Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Cel wioska TETH

Cel wioska TETH(2012)

Autor: kamyk

Nadeszla wiekopomna chwila! godz. 16.30 20.05 roku pańskiego 2012 . Spotykamy się na parkingu MC Donalds Janki przy drodze na Kraków. Dziś chcemy dotrzeć do granicy ze Słowacją. Gnamy dość ostro łamiąc przepisy, a to prędkości, a to linie ciągłe, a to znowu wjeżdżając na pas dla motocykli -pomiędzy podwójne ciągłe. Pcha nas przygoda i pierwszy tego roku tak długi wyjazd na moto. Wyprzedzając sznur samochodów Robert z kanapy babuszki przy prędkości ponad 120 puka w szybę puszki haczącej o oś jezdni, kierowca obudzony ze snu umożliwia przejazd wszystkim. Kilometry połykamy z bananem na twarzy. Nocujemy w Jabłonce „u Kazika” - koszt 40 złoty od osoby , motocykle na parkingu wewnętrznym pod nadzorem lampy z czujnikiem ruchu , gospodarz gwarantował własnym honorem bezpieczeństwo motocykli. Tej nocy błogi sen.

Pobudka o 6.oo śniadanie kawa i w drogę . Plan ambitny chcemy osiągnąć Sarajewo. Przekraczamy granice ze Słowacją uważając na wyskakujących za krzaków policjantów. Przestrzegał nas o tym właściciel hotelu opowiadając o bardzo złym podejściu słowackich policjantów do kierowców na polskich znakach rejestracyjnych. Konflikt jest rzekomo dość poważny skutkujący prośbami mieszkańców Chyżnego i okolic do polskiej policji o interwencję, która ponoć odwdzięcza się kierowcom słowackim – jak to nazwał właściciel hotelu „dość uczciwie”-po takich zabiegach następuje kilka dni względnego spokoju. Żadnego słowackiego policjanta nie spotkaliśmy nie licząc radiowozu z dwoma zaspanymi miśkami, którym nie chciało się nawet odprowadzić nas wzrokiem . Z upływem kilometrów i brakiem zainteresowania naszymi osobami prędkości zaczynają wzrastać. I tak w spokoju z nieschodzącym bananem pomykamy ku Bałkanom. Wpadamy na Węgry, a tu jak wiadomo,opisywało już wielu nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Na jednym z parkingów zarzekamy się , ze wrócimy tu na weekend bo na pewno cos fajnego tu jest tylko trzeba zjechać z autostrady . Jak nic nie znajdziemy to pozostanie TOKAJ. Z Węgier przez kawałek Chorwacji wjeżdżamy do Bośni i Hercegowiny. Przygnębiające wrażenie robią opuszczone domy, ruiny, zgliszcza.

Wiadro z babcią nabierają prędkości przy której ja mam problemy z rejestracją otoczenia, a o fotach mogę zapomnieć, przy tej prędkości nawet obiektyw by się nie otworzył . Na najbliższym parkingu gadamy i zwalniamy. Mamy wrażenie jakbyśmy przenieśli się w czasie i nadal byli w Polsce tylko 30 lat wcześniej. Zaczęło się ściemniać i korzystając z opisów poprzedników wklepujemy współrzędne w GPS , nocujemy pod Sarajewem . Fajnie mieć w rękawie ślady GPS które ułatwią życie. Jest całkiem sympatycznie, siadamy przy bufecie i przy miejscowym piwku gadamy chwile z właścicielem, i opracowujemy plan na dzień następny. Hotelik robi wrażenie przybytku dla par, w pokoju dwuosobowym- jedno wyrko ,jedna lampka, jeden fotelik, jedna szafa, jeden prysznic. Robert miał fart śpi sam, mi przyszło dzielić łoże ze 140 kilogramowym facetem. Q…wa znam gościa ale, aż tak mu nie ufam. Tej nocy sen już nie był tak błogi.

Rześki poranek wszędzie chmury i dość ostre powietrze w tamtej chwili nawet do łba by nie wpadło, że może lać - wszak jesteśmy na Bałkanach to ma być przygoda w słońcu. Właściciel zaprasza nas do swojego stolika, częstuje kawą, słodyczami, przez chwile gadamy co warto zobaczyć w drodze do Sarajewa i Mostaru, gdzie są wodospady Kravica, i tak ogólnie o życiu. Siedzimy tak sobie beztrosko , a tu jak nie lunie woda z nieba. ORZESZ TY!!! No to wodospad już mamy. Zakładamy przeciw deszczówki wyciągamy motocykle z garażu pakujemy na nie graty i w drogę.

Acha jeszcze chwilka, zanim Robert dosiadł babcie, podszedł właściciel hoteliku i wytarł babci kanapę. Miło z jego strony, a może był to …???wszak spał sam. Nie ważne. Dziś Sarajewo, Mostar i wodospady Kravica zwane przez właściciela przybytku Cieplicami Kravica. Chwila i już jesteśmy w Sarajewie.

Przestało padać. Obowiązkowa fota pod tablicą. I wjazd do miasta. Mnie osobiście zszokowała ilość cmentarzy w mieście, na dużych placach, na małych, między domami w ładzie i nieładzie wszędzie groby. Do tego dokładając postrzelane domy i ogólnie panującą szarość wrażenie było diaboliczne.

Być może dołożyła się do tego pogoda, ale faktem jest, że o wojnie tam nadal pamiętają i prędko nie zapomną. Szukaliśmy alei snajperów ale takowej ulicy tam nie ma. U nas mówi się, że jest to główna ulica Sarajewa, a tam, że snajperzy siedzieli na wzgórzach otaczających Sarajevo i walili dosłownie wszędzie i do wszystkiego.

Ludzie spokojni ale w pośpiechu - jak to w stolicy . Jakiejś ogólnej radości nie zanotowaliśmy być może wpływ pogody. Trafiliśmy na stare miasto. Nie jest to stare miasto rozumiane przez nas jako część miasta związana z zabytkami i turystyką, a raczej jako stara część miasta. POLECAM NA MOTO!!! Wąskie kręte uliczki raz w górę raz w dół, trzeba uważać bo pod koła może dostać się jakiś nie uważny mieszkaniec wychodzący z domu wprost w ciasną uliczkę. Na starym mieście lepiej nie spuszczać bagaży z oczu. Mijając miejscowych miałem wrażenie , że nie oglądają się za nami lecz za naszymi bagażami. Stoją w kilku praktycznie na każdym rogu ale obaw nie mieliśmy, dużo radiowozów policji i ochrony, może ze względu na wycieczki, które przybywają w te część miasta aby poznać historię zabójstwa Franciszka Ferdynanda. Czas na Mostar wklepujemy współrzędne w mapę i krętymi uliczkami starego miasta próbujemy wydostać się z Sarajewa, dojechaliśmy do miejsca gdzie mieliśmy wybór albo w przód to niemalże pionowa ścieżka albo z powrotem. Pada hasło „miała być przygoda to naprzód” no i pojechali uśmiechy z gęb nie złaziły jeszcze przez długą chwilę. Niezapomniane przeżycie jak jedziesz motocyklem i widzisz tylko chmury.

Mija nas miejscowa babcia i puka się w czoło. Droga do Mostaru mija w przepięknej scenerii. W Mostarze kilka fot na moście. Okazało się, że nie jest to most z pocztówek. w pierwszej chwili pada myśl pewnie romantyk albo biznesmen będzie się topił, ale po chwili podchodzi jakiś wyrostek z czapką w której leży kilka euro i nastała jasność pewnie jak uzbiera czapkę tamten skoczy ku uciesze gawiedzi. Na miejscu jest polska wycieczka padają hasła „no skacz!!! Pękasz??? Facet jakby rozumiał i zawstydzony skoczył tylko, że nie na główkę jak większość myślała , a na nogi.

Rozległy się brawa przemieszane z gwizdami. A może na odwrót więcej było gwizdów? Łazimy po starówce jest ładnie, a nawet uroczo tylko ciasno zewsząd pchają się turyści najwięcej Japończyków. Zarejestrowany obrazek to Japończyk z parasolem osłaniającym młodą japonkę robiącą zdjęcia wszystkim i wszystkiemu. I naaagleeee jak nie luuuuunie!!! Uliczki opustoszały w mgnieniu oka wszyscy pochowali się do sklepów, pod zadaszenia, pod parasole urokliwych knajpek. Jedynie my w kaskach, rękawicach i kombinezonach spokojnie przechadzamy się uliczkami korzystając z daru jaki nam udzieliła natura. Mamy luz i okazje spokojnego podziwiania starego miasta Mostaru.

A gawiedź? Gawiedź podziwiała nas. Cykano nam fotki jak jakimś okazom w cyrku . W strugach deszczu ustalamy, że wodospady Kravica zostawiamy na drogę powrotną to raptem około 50 kilometrów od Adriatyku wody jak na chwilę obecną mamy przesyt, aż nam się ulewa cholewami.

Kurs na Montenegro. Droga mija spokojnie, pod kaskiem nucę „ciągle pada ” Czerwonych Gitar. Dzięki tej wyprawie przypomniałem sobie nawet piosenki z harcerstwa. Przekraczamy granice z Montenegro mamy nadzieję na wspaniałe widoki, za przejściem granicznym już tylko droga wzdłuż jeziora Pivsko. ORZESZ TY!!! Widoki powalają , bydlęta klękają. Zatrzymujemy się co chwila choć nie można.

I cykamy, cykamy, cykamy aparaty się grzeją , baterie padają. Ja z Robertem robimy zdjęcia, Tomek kreci kamerą z viadra i pstryka zdjęcia aparatem . Czasami widać , że ma chłopak dylemat czym uchwycić chwile. Stajemy na Tamie i pierwszy raz tej podróży moje gałki oczne doznają orgazmu. Wyciągam telefon dzwonię do żony nie potrafię opisać tego co widzę obiecuje , że wrócę z nią w to miejsce.

Ruszamy dalej nikt z nas nie zważa , że chmury, że deszcz, że zimno tylko chłonie przyrodę widoki i powietrze.

Kanion Pivsko jest jednym z najładniejszych miejsc jakie dano mi oglądać przynajmniej do tamtej chwili. Kierujemy się do miejscowości TRSA skąd mamy nadzieje przedostać się przez Park Narodowy Durmitor do Żablijak, gdzie planowaliśmy nocleg. Docieramy do zabudowań TRSA jest późno ale chcemy jechać dalej. Miejscowy mówi nam, że droga przez Durmitor jest nieprzejezdna leży śnieg, natomiast możemy tam dojechać przez Małą Czarną Górę, proponuje nam nocleg za trzy euro od łba w domkach dwu osobowych bez ogrzewania zaglądamy do wnętrza jednego szałasu - jest kiepsko. Każdy z nas jest przemoczony liczymy na odrobinę ognia aby wysuszyć ciuchy, podejmujemy rękawicę tłumacząc sobie, że dziś Mała Czarna, a jutro tu wrócimy przez Durmitor, jak tylko odwalą śnieg z drogi. Ponoć droga z TRSA na Małą Czarną Górę jest nieprzejezdna dla samochodów ale moto spokojnie da radę. Wbijamy jedynki i naprzód przegapiamy skręt i lądujemy w czarnej ale dupie zewsząd otacza nas las , asfalt dawno się skończył, jedziemy po jakiś kamieniach w nocy i w deszczu, brakuje tylko upiorów i watahy wilków na domiar złego wszystkie trzy sprzęty sygnalizują rezerwę paliwa od dłuższego czasu. Zbytnio nas to nie martwi mamy 12 litrów w bańkach. W końcu STOP dalej może być tyko gorzej, każdy z nas o mało nie zaliczył gleby jesteśmy zmęczeni, mokrzy, zziębnięci i głodni -postanawiamy wrócić do TRSA. W drodze powrotnej zza kamienia startuje do mnie wielki biały kundel pchając się z zębami do łydki – manetka opór , prawie wywrotka na piachu ale się udało . Minęła chwila zerkam na pobocze i kątem oka widzę jak te ścierwo wypada przede mną za kolejnego kamienia. Brat bliźniak? Czy jaka inna cholera? Ściskam bak kolanami manetka i gaz już byłem na prostej, kolejny raz mam fart. Tomek jadący za mną opowiadał, że bydle po pierwszej próbie poleciało na skróty do następnego winkla. Potem jeszcze próbował szczęścia na Robercie ale widać babcia tak pierdnęła , że i Robert dotarł z całymi portkami. Docieramy do TRSA stajemy na krzyżówce i mamy dylemat czy korzystamy z tych szałasów czy szukamy innego noclegu? Właściciel tych „ekskluzywnych namiotów” nawet już na nasz widok nie podniósł się z fotela pewnie uznał -wrócili to będą nocować, a on podbije cenę. Mi już było wszystko jedno chciałem zleźć z moto i napić się choćby gorącej herbaty. Widzimy jak ktoś macha latarką podjeżdżamy, młody człowiek proponuje nocleg u siebie w podobnych domkach ino większych i da farelkę, a ponadto ciuchy można wysuszyć przy piecu w ich knajpie cena 10 euro od łba . OK bierzemy. Złazimy z moto, gospodarze zapraszają do knajpy, pierwszy podbiegam do wielkiej gorącej kozy ( nie mylić ze zwierzęciem to taki piec ) dociera do mnie jedynie śmiech grupki miejscowych. Po chwili z „usług kozy”korzystają również Robert z Tomkiem. Właścicielka podaje nam trzy kieliszki mówi, że to śliwowica robiona przez jej męża. Jaka śliwowica kobieto?! To dar boży!!!Tak dobra, że nie czujemy nawet jej mocy, a była i to ogromna. Zamawiamy jagnięcinę i przy śliwowicy spędzamy czas do późnej nocy rozprawiając z synem gospodarzy . Dowiadujemy się wiele o życiu w Czarnogórze, o ludziach, o górach, o wiosce, o sąsiedzie który wynajmuje szałasy za 3 euro ale oddzielnie liczy wodę, kibelek, prysznic , suszenie ciuchów. Dowiadujemy się nawet sporo o wspomnianym wyżej białym kundlu, który łazi po wiosce i potrafi poszarpać nogawki obcego. Jest ponoć groźny. Czas na sen ten dzień był piękny.

Poranek przywitał nas zachmurzonym niebem , widokiem wspaniałych gór wszechobecnymi kamieniami, głazami, zielonymi łąkami na których pasterz wypasał owce.

Chwila zadumy i po „nocnej śliwowicy” tłucze się myśl co ja robię w Szkocji? No dobra czas na kolejny dzień przygody- kawa, zupka z torebki dziś podano grzybową po wczorajszej lekko zalatującej jagnięcinie po prostu pycha. Suchutkie łachy na grzbiet, graty na motocykle, banan na twarz i odpalam moto. Nie pada. I nagle jak nie dostanę strzała w pysk. Cos jest?!! Za chwile drugi Orzeszty - znowu leje krople wielkości piłki golfowej mało łba nie urwie. I znowu kondon na grzbiet, buty w worki na śmieci i w drogę jedynie co pozostało to banan na twarzy wszak jestem motocyklem na Bałkanach i zmierzam do Albanii. Kierujemy się z TRSA na Małą Czarną Górę znajdujemy drogę – śliczna o czarnych krętych winklach , ale niestety przemija jak wszystko, docieramy do szutrów piekielnie mokrych, śliskich z potężnymi dołami i błockiem. Mamy mało paliwa odpuszczamy i do Żabljak jedziemy przez Pluzine kierunek Podgorica. Nie wiem po ilu kilometrach nie wiem gdzie ale ostro dałem po hamulcach, Tomkiem rzuca był za blisko. Skręt na Żablajk, wjeżdżamy na nowiuśki asfalt przepięknej trasy, która prowadząc wśród malowniczych wzgórz prowadzi do samego Żabljak.

po drodze kilka słów z wysuszonym Szwajcarem na rowerze ma chłopak zacięcie do pedałów wycisnęły z niego wszystkie soki, istny szkieletor. Docieramy do Żablijak, nocleg znajdujemy tuż za dobrze zaopatrzonym sklepem za 10 euro od osoby plus 1 euro taksy dostajemy piętro domu dwie sypialnie, łazienkę i kuchnię z salonem, z potężną kozą i grzejnikiem elektrycznym w każdym pokoju, jest nadzieja na suche ciuchy. Robert zostaje na pokojach, a ja z Tomkiem pchamy się w kierunku Parku Durmitor głodni krajobrazów odpuszczamy z powodu mgły przysłaniającej wszystko. Zawracamy. Kierujemy się na punkt widokowy Małej Czarnej Góry, która jest z drugiej strony miasta. Droga przepiękna , kręta na skraju której leży jeszcze śnieg. Docieramy na szczyt nic nie widać wjechaliśmy w chmurę, trudno dostrzec palce wyciągniętej ręki. Kilka fot na śniegu w końcówce maja ,lepimy bałwana.

Zaczyna do nas docierać, że powinniśmy sobie sami zrobić zdjęcie niż bałwanowi bo trzeba być bałwanem żeby pchać się w taką pogodę w góry. Jak nie Mała Czarna to zobaczmy choćby jezioro czarne. Jedziemy, docieramy do szlabanu wejście płatne. Tak tak wejście- zero wjazdu dla motocykli piechotą ileś tam, nawet nie słucham w tył zwrot i na kwaterę dziś podziwiać będziemy butelki zakupionych trunków. Jutro jak pogoda pozwoli obejrzymy Durmitor, może odwalili śnieg?

Pobudka ! Poranek wygląda jak co dzień ten sam schemat wstajemy, toaleta, śniadanie, kawa ciuchy na moto, oczywiście przeciw deszczówka, graty na moto i w deszczu przemy na Durmitor. Zaczyna być zachęcająco docieramy do pierwszego zawału drogi śniegiem . Boczkiem da się przejechać

OK gnamy dalej po jakimś kilometrze droga całkowicie zasypana nie ma mowy o pokonaniu ton białej masy . Ślizgamy się na śniegu, wygłupiamy, w deszczu rzucamy ciężkimi pigułami.

Odwrót, każdy uchachany ale jak potem się przyznaliśmy każdy cichutko pod kaskiem zaczął kląć. Nie tak to miało wyglądać. Obieramy kurs na wąwóz Tary . Chyba po śniegach Durmitoru jakoś mało w nas radochy. Mostek duży, nawet ładny, widoczki też nie kiepskie ale szału już nie ma.

Na moście przestaje padać. Prawdę powiedziawszy zauważyłem to dopiero jak zaczęliśmy z niego zjeżdżać. Docieramy na dół kanionu gdzie jest fajna miejscówka na postój, wiaty i punkt wodowania pontonów dla grup ze spływu.

Pijemy gorącą kawę i wciągamy po batonie energetycznym, humory się poprawiają, robimy foty nad rzeką. Idziemy do motocykli i znów leje NIC DZIWNEGO PRZECIEZ JESTEŚMY NA BAŁKANACH od kiedy tu jesteśmy to ciągle leje. Obieramy kurs na wybrzeże Montenegro może tam nie pada chcemy nocować w Ulcinj. Droga wzdłuż Kanionu Tary wspaniała, krajobrazy zachwycające tylko ten deszcz.

Zaczęło się w końcu przejaśniać deszczówki poszły precz.

Docieramy nad wybrzeże nocleg znajduje nas sam. Właściciel motelu (jak potem opowiadał) widząc trzech motocyklistów na polskich blachach wybiegł ze sklepu i ruszył za nami w pogoń. Okazało się , że dość płynnie gada po Polsku, że ma u nas dużo znajomych i prowadzi w Polsce interesy. Zaproponował nocleg 10 euro od osoby w swoim motelu położonym na terenie starego miasta Ulcinj. Zapomniał tylko wspomnieć, że ten motel znajduje się na szczycie wzgórza na które nie ma dojazdu, prowadzą jedynie kamienne schody stare i śliskie.

Widoki i klimat wspaniałe, tylko te schody. Ten wieczór spędzamy na miejscowej promenadzie, pijemy piwo delektujemy się kebabem i obserwujemy wieczorne życie mieszkańców. Odpoczywamy , zaczęliśmy odczuwać pokonane kilometry. Jutro Albania musimy wcześnie wstać , chcemy pokonać Góry Przeklęte. Pobudka o 5,00, a o 6.05 odpalamy motocykle Robert z Tomkiem spałaszowali po zupce i kawie, ja tylko kawę. Nie mam apetytu dziś osiągnę cel, który wyznaczyłem na jesieni ubiegłego roku wioskę TETH. Nie pada deszcz, świeci słońce, niebo błękitne jakbyśmy nie byli na Bałkanach, serducho się raduje zapowiada się wspaniały dzień. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze co nas czeka tego dnia. Ruszamy, przed granicą tankujemy pod korek i w kanistry, zaopatrujemy się w wodę, kilka wymienionych uprzejmości z pogranicznikami stemple w paszporty i płynnie przekraczamy granicę. Jesteśmy w Albanii.

Jest pięknie . Kierujemy się na miasto Szkodra w samym mieście niesamowity ruch każdy napiera na każdego, klakson zagłusza klakson . Jedziemy ulicą gdzie z obu stron ludzie w straganach handlują dosłownie wszystkim, na jednym z nich facet rozcina zawieszonego na hakach barana, krew sika flaki wypadają na ziemię jest smacznie. Bardzo pomocni okazują się policjanci, których spotykamy na każdym skrzyżowaniu. Dzięki nim płynnie opuszczamy Szkodra kierujemy się na Koplik, gdzie skręcamy w kierunku gór.Czarnuchem docieramy do wioski gdzie kończy się asfalt, a zaczyna to na co czekaliśmy - albańskie szutry.

Pierwsze podjazdy dają pełną radochę ale po chwili zaczyna być trudniej duża ilość luźnych kamieni otoczaków, które przestawiają motocykl. Przez kilka wcześniejszych dni w tym regionie padał deszcz od miejscowego dowiadujemy się, ze całkiem niedawno zniknął śnieg powiało grozą ale słonko świeci jest ciepło i jak przygoda to tylko w Albanii, pniemy się w górę. Na jednej z prostych łagodnych podjazdów zatrzymujemy się z Tomkiem czekamy na Roberta . Robert jedzie na 24 letnim BMW K75 zwanym babcią , opony turystyczne bieżnik typowo asfaltowy mówił, że da radę jest dorosły wie co robi. Strzelamy foty komentujemy krajobrazy

w końcu zaniepokojeni brakiem Roberta nasłuchujemy- Roberta nie widać, babci nie słychać. Wracam piechotą za drugim zakrętem widzę leżącą babcię, a przy niej stadko świń. Widok bezcenny kiedy robię zdjęcie pojawia się Robert- kipi złością. Mówi coś o złej drodze, że nie da się jechać , że gdzie my przyjechaliśmy. Pada pytanie czy jedzie dalej czy zawracamy odpowiada jedziemy to proszę go, że gdy następnym razem zagapi się na dupy to niech spektakularnie nie kładzie motocykla bo na świnie to nie działa. Humory wracają. Pniemy się wyżej i wyżej podjazdy wspaniałe na stojąco łykam kolejne metry, pokonuje kolejne kamienie i nawroty, jedzie się wspaniale. Na jednym z nawrotów 270 stopni muszę zwolnic, przed kołem pojawia się wystający głaz najechanie grozi wywrotką Tomek jest za blisko aby nie przywalić we mnie musi zwolnic i skręcić, traci równowagę . Kątem oka widzę viadro walące się na kamienie i 140 kilogramowego faceta skaczącego niczym sarenka, próbującego utrzymać równowagę na dość stromo opadającym kamienistym terenie. Nie wytrzymałem ogarnia mnie śmiech, rechocze pod kaskiem i tak podjeżdżam kilkanaście metrów dalej gdzie mogę postawić moto aby pomóc podnieść viadro, schodzę z góry nie mogę się powstrzymać od śmiechu i strzelam foty.

Podnosimy moto, rany boskie jakie ono ciężkie waga motocykla plus trzy pełne kufry do tego wypchany 60 litrowy worek. Pniemy się do góry nadgarstki zaczynają bolec , pojawiają się kałuże i błoto zaczyna być coraz chłodniej i mniej ciekawie rzekłbym nawet, że niebezpiecznie ale to określenie pozostawiam na później. Gdzie tylko możemy stanąć robimy zdjęcia,

W błocie rzuca motocyklem, piepszony ABS, zatrzymuje sztormiaka jakieś 20 centymetrów przed urwiskiem zrobiło mi się ? Nawet nie pamiętam jak. Wiem tylko, że miałem mokre plecy, na całe szczęcie tego dnia jeszcze nic nie jadłem bo mogło by być w portkach tłoczno. Na szczyt docieram pierwszy niesamowite miejsce, czarna mokra ziemia zmieszana z kamieniami, wierzchołki gór pokryte śniegiem z obu stron przepaść - Góry Przeklęte w pełni zasługują na swe miano. Nasłuchuje motocykli i nie słyszę, a byli tuz za mną. Schodzę i widzę viadro po osie w błocie w miejscu gdzie wcześniej rzuciło moim moto. Wspólnie wyciągamy varadero i na podjeździe ubezpieczamy babcie.

Zaczyna się podróż w dół, znów jest miło jedzie się znośnie, pokonujemy luźne kamienie i brodzimy w wodzie spływającej z wierzchołków przecinającej to coś zwaną przez miejscowych drogą. Zjeżdżamy coraz niżej zaczyna być cieplej, dostrzegamy w oddali pierwsze zabudowania ale jeszcze dużo kamieni nas od nich dzieli. Docieramy do niesamowitej łąki. Przed nami rozpościera się wspaniały widok. jest ciepło kładziemy się na trawie - zasłużyliśmy na chwilę odpoczynku. No dobra dosyć leniuchowania.

Motocykle bezpiecznie dowożą nas do wioski Teth.

gdzie już z oddali macha do nas jak się później okazało Franczesko. Miejscowy dzieciak, który jest wymieniany chyba we wszystkich opisach wypraw jakie czytałem o wiosce Teth. Chwile rozmawiamy, kupujemy u niego Red Bulle, radzi abyśmy wracali tą samą drogą co przyjechaliśmy, bo ta druga jest w bardzo złym stanie, ma 40 kilometrów do asfaltu. Chyba kpi ,chyba nie ma już w okolicy gorszej drogi od tej którą przyjechaliśmy? Dochodzimy do wniosku, ze małolat kituje bo nie chcieliśmy rozbić namiotów na jego „ ranczu”. Kilka fotek i w dół pierwsze metry potwierdzają nasze przypuszczenia droga lepsza, po kilometrze może dwóch kładę moto. Zacząłem cwaniakować i zostałem ukarany koło wpadło w kupę luźnych kamieni i bęc.

Przez chwile leżę na skraju drogi wpatrując się w nurt wijącej się kilkadziesiąt metrów pode mną rzeki–plecy znowu mokre, ale jeszcze określenie „niebezpiecznie” tu nie pasuje. Od tej chwili jest tylko gorzej. Stawiamy sztormiaka próba odpalenia i nic jeszcze raz i znów nie kręci. Pewnie bezpiecznik, już tak miałem spokojnie zrzucam graty podnoszę kanapę wyjmuje bezpiecznik – dobry? Ogarnia mnie zdziwienie może inny, może kolejny, który to? – wszystkie dobre! Okazuje się że nie mam świateł może włącznik rozrusznika w ubiegłym roku go naprawiałem, sprawdzam wszystko OK, ruszam kablami światło pojawia się i znika czyli kostka za chłodnicą. No to rozbieram moto dostaję się do kostki światła wracają, rozrusznik nie kręci. Do tego wszystkiego gromadzą się chmury o dość kiepskiej kolorystyce wróżą deszcz i to nie mały. Pojawiają się miejscowi w terenówce, nie pomogą bo nie mają przyczepki ale za dwa kilometry jest jakieś miejsce gdzie można zostawić motocykl. Decydujemy się tam dotrzeć, tu niechybnie zostanie zrzucony albo rozkradziony tarasuje przejazd. Jeszcze tylko próba odpału z pychu na luźnych kamieniach wzdłuż przepaści, wrażenia nie zapomniane, silnik głuchy. Dopychamy sztormiaka na wierzchołek kolejnego zjazdu na luzie mam dotrzeć jak najdalej mi się uda. Nabieram prędkości wachluje biegami, próbuje odpalić , blokujące tylne koło przesuwa motocykl i w pewnej chwili silnik odpala . Przeszywa mnie radość nie do opisania mam wizje zjechania z gór. I jak to w górach bywa spadają pierwsze krople, a za nimi już całe stado, wielkie stado zimnej wody. Najechałem na śliski głaz i drugi raz kładę sztormiaka. Nie utrzymałem go na nodze i oparłem o kamienie ale silnik zgasł. Po kolejnych próbach silnik zaskoczył od tamtej pory sam już nie zgasł, nawet nie kaszlnął tak go pilnowałem. Docieramy do ogrodzonego zabudowania skąd wychodzi miejscowy mówi, że to jakieś hydro coś i pyta co my tu robimy bo w taką pogodę nie można tu wjeżdżać na motocyklach . Jak się coś stanie to przyjeżdża karetka z policją i że są wielkie kary. Rezygnujemy z możliwości noclegu pod namiotami na ogrodzonym terenie i ruszamy dalej deszcz przybiera na sile, a droga się pogarsza. Długie strome zjazdy i podjazdy, ostre nawroty raz glina, raz luźne kamienie raz wystające głazy sięgające płyty pod silnikiem. Zaczyna się walka o przeżycie, nie potrafię opisać grozy ale tu określenie „niebezpiecznie” jest jak najbardziej na swoim miejscu, każdy z nas przyznaje że Franczesko miał rację. Nikt nie ma ochoty na zdjęcia, bateria w kamerze padła. W ciągu chwili woda spływająca z gór tak wezbrała, że potoki przecinające drogę niebezpiecznie wezbrały. Przedzieranie się przez nie stało się przerażające zwłaszcza dla babci.

Do tego wszystkiego na drodze spotykamy trzech machających na nas wyrostków jeden z nożem, drugi w ręku trzyma toporek, a u trzeciego na ramieniu zwisa flinta, prawdziwa flinta z grawerowanym zamkiem. Nie wiem co chcieli ale nabraliśmy znacznie większej prędkości.

Dotarliśmy do asfaltu radość – trąbienie - udało się !!! Po jakiś 100 metrach asfalt znikł powróciła glina, kamienie i głazy- jakaś fatamorgana?! I tak już do końca zjazd, podjazd, nawrót, glina, kamienie, głazy doszły jeszcze skurcze - jak one bolały!!!Mija nas terenówka facet mówi „asfalt za 4 kilometry”. Po sześciu dalej tłukę osłoną silnika o kamienie. Może mają inną miarę? W końcu osiągamy asfalt nowiutki, czarniutki po prostu jest piękny robię fotę, która już nie wychodzi jest zbyt ciemno i nagle padają słowa Tomka „ Już sobie dalej pojechałem”. Wszyscy patrzymy na powiększającą się plamę oleju pod silnikiem.

Ktoś rzuca propozycję holowania do Szkoderu. Jednak po chwili pomysł pada, holowanie motocykla w nocy w Albanii, gdzie nie znamy drogi, a przepisy ruchu drogowego przestrzegają tylko przyjezdni wyklucza taką jazdę. Nie jesteśmy samobójcami, choć niedawne forsowanie Gór Przeklętych całkowicie temu twierdzeniu przeczy. Ludzie wyglądają z okien, ktoś wychodzi z bramy zaczynamy wzbudzać zainteresowanie. Pytamy czy ktoś mówi po rosyjsku, angielsku po polsku może? – wśród tubylców zamieszanie jakieś wrzaski, jakby kłótnie w umysł wwierca się myśl, że kłócą się którego pierwszego z nas będą gotować albo, który jako pierwszy ma gryźć. Po chwili pojawia się cwaniak z łapkami w kieszeniach włosy ulizane nie wiadomo czy brylantyną czy tłuszczem, spod rękawa wystaje dziara. W kieszeni ściskam blokadę noża. Wybrylantowany angielszczyzną pyta w czym może nam pomóc. Szok! Ale jesteśmy czujni. Alban pociesza nas, że jest we wiosce ktoś kto ma busa, jak wyjmie się fotele to zmieści się tam motocykl – pojawiło się światełko w tunelu i wizja dotarcia dziś do Szkoderu, do cywilizacji. Idziemy z nim do pobliskiego budynku, który okazuje się miejscową knajpą. W środku siedzi kilku miejscowych o posępnych twarzach mierzą nas wzrokiem – jak dobrze , że żaden z nas nie jest długonogą blondynką . Okazuje się , że właściciel busa wyjechał i będzie dopiero jutro. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Ten któremu dziara wystaje spod rękawa proponuje nocleg w swoim domu. Nieśmiało proponuje nam 5 euro od głowy – zbawca czy co? –pewnie, że bierzemy , wzięliśmy też z knajpy plecak piwa. Dom parterowy z małymi okienkami niczym luki strzelnicze, biednie i to bardzo. Biednie ale czysto. W pokoju cztery łóżka okazuje się, że część rodziny musiała przenieść się do innego pokoju udostępniając nam tę izbę, tak „izba” to chyba dobre określenie.

Tej nocy rozmawialiśmy długo nikomu nie chciało się spać trzymała nas jeszcze adrenalina, a może Red Bull, ale charakterystyczne było to, że nie rozmawialiśmy o tym co przeżyliśmy tego dnia. Głównie mówił Klaudio bo tak miał na imię nasz gospodarz, my ograniczaliśmy się jedynie do pytań. Klaudio opowiadał o sobie, o swojej rodzinie, o wiosce, o Albanii, o mieszkańcachTeth, o wilkach w górach, o tym , że jest chrześcijaninem jak cała jego rodzina, stąd na wszystkich ścianach obrazy Matki Boskiej i Jezusa, stąd krzyż na jego ramieniu, którego cześć wystawała spod rękawa koszuli, mówił o tym że dobro powraca, że jutro pojedzie z nami do Szkoderu aby nam pomóc naprawić motocykle, pokaże gdzie są sklepy, gdzie warsztaty , że będzie tłumaczem, że nie pozwoli nas okraść. Spojrzałem na sufit nie, nie było nad nim żadnej aureoli. Tej nocy prawie nie spałem nie wiem czy ze zmęczenia organizm mi wariował, czy z powodu powracających obrazów dnia wczorajszego, a może z powodu wrzynającej się w bok wystającej dechy z łóżka i kłującej rękojeści noża pod poduszką? Faktem jest, że myśli krążyły wokół gór, gór które wypuściły nas w jednym kawałku. Wielki dla nich za to mam szacunek.

Poranek jest rześki nie pada, świeci słońce. Wciągamy na zmęczone grzbiety mokre ciuchy, nikt nie bierze toalety - gospodarz jej nie proponuje - być może jest w części domu gdzie śpi reszta rodziny, a do rzeki trzeba iść po kamieniach tego bym już nie zniósł, kamieni mam dość na długo. Nikt z nas nie proponuje śniadania bo nie wiemy , czy naszymi zupkami nie spowodujemy zlotu całej wioski i ich szturmu na nasze worki z żarciem, kawy napijemy się później najpierw motocykle bo to one mają nas dowieźć do rodzin.

W pierwszej kolejności odpalamy moje moto, babuszka jak nazwał Klaudio beemkę Roberta sprawnie rozpędziła na lince sztormiaka. Miło słyszeć, że silnik pracuje jak przed wjazdem w góry, linkę przekazuje Tomkowi to on będzie na holu do Szkoderu. Gołym okiem widać , ze babuszka na sam widok objuczonego varadero i siedzącego na nim właściciela plus moje bagaże z tylnej kanapy jest spocona, ale Robert zapewnia, że da radę to przecież tylko coś niewiele ponad pół tony. Ruszamy!!! Ja na kleszcza mam Klaudio , który krzyczy do mijanych znajomych, chyba wszyscy mijani ludzie są jego znajomymi bo do wszystkich macha i wszystkich pozdrawia i wszyscy pozdrawiają jego. Widać , że Klaudio jest znany i lubiany w okolicy. Jedziemy ostrożnie czego nie można powiedzieć o innych uczestnikach ruchu. Miejscowy w puszce chyba cierpi na zanik tkanki mózgowej powoduje, że babuszka kładzie się na asfalt. Klaudio zeskakuje z motocykla biegnie do puszkarza, opieprza rodaka tak, ze zaczyna być nam go żal. Babuszce przybyło zmarszczek. Docieramy do miasteczka przed Szkoderem, gdzie jest serwis skuterów, mamy nadzieję na pomoc . Oczy wybałuszmy na wieść, że właściciel nie podejmie się naprawy, a nawet nie wymontuje miski olejowej aby zawieźć ją do spawania. Klaudio jest wściekły, tłumaczy to tym ze turyści mają bardzo dużo praw w ich kraju i właściciel warsztatu najprawdopodobniej boi się odpowiedzialności za ewentualny błąd. Stajemy na pobliskiej myjni samochodowej gdzie pozwalają zaparkować i dokonać samodzielnych napraw.

Zdejmujemy miskę w wiadrze i Tomek wraz z Klaudio dosiadając babuszki udaje się do Szkoderu w poszukiwaniu spawacza aluminium, ja rozbieram swoje moto, a Robert rozkłada na słońcu mokre ciuchy. Nagle Robert podaje mi cos mówiąc , że był w pobliskim barze. Zaglądam do środka bułki i widzę coś w co wielokrotnie zdarzyło mi się wdepnąć. Nie jadłem od dwóch dni – to coś było bardzo smaczne. Nie wytrzymałem pomimo wielu prób nie znalazłem przyczyny usterki zacząłem kląć. Zwabieni chyba polską mową , a na pewno sławnym w całym świecie wyrazem na k… pojawił się najpierw jeden miejscowy za chwilę drugi, każdy po kolei zaczął grzebać w moim moto, mnie odsuwając coraz bardziej na bok. Po chwili zawołali trzeciego w czapeczce, nad daszkiem którego spoczywały okulary spawacza. Trzeci popatrzył, kablami poruszał, położył się pod motocyklem , po czym spojrzał na niego z góry, wyjął przewód z jednej kieszeni z drugiej nóż gdzieś coś podłączył, gdzieś coś przykręcił zwarł przewody i rozrusznik zakręcił.

Szczęka mi opadła rozbroiłem alarm, trzeci w czapeczce z okularami spawacza zwarł przewody jeszcze raz - moto odpaliło muzyka dla moich uszu. Radość, radość nie do opisania!!!. Pytam się ile płacę? Słyszę „NIC”, pytam co chce za pomoc – znów słyszę „NIC - tylko abyśmy szczęśliwie dotarli do Polski, a w Polsce mam zmienić kostkę bo u nich nie do zdobycia ”. Tego dnia szczęka opadła mi po raz drugi. Telefon od Tomka, że ma zespawaną miskę, ma olej i wiezie żarcie - przygoda trwa dalej. Siedzimy przy stoliku knajpki na terenie myjki samochodowej , której właścicielem jest „trzeci ten w czapce z okularami spawacza”. Połykamy zawartość wielkiej torby w ciągu jednej chwili , składamy moto Tomka – działa ,jest ciśnienie oleju.

zakładamy suche ciuchy. Każdy ma wrażenie , że powyciągały się w słońcu , zrobiły się jakieś takie duże. Jedziemy do Szkodra z nami jedzie Klaudio ma nadzieje, że zostaniemy dłużej, ale niestety czas na nas tym bardziej, że zaczyna kropić deszcz, który po chwili zmusza nas do założenia przeciwdeszczówek. Jedzie się przyjemnie deszcz przestał padać i wyszło słońce, dotarliśmy do granicy z Montenegro, gdzie strażnik wskazał nam abyśmy podjechali na część przejścia dla pieszych. Szybko i sprawnie jesteśmy w Czarnogórze gdzie stajemy na najbliższej stacji benzynowej na tankowanie. W czasie tej wyprawy pierwszy i jak się potem okaże jedyny raz oszukaliśmy deszcz. Będąc na stacji pod dachem zaczęło lać tak, że w ciągu chwili stacja stała się jedną wielką głęboką kałużą,A NASZE CIUCHY BYŁY SUCHE!!!.

Wiatr gna deszczowe chmury z nad Adriatyku w kierunku lądu czekamy, aż całkowicie przepędzi deszcz, nikt nie ma ochoty rozpoczynać rozmowy o wydarzeniach dnia wczorajszego. Wszyscy wspominamy Albańczyków ich pomoc, ich bezinteresowność. Spotkaliśmy naprawdę wspaniałych ludzi, bezinteresowna pomoc jaką nam okazali zasługuje na słowa, których tu nie przytoczę abyście nie wzięli mnie za płaczka albo ciapę jakąś. Wyszło słońce i ruszamy wybrzeżem w poszukiwaniu noclegu. Zatrzymujemy się przy smażalni ryb na wzgórzu skąd rozpościera się widok na Adriatyk, zamawiamy zupę i rybę- pycha. Wreszcie jest tak jak powinno być , tak jak sobie wyobrażaliśmy planując wyprawę - spokój, słońce, ciepło i wspaniałe widoki. Robertowi przynoszą kalmary, męczy się chłopak z pierwszym kęsem ale po chwili talerz jest pusty. Przed zmrokiem docieramy do małego uroczego miasteczka gdzie nocujemy w moteliku przy plaży. Nie darowaliśmy kąpieli w zimnym nawet bardzo zimnym Adriatyku, zaczyna odpuszczać stres dnia wczorajszego, ale nadal nikt nie rozpoczyna tematu gór. Ruszamy w kierunku domu, zbliżamy się do granicy z Chorwacją jeszcze tylko zjazd na pobocze i fotka góry, której szczyt chowa się w chmurach. Gnamy dalej na kolejnym winklu rzuca motocyklem, ogarnia mnie przerażenie ale udało się, jestem w pionie kolejny raz mam fart. Zatrzymuje moto i widzę jak z opony złazi powietrze, aż po nogach wieje. Docieram do pobliskiej stacji benzynowej, a z nieba leje jak z wiadra. Pierwszy raz kołkowałem oponę. I znów jesteśmy w obiektywach japońskich aparatów wzbudzamy zainteresowanie Japończyków korzystających z postoju.

Przekraczamy granicę Chorwacji kurs na Makarską. Po drodze Dubrownik ładne , klimatyczne ale drogie miejsce. Pniemy się dalej ciesząc oczy widokami chorwackiego wybrzeża.

Dziś śpimy na campingu, gdzie przy 5 litrowym dzbanie miejscowego wina po raz pierwszy podejmujemy temat Gór Przeklętych, każdy z nas ma swoje wrażenia, każdy z nas ma swoje przemyślenia o których woli nie mówić, może przyjdzie na to czas. Nie wiem jak Robert na babuszce dał radę, nie wiem jak babuszka dała radę ale faktem jest , że wydostaliśmy się cali może trochę starsi ale cali. Wjazd w Góry Przeklęte latem w czasie dobrej pogody pewnie nie stwarza większych problemów, ale pokonanie tej trasy po zimie w czasie deszczu gdzie z Gór zsuwają się na drogę luźne kamienie dało nam do myślenia. W Splicie kierujemy się na autostradę i już asfaltem wśród betonu obieramy kurs na Polskę.

KONIEC