Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Czarnogóra

Czarnogóra (2008)

Autor: DLuk

2 tygodnie urlopu we wrześniu? Czyli z wyborem kierunku jazdy nie było problemu - południe. Cel: Czarnogóra. Plan nie był napięty: wyjazd po Red Bull X-Fighters w Warszawie (tego nie można było opuścić), pierwsza noc w Pecs w południowych Węgrzech, jedziemy przez Bośnię i drugi nocleg już w Czarnogórze, zwiedzamy rejony: Durmitor, rzeka Tara, Kotor, Budva, Stary Bar, Ulicin, monastyr Ostrog, jezioro Szkoderskie, objazd po Albanii, leżakowanie na plaży, później wracamy przez Serbię.

Zaczęliśmy nieszczególnie :) - do Pecs nie zdążyliśmy dojechać (ale jeszcze tam pojedziemy bo to podobno fajne miasto). Pierwszy nocleg w Hotelu Kovacs w miejscowości Sarbogard http://www.hotelkovacs.hu/ gdzie dwójka ze śniadaniem wyszła ok. 200zł, trochę drogo, ale za bardzo nie było wyboru. To już Bośnia - prawy pas drogi zawalony kamieniami. Lewym pasem da się przejechać, ale co jakiś czas z przeciwka przejeżdża samochód. Czekamy chwilę, słuchamy czy nic nie jedzie z przeciwka i raz kozie śmierć - szybko przejeżdżamy ... uff, przejechaliśmy. Wcześniej, na początku Bośni, mijamy wielkie tereny bazarowo-handlowe wyglądające jak małe miasteczko. Przejeżdżamy przez nie tak zauroczeni albo może zszokowani :) że nie robimy nawet zdjęcia.

Większość dróg jest dobrej jakości, ale praktycznie każda jest na jakimś krótkim odcinku remontowana. Oczywiście nie mamy dokładnej mapy, bo i po co, przecież tylko mamy przejechać przez Bośnię :) Korzystamy z mało szczegółowej mapy Europy kierując się na główne miasta. Niestety im dalej od granicy tym częściej okazuje się, że nazwy miast nie zgadzają się z naszymi na mapie oraz używane są coraz częściej litery jak z rosyjskiego alfabetu. Dajemy radę - nauka w szkole nie poszła w las :) Jesteśmy już od dłuższego czasu w górach, nie są zbyt wysokie, ale widoki wyśmienite. Droga zazwyczaj prowadzi skrajem góry - z jednej strony w górę szczyt, z drugiej strony w dół rzeka, praktycznie same zakręty, tunele, ruch niewielki ... sam miód :) Ilość gór jest porażająca, jak się kończy jedno pasmo górskie za chwilę zaczyna się kolejne. Jak się wjedzie wyżej, skąd rozpościera się widok na okolicę to nic tylko góry... Mijamy też ciekawie wyglądający masyw górski, wyglądający jak mur wypchnięty z wnętrza Ziemi.

Za miejscowością Foca policja nie pozwala nikomu przejechać przez most. Widzimy drogowskaz na miejscowość Gacko i później w lewo do Niksic-a, (gdzie zamierzamy spać). Oczywiście żadnego Gacko na naszej mapie Europy nie ma, ale jedziemy. Po godzinie męki na krętej i później bardzo wąskiej drodze wpadam na genialny :) pomysł, że przecież mamy mapę Czarnogóry a teraz jedziemy wzdłuż granicy to może na tej mapie będzie widać gdzie jesteśmy. Śmiech - od mostu przejechaliśmy 40 km, drugie tyle mamy do Gacko a później jeszcze ponad 60 do Niksic-a. Na dodatek droga z Gacko do Niksic-a była zaznaczona jako dwie kategorie gorsza niż ta którą teraz jechaliśmy :) Teoretycznie odległości nie wydawały się wielkie ale to tylko teoria, na miejscu wyglądało to zupełnie inaczej :) Albo wracamy i szukamy noclegu w miejscowości Foca albo jedziemy dalej - wybór prosty, zawsze do przodu. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale jak pół roku później szukałem w Internecie coś o Gacko to pierwszy link jaki mi wyskoczył to opis: "Gacko - w dupie świata" - bardzo celny jak się miało okazać.

Wjeżdżamy do Gacko późno, gość ze stacji benzynowej pokazuje kierunek do hotelu i ostrzega, że motocykl to może zginąć :( Słabo nam idzie szukanie hotelu do momentu kiedy zaczynamy rozumieć, że ichniejsze "na prawo" znaczy prosto :) W centrum impreza, ulica zamknięta, ludzi sporo, muzyka gra, ale nic się nie świeci - ciemno jak cholera. W hotelu lekki szok - 36 euro za pokój a do tego parking na ulicy. Policjanci potwierdzają, że dla motocykla tu może nie być bezpiecznie, na komisariacie nie da się go przetrzymać, innych opcji spania tu nie ma :) Od chwili wjechania do tego pi...ego Gacko minęły już ze dwie godziny, jesteśmy już zmęczeni a nie mamy noclegu. Po kolejnej, multilingwistycznej rozmowie z Policjantami okazuje się, że niedaleko miasta jest wakacyjny motel nad jeziorem Klinje. Na pytanie gdzie to jest leniwy ruch ręką pokazujący kierunek skąd przyjechaliśmy. Znajdujemy go w ciemnościach, wpadamy do środka i witają nas trzy kobiety, które wyglądają przerażająco - jak czarownice. Czujemy się jak w złej bajce :) tym bardziej że pokój kosztuje ... 52 euro!!! Pewnie Ci Policjanci zdążyli już tu zadzwonić, że będą "turyści"... W tym momencie jeszcze zastanawiamy się czy jednak nie jechać do Niksic-a, ale: jest noc, mamy w pamięci ostatnią drogę a ta ma być wg mapy dużo gorsza, przejazd ma być przez góry, po drodze ma być granica, która nie wiadomo czy będzie czynna.

Porównując koszt do warunków to był najgorszy nocleg w życiu - spaliśmy w ubraniach na jednym wąskim łóżku bo na drugim po podniesieniu pościeli skakały jakieś insekty a z umywalki korzystaliśmy z odległości jednego metra plując do niej podczas mycia zębów, korzystanie z toalety ograniczyliśmy do niezbędnego minimum o prysznicu nawet nie myśląc :)

Rano okazuje się, że motocykl stoi, kawa mocna i czarna jak smoła, pogoda piękna, okolica i widoki piękne, nasz motel jest 2-gwiazdkowy :) a w świetle dziennym nie wygląda tak źle.

Droga z Gacko w Bośni do Nilsic-a w Czarnogórze jest oznaczona na mapie kolorem białym, czyli jeszcze nie najniższej kategorii :) Tak naprawdę jest wąska i zarośnięta krzakami wdzierającymi się na asfalt, a przez parę kilometrów szutrowa. Prędkości maks. 40-50 km/h.

W Niksic-u, kręcimy się trochę wokół komina i postanawiamy zostawić góry na koniec a teraz jechać nad morze. Szybka zmiana planów to jedna z nielicznych zalet podróżowania jednym motocyklem :) Mijamy trochę Misiaczków z suszarkami ale zazwyczaj jesteśmy ostrzegani przez jadących z przeciwka. Zresztą nie musimy się spieszyć - Czarnogóra to malutki kraj - asfaltem to ok. 200 kilometrów wzdłuż i wszerz. Spokojnie docieramy nad Adriatyk i w mieście Bar szukamy pokoju w dzielnicy "pensjonatowej".

Nawet nie zdążyliśmy zapytać a już mieliśmy odpowiednią ofertę - apartament z osobnym wejściem czyli: kuchnia nie najpiękniejsza ale w pełni wyposażona, pokój do spania też może być, łazienka mała ale jak nowa. Motocykl może stać niedaleko wejścia na wewnętrznym podwórku, które jest bardziej ogrodem. Przed wejściem wygodne miejsca do siedzenia na świeżym powietrzu pod dachem. Wszystko ok. A cena? 10 euro za noc :) Upewniamy się tylko, że za cały "apartmeni" a nie za osobę i nawet się nie targujemy. Dostajemy po szklanie soku i już wiemy, że tym razem dobrze trafiliśmy. Tego dnia jeszcze zakupy (piwo Niksicko 0,5 euro za puszkę półlitrową, czekolada 1 euro, reszta cen mniej więcej jak u nas), moczenie się w morzu i zwiedzanie najbliższej okolicy.

Pierwszy dzień - decydujemy się na najmniej motocyklową atrakcję, czyli Jezioro Szkoderskie. Jeszcze przed wyjechaniem dajemy się namówić naszej Gospodyni na kawę, która jest czarna, mocna, i gęsta jak smoła. Więcej się nie damy namówić na taką siekierę :) Jedziemy nowym czterokilometrowym tunelem, tym samym, co wczoraj i dyskutujemy, że jak u nas by taki tunel otwierali to by było wielkie wydarzenie z prezydentami, premierami, biskupami, itd. Po chwili zatrzymujemy się na parkingu przy drodze i podziwiamy widoki nad jeziorem. Podjeżdża taki ładny chłopak ładnym samochodem i ładnie proponuje przejażdżkę łodzią po jeziorze. Właśnie taki mieliśmy plan, więc czemu nie. O cenę musimy się jeszcze targować, ładny chłopak znika, "grupa wycieczkowa" okazuje się parą Czechów a "łódź" małą łódeczką napędzaną głośnym silnikiem :)

"Kapitan" naszej łódeczki to jak sam o sobie mówi "człowiek jeziora". Widoki z poziomu wody ładne, przegryzamy bardzo smaczne "coś" - wykrojone z korzeni wodnej rośliny. Szybko przyzwyczajamy się do miarowego pyrkania sinika i chłoniemy to, co nas otacza. Sporo różnych ptaków, podobno są też pelikany, ale nasz przewodnik zdradza, że tak się wmawia tylko nieświadomym turystom, bo w tej części jeziora dawno już ich nie ma. Żeby je zobaczyć trzeba by płynąć w drugi koniec jeziora. Dużo bujnej roślinności, daleko widać klasztor lub monastyr. Wycieczka trwa ponad trzy godziny a na koniec nasze Panie dostają po pięknej lilii wodnej. Zastanawiamy się tylko czy przypadkiem nie są pod ochroną :)

Wracamy na chwilę do motocykla i podchodzi starszy człowiek, daje nam małą torebkę z jakimiś wyschniętym zielskiem i mówi coś o herbacie. Nie wiemy, o co chodzi, kładzie to coś na naszym siedzeniu i tak to zostaje. Idziemy coś zjeść. Pomysł ze zdjęcimi pieniędzy na jadłospisie może i fajny ale najtaniej to tu nie jest...

Wracamy po godzinie, nasz lilia czeka pod motocyklem a na siedzeniu leży torebka z dziwną zawartością. Starszy człowiek kręci się w pobliżu, więc pytamy czy to na pewno dla nas i czy chce, żeby mu za to zapłacić. Z uśmiechem zapewnia, że to dla nas gratis, więc bierzemy i wracamy do naszego apartamentu.

Wracamy jednak nie tunelem tylko dłuższą, starą drogą przez góry. Wzgórza, za które słońce już zaszło pogrążają się we własnym cieniu, czarnym cieniu, co wygląda jak proste wytłumaczenie nazwy kraju Czarnogóra... I znowu jest pięknie, mocny silnik lekko radzi sobie ze stromymi wzniesieniami, kręta i pusta droga w górach, zachodzące słońce, warto było przyjechać...

Poźniej pozostaje jeszcze wieczorne wałęsanie się po Barze.

Drugi dzień zamierzamy spędzić na plaży.

Plaże są oczywiście kamieniste, dlatego wynajmujemy drewniane leżaki i wszystko idzie zgodnie z planem przez 15 minut, kiedy to pojawiają się pierwsze chmury. Razem z innymi plażowiczami wytrzymaliśmy jeszcze z godzinę aż zaczęło lekko kropić. Jak się później miało okazać to był koniec naszego opalania się w te wakacje :) Dzień spędziliśmy bardzo luźno odpoczywając na przemian na plaży i w knajpkach.

Wakacje wakacjami, leniuchowanie leniuchowaniem, ale czas trochę pojeździć, bo jak będziemy tak siedzieć i czekać na słońce to może nic nie obejrzymy. Wyruszamy rano jak się trochę chmury przerzedziły i od razu po paru kilometrach szybciutko wskakujemy w deszczówki. No cóż, bliskość gór ma swoje niewątpliwe uroki wizualne, ale ma też wady z powodu szybko zmieniającej się pogody. W planie mamy Zatokę Kotorską plus inne okoliczne atrakcje. Szybko docieramy do Świętego Stefana - tak nazywa się wyspa, która teraz jest jednym wielkim hotelem. Wjazd jest praktycznie niemożliwy a wstęp kosztuje kilka euro. Ponieważ z 50 lat temu te wszystkie domy zostały po prostu odebrane mieszkańcom żeby przerobić je na ośrodek wypoczynkowy w ramach protestu :) rezygnujemy z wizyty, trzaskamy fotki identyczne jak wszyscy, którzy byli w tym miejscu i śmigamy dalej.

Mijamy po drodze parę monastyrów, nawet takich polecanych przez przewodnik, ale nie chcemy tracić czasu, na monastyr jeszcze będzie czas. Drugi nasz cel tego dnia to Budva. Od razu widać, że to jedno z najpopularniejszych i najdroższych miejsc w Czarnogórze. Nowe bmw x6 (którego wtedy w Polsce jeszcze nawet na zdjęciach nie widziałem) czy nowe ferrari to tutaj nic szczególnego. Rejestracje tylko rosyjskie lub ew. ze stolicy Czarnogóry. Zwiedzamy bardzo ładne stare miasto, kamienne, trochę podobne do Zadaru w Chorwacji, w którym byliśmy parę lat wcześniej. Nie jest przesadnie duże, ale dobrze zachowane. Słaba pogoda ma tą zaletę, że nie ma zbyt dużo turystów.

Zwiedzamy też Kotor, wspinamy się w górę ale też szybko ewakuujemy się w dół ponieważ zaczyna padać. Na dole już jak byliśmy bezpieczni pod parasolami restauracji przechodzi porządna ulewa. Ze względu na ciągle siąpiący deszcz rezygnujemy z wizyty w pobliskim Parku Lovcen i wracamy do domu, gdzie czeka na nas micha owoców i przepyszne placki :) od naszej Gospodyni

Z tymi pysznościami mamy tak prawie codziennie - owoce, placki, naleśniki, bułeczki, ciasteczka ...

Kolejny dzień wita nas słabą pogodą czyli z plaży nici. Jedziemy do chyba najbardziej znanego monastyru na całych Bałkanach, a już na pewno w samej Czarnogórze - Monastyru Ostrog. Dobrze, że nie pada, bo jak się już zjedzie z głównej drogi w jego kierunku, to asfalt bardzo się zwęża, często go brakuje w nawierzchni, droga prowadzi zboczem góry i jest poprzecinana spływającą wodą, piaskiem i kamieniami. Oczom nie wierzę jak z przeciwka widzę zjeżdżający autobus. Ale skoro autobusami tam dojeżdżają to co to dla motocykla i to jeszcze takiego "podróżnego enduro" :) Dojeżdżamy do parkingu skąd jest 20 minut piechotą do samej świątyni ale to piechotą jest praktycznie pionowo w górę. Zatrzymujemy się na końcu parkingu gdzie jest dalsza droga w górę, tylko że nikt nią nie jedzie oprócz małych busików z turystami. Trochę się wahamy, chociaż zakazu niby nie ma. Obawy rozwiewa para młodych Polaków, którzy na widok polskiej rejestracji krzyknęli do nas na powitanie. Można spokojnie wjechać pod sam monastyr, nie trzeba chodzić piechotą. Droga jest nieźle stroma a zakręty o 180 stopni praktycznie w miejscu, ale się da. Legalnie i oczywiście bezpłatnie można dojechać pod samo wejście. U nas na 100% w takim miejscu gdzie czasami dziennie przewija się tysiące turystów pojawiliby się parkingowi, bramki, opłaty, itp. Tak, tego się jeszcze Czarnogórcy nie nauczyli żeby każdą możliwą atrakcję przekuwać na mamonę.

Zwiedzamy z zainteresowaniem zwłaszcza najwyższą część - białą budowlę wykutą w pionowej skale na wysokości paruset metrów. Przy dobrej pogodzie jest widoczna nawet z 50 kilometrów.

Szanujemy zakaz robienia fotek i w ciszy chłoniemy to niesamowite miejsce. Krążąc po zakamarkach docieramy do pomieszczenia, z którego znajduje się bardzo wąskie przejście wyglądające jakby wykute w skale. Wychodzą stamtąd pojedyncze osoby, zaglądam z zaciekawieniem, wygląda trochę jak mała pieczara, ale w sumie niewiele widać. Wchodzimy za jakimś Rosjaninem i okazuje się, że pomieszczenie jest bardzo małe, na wprost leży jakby trumna z czymś zawiniętym w czerwony aksamit i na tym leży obrazek i krzyżyk. Rosjanin podchodzi, żegna się, całuje krzyżyk i powoli wychodzi. Nagle okazuje się, że obok trumny stoi wysoka, czarna postać duchownego, który dopiero teraz się poruszył i powolnym ruchem ręki zachęca do podejścia. Wrażenie było szokujące, aż się przestraszyliśmy :) Oczywiście nie podeszliśmy, tylko przepuściliśmy kolejną osobę, która weszła za nami. Po chwili sytuacja się powtórzyła, A. nie wytrzymała i się wymknęła, ja się odważyłem :) i podszedłem bliżej, przeżegnałem się i dopiero powoli opuściłem to pomieszczenie. Domyślamy się, że tam były relikwie Św. Wasyla, założyciela tej świątyni. Jest to miejsce bardzo licznych pielgrzymek dla wyznawców Prawosławia z najróżniejszych krajów.

Wychodzi ładne słońce i zapowiada się miły powrót. Po zjeździe w dół, ale jeszcze przed wjazdem na główną drogę zatrzymujemy się w restauracji gdzie dostajemy furę jedzenia. Dania polecili nam miejscowi dwaj goście, którzy z braku innych wolnych miejsc zaprosili nas do swojego stołu. Jak byśmy wiedzieli to byśmy wzięli jedną porcję, bo nie byliśmy w stanie tego zjeść. Czarnogórcy jedzą dużo mięsa...

Wracamy główną drogą w stronę Pogdoricy, ale na wysokości miejscowości Danilovgrad zatrzymujemy się i zastanawiamy nad innym kierunkiem. Główną drogą jechaliśmy już wcześniej, nie ma niej nic ciekawego poza patrolami policji. Dodatkowo przed nami ciężkie chmury, za nami ciężkie chmury a w prawo ładne czyste niebo. Wyciągamy mapę i od razu podbiega do nas miejscowy z chęcią pomocy. Pytamy czy tędy da się dojechać do Cetinje, bo drogowskaz jest na miejscowość, której nie ma na naszej mapie. Tu trzeba zaznaczyć, że drogowskazy w tym kraju bardzo często są na najbliższe miejscowości, nieraz bardzo małe. Miejscowy pokazuje główną drogę, którą nie chcemy jechać. Tak wiemy, że główną da się dookoła dojechać, ale czy TĄ się da? Drapie się w głowę, no niby się da, ale MOTOCYKLEM? - pokazuje palcem na nasze moto i tłumaczy, że to przez góry i droga jest bardzo wąska. Tego to się już sami domyślamy i z uśmiechem dziękujemy mówiąc, że o to właśnie chodzi :) Zdziwiony życzy nam powodzenia. To był dobry wybór, chociaż faktyczne droga była wąska. Chyba z pięć kilometrów wlekliśmy się za starym pordzewiałem fordem bez jakiejkolwiek możliwości go wyprzedzenia. Widoki (jak nie zasłaniały wszechobecne krzaki) to góry i górki po horyzont. Nad morze dotarliśmy o zachodzie słońca.

Postanowiliśmy, że jak tego dnia się nie wypogodzi to idziemy pozwiedzać Stary Bar i to będzie ostatni dzień tutaj. Teoretycznie wg mapy i przewodnika mamy do ruin starego miast ok. trzech kilometrów, ale złaziliśmy się jakbyśmy tego dnia zrobili ze dwadzieścia. Droga nie jest przystosowana dla pieszych, często brak chodnika a dopóki się nie skręci z głównej drogi jest sporo samochodów. Zdecydowaniem lepszym rozwiązaniem jest jakikolwiek środek lokomocji. Wcześniej, jeszcze niedaleko naszego noclegu, robimy fotkę legendzie miejscowej motoryzacji - yugo. Później, już na podejściu do samego celu naszego spaceru, spotykamy też legendę naszej motoryzacji - malucha w naprawdę całkiem przyzwoitym stanie.

Zdecydowana większość Starego Baru to ruiny, ale to, na co zwracam uwagę to pierwsze próby podźwignięcia tego miejsca. I to poprzez połączenie historii z nowoczesnością. Szklane drzwi wejściowe do sklepiku/galerii dla mnie są jak symbol czegoś, co w Polsce jest nie do pomyślenia - u nas jak chcesz coś zrobić z każdym marnym zabytkowym miejscem musisz się liczyć z olbrzymimi kosztami narzucanymi przez konserwatora zabytków i nie ma mowy o odstępstwie, bo to przecież zabytkowe. W efekcie bardzo dużo świetnych miejsc niszczeje i czeka się tylko, żeby samo się rozwaliło, żeby można było pobudować coś nowego. A tu proszę, szkło i aluminium bardzo ładnie wkomponowane w kamienny portal a obok ruiny świątyń, z których najstarsza powstawała ponad tysiąc lat temu. Czyli można tylko trzeba trochę chęci i wyobraźni. Oglądamy jeszcze gaje oliwne, wracamy i resztę dnia spędzamy na plaży łapiąc ostatnie promienie zachodzącego słońca.

Wyjeżdżamy dziękując za miłą gościnę i przede wszystkim za te wszystkie pyszności. Plan na dzisiaj to przejechać kanionami rzek Moraca i Tara i dotrzeć do miasteczka Zabliak w górach Durmitor, gdzie zostaniemy jedną lub dwie noce. Jedziemy w głąb kraju, widoki w kanionach niesamowite, ale im dalej tym coraz zimniej. Zatrzymujemy się w przypadkowym barze przy drodze, w którym na każdym stole leżą jajka. Po szybkiej kawie i herbacie ruszyliśmy dalej, bo byliśmy nieźle zmarznięci i toaleta (taka dziura w podłodze) nie spełniała wymaganych przez nas standardów :) Do tej pory nawet nie wiem, o co chodziło z tymi jajkami i czy były gotowane czy surowe :)

Kaniony (zwłaszcza Tary) naprawdę robią wrażenie. Docieramy do słynnego mostu na rzece Tara, oglądamy, objeżdżamy i lecimy dalej w górę do najwyżej położonego miasta Czarnogóry a podobno też i w całych Bałkanów.

Parkujemy w centrum Zabliaka i idziemy na poszukiwania noclegu. Hotele odpadają, w uliczce odchodzącej od centrum jest kilka domów z tabliczkami o pokojach do wynajęcia. Próbujemy w jednym z pierwszych od strony centrum, właścicielką okazuje się, jak sama o sobie mówi, Madame Vinko. Pierwszą rzeczą, o którą pyta, to kim jesteśmy z zawodu, bo ona to uczy geografii. Jest jeszcze dość wcześnie i postanawiamy zostać tylko na jedną noc. Koszt 20 euro za pokój dwuosobowy wydaje się nam ok., zostawiamy bambele i ku zdziwieniu Madame Vinko, bo jest bardzo zimno, wybieramy się w najwyższy punkt Durmitoru, na który można dojechać asfaltem. W momencie, kiedy dojeżdżamy do przełęczy Sedlo niebo jak na zawołanie trochę się przejaśnia i słońce oświetla wspaniałe góry. Jak dla mnie to przyjazd np. tutaj wystarcza jako cel całej podróży :) Spędzamy na wysokości 1907 metrów kilkanaście minut, leniuchując na ławeczce widokowej. Wysokość może nie jakaś szczególnie wielka, ale w sumie jedna z wyższych, na jaką miałem okazję wjechać motocyklem a już na pewno przy tak niskiej temperaturze :)

Wracając próbujemy jeszcze dojechać do Jeziora Czarnego, ale konieczność pieszej wędrówki na ostatnim odcinku nas zniechęca. Późnym popołudniem idziemy w miasto - jemy w restauracji w samym centrum, która wygląda jakby czas w niej stanął z 30 lat temu. Później szukamy pewnej knajpy, o której czytałem wcześniej. Znajdujemy bez trudu - znakiem rozpoznawczyn są przyrdzewiałe pozostałości najprawdopodobniej po małym wandererze z końca lat trzydziestych a drugi to zundapp na oko coś koło 200cm pojemności z lat pięćdziesiątych. W środku wyposażenie może nie typowo motocyklowe, ale jest bardzo klimatycznie i przytulnie. Spędzamy miły wieczór przy piwku i kawie. Szybkie sms-y do znajomych, którzy jest szansa, że mogą być w tym czasie w tych okolicach i okazuje się, że jedni moczą się w morzu w Chorwacji po deszczowej podróży a drudzy są dopiero w Grecji w czasie objazdowej wycieczki, ale też cały czas jadą w deszczu. Tegoroczny wrzesień nie był zbyt łaskawy dla motocyklistów podróżujących :)

Dobrze, że rano na niebie nie ma żadnej chmury i słońce dodaje nam humoru, bo jest tak zimno, że pierwszy raz zeskrobuję szron z motocykla przed wyjazdem. Wyruszamy dość wcześnie jak na nas (przed ósmą rano) opuszczając gościnny dom Madame Vinko, miasteczko Zabijak i cały teren Durmitoru.

Po drodze jeszcze raz przejeżdżamy przez most na rzece Tara i za miejscowością Pljevlja docieramy do granicy. Trochę stoimy, a każdy taki postój wykorzystujemy na położenie rękawiczek na silniku. Jest makabrycznie zimno, jesteśmy ubrani praktycznie we wszystko co możemy, czyli: koszulki, swetry, kombinezony i deszczówki. Dobrze, że v-strom ma handbary, bo by mi chyba ręce odpadły. Tak, założenie grzanych manetki to priorytet na tą zimę :) Zatrzymujemy się co 80-100 kilometrów na herbatę i ogrzanie ale i tak A. wygląda słabo. Naczytałem się, że w Serbii można płacić tylko ichniejszymi dinarami, zjeżdżamy z głównej drogi do pierwszego dużego miasta, w którym pewni jesteśmy, że znajdziemy bank lub bankomat. Uzice nas szokują systemem komunikacji na drogach, który dla mnie wygląda trochę jak w Turcji czy w Egipcie - kolor świateł nie ma większego znaczenia, każdy może zatrzymać się w dowolnej chwili i w dowolnym miejscu. Klnę na nich, bo nie łatwo jest kierować zapakowanym na maksa motocyklem ze skostniałymi z zimna palcami. Znajdujemy wreszcie bank, wymieniamy trochę euro i wracamy na nasz szlak. Na stacji czy w przydrożnych knajpkach okazuje się, że można płacić bezproblemowo w euro, czyli straciliśmy niepotrzebnie prawie godzinę czasu na wymianę pieniędzy. Na szczęście kiedyś wreszcie kończą się góry i nie jest już aż tak zimno. Stanęliśmy na obiad i znowu fura mięcha. Tyle się mięsa najadłem na tym wyjeździe, że chyba zostanę wegetarianinem na najbliższe dni :) Z założenia omijamy autostrady, jedziemy prosto na północ najpierw na Sabac, później na Novi Sad. Korzystając z wcześniejszego doświadczenia i rad innych nie wybieramy głównej drogi E75 tylko jedziemy mniej popularną równoległą do niej 22-2 (trzeba uważać, bo numerem 22 na niektórych mapach oznaczana jest ta główna a na innych ta boczna). Główna to niby autostrada, ale z autostradą ma wspólne tylko opłaty. Boczna jest w miarę pusta, brak policji i po za obszarami zabudowanymi można stosunkowo szybko lecieć. Zadowolony z tej drogi, bo wreszcie zaczynamy nadrabiać czas, chyba wyłącza mi się instynkt "antymandatowy" - lecimy tak 120-130, cały teren daleko i szeroko widoczny, żadnych zabudowań ani krzaków czy drzew. Widać zbliżające się skrzyżowanie, znaki ograniczenia do 70km/h, przy skrzyżowaniu tylko niebieska makieta samochodu policyjnego, ale po za tym wszędzie pusto, więc nawet nie zwalniam. To nie była makieta :) Nie wiem kto bardziej się zdziwił - ja czy dwaj policjanci siedzący w środku. Przejeżdżając obok nich widziałem jak tylko głowy im się odwracały zgodnie z kierunkiem naszej jazdy :)

Do granicy z Węgrami dojechaliśmy po prawie 10 godzinach i ok. 500 przejechanych kilometrach. Słabo, bo plan zakładał, że będziemy spać przed granicą ze Słowacją. Nie mieliśmy żadnego zaklepanego miejsca, więc postanowiliśmy jechać jak najdalej aż się trafi ciekawy nocleg. Autostradą szybko kilometry leciały, przejechaliśmy też Budapeszt przez miasto, bo źle spojrzałem na numery obwodnicy. Na szczęście o tej porze nie było już korków i tak dojechaliśmy do miejscowości Szendehely (około połowy drogi między Budapesztem a granicą). Znowu nam się poszczęściło, świetne warunki i stosunkowo niedrogo, bo 6500 forintów za dwuosobowy pokój (wtedy ok. 90zł). Rano się spieszyliśmy i nie zdążyłem nawet zdjęcia zrobić, ale później znalazłem ich stronę: http://www.szepifogado.hu/ Polecam. Jak będę planował wyjazd w tamtym kierunku na pewno wezmę to miejsce pod uwagę na nocleg.

Po przekroczeniu granicy z Polską zaczęło lać i lało praktycznie aż do domu a Łódź była tak zakorkowana, że po prostu wszystko stało. Ale co tam, po powrocie nie zdążyłem nawet zdjęć deszczówki, A. została w domu z kuframi a ja jeszcze zdążyłem podjechałem posłuchać opowieści znajomych o wyjeździe jaki zrobili motocyklami do Mongolii...

W sumie zrobiliśmy niecałe 3700 kilometrów, czyli niewiele. To była zasługa kiepskiej pogody, która zniechęcała do dłuższych jazd. Nie poopalaliśmy się, nie objechaliśmy paru założonych miejsc, ale to tylko dodatkowy powód żeby tam wracać :) Oczywiście oprócz tego, co mieliśmy założone a się nie udało jest jeszcze masa innych miejsc wartych objechania. Niestety czas i pieniądze są nieubłagane. Trochę historii było, została nam herbatka z Jeziora Szkoderskiego, którą musimy kiedyś spróbować :) , obyło się bez strat na zdrowiu i sprzęcie, były nowe miejsca, fajni ludzie i parę kamyków znad Adriatyku. Kosztów nie liczyłem dokładnie, bo mieliśmy różną walutę i korzystaliśmy z kart, ale myślę, że wydaliśmy w sumie do 3000zł. W Czarnogórze oficjalna walutą jest euro, Unia Europejska nie jest z tego zadowolona, ale akceptuje to. Jak dla mnie to wszędzie powinno być euro, pomijając problemy przy zmianie waluty reszta to same korzyści. A tak, na razie jadąc przez 7 krajów (Polska, Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia, Czarnogóra, Serbia) teoretycznie powinniśmy mieli mieć 7 różnych walut. Montenegro to faktycznie jeszcze kraj trochę bardziej "dziki" niż np. Chorwacja, ale co do tego, że jest dużo tańszy to bym nie powiedział, no może poza noclegami na południu. Co do motocykla to duży v-strom nadaje się na taki wyjazd idealnie. Dziurawe boczne drogi, miejscami szutrowe, nie robią na nim żadnego wrażenia - na pewno zostanie na następny sezon :)