park miał większą fantazję i na pomnikach umieścił postać Murzyna oraz… Indianina! Były jeszcze jakieś pytania, na które odpowiedzieliśmy zgodnie. Ponieważ już wszyscy zgłodnieli, a stojąca przy wjeździe do opactwa karczma kusiła to odbyliśmy krótką naradę gdzie coś zjemy. Andrzej jako „aborygen” powiedział, że 6km stąd jest bar na stacji, w którym on jada jak jest w pracy, że smacznie, dużo i niedrogo. No to jedziemy! Jeszcze rzut oka na Libiąż z drogi…
…i po chwili już parkujemy na stacji benzynowej pod barem „Szofer”…
Zimne bezalkoholowe piwo Lech + doskonałe domowe żarcie wprawia nas w stan lekko śpiący, ale po niecałej godzinie już ponownie siadamy na motocykle i ruszamy szukać kolejnych zadań do wykonania. Ponownie wąskimi asfaltowymi dróżkami (Gdzie te „główne” drogi, o których wczoraj przy ognisku mówił Bandit???)dojeżdżamy na punkt kontrolny z zadaniem nr 3. Tym razem zadanie mocno sprawnościowe – rzut piłką do kosza zawieszonego na drzewie. Żeby było bardziej motocyklowo to rzut trzeba wykonać w kasku. Ja od razu wystawiam swojego najlepszego zawodnika czyli żonkę i… trafia 3 na 3 (a nawet 4 na 4, bo próbny też wrzuciła)

Inni niestety nie byli tak skuteczni, Każdy odbiera swoje punkty i podpis na kartę i w drogę przez las. Niestety nie tą śliczną szutróweczką, którą widać na wprost, tylko z powrotem asfaltem. Po kolejnych kilkunastu km docieramy na punkt kontrolny zadania nr 4. Tutaj zadanie podwójne –najpierw pytanie o budynek przy którym się znajdujemy – co to jest. Ponieważ jesteśmy na terenie obserwatorium astronomicznego należącego do Uniwersytetu Śląskiego to obstawiamy teleskop, radioteleskop, choć pojawiają się brawurowe propozycję typu wytwornica helu itp. Na szczęści jeden z kolegów z poprzedniej ekipy podzielił się z nami wiedzą, że jest to koronograf i służy do badania zjawisk zachodzących na obrzeżach Słońca – wybuchy, deszcze słoneczne itp. Wszyscy odpowiadamy zgodnie – koronograf. Druga część zadania to mini-golf, wbijanie piłeczek do dołka na długiej nierównej trawie nie jest łatwe i nikt nie wbija pełnych 3 „dołków”, ale i tak jest zabawnie…
Kolejne kilkanaście kilometrów i mamy zadanie nr 5 – przy drodze stoi kościółek (obecnie katolicki, ale sądząc po układzie architektonicznym i technologii „muru pruskiego” na ścianach pewnie postawiony jako protestancki) i po jego obejrzeniu musimy napisać 3 odpowiedzi:
- ile kalenic jest w kościele?
- jaka jest technologia krycia dachu?
- jakie warzywo przypomina kształt dzwonnicy?
Po zadaniu krótka wizyta w wiejskim GS-ie (chodzi o sklep nie o motocykl…) – stop na oranżadę. I już lecimy dalej zatrzymując się tylko gdzieniegdzie dla obrania właściwej trasy.

Kolejne zadanie nr 6 ma być wg mapy „ukryte w lesie”. Jedziemy ze 20 km/h rozglądając się po drzewach, polankach i szukając jakiegoś znaku, ale nic nie ma. W końcu stwierdzamy, że miejscowi musieli zwinąć zadanie i odkręcamy manetki… po to by za chwilę wyhamować przy punkcie kontrolnym. Tym razem mamy test z przepisów KRD – z jaką prędkością można holować motocykl, ile motocykli może jechać w kolumnie zorganizowanej itp. Odpowiadamy, mniej lub bardziej poprawnie i lecimy dalej, gdyż zaczyna nam się spieszyć do bazy.
Dojazd do kolejnego, ostatniego już zadania nr 7 myli nam grupa czoperowców, którzy zawracają nas z wybranej przez nas drogi. Po kilkuminutowym krążeniu wracamy ponownie na naszą pierwotną drogę i dojeżdżamy do punktu kontrolnego. Zadanie jest znowu dwuskładnikowe – najpierw dziewczyna z uroczym dekoltem puszcza nam piosenkę o „jeżdzie ETZ-tą” i pyta kto ją wykonuje. Nie wiadomo dlaczego wszystkie odpowiedzie krążą wokół tego samego – PIERSI, BIG CYC… W końcu z małą podpowiedzią wpadamy na właściwy trop – GRUPA FURMANA. Ale te PIERSI nadal nam się kołaczą w głowach… .
Drugi etap jest sprawnościowy – parę metrów dalej czeka na nas czerwone monstrum, na którym – w regulaminowym stroju – musimy wykonać slalom. Nie jest łatwo, co zresztą widać na fotkach…

Teraz już bez problemów docieramy do Pęgowa i po chwili parkujemy maszyny na zapchanym po uszy parkingu ośrodka Glinianka. Szybki „ruski” prysznic w domki i już można pić zimne piwko i ciepłą Żołądkową…

Wreszcie nadeszła chwila ogłoszenia wyników pierwszej 10-tki Rajdu. Pierwszy wyczytany został Daro za zdobycie X miejsca. Owacjom i wiwatom nie było końca. Kiedy Atomówka doszła do miejsca II-giego i wyczytała mnie ekscytacja osiągnęła zenit, a ja cieszyłem się jak dziecko – i z nagród i z samego wyniku. 2 Vstromy w pierwszej 10-tce na ponad 160 maszyn – dobry wynik? Moje drugie miejsce to sprawka mojej żonki i jej koszykarskich zdolności, bo od 10-tego miejsca dzieliło mnie jedynie 2 punkty. Z drugiej strony pierwszego nie zdobyliśmy tylko dlatego, że pojechaliśmy na obiad poza trasę i mieliśmy nabite więcej km niż Wiktoria, która rajd wygrała (TAK! Baba wygrała rajd motocyklowy!). Był kolejny powód do wiwatów i toastów.
Reszta wieczoru upłynęła nam na pogaduchach, śpiewaniu przy ognisku, pieczeniu kiełbasek i popijaniu różnych trunków. Ranek znowu trudny, ale jajecznica i napoje zimne uratowały nasze życie. Parę minut po 10:00 wystartowaliśmy z Anią w kierunku Kozienic, reszta ekipy miała jechać jeszcze na zawody Super Moto gdzieś w Wielkopolsce. Nas naszs nawigacja przeprowadziła przez ścisłe centrum Wrocławia (po raz kolejny się nim zachwyciliśmy – PIĘKNE MIASTO!), potem kawałek A4 do Opola i już krajowymi Częstochowa-Piotrków-Radom-Kozienice. Chmury straszyły nas po drodze, nawet w Piotrkowie dostaliśmy dosłownie kilka grudek gradu na kask, ale w sumie suchu dojechaliśmy do Kozienic, a potem już w osobnych pojazdach do Piaseczna.
Było ZAJEFAJNIE, za rok też przyjedziemy!