Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)
Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Chorwacja

Chorwacja 2009

Autor: Paweł Kucharski (Młody)

Ten wyjazd miał być naszym pierwszym dalszym w karierze. Wybór padł na Chorwację. Przyczyn było wiele, m.in. odległość. Jako osoba słabo doświadczona w dalekich trasach nie chciałem na pierwszy raz robić trasy rzędu 7 tys. kilometrów. Data i godzina wyjazdu została ustalona na 5 rano 19 sierpnia. Jak to jednak bywa, rano okazało się, że jest za wcześnie na wstawanie i ostatecznie wyjeżdżamy o 6.20. Kilkanaście minut później jesteśmy na Barwinku. Nawet nie zatrzymujemy się tylko jedziemy dalej. Tego dnia chcemy dotrzeć do Senji na Chorwacji. Droga mija nam bardzo szybko. Po 3 godzinach jesteśmy już na granicy z Węgrami.

Krótki postój na sesję zdjęciową i jedziemy dalej. Na najbliższej stacji kupuję winietę na autostrady (750Ft czyli ok. 12-13zł) i jedziemy w kierunku Budapesztu. Na autostradzie wieje niemiłosiernie, jadąc 110km/h ciężko utrzymać motocykl w normalnym torze jazdy. Okazuje się, że wystarczyło przyspieszyć do 140-150 i problem znikał. Przy tej prędkości V-Strom obładowany 3 kuframi, tankbagiem i 2 człowiekami na pokładzie spalał 5,5-6 litrów na 100km – wynik całkiem przyzwoity. W Budapeszcie zatrzymujemy się na zrobienie kilku zdjęć.

Nie wiem o co chodziło z tymi słonikami ale w Budapeszcie było ich bardzo dużo w różnych szatach graficznych.

Później zatrzymuje nas korek, który był jak się okazało spowodowany przebudową jednej z ulic. Ale dzięki niemu staliśmy dobre 10 minut na jednym z mostów, ciesząc oczy jego widokiem. Gdy wyjeżdżamy z Budapesztu zapala się rezerwa. Po tankowaniu ustalamy, że nie jedziemy do Senji lecz odwiedzimy rodziców Kingi w miejscowości Nagyatad, jakieś 70km od Balatonu. Na tej samej stacji benzynowej kupuję naklejkę na kufer która niestety bardzo szybko się z nami pożegnała i odfrunęła w siną dal. Dojeżdżając do Nagyatad zauważam bardzo śmieszny drogowskaz...

Kamping w Nagyatad kosztuje 3500 Ft za 2 osoby i motunga. Za dodatkowe 1500 mamy wstęp na baseny. Jednak przy wejściu nikt tego nie sprawdza i można wchodzić nie płacąc. Kamping ma bardzo dobrze wyposażoną kuchnię oraz łazienki. Podłoże jest z trawy i nie mamy problemów z rozstawieniem namiotu. Po zbudowaniu domu idziemy do wody. Okazało się, że oprócz zwykłych basenów jest także gorący basen borowinowy. Następnego dnia wstajemy o 9, śniadanie, pakowanie i jedziemy do Senji. Z Nagyatad jest 20 km do przejścia granicznego z Chorwacją. Na granicy jest tylko malutki budynek a wokół same pola uprawne. Krótka rozmowa z celnikami, pieczątka w paszporty i witamy w Chorwacji.

Jedziemy jakieś 80km drogami wiejskimi (jednak bardzo dobrej jakości) nim dojeżdżamy do autostrady w kierunku Zagrzebiu. Ciekawym elementem podróży jest przejazd przez tunel Sveti Rok. Jest to tunel o długości 5670 metrów. W środku znajdują się ogromne wentylatory wymuszające obieg powietrza. Po wyjechaniu z niego wjeżdżamy na bardzo wysoki wiadukt. Widok jest naprawdę imponujący. Po kilku godzinach dojeżdżamy do morza. Było to bardzo ciekawe przeżycie, gdyż zjeżdżaliśmy z gór, serpentynami i mieliśmy widok na Adriatyk. W górach było bardzo ciepło – ok. 28-30 stopni. Jednak po zjechaniu na dół odczuliśmy takie uderzenie gorąca jak by ktoś włączył ogrzewanie na maxa. Jadąc magistralą adriatycką na południe dojeżdżamy do kampingu Raca, znajdującego się ok. 10 km od Senji. Zostajemy tam na 2 noce. Kamping ma własną plażę, oraz oferuje nurkowanie (40 euro). Za 2 noce w Senji płacimy 33euro.

Nasz następny cel to Zadar. Postanowiłem całą trasę aż do Dubrownika pokonać magistralą adriatycką.

Cały czas mamy swietne widoki a 500 metrowe proste są rzadkością. Dojeżdżamy do Zadaru i jadąc wzdłuż portu podjeżdża do nas żółta TDM i kierowca pyta po polsku czy czegoś potrzebujemy.
-No jasne, kampingu.
-To jeździcie za mną, jestem na kampie kilka km za Zadarem. Kosztuje tylko 10euro za 2 osoby i motocykl.
Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu, miejscowość nazywa się Sukosan. Kamping znajduje się w dużym ogrodzie, pełnym drzew figowych i oliwkowych. Rozstawiamy namiot pod rozległym drzewem oliwkowym, coby nam słońce nie dokuczało.

Po szybkim posiłku ruszamy na zwiedzanie Zadaru. Chciałem, zobaczyć słynne ograny napędzane falami morskimi. Gdy doszliśmy na miejsce byliśmy zaskoczeni, że grają aż tak głośno.

Po powrocie Darek (chłopak który wskazał nam kamping), zaprasza nas na małą imprezę, wraz z jego towarzyszką Kasią oraz poznanymi Czechami. Jakubem, Marcinem i Michałem smakujemy Chorwackie winka oraz rakiję. Następnego dnia jedziemy na plażę kilka km od kampingu. W samym Sukosan jest również plaża, ale niestety jest również duży port dla jachtów i dzięki temu woda nie jest najczystsza.

Na plaży, którą pokazali nam nowi znajomi pierwszy raz zauważam jeżowca, po kilku minutach okazuje się, że miejscami jest ich pełno.

Dobrze, że zaopatrzyliśmy się w buty do wody. Idziemy na pizzę do pobliskiej restauracji, następnie razem z Darkiem i Kasią jedziemy do Zadaru i znów kosztowanie win.

Następnego dnia rano pakujemy nasze graty na V-Stroma i jedziemy dalej na południe. Cel tego dnia to Omiś i kamping Sirena. Im dalej na południe tym ciekawiej. Mijając Primosten zatrzymujemy się na fotkę.

Stare miasto wygląda bardzo ciekawie z drogi, zresztą oceńcie sami. Zastanawiam się, jak wygląda od środka. Jedziemy sobie dalej magistralą, mijamy wiele motocykli by po pewnym czasie dotrzeć do Omisia. Już przed miasteczkiem były ogłoszenia Autocamp SIRENA 11km. Jadąc spokojnie wzdłuż morza, podziwiamy widoki. Niestety kierowca nie ma możliwości patrzenia na wszystko wokół i część widoków mnie omija. Gdybym podziwiał wszystko wokół zamiast patrzeć na drogę, nie wiadomo czy byśmy dojechali do domu. Dojeżdżamy w końcu do Sireny. Cena za 2 osoby i motocykl to 18 jełro. Zostajemy na 2 noce. Gdy przyjechaliśmy wiało niemiłosiernie. Do tego podłoże to mocno ubite kamienie. Z pomocą cegły udaje nam się rozstawić namiot.

Wskakujemy w kąpielówki i idziemy na plażę. Na plaży była wypożyczalnia skuterów wodnych. Niestety ceny dość wysokie: 100 kun za 10 minut. Ale na pewno zabawa była niezła. O samym campingu nie będę się rozpisywać, bo jest on dość znany. Wieczorem jedziemy do Omisia. Gdy przejeżdżaliśmy przez to miasteczko po południu, nie było wielu ludzi na ulicach. Wieczorem, gdy temperatura nieco opadła ludzie wyszli ze swoich domów. Restauracje tętniły życiem, a po ulicach szaleli miejscowi na skuterach. Drugiego dnia wieczorem postanawiam iść na plażę, w Omisiu, aby zobaczyć latarnię morską.

Trzeciego dnia wyjeżdżamy z Sireny i kierujemy się na Dubrovnik. Jak wiadomo aby dojechać do Perły Adriatyku trzeba przejechać przez kilkunasto kilometrowy odcinek Bośni i Hercegowiny. Celnicy jednak niezbyt przejmują się swoją pracą – nie trzeba się nawet zatrzymywać tylko pokazują, żeby jechać. W końcu docieramy do celu naszej podróży. Zatrzymujemy się przy moście tuż przed miastem.

Podchodzi do nas starszy człowiek i pyta:
-Jak się ciujecie? Uuuu Polaacii to daleekoo motorem. Pewno zmeczeni. A pokoju to nie chcecie?
Planowaliśmy razem z Kingą znaleźć jakiś pokoik w Dubrowniku, aby odpocząć nieco, więc pytamy o cene.
-A na ile wam trzeba?
-3 noce
-hmmm trzi nocie to będzie 50euro za noc, czyli 150 za wszystko
-a ile to w kunach?
-tisiac kuna
-oojjj to tyle nie możemy zapłacić, nic taniej się nie da?
-Ale pokój suuper! Ajer kondision, łazenka, kuchnia, telewizor z polskimi kanałami, 5 minut plaża, 10 minut Stari Grad, parking
-No niestety ale 1000 kuna to nie możemy zapłacić
Po kilku minutach negocjacji cena ostateczna została ustalona na 800 kun. Pan wskakuje w swoją Renault Thalia i jedziemy za nim. Na miejscu okazuje się, że pokój jest bardzo ładny, a chłód z klimatyzatora pomógł tylko w podjęciu decyzji. ZOSTAJEMY.

Ściągając kufry zauważam mały wyciek. Okazuje się, ze od wysokich temperatur, resztki smaru do łańcucha które znajdowały się wokół zębatki na silniku zaczęły po prostu się rozpływać. Po rozpakowaniu się i prysznicu wychodzimy na zakupy. Po drodze napotykamy restaurację, która oferuje bardzo ciekawe potrawy…

Dzięki temu, że mamy lodówkę, zamrażarkę i kuchenkę możemy nieco zaoszczędzić na jedzeniu. Po powrocie z zakupów, wyruszamy na pierwsze spotkanie ze starym miastem. Już po przekroczeniu murów, zaskakuje nas urok tego miasta. Te wyślizgane chodniki, wąskie uliczki – tego nie da się opisać.

Następnego dnia postanawiamy iść na plażę. Wybraliśmy miejsce kilkaset metrów za starym miastem, plaża była bardzo dobrze „wyposażona”. Można było wypożyczać parasole, leżaki a nawet łóżka z baldachimem. Nie zabrakło atrakcji dla fanów sportów wodnych. Były jazdy na bananie, na dętce a także parachuting. Po powrocie z plaży i obiedzie jedziemy zobaczyć ruiny starej kolejki, której zdjęcia widziałem w relacjach wielu osób. Jedziemy bardzo wąską i krętą dróżką do miejscowości Bosanka. Po dotarciu na miejsce zastajemy tylko ogromny podświetlony krzyż i maszt nadajnika. A po stacji ani śladu. Spotkaliśmy tam kilku polaków i pytam gdzie jest ta kolejka (myślałem, że jest na innym wzgórzu, jednak na zboczu góry był jeszcze słup podtrzymujący liny). Odpowiadają mi:
- Już nie ma… jakiś Chińczyk wykupił i rozwalił bo będzie budować na nowo.
Nosz kur*de jak tak można! Trudno. Robimy kilka zdjęć Dubrownika z wysokości 450m. n.p.m i wracamy do naszego mieszkanka, po drodze zwiedzając stare miasto.

Następnego dnia postanawiamy jechać do Boki Kotorskiej. Wyjazd z Dubrownika okazał się jednak trudniejszy niż myśleliśmy – co kilkaset metrów zatrzymujemy się na zdjęcia i podziwianie widoków. Mieliśmy szczęście i do portu płynął akurat bardzo interesujący żaglowiec.

Droga do Czarnogóry jest bardzo dobra, zresztą jak pozostałe drogi w Chorwacji. Na granicy jednak widzimy ogromne kolejki dla wyjeżdżających z MNE. Pomyślałem, że z powrotem będzie kolorowo. Ludzie muszą wyciągać wszystko z bagażników, celnicy przeglądają nawet bieliznę. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do Boki. Robimy kilka zdjęć z widokiem na całość i postanawiamy wracać do Dubrownika.

To nasz ostatni dzień, kiedy możemy jeszcze iść na plażę. Po drodze, zatrzymuję się po naklejkę „MNE” którą dostaję za darmo. Na granicy nadal kolejki, omijamy powolutku samochody, podjeżdżamy pod samo okienko. Pokazujemy jedynie paszport i jedziemy do Dubrownika. Aby nie tracić czasu na dotarcie na plażę, na której byliśmy dzień wcześniej idziemy na pobliską, u podnóża hotelu.

Wykorzystujemy ostatnie promienie słońca i opuszczamy plażę dopiero, gdy nie ma już słońca. Następnego dnia już wyruszamy do domu. Tak więc ostatnie zakupy, pakowanie i rano pobudka. Wstajemy o 4.20, śniadanie, kończymy pakowanie i w drogę. Przed nami 1250km. Postanowiłem jechać przez Bośnię i Hercegowinę. Był to bardzo dobry wybór. Droga od samej granicy z Chorwacją niemal do miejscowości Banja Luka biegnie przez góry, miejscami na wysokości ponad 1000m. n.p.m. a widoki są jedyne w swoim rodzaju.

Znów wjeżdżamy do Chorwacji aby po 130km wjechać na Węgry. Obawiałem się, czy nie będziemy mieć z tym problemów, gdyż w wiadomościach wspominali coś o blokadach przejść granicznych z Węgrami przez rolników. Jednak na granicy nie było ani jednego ciągnika. Po wjechaniu na autostradę zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Na naszej małej kuchence gotujemy obiadek złożony z zupki chińskiej i gorącego kubka i ruszamy.

Następny przystanek to Budapeszt. Ok. 19 docieramy do stolicy Węgier. Zaczyna się ściemniać, kilka kilometrów za miastem zaczyna padać. Zapowiada się ciekawie. Do domku pozostało 400km. Ok. Kilkadziesiąt minut później zaczyna padać na dobre. Suniemy po autostradzie w pióropuszach wody, żałując, że nie kupiliśmy przeciwdeszczówek. Dojeżdżamy powoli do granicy H-SK, kończy nam się paliwo, jest 23 a wszystkie stacje jakie spotkaliśmy były już zamknięte. Kilkanaście kilometrów przed granicą napotykamy czynną stację – na tej samej stacji kupowałem kiedyś winiety. Tankujemy DL’a i jedziemy. Na tym paliwie spokojnie dojedziemy już do domu. Od jakiegoś czasu drętwieje mi ręka, spowodowane jest to dużym zmęczeniem kręgosłupa. Powód jest prosty: szyba DL’a + mój wzrost + mój kask = ogromne turbulencje głowy. O ile na trasie 200km nie jest to dokuczliwe to po przejechaniu 1000km w ciągu dnia kręgosłup zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Dzięki tej dolegliwości nasza przelotowa stopniowo maleje. Serpentyny przed Svidnikiem pokonuję już na pierwszym biegu z prędkością 30km/h. Po wjechaniu na szczyt naszym oczom ukazuje się tir leżący obok drogi do góry kołami. Nie ma żartów, jest bardzo ślisko. Tuż za Svidnikiem kolejny tir leży na boku. Zapomniałem napisać, że przed granica węgierską zalewa mi nawigację, więc jedziemy bez jakiejkolwiek pomocy. Nie mam nawet mapy. Jedynym problemem okazuje się Presov, gdzie nie ma żadnych oznaczeń w kierunku Barwinka. O godzinie 3:30 dojeżdzamy do Kingi domu. Zostawiam ją, a sam jadę do siebie. Drzwi otwiera mi tato, zdziwiony, że z tak długo jechaliśmy z Budapesztu. Wstawiam motunga do garazu, z tankbaga zabieram tylko aparat i zalany GPS. Prysznic i do spania.

Podsumowanie.

Całość trasy to 3000km, z czego 1250 pokonaliśmy ostatniego dnia,

Średnie spalanie to ok. 5 litrów. Najniższe odnotowałem jadąc przez BiH: 4.2litra a największe na odcinku Miszkolc – Balaton: 6,5 litra

Nie mieliśmy, żadnych niemiłych wspomnień. Napotkani ludzie byli bardzo mili i pomocni. Na kampingach nigdy nie było strachu zostawiać swoje rzeczy i iść na plażę. Motocykl sprawdził się doskonale. Jako ciekawostkę mogę napisać, że przez całą trasę nie naciągałem łańcucha. Pierwsze smarowanie zrobiłem pierwszego dnia w Nagyatad a kolejne dopiero podczas powrotu w połowie Bośni i Hercegowiny. Przez niemal 2tys. km smar utrzymywał się na łańcuchu. Był to nasz pierwszy i z pewnością nie ostatni tego typu wyjazd.