Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Do 3 razy sztuka czyli jak zobaczyć maskonura

Do 3 razy sztuka czyli jak zobaczyć maskonura (2012)

Autor: tom_jot

Po powrocie z zeszłorocznego touru po Skandynawii, chcąc odetchnąć od jej chłodów, postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje będą gdzieś na południu. Był pewien niedosyt, bo paru rzeczy nie udało się zobaczyć – zwłaszcza maskonura. Na jesieni kupiony przewodnik po krajach bałkańskich, mapy, przeczytane relacje na forach, przerzucone dziesiątki fotek poskutkowały szkicem trasy i wstępnym planem. I w tym przekonaniu, że jedziemy w ciepłe rejony wytrzymaliśmy do listopada. Gdy obejrzeliśmy filmik amerykanina zmontowany ze zdjęć zrobionych na Islandii plan podróży na południe legł momentalnie w gruzach. Popatrzyliśmy na siebie. Monia przytaknęła i decyzja była jedna. Trzeba zobaczyć to na własne oczy. Sprzęt jest, chęci tym bardziej, więc problem może być tylko jeden, wiadomo jaki dla przeciętnego Polaka. Ale co tam. Żyje się raz. Trzeba marzyć. Bez marzeń nie da się żyć, a marzenia trzeba realizować. Zaczęliśmy więc wertować wszelkie materiały o Islandii, relacje motocyklistów. Przy okazji podziękowania dla Maćka z Olsztyna i Marty z mężem z Wawy za wszelkie udzielone wskazówki, czasami upierdliwe wypytywanie o szczegóły – dzięki za cierpliwość. Ale do sedna sprawy. W lutym mieliśmy już bilety na prom, więc odwrotu nie było. I dobrze. Im bliżej wyjazdu tym więcej niepokoju, tak daleko sami jeszcze nie byliśmy a językowo można powiedzieć dno i osiem metrów mułu. Poza tym moja choroba morska nie napawała mnie optymizmem zwłaszcza, gdy zobaczyłem jak Norrona płynie w sztormie L. Stwierdziłem, że tyle to ja nie wypiję. Zaopatrzeni w apteczkę pełną prochów typu aviomarin 7 lipca ruszyliśmy w podróż do krainy ognia i lodu.

Dzień 1

Plan dojechać na kamping w Guster w Niemczech – ok. 850km. S8, autostrada na Świecko, kilometry lecą szybko. Paliwo też, zwłaszcza to zatankowane w ok. Strykowa – jakiś bełt. Co kawałek niestety myto. Nim się człowiek rozpędzi kolejna bramka. Przed granicą ostatni na trzy tygodnie obiadek w Polsce, pierogi z mięsem, herbatka, tankowanie i lecimy dalej. Przed nami zaczynają pojawiać się niezbyt przyjazne chmurzyska, z których niestety trochę się nam dostało. Pierwsze deszczowy test zdają buty. Jest dobrze. Humory dopisują. Ok. 17-tej docieramy do celu. Przyjemny kemping, jakaś impreza weekendowa, muza do późnej nocy.

Dzień 2 

Plan – ok. 400km w okolice Argab w Danii. Niemieckie autostrady są nudne do porzygania. Przed wjazdem do Danii zjeżdżamy do Flensburga. Tankowanie, obiadek z widokiem na morze i lokalnymi drogami ruszamy dalej. Chcemy przejechać zachodnim wybrzeżem Danii. Niemieckie autostrady były nudne, ale duńskie miasteczka powalają mnie na kolana – 30-45 km/h. Zużycie paliwa spada do 3,7l. Jestem w szoku, ale droga się nie kończy, kilometry nie ubywają. Za to urocze widoki, wiatraki, wszystko jak od linijki. Tylko ten smrodek kiszonek.

Docieramy w okolice Argab. Dziewcze na kempingu widząc naszywkę na ramieniu zabłysło znajomością języka polskiego: proszę, dziękuję. Miło. Plaża prawie tak piękna jak nad naszym bałtyczkiem. Wieczorem deszcz wygania nas z plaży, na którą można się dostać wdrapując przez wysokie wydmy. W nocy leje.

Dzień 3

W planie dalsza podróż wybrzeżem – 290km do Hirtshals. Wiatraki, kiszonki, podróż z drągiem za pociągiem. Tu widoczek, tam widoczek…..Pojawiają się pierwsi motocykliści ciągnący w kierunku Hirsthals. Podczepiamy się pod dwóch Niemców. Jadą trochę szybciej. Ale i tak ciągniemy się. Powoli przyzwyczajam się do tych prędkości. Traktorzysta ostrzega nas o fotoradarze. Hamowanko. Nie wiemy czy robią z obu stron. Kolejna miła niespodzianka. Na stacji benzynowej po włożeniu karty terminal wydaje polecenia po polsku. Ach ten postęp. Dość wcześnie docieramy do celu. Rozbijamy się na kempingu. Jest czas połazić po okolicy. Latarnia, umocnienia z czasów II wojny, labirynty. Promy wpływające i wypływające z portu.

Wychodziliśmy na spacer kemping prawie pusty, wróciliśmy a tam dupa przy dupie, ludzi, kamperów, terenówek, ciężarówek (niektóre ciekawe konstrukcje) – wszystko na jutrzejszy prom.

Dzień 4

Wcześnie pobudka. I na terminal. Niestety pochmurno i popaduje. O dziwo nie jesteśmy pierwsi. Przed nami stoi już kilka moto, m.in. czworo Niemców, Dania z synem, Elke i ich znajomy. Będziemy się z nimi kilkakrotnie spotykać na Islandii. Z każdą chwilą kolejka się powiększa, pełen przekrój motocykli, cały plac wypełnia się różnymi pojazdami. Za nami podjeżdżają Rosjanie z Murmańska: Arctic Convoy 1942-2012 w składzie Igor, Anatol, Siergiej z żoną i Żenia (sympatyczne dziewcze – logistyk grupy). Co słowiańska dusza to słowiańska dusza, szybko nawiązujemy znajomość, a oczekiwanie na Norrone spędzamy na pogaduchach.

Odpływamy. Niestety morze nie jest spokojne i ja też. Krótka, wysoka fala, dodatkowo wszechobecny gorąc na pokładzie i w kajutach i po kilku godzinach zaczyna ujawniać się moja dolegliwość. Piwo, prochy i sen. Co jakiś czas wyjście na świeże powietrze. A tu jeszcze tyle drogi. Dzień minął może jutro będzie lepiej.

Dzień 5

Płyniemy. Płyniemy i płyniemy. Ok. 17-tej dobijamy do Wysp Owczych. Zjeżdża kilka motocykli, kilka wjeżdża.

Po 40 minutach odpływamy. Faktycznie Wyspy Owcze, gdzie nie spojrzeć na wyspach i wysepkach owce. W ferworze cykania zdjęć zapominam o swojej chorobie. Między wyspami nie ma takich fal. I znowu wyjście na pełne morze kończy się standardowo: bro, proch i w kime.

Dzień 6 

Budzi nas głos z sufitu informujący, o której będziemy w porcie i o której należy opuścić kajuty. Pakowanie i wyprowadzka. Oczekiwanie. Wielka przygoda zbliżała się do nas na monitorach, aż w końcu na horyzoncie ukazał się ląd. Jest! Jest! Jest! Otwierają pokład samochodowy i zaczyna się wędrówka ludów. Teraz tylko zjechać i …… Naklejka. Celnicy i ……

Wszyscy do bankomatu. Kasa skończyła się po kilku osobach. Ruszamy więc do następnej miejscowości. Pierwszy podjazd bomba, ostro w górę, zakręty. To jest to. O widokach nie wspomnę. Po dwóch dniach bezkresu wody każdy kawałek ziemi jest niesamowity. Dojeżdżamy do Egilsstadir. Banomat, zakupy i w drogę. 931 – pierwsze szutry, idzie nam dobrze, rozkręcamy się, z każdym kilometrem szybciej. Po kilkunastu kilometrach śniadanie przy wodospadzie. Jesteśmy w siódmym niebie. My i przyroda a przecież dopiero co ruszyliśmy z miasta. Widoki coraz piękniejsze. Wypadamy na 1-kę a potem wspominanym przez Maćka skrótem 939. Super odcinek z kilkunastoprocentowymi podjazdami i zjazdami po szuterku.

I znowu jedynka. Pożeramy widoki. Głowa lata do koła. Na horyzoncie pojawia się lodowiec to znak, że zaraz zobaczymy cielenie lodowca. W końcu jest. Błękit bije po oczach. Nasz spacer nie ma końca. Zostajemy chwilkę dłużej.

Znowu spacer i niestety trzeba ruszać dalej. Przecież tyle pięknych miejsc przed nami. Nie możemy nacieszyć oczu tymi widokami. Pogoda cudowna. Wodospad za wodospadem aż docieramy do Skaftafell. Namiot rozbity, kolacyja i można połazić po okolicy. Idziemy zobaczyć kolejny wodospad. Ptactwo jest tu wszechobecne więc i na spacerze można jakiegoś dziwoląga zobaczyć. W nocy poczuliśmy pierwszy oddech Islandii. Trochę mroźny, ale to przecież winna pobliskiego lodowca.

Dzień 7

Plan ambitny. Pola lawy, Vik, wodospadów kilka … Pogoda nadal dopisuje. My chyba trafiliśmy na inną wyspę. Ruszamy jedynką w kierunku Vik, wodospady, widoki, oczy się cieszą. Zjeżdżamy na drogę 204, chcemy przejechać przez pola lawy. Najpierw droga względna, niestety z każdym kilometrem coraz gorzej. Ale widoki rekompensują wszystko. Niestety przytrafia nam się niebezpieczna sytuacja. Koniki islandzkie wyglądające na ostoję spokoju takimi nie są przynajmniej nie te dwa, które spotkaliśmy. Dwójka dzieciaków poboczem jechała sobie na nich. Jeden z nich na dźwięk motocykla spłoszył się. Szybka reakcja – zgaszenie moto a serce dudni. Na szczęście chłopak poradził sobie z tym „ogierem”. Zasłoniętego przeprowadził koło nas i odszedł dalej. Po chwili pojawił się ojciec. Po upewnieniu się, że wszystko gra odpalenie moto i ruszamy dalej. Sympatyczne to nie było.

Pod koniec ręce drętwieją od drgań. Trzeba, gdzieś odpocząć. Trafiamy do Vik. Czarne plaże, piknik z pięknym widokiem. I pełno pływającego ptactwa. Co to jest. Tuba na aparat i…

No ja nie mogę. Puffiny – maskonury! Całe mnóstwo. To my po jakiś klifach w Norwegii biegaliśmy jak głupki a one tu w środku dnia sobie spokojnie pływają. Szkoda, że tak daleko od brzegu. Ale już nam się humor poprawił. Drugiego dnia już je spotykamy i to w takiej ilości. Posileni ruszamy dalej. Wodospady...

Dojeżdżamy do znaku 4x4. Wiemy, że nie pojedziemy dalej, ale korci choć kawałek w górę. Ruszamy. Widok co tu dużo mówić, pustkowie, pustkowie i dwaj piechurzy na horyznocie. Teraz już wiem co ciągnie ludzi w Interior. Warto było. W górę to pikuś. Ale zjazd tym obładowanym wielbłądem kosztuje mnie sporo wysiłku. Wycieńczeni ruszamy na poszukiwanie noclegu. Jeszcze tylko fotka przy znaku.

Mocno się ochładza, chcemy wyjechać z tego nieprzyjaznego zimnego pustkowia. Lądujemy w ok. Skeida. Za nami 465 km.

Dzień 8

Mniej obszerny plan przed nami a cel to Boarganes. Ruszamy w kierunku jedynki, niestety trochę kapie z nieba. Ale dzień się rozkręcał i ostatecznie zakończył się pięknym słońcem. W pierwszej kolejności trafiamy na wygasły wulkan Kerio. Tu spotykamy kilku tubylców na moto. Piękne turkusowe oczko wewnątrz niestety nie mieni się, bo słońca brak. Chmury wiszą nisko.

Kierujemy się na Reykjavik mijając pola termalne Hveragerdi. Przed Reykjavikiem odbijamy w 416. Na krzyżówce policjant na motocyklu – trochę się zdziwiłem, ale my w takim wypadku też jesteśmy dziwolągami. Droga wiję się w kierunku ichniego centrum sportów zimowych. Przyjemny szuter. Całkiem całkiem sobie poczynamy, góra dół, lewo prawo, długa prosta w dół. Góry wkoło.Kierujemy się na Reykjavik mijając pola termalne Hveragerdi. Przed Reykjavikiem odbijamy w 416. Na krzyżówce policjant na motocyklu – trochę się zdziwiłem, ale my w takim wypadku też jesteśmy dziwolągami. Droga wiję się w kierunku ichniego centrum sportów zimowych. Przyjemny szuter. Całkiem całkiem sobie poczynamy, góra dół, lewo prawo, długa prosta w dół. Góry wkoło.

Osmrodzeni ruszamy w kierunku Błękitnej laguny. Miały być szutry jest nowiutka asfaltówka. Laguna poraża kolorem. Z białego w błękit i z powrotem. Cudo.

Przed nami Reykjavik i deszcz. Na szczęście cały czas się z nim mijamy. W stolicy interesowały nas trzy miejsca: katedra, łódź wikinków i Hofdi. Miasto nie robi na nas wrażenia, z resztą jak większość miast.

Po drodze Glymur i kemping. Tu są już dwaj Niemcy na motocyklach wyposażeni w krzesełka, stolik i browar. 360 km nabite. Wieczorem w ogarniającym niemiecko- francuskim szwargocie słyszę naszą piękną mowę ojczystą. Do tej pory nic a tu od razu czworo. Worek się rozpruł i od tego dnia Polaków spotkamy sporo. Z Martą, Magdą, Sławkiem i Bartkiem rozmawiamy do późna. Zjeździli kawałek świata, ale nie ten co my więc wymieniamy doświadczenia.

Dzień 9 

Plan był objechać półwysep Snaefellsnes i nocować w Dalabyggd u wrót fjordów zachodnich. A wyszło ""ciut"" dalej. Pogoda wymarzona do jazdy. Po porannej kawie żegnamy się z ekipą mazowiecką i ruszamy na Snaefellsnes. Jak zwykle uczta dla oczu i ducha – do tego już się przyzwyczailiśmy. Od rana prowadzi nas widoczny na horyzoncie Snaefellsjokull. Po kilkudziesięciu kilometrach pora na śniadanie. Wybieramy oczywiście miejsce z pięknym widokiem i delektujemy się tym co mamy. Docieramy na koniec półwyspu. I tu kolejne spotkanie z ptactwem. Przepiękne klify pełne przeróżnych ptaków. Z drugiej strony wulkan.

Podglądamy ptaki, spacerujemy, ale ciągnie nas dalej. Chcemy zobaczyć foki. Z drugiej strony rezerwatu ponoć można je zobaczyć. Kluczymy dróżką po wybrzeżu aż trafiamy we „właściwe” miejsce. Wypatrywanie przynosi inny rezultat. Z brzegu widać orkę, więc w tym wypadku na foki nie ma co liczyć. Ale i tak jesteśmy pod wrażeniem. Ruszamy dalej. Widoki, widoki.

Kończy się asfalt, przed nami długi odcinek szutru, na szczęście dość dobrego. Docieramy do zaplanowanego celu, ale miejsce nie zbyt nam przypadło do gustu. Krótka decyzja – jedziemy do następnego kempingu. I to był błąd. Na mapie i nawigacji kempingi były a w rzeczywistości nie. Wjeżdżamy na fjordy zachodnie. 60-tka jest niesamowita. Kluczy wśród wzgórz, sprowadza stromym zjazdem do morza to znów 16% podjazdem wspina się na przełęcz.

I to wszystko po szutrze. Jestem zachwycony. Monia mniej. Zmęczenie daje się nam we znaki a i wieczorny chłód nas dopadł. Ale za to jaka frajda z jazdy. Po 510 km dopadamy kempingu. Każdy kawałek zajęty, na szczęście nasz namiot to maleństwo. Rozbijamy się obok Niemki. Kompu, kompu, papu i padając na ryja usypiamy. Mamy zamiar jutro poleniuchować.

Dzień 10

Wstajemy późno, ale po wczorajszym rajdzie należy się chwila wytchnienia. Postanowienie dziś nie więcej niż 250km. Gramolę się z namiotu, Niemka już się szykuje do wyjazdu. Wita się z nami. Słyszę, dzień dobry. Łamaną polszczyzną zadaje kilka pytań. Proponujemy jej kawę. Z chęcią przyjmuje propozycję. 3w1 i próbujemy porozmawiać. Okazuje się, że jej mama pochodziła z Raciborza, skąd „wyjechała” w 1946 roku. Nieznane są losy ludzkie. Wymieniamy uwagi na temat naszych tras. Dowiadujemy się jakie drogi przed nami. My idziemy zapłacić za kemping, a ona rusza na prom. Płynie na półwysep Snaefellsnes. Naszym głównym celem jest Latrabjarg.

Po drodze spotykamy (nie pierwszy raz) ptaki ściganty. Leci taki kamikadze koło nas i nie wiadomo co zrobi. Jednego obserwowałem a od drugiego dostałem. Na szczęście skończyło się na rozmazanej krwi na szybie i małym pęknięciu. Kolejny raz zastanawiam się czy my na pewno jesteśmy na Islandii. Pogoda niesamowita, słońce, rowerzyści w samych spodenkach. Zjeżdżamy w 612 – do celu 40km. Powoli mam dosyć tej tarki na szutrach. Delek zaczyna się sam rozkręcać. I te zapier….e terenówy. Droga malowniczo-bajeczna. Podjazd, zjazd, lewo, prawo J Turkusowa woda, żółty piasek – to chyba nie ten kraj.

W końcu jesteśmy. Pobędziemy tu dłużej, więc przebierka i ruszamy na klif. Jeden drugi trzeci na wyciągnięcie ręki. Raj wsród maskonurów. Nie możemy się na nie napatrzeć a one nie robią sobie nic z naszej obecności. Chyba śnię. Gęba się śmieje.

Wyłażą z pod klifu, odlatują, lądują jakby miały się zaraz roztrzaskać o skały. Cóż za ufne stworzenia. Popatrzył się swoimi naćpanymi oczami na nas, odwrócił się kuprem, zamknął gały i usnął. Ja pierdziu J W ferworze podglądania nawet nie zwracam uwagi, że za plecami słyszę: a to Wy tu mówicie po polsku. Jak to gdzieś przeczytałem; na Islandii dzień bez Polaka to dzień stracony. Dwa mieszkające tam małżeństwa opowiadają nam o realiach życia na wyspie, ciekawostki, co jeszcze warto zobaczyć. Miła konwersacja, spacer, ale trzeba ruszać dalej. Przy motocyklu czeka na nas Paweł (od 17 lat na wyspie). Wozi busem turystów. Znowu pogaduchy i nie da się niestety tego odwlec. Trzeba jechać. 40 km marnego momentami szutru.

Przy wyrzuconym na brzeg statku dokręcam kilka śrub. Jak się później okaże (przed czym ostrzegała nas rano Niemka) to nie koniec kiepskich szutrów.

Po niekończącej się drodze docieramy do kempingu przy wodospadzie Dynjandi. Dopisujemy kolejne 250 km. Widoki były super, ale moje dłonie tracą czucie. Jedzonko i wspinamy się pod wodospad. Bajeczny. W międzyczasie koło nas rozbija się Czech. Zastanawia mnie po co mu ta graca przywiązana do zapasu. Może jedzie okopywać ziemniaki. Pogoda się szybko zmienia i po pięknym dniu, spać kładziemy się w deszczu. To był piękny dzień, pełen wrażeń. Trudno będzie stąd odpływać.

Dzień 11

Cel – Holmavik. Dziś w programie Isafjordur a dalej wybrzeżem do Holmavik. Spotkani wczoraj Polacy polecili nam tam kemping z basenem, ale tu w wielu miejscowościach są mniejsze czy większe baseny. Sprawdzam jeszcze czy coś się nie obluzowało. Przed nami dalej szutry w mniejszej czy większej ilości – to się okaże. Z relacji Niemki wynika, że powinny być dużo lepsze szutry. Zobaczymy czy mówiła prawdę. Ruszamy. Pogoda jak we śnie, może z wyjątkiem wiatru na wybrzeżu. Z początku szutry bez zmian, ale faktycznie im dalej tym lepsze aż do wyśmienitych. Przed Isafjordur tunel ze skrzyżowaniem, ale to pikuś w porównaniu do ronda w tunelu w Tromso.

Zjeżdżamy do Isasfordur. Zakupy w Bonusie i można jechać dalej. Ledwo ruszyliśmy z przeciwka nadjeżdża Polak na rowerze. Zatrzymujemy się, żeby porozmawiać. Piotr z Katowic kolejny raz robi Islandię. Wygląda na mocno wycieńczonego. Dowiadujemy się, że całą trasę z Katowic robi na kołach, chyba, że musi pchać sprzęt. Niestety narobił sobie obtarć. Nie chcemy zatrzymywać go długo, bo wiatr szybko wychładza organizm a i tak widać, że cierpi. Życzymy powodzenia i jedziemy szukać fok. Po drodze mijamy dwa znajome trampki. To Niemcy z promu. W sumie fok nie trzeba szukać. Leżą widoczne z drogi a i znaki informują o ich obecności.

Posiłek z widokiem na leniuchujące foki. Przy drodze na stoliku lornetki i słoik na datki. Ciekawe ile u nas by wystał? Najedzeni, napatrzeni na leniuchujące foki leniwym tempem ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Holmavik. Na kempingu ktoś na nas macha. Wypatrzyły nas Dania i Elke. Rozbijamy się obok. Dowiadujemy się, że chłopaki pojechali polatać po kambulcach gdzieś za Isafjordur. A one odpoczywają. Zwłaszcza Elke, która zaliczyła kilka gleb w interiorze. Pogaduchy, pogaduchami ale trzeba coś zjeść i wymoczyć się w basenie. Wytrzymałem 2,5 godziny do zamknięcia czyli do 21.00. Za całe 13,50 PLN moczenia w ciepłych źródełkach do bólu. Wieczorem koło nas rozbijają się jeszcze Holendrzy na BMW. W nocy zaczyna padać.

Dzień 12

Od rana pada. Ale mamy dużo czasu więc poczekamy. Na dziś zaplanowałem przejazd drogą 61 potem w 59 do 60-tki i powrót na jedynkę. Dalej skręt w 50 i dalej 518 do Husaffel. Pierwszy tydzień na Islandii niestety kończy się marną pogodą. Czas leci a tu dalej pada. Otwierają recepcję. Idę sprawdzić prognozę. Nie najlepiej zapowiadają się najbliższe dni. Szybka decyzja. Jedziemy. Niemki i Holendrzy zostają, ale też już prawie spakowani. Raz pada raz nie – taka kratka. Skręcamy w 59. Super szybki szuter. Przed nami widać przebłyski słońca na niebie. Aż w końcu przebijamy się pod lepszy kawałek nieba. Suzi wygląda tragicznie. Ale to nie problem. Myjki na każdej stacji za free. Wracamy na jedynkę. Na jednej ze stacji dojeżdżają do nas Niemki. Jedziemy razem ale tylko kawałek. My zjeżdżamy w 50. One dalej jadą w kierunku Reykjaviku. Mijamy potężne pola termalne. Krótka szwendanina po wodospadach

I już jesteśmy na kempingu. Dziś zaledwie 250 km. Korzystamy z dobrodziejstwa jakim jest pralnia i suszarnia. W nocy znowu leje.

Dzień 13

Niestety pada, momentami nawet mocno. Na dziś plan skromny. Wyczekujemy przejaśnienia. Aż w końcu udaje nam się spakować. Przed nami Kaldidalur jak napisali w przewodniku interior dla początkujących. Jesteśmy tylko my i to dzikie pustkowie. Pierwszy pojazd (autobus z turystami) spotykamy pod koniec F550. To pustkowie dziwnie działa na umysł. Wszystko spowalnia.

Po chwilowym przejaśnieniu niestety zaczyna mocno polewać z nieba. Dojeżdżamy do skrzyżowania z 52-ką. Dalej jest jeszcze gorzej. Leje. A jak to na Islandii drzewa nie uświadczysz. Głęboka tara. Czacha lata. Co! Oczom nie wierzę. Czacha lata! Zaraz ją zgubimy. W strugach deszczu zabawa w mechanika. Dwie śruby mocujące do ramy czachę zaczęły się wykręcać. Parę k…., krótszych i dłuższych, woda za kołnierzem i zrobione. Na horyzoncie widzę czystsze niebo. Nawet nie sprawdzam czy jeszcze czegoś nie zgubimy tylko ruszamy przed siebie. Widoki niesamowite choć aura na pewno je zniekształciła. Wjeżdżamy do Pingvellir. Nie pada. W końcu. Niesamowita dolina. Sporo karłowatych brzóz. Wrócimy tu więc bez postoju lecimy zobaczyć Gullfoss i Gejzer. Przejaśnienie jest większe i możemy spokojnie delektować się widokiem strzelającego gejzeru Strokkur, bulgocących w koło źródełek, wszędobylskich tabliczek ostrzegających o temp. 80-100 C) i przelewających się wód Gullfossu.

Jest potężny, ale nie najpotężniejszy. Jeszcze sms do Maćka czy widać nas na kamerce, ale dowiadujemy się, że niestety dziś nie działają. Wracamy więc do Pingvelir. Można dopisać 200 km i moc wrażeń. Na parkingu przy kempingu znowu Dania i jej ferajna. My zostajemy. Kolejne znajomości. Znane twarze z promu. Jaka ta wyspa jest mała J Kolejny raz furorę robi zasobnik z kibel-rury. Tym razem zainteresował się nim Szwajcar - rowerzysta, oczywiście mający w garażu GS-a 1200. Jeszcze przed snem reanimacja kuchenki po małym pożarze. Szwajcarsko-francuska ekipa rowerzystów kibicuje mi w naprawie, jakby w życiu nie widzieli człowieka, który coś sam naprawia. Naprawa zakończona sukcesem i w poczuciu dobrze wykonanej roboty kładziemy się spać.

Bym zapomniał. Tegoż dnia poszedłem za radą bardziej doświadczonych kolegów, którzy przemierzyli już Islandię i nabyłem dla swojej lubej w ramach rekompensaty za doznane krzywdy (chłód, deszcz) islandzki sweterek – nietypowy bo z kapturem. Później okazało się, że było to świetne posunięcie, bo to nie był koniec próby naszej wytrzymałości.

Dzień 14

Przywitał nas całkiem przyjaźnie. Cały dzień poświęcamy na spacer po dolinie. Zanim wyjdziemy przez kemping przewija się kilka autobusów turystów zmierzających do gejzerów….. Widok jak z opisu otwarcia supermarketu przedstawiany przez jeden z naszych kabaretów. Że Ci emeryci mają takie przyspieszenie jak zobaczą tabliczkę WC. Ale Japończyków nikt nie przebije. Jak można się zgubić w miejscu gdzie są trzy małe budynki, parking i pole namiotowe? Robiąc przy tym tyle hałasu jakby kogoś mordowali. Ale co tam. Ruszamy w głąb doliny. Wymarzone miejsce do wędrówki. Aura znowu nam sprzyja. Słoneczko, błękit nieba. Miejsce straceń niewiernych żon, miejsce zgromadzeń, ichni parlament, kościółek, cmentarz, gęsi, mostki, rozpadliny i tak cały dzień.

Wracamy. Na kempingu jeszcze pusto. Zostały od wczoraj tylko jeszcze dwa namioty. Kładę się poleniuchować. Budzi mnie dźwięk kosiarki. Co za buc kosi trawę? Ale jeszcze jedną kosiarkę słychać i jeszcze jedną. Co jest? Wypełzam z naszego maleństwa i oczy przecieram. Przede mną parkuje kilka 2CV. Do wieczora będzie ich więcej. To międzynarodowy rajd 2CV-ek po Islandii. Piękny widok. Jeszcze lepszy jak kobieta zmienia oponę a 4 gości z browarami w ręku jej kibicuje.

Dzień 15

Przed nami 340 km do Blondous. Poranek przepiękny, ale po południu może być różnie, bo na północy ma padać. 36-tką ruszamy na jedynkę i jedziemy aż do drogi 711. Po drodze płatny tunel (ok. 5,60PLN) Zjeżdżamy do świata fok i objeżdżamy półwysep Vatnsnes. Szybkie szutry. W dwóch punktach oglądamy z brzegu wylegujące się na skałach foki.

Można podziwiać je godzinami. Leniuchy sporadycznie się ruszają, ale i tak widok niesamowity. Jeden z punktów obserwacji znajduje się na prywatnej posesji. Wstęp wolny, mały parking, toaleta (płatna do skarbonki), ścieżka nad brzeg, w budce lornetki (znowu skarbonka). Ciekaw jestem, który nasz Sobek pozwoliłby na szwendanie się po swoim terenie. Pewnie momentalnie byłyby zasieki, szlabany, wszystko odpłatne i jeszcze usłyszałoby się, że mu się nie opłaca. Kocham ten kraj J Sporo czasu spędzone na oglądaniu foczek, nie wiadomo kiedy a robi się późno. Na dojeździe do jedynki zaczyna padać. I tak z krótkimi przerwami do Blondous. Tu trafiamy na młodzieżowy festiwal muzyki. Myślałem, że będą tłuc do późnej nocy a tu poplumkali gdzieś w oddali do 22 i po cichutku wrócili na kemping. Nie mogłem się temu nadziwić znając naszą młodzież. Nie dość, że pada to jeszcze robi się chłodno. Nie możemy się napatrzeć na bawiące się dzieci. Jedne w krótkich spodenkach i podkoszulkach a inne w kurtkach i czapkach zimowych Na kempingu kolejna Polka, rozmowa, kawa, herbata, może rozgrzeje. No nic trzeba iść spać. Może jutro będzie lepiej.

Dzień 16

Poranek deszczowy, ale bez tragedii. Dziś jedziemy nad Myvatn. Po drodze zaglądamy w kilka miejsc. Im dalej tym lepiej. Nawet wychodzi słońce. Tylko wiatr i temperatura się nie zmienia. Akureyri - niespodzianka na stacji benzynowej. W Akureyri ogród botaniczny zachwyca nas mnogością roślin i niesamowitą paletą kolorów.

Jeszcze Goodafoss - tu wedle legendy zatopiono posągi bożków po przyjęciu chrześcijaństwa. Kolejny fantastyczny wodospad. Ale król królów dopiero przed nami. I zjeżdżmy nad jezioro Myvatn. Dzisiejszy przejechany dystans - 240 km. Rozbijamy się na najdroższym kempingu – 42 PLN od osoby. Rozbijamy namiot, jedzonko i biegamy za kaczuchami. Wypogodziło się, słonko świeci, ale wiatr dość mocny i zimno. Nie wiem ile, ale terma, polar, kurtka z podpinką. Wieczorem porozmawialiśmy sobie z samotnie jadącą na DR-e Dunką. Miło wspomina nasze wybrzeże, szczególnie Świnoujście. W nocy będzie zimno, trzeba się przygotować, czyli co się da na siebie. Na dodatek przelotne opady.

Dzień 17

Plan był ambitny. Zobaczyć ile się da w koło Myvatn. Niestety aura nas pokonała. Godzina 9-ta leje. Temperatura +3C. Niesamowity wiatr. Burza piaskowa już była, tylko brakowało deszczu padającego poziomo. No to dziś deszcz pada poziomo. Ruszają tylko terenówki, busy i campery. Koło południa (przy chwilowym przejaśnieniu) ruszają pomarańczowi, ale nie wiem ile km tego dnia zrobili, bo nazajutrz widzimy ich na kempingu kilka km dalej. Ze zwiedzania gó..no. Dunka podobnie jak my tylko sporadycznie wychyla się z namiotu. Stała trasa: kuchnia – toaleta – namiot – kuchnia i tak w koło. Odchyłka na zakup pamiątek i znowu coś ciepłego w kuchni. I jeszcze przegląd prognozy pogody. Na szczęście jutro ma być lepiej, tzn. bez deszczu. A reszta bez zmian.

dzień 18

Wstajemy wcześnie. Trzeba się rozgrzać. Patyk przy recepcji pokazuje +3C, ale do tego silny zimny wiatr, więc odczuwalna dużo niższa. Ciepły posiłek i niestety trzeba ruszać. Zostało nam 2 dni i jeszcze kilka kilometrów do przejechania. Kufry zrobiły się coś puste. No tak, jedzenia już niewiele, a ciuchy mamy w większości na sobie. Dziś jak się przekonamy temperatura max. osiągnie +5C, ale to jak na chwilkę wyjdzie słońce. Trudno. Trzeba jechać. Połazimy to może się trochę rozgrzejemy. Plan obszerny, bo i atrakcji w okolicy sporo. Na początek objeżdżamy Myvatn. Po drodze spacer po pseudo kraterach.

Trafiamy do lawowego labiryntu – Dimmuborgir. Wybieramy jedną z dłuższych ścieżek. Fajowy spacer wśród różnorodnych formacji utworzonych z lawy. Fantastyczne twory. 2-ie godziny ćwiczenia wyobraźni a przy okazji stopy i dłonie nam się rozgrzały. Na koniec znowu coś ciepłego i dalej w drogę. Krótki przejazd i wdrapujemy się na Hverfjall. Piękna panorama okolicy. Szkoda, że pogoda nie dopisała.

Jeszcze Grjotagja – czyli sieć grot z ciepła, parującą wodą. Tu jest cieplej, żródła robią swoje. A nawet niebo się przeciera. W planach była jeszcze wizyta w błękitnej lagunie północy, ale czasu mało. Przejeżdżamy na pola termalne Hverarond. Kosmiczny widok. Siara dusi Monię. Część osób z chusteczkami na twarzy – nie każdy lubi ten zapach. Ale widok bulgocącego błotka, wszechobecnej pary, ziemi o różnorodnej barwie jest nieziemski.

Dalej droga prowadzi nas na Viti. Słońce, słońce!!!. Ale temperatura się nie podnosi. Trzeba zjeść coś ciepłego. Wybieramy parking z kibelkiem i prysznicem.

I tu najazd Polaków. Na początek Afrykaner z Wawy z kumplem (ale podróżują samochodem), zupa się gotuje my rozmawiamy. Jeszcze nie odjechali a tu kolejni Polacy wjeżdżają na parking. Znowu rozmowa. Zupa mi stygnie. Żegnają się a ja zabieram się za jedzenie. Monia już dawno zjadła. Wjeżdża kolejny samochód. Śmieję się do Moni, że przy naszym szczęściu to na pewno Polacy. Drzwi się otwierają i słyszę: Dzień dobry. Kolejne pogaduchy. Zupa zjedzona trzęsącą się ręką. Powoli ciepełko z żołądka rozlewa się na resztę ciała. 12-ro Polaków w ciągu 30 minut. Rekord. Ale przed nami król królów wśród wodospadów – Dettifoss. Jedziemy na spotkanie z nim. Przed nami totalne pustkowie. Kolejny znak - 143 km do stacji benzynowej. Pogoda znowu się załamuje. Zaczyna padać. Skręcamy z 1-nki nową drogą do Detttifossu. Pustkowie. Na parkingu jeden samochód. Skały, szarzyzna do koła. Już słychać jego huk. A jeszcze kawałek trzeba dojść. W końcu jest. Takich ilości przelewającej się wody jeszcze nigdy nie widziałem.

Potęgą. Chcemy zejść niżej. Monia ląduje w błocie. Zimno, mokro, ale ten widok rekompensuje wszystko. Śmiejemy się, dzieciaki trochę dziwnie nam się przyglądają. Szybkie pranie w strumyku i można dalej podziwiać to cudo. Potęgą przyrody. Jeden z żywiołów – woda.

Coraz zimniej. Padają wszystkie baterie do aparatów. Na szczęście chyba już nam nie będą dziś potrzebne. Trzeba znaleźć miejsce na nocleg. Ruszamy z powrotem w kierunku jedynki. Niedaleko powinien być kemping w Grímsstadir. Zimno jest już przeraźliwe. Dojeżdżamy do kempingu. Żal mi Moni. Tyle wytrzymała i jeszcze „kacnęła” w błoto. Więc nawet nie pytam gospodarza o możliwość rozbicia namiotu, tylko od razu o pokój. Na szczęście ma. Bierzemy bez namysłu. Ciepło, sucho, ….. Jak dobrze. Mamy międzynarodowe towarzystwo. Ciepła kąpiel. Posiłek. I spać. Dziś Islandia pokazała prawdziwe oblicze, było wszystko – słońce, deszcz, wiatr, bajeczne widoki, siła przyrody. Jak Ci ludzie tu żyją. Twardy naród.

Dzień 19

Budzi nas słońce. Kilka fotek domu i okolicy. 

I idziemy na śniadanie. Gospodarz wita nas i zaprasza do stołu. Jemy do wyboru do koloru. Kuchenka Amica, lodówka Electrolux. Czujemy się jak w domu. Niestety to ostatni dzień na Islandii. Jutro wjedziemy na prom. Już żal. Ale co tam trzeba się jeszcze nacieszyć tymi pięknymi okolicznościami przyrody. Zwłaszcza, że wypogodziło się i dzień zapowiada się miło. Upału nie ma, ale kilka stopni więcej niż wczoraj. Pakowanie, oddajemy klucz i obieramy kierunek na Seydisfjoerdur. Przed nami jeszcze ok. 80km pustkowia. Na odcinku 143km tylko to jedno gospodarstwo kilka kilometrów od jedynki. Jak tu żyć?

Droga wije się między wzgórzami. Myśl wyjazdu z tej niesamowitej wyspy cały czas przyprawia mnie o żal – niby 2 tygodnie a jednak tak krótko. Jeszcze zakupy w dyskoncie i jedziemy na kemping. Spacer po Seydisfjoerdur. To już koniec. Były dwa ciężkie dni, ale ile wrażeń, ile cudownych miejsc za nami. A jeszcze ilu nie zobaczyliśmy. Myśli szaleją. Czy jeszcze tu wrócimy? Islandia przywitała nas przepięknym słońcem i ostatni dzień też pozwoliła nam spędzić w cudownym słońcu. Pięknie. Kładziemy się spać. Jutro odpływamy

Dzień 20, 21

Poranek w deszczu. Pakowanie. Kawka i w kolejkę na terminal. Siąpi. Szwedzi na KTM-ach (niestety jeden na lince) i Niemcy na BMW pokazują tą „wysoką” kulturę zachodnią próbując wcisnąć się w kolejkę. Na szczęście kilka polskich ciepłych słów pozwala na zachowanie kolejności. A ponoć my nie potrafimy się zachować. W deszczu człowiek robi się zbyt nerwowy. Ale są i miłe akcenty. Sympatyczna para Islandczyków z pełnym kufrem PrincePolo (on na Dlu) zagaduje nas oczywiście o kibelrurę. Miła rozmowa. Nawet deszcz ustaje. I niestety przypłynął. Załadunek. Kajuta z dwoma Niemcami i na pokład pożegnać Islandię.

Było pięknie. Było. Pozostaną wspomnienia... Na szczęście są już plany na przyszły rok. Islandia ginie na horyzoncie i zaczyna się monotonia życia pokładowego. Otwarty pokład, sklep wolnocłowy, telewizja, obiad, kajuta, głosy z sufitu…

Odkrywam w sobie zdolności językowe. Bez znajomości angielskiego i niemieckiego rozmawiam w kajucie przez 2,5 godziny z Markiem - Niemcem współtowarzyszem podróży. Zaczynamy od wrażeń z podróży a kończymy na problemach współczesnego świata. Ciekawe czy we wszystkim się zrozumieliśmy, bo czasem musieliśmy pomagać sobie rysując palcem po drzwiach od toalety. Morze mi sprzyja, jest spokojne – w tą stronę nie muszę brać prochów.

Dzień 22

Po dwóch dniach zjeżdżamy na ląd. Dania wita nas deszczem. Szybki zakup magnesów na lodówkę i ruszamy. Jest 13.15. Dziś chcemy nocować w Polsce. 840km do przejechania. Zobaczymy czy damy radę. Pierwszy postój po w Niemczech – 365km, trzeba się zatankować. Batony, cola i dalej. Polska czeka. Rajd przez Niemcy. Kilometry na Niemieckich autostradach szybko ubywają tak jak i paliwo. 33o km i tankowanie – były tylko opary. Ale i prędkości wysokie. 21.50 wjeżdżamy do Świnoujścia. I się zaczyna. Polskie realia. W nawigacji miał być kemping był dom prywatny Jakiś tubylec kieruje nas na kemping. Trzy panienki w recepcji (chyba po spożyciu, ale nie mi to oceniać) zaczynają od dowodu osobistego (odzwyczailiśmy się od takich formalności), na szczęście można płacić kartą. Rozbijamy się obok sympatycznych rowerzystów z Leszna. Bar jeszcze czynny. Co można zjeść za 40 PLN (tyle mamy w portfelu)? Bitki z kluskami śląskimi i herbata z cytryną. Pani Jadzia przeszła samą siebie. Bitki pierwsza klasa. Z całego kempingu zostawiłbym tylko barek z Panią Jadzią w kuchni a resztę tej chlewni (nie byłem na tyle odważny aby skorzystać z toalety) wysadziłbym w powietrze. Padamy na twarz – nie wiem kiedy usypiam.

Dzień 23

Rano urwanie chmury. Straż pożarna wypompowuje wodę przelewającą się z ulicy. Jak się stąd wydostać? Koło 12 ulewa przechodzi w mżawkę. Dzięki strażakom widać już asfalt w ulicy. Decyzja – jedziemy. Podróż przez Polskę to męka. 250 km w 4,5 godziny. Docieramy do Rowów z małym incydentem w Objeździe, gdzie totalnie pijany gościu zepchnął nas z drogi. Niestety zanim zawróciłem dopingowany przez stójkowych pod sklepem (myśleli chyba, że Policja – biały kask, kamizelka) porzucił samochód i sp…ił w krzaki. Nie będę go ganiał. Policja poinformowana. Jeszcze tylko 8km i kilka dni odpoczynku. Do domu docieramy kilka dni później. Naszą podróż rozpoczęliśmy ze stanem licznik 5997 a zakończyliśmy na 12855.

Nasz mały Delek spisywał się wyśmienicie (nie licząc odkręcania się niektórych śrub). Spalanie od 3,6 do 6,5l. Najczęściej ok. 4,3l. Obyło się bez wywrotek i innych niespodzianek. Nasza drużyna w składzie - ja czyli, Tomek i moja żona Monia w roli dzielnego plecaczka i fotooperatora wróciliśmy cali i zdrowi.

Poznaliśmy kilku pozytywnie zakręconych ludzi, nawiązaliśmy kilka ciekawych znajomości. Powiedzenie, że podróże kształcą jest jak najbardziej prawdziwe. Mogę powiedzieć, że kształcą jak żadna szkoła. Było pięknie. Przed oczami przewija się galeria widzianych pejzaży. Te księżycowe widoki. My tam byliśmy? Tak. Marzenie się spełniło. Jeszcze trochę napawajmy się pięknem tej wyspy oglądając foty. Jak już ochłoniemy przyjdzie czas realizować kolejne marzenia albo przynajmniej próbować. Czymś trzeba żyć.

Na tym bym zakończył. Jak już kiedyś pisałem, nie umiem pisać. Jeśli kogoś zanudziłem relacją to sorki. Jeśli komuś coś z tych wypocin się kiedyś przyda to będę bardzo szczęśliwy. Jeśli ktoś lubi piękno przyrody, nie lubi tłumu ludzi i zwiedzania miast, kościołów itd. to Skandynawia a szczególnie Islandia jest słusznym kierunkiem. I jeszcze podziękowania dla wszystkich, którzy nam pomagali i czuwali w czasie wyprawy, a szczególnie dla Agnieszki, Furzyka i forumowego Maćka (za bezmiar informacji) - DZIĘKUJEMY. Polecamy. Tomek i Monika