Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Polska » Bieszczady

Bieszczady (2010)

Autor: bibop

Sobota - 14/08/2010

Startujemy w sobotę 14/08 około 7.30 ze Statoila w Al. Krakowskiej (Warszawa). Skład to 2x DL 650 i jedna Yamaha XJ6 Diversion, 6 osób, cel Bieszczady oraz docieranie nowego zakupu Pita (PiotrG)

Chcemy jechać do Radomia “7”, a później odbić na “9” do Rzeszowa, tam sprawdzamy gdzie jest ASO Suzuki żeby Pit wiedział gdzie ma zrobić przegląd po 1kkm i dalej drogami bocznymi na Sanok i tam już z górki do celu podróży w Łobozewie Dolnym.

Jedziemy sobie spokojnie, są wakacje więc korków dużych nie ma, trzymamy 5krpm co daje w pełni załadowanym moto niecałe 110 km/h nuda, ale co zrobić. Czasami udaje nam się coś wyprzedzić. Droga do Radomia wiadomo, dwa pasy więc nic dziwnego nie powinno się zdarzyć, a jednak... jakiś kretyn w cieżarówie z pustą naczepą (taka “wywrotkową”) zaczyna wyprzedzać TIRa w momencie kiedy na lewym pasie jestem ja. Jako, że jedziemy 110 km/h to wyprzedzamy go powoli, ale jak widzę, że gość ma chęć mnie rozjechać to odkręcam do oporu i go wyprzedzam, zajeżdżam drogę i pokazuje różne znaki rękoma i próbuje go “spowolnić” żeby Pit i Krzysiek mieli możliwość go wyprzedzić, ale gdzie tam, gość próbuje rozjechać też ich zapominając po co ma lusterka i hamulce... chłopaki odkręcają trochę mocniej i w końcu go wyprzedzają, ale kolo nie ma zamiaru rezygnować i kiedy my wracamy do 110 to on wbija na lewy i jak nic “grzeje” 130 km/h wyprzedzając nas... no rzesz ku*wa, ale mu się śpieszy... szkoda, że stojący przy drodze “krokodylki” go nie namierzyli bo zdaje się powinien mieć blokadę na 95 km/h... No nic, olewamy typa i trzymam się za nim jadąc stówką i obmyślając gdzie by tu mu mordę obić, albo opony przebić. Niestety moje plany w stosunku do jełopa przerywa klakson Pita i zjeżdżamy na stację. Nowy kask jeszcze się nie ułożył i główka trochę boli... dobra, czas na drugie śniadanie podwójne hot-dogi na Shellu. Robi się coraz cieplej, a na weekend w Bieszczadach zapowiadają upały po 35*C.

Ok, czas ruszać. Już bez przygód docieramy do Radomia gdzie okazuje się, że do Rzeszowa jest objazd. Trzeba jechać siódemką na Kraków, ale jak tak jedziemy i jedziemy to już nie widać znaków “Objazd” i pojawia się nowy znak “Objazd do Starachowic”. Nic, jedziemy dalej (ten objazd też jest 7-ką). W pewnym momencie jest znak, że objazd skręca w lewo... no fajnie, ale to ten do Rzeszowa czy Starachowic? Skręcamy, zawsze to w stronę “9”. Z miejscowości Orońsko kluczymy trochę po wsiach i drogach bez numerków docierając do 744, którą docieramy do Starachowic, a stamtąd do Ostrowca Świętokrzyskiego i jesteśmy w “domu”. Nadrabiamy ze 30km, ale tracimy sporo czasu bo przez wsie jedzie sie powoli z uwagi na dziury i pojazdy rolne.

Z Ostrowca lecimy do Rzeszowa zatrzymując się po drodze na tankowanie Yamahy i nas bo grzeje już na całego.

W Rzeszowie podjeżdżamy pod serwis Suzuki gdzie Pit dowiaduje się, że spoko mogą zrobić serwis, ale w Jaśle bo w wakacje to oni w Rzeszowie mają zamknięte więc niech jedzie do Jasła, tam zrobią serwis, a jak będzie wracał z gór to niech wpadnie do Rzeszowa zapłacić i podbiją mu przy okazji książkę serwisową... niezły manewr.

Dalej w drogę, teraz się zacznie, w końcu jakieś poważniejsze zakręty. Do Sanoka jedziemy drogą nr 878 i 877 do 835 i później 886. W Sanoku tankujemy DLe i cieszymy się, że jazda z takimi prędkościami i załadunkiem daje spalanie 4,5l/ 100km. W Sanoku też widać na przystankach kwiat młodzieży uderzający do Ustrzyk Dolnych na koncert KSU... niestety nam nie dane było go zobaczyć. Jest coś po 14, a koncert o 16 wiec nie damy rady dojechać na kwatery i jeszcze pojechać do Ustrzyk, poza tym ponad 400 km przejechane w słońcu robi swoje.

W Uhercach Mineralnych skręcamy na Solinę i później na Łobozew. Po 15 jesteśmy na miejscu. Prysznic, rozpakowanie gratów, chwila relaksu.

W jednym baro-sklepie “U Zochy” (czy jakoś tak) dostępny jest pstrąg i schabowy i jakieś junkfoody. Posilamy się, robimy zapasy na wieczór i wracamy żeby się przesiąść na moto i przejechać kawałek po okolicy.

Krzysiek na XJ ma chyba trochę dość bo 400 km na jego sprzęcie to już trochę większe wyzwanie niż na DLu, ale dzielnie daje radę. Jedziemy w stronę Jaworu. Najpierw dojeżdżamy do zapory, a tam festyn jak siemasz... jest nawet wesołe miasteczko, wszędzie same “okazy zdrowia”, które myślą, że jak raz na siłownie poszli to już są jak Pudzian więc jak najszybciej zawijamy i odbijamy w stronę półwyspu Jawor. Dociera tam droga przez Jawor “Soliński” z kilkoma serpentynami i przewyższeniem ~200 m. Na końcu drogi ośrodek wojskowy i nawet nie próbujemy wjeżdżać. Postanawiamy jechać do Soliny, przejść kawałek zaporą i wrócić na grilla i browar.

Nad zaporą jak zawsze szopka jak wszędzie gdzie turyści mogą zostawić dudki... można sobie kupić zamiast ciupagi topór z napisem Bieszczady, albo poduszkę w kształcie serca z napisem “Pamiątka z Bieszczadów” i inne duperele.

Sam dojazd do zapory to koszmar. Samochody wciśnięte wszędzie gdzie się da, ludzie chodzą ulicą i ledwo da się przejechać, naganiacze “zapraszający” na ich, najtańszy, parking. Ciekawe ile osób przyjeżdżających w Bieszczady było gdzieś dalej niż tylko w Solinie czy miejscowościach wokół jeziora?

Robimy spacer po zaporze i wracamy do ośrodka bo wizja zimnego piwa jest fajniejsza niż patrzenie na karuzele po drugiej stronie.

Koło 23 idziemy spać żeby rano wstać i pojeździć trochę.

Dzisiaj przejechaliśmy 485 km.

Niedziela - 15/08/2010

Budzę się standardowo parę minut po 6 i na siłę próbuje jeszcze pospać bo wiem, że wszyscy jeszcze kimają... o 7 już nie daje rady, odpalam TV i jedząc śniadanie oglądam mecz Polska - Niemcy w siatkówkę... kurde, można by jechać bo w miarę chłodno jest (pewnie ze 25*C), ale czekam aż Aga wstanie. Idziemy do domku gdzie śpi pozostała część ekipy i kiedy dziewczyny jedzą i się szykują ja z Pitem jedziemy drogą do Daszówki gdzie kończy się ona znakiem “Koniec Świata” i wracamy zatrzymując się przy kościele w Łobozewie Górnym (kiedyś muszę pojechać w Bieszczady i pozwiedzać kilka cerkwii bo jakoś nigdy nie było czasu).

Główną atrakcją dnia dzisiejszego (poza oczywiście samą jazdą po serpentynach) ma być przejażdżka Bieszczadzką Koleją Leśną do miejscowości Balnica. Jest to najktórsza dostępna trasa (całość trwa niecałe 2h) i wg. rozkładu pociąg rusza o 13 z Cisnej-Majdana.

No dobra, to trzeba ruszać bo nie zdążymy. Niestety ruszamy na 2 maszyny bo Krzysiek z uwagi na końcówkę urlopu jest też na końcówce pieniędzy i oszczędza na powrót. Jedziemy do Ucherców przez Myczkowice gdzie DL Pita osiąga stan piekielny.

Z Ucherców szybki przelot do Ustrzyk Dolnych i już jesteśmy na Dużej Obwodnicy Bieszczadzkiej. Docieramy do punktu widokowego w Lutowiskach

i tak sobie kombinujemy żeby jechać do źródeł Sanu... tylko za cholerę nie wiemy którędy. Mapy w Lutowiskach niewiele pomagają, GPS też nie daje rady więc olewamy sprawę i jedziemy do Ustrzyk Górnych po jedzenie. Kupujemy kabanosy jakiś ser i jedziemy do Wołosatego skonsumować. Jemy na końcu drogi i patrzymy na zegarek, a tam 12.10... Mamy niby tylko 30 km, ale wiadomo jak to wychodzi w górach. Cisne ile mogę i na ile pozwala “docieranie” moto, Pit zatrzymuje się jeszcze na stacji, a ja lecę zatrzymać kolejkę... docieramy gdzieś za 10 pierwsza... zrzucamy wszystko na moto bez przywiązywania (może nie ukradną śmierdzących kurtek?) i biegniemy do kasy. Tam okazuje się, że o 13 jest wycieczka, ale 4-ro godzinna, a o 13.30 jest krótsza... no to dobrze, przynajmniej Pit zdąży. Aga ma kupić bilety, a ja idę zobaczyć czy mamy w czym wracać. Od gościa “kasującego” za parking dowiaduje się, że ta krótka trasa trwa jakieś 3 godziny... szlag by to... patrze na “rozkład jazdy” i czytam, że o 13 jedzie do Balnicy, ale w tygodniu, a w weekendy jedzie o 10.30. Trudno, trzeba będzie kiedyś jeszcze przyjechać. Z kolejki rezygnujemy i wracamy przez Hoczew i Myczków do bazy.

Trasa z Hoczewa do Myczkowa (kawałek Małej Obwodnicy) to prawdziwy hardcore... gorzej jak “osławiona” 17 do Lublina. Na odcinku 9 km mam ze 4 sytuacje “podbramkowe” (2 z mojej winy) droga do Soliny nie lepsza, samochody ciągną jak z W-wy nad Zegrze.

Przeczekujemy największy upał w ośrodku i ja kombinuje, że pojeżdżę jeszcze ze 2-3h jak będzie już trochę chłodniej...

Biorę mapę i wyznaczam sobie pętle przez Solinę do Sakowczyka gdzie skręcam na drogę wzdłuż Sanu do Dwernika i tam w prawo do Brzegów Górnych. Powrót z Kalnicy prze Terkę do Bukowca. Tyle w teorii. Miałem ruszyć o 18, a wytrzymałem do 17. Pit niestety się wyłamał bo do przeglądu zostało mniej niż 200 km więc trzeba oszczędzać moto na dojazd do Jasła albo Krakowa. Zostałem więc ja z Agą. Początek nawet nawet... wszyscy chyba już pojechali do domów bo da się normalnie jechać. W Sakowczyku szukam jakiegoś drogowskazu żeby skręcić w prawo, ale nic takiego nie ma... przejeżdżam San i myślałem, że droga jest za rzeką więc jadę i jadę aż dojeżdżam do Polany gdzie zawracam i postanawiam wjechać w drogę leśną i najwyżej kawałek nią pojechać. Owa droga zaczyna się w miejscowości Olchowiec, a ponieważ do Sanu niedaleko to myślałem, że to właśnie ona. Jest niby jakiś znak zakaz wjazdu i “droga zakładowa”, ale myślałem, że to dotyczy polany z lewej strony. Szlaban w każdym razie był otwarty.

No i jedziemy tak sobie tą drogą, a tam wertepy jak na zdjęciach z Transalpiny albo jeszcze lepiej... wszystko dzwoni, brzęczy i dostaje kamieniami... mam wrażenie, że opony już dawno są poprzecinane od kamieni i zaraz będziemy jechać na felgach. Ostre podjazdy po żwirze wielkości damskiej pięści, co i rusz zaparkowany sprzęt do wyrębu lasu... aaa... to taka droga zakładowa... w ładne bagno wdepnęliśmy. No ale przecież nie będziemy zawracać... odwagi dodaje samochód na warszawskich blachach zaparkowany przy znaku na Serednie Małe, a poza tym to jest też oznaczone to jako ścieżka rowerowa więc jeżeli rower daje radę to DL też musi.

Po przejechaniu kilku kilometrów docieramy do miejsca gdzie produkowany jest węgiel drzewny. Niestety produkcja stoi, ale dwie osoby pilnują. Chwilę rozmawiamy, pytamy czy gdzieś tą drogą dojedziemy i mamy już cały obraz sytuacji... Obozu pilnuje bestia.

Droga jakby trochę lepsza, dojeżdżamy do kolejnej stacji gdzie wypalają węgiel drzewny i na rozwidleniu wybieramy (moją jednogłośną decyzją), że jedziemy prosto (w lewo było do Lutowisk)... no fajnie, droga coraz bardziej stroma, dobrze, że nie padało bo by błoto było nieliche, wspinamy się na prawie 200 m w górę po zboczu, drodze z zakrętami i ostrym spadkiem z lewej... tak czy inaczej 40 km/h daje się utrzymywać i nie ma większego zagrożenia dla życia... no wiec jak się wjechało to trzeba też zjechać... przezornie nie patrze w lewo. Aga całą drogę jedzie przenosząc ciężar bardziej na podnóżki i ręce, ja to samo... oj, będą jutro bolały nóżki O dziwo nic jeszcze nie odpadło... jeszcze...

Teraz znalazłem informacje, że to przez co się przedzieraliśmy to Otryt (Za Wikipedią - pasmo górskie w Bieszczadach Zachodnich (czasem zaliczane do Gór Sanocko-Turczańskich) położone na północ od doliny Sanu; najwyższym szczytem jest Trohaniec (939 m n.p.m.). Otryt to długi, prosty grzbiet o długości ok. 18 km, porośnięty lasami jodłowo-bukowymi, przez co brak na nim punktów widokowych.

Na grzbiecie Otrytu, w miejscu, w którym przed wojną istniał przysiółek Otryt Górny, działa schronisko studenckie o nazwie Chata Socjologa. Wybudowane w latach 1972–1973, spłonęło 13 stycznia 2003, jednak szybko zostało odbudowane i ponownie działa od 14 listopada 2003. Masyw opasują utwardzone drogi stokowe, które mimo ścisłego rezerwatu nadal służą do zwożenia drewna. Otryt jest obszarem chronionym przez Park Krajobrazowy Doliny Sanu, ponadto na jego południowych stokach znajdują się rezerwaty przyrody Hulskie i Krywe. Pasmo jest zbudowane ze skał fliszowych tworzących płaszczowinę śląską.)

W pewnym momencie na tej piekielnej drodze stoi walec drogowy i maszyna do wyrównywania podłoża (taka z pługiem pomiędzy kołami) to sobie pomyśłałem, że jak tak to pewnie fajnie ubita ta droga jest, ale taka nie była... może montowali te sprzęty w tym miejscu?

Po prawie 1,5 godzinnej walce w terenie wyjechaliśmy w końcu na “asfalt” i jak się później okazało właściwą drogę. Skręciliśmy w lewo licząc, że dojedziemy do drogi między Lutowiskami, a Ustrzykami Górnymi... no i tak sobie jedziemy slalomem pomiędzy dziurami i zaczynam tęsknić za tą leśno-górsko-zakładową drogą... tam chociaż 40-50 km/h dało się jechać, a tu ledwo 30... po jakichś 2-3 km tą “dziurawką” słyszę charakterystyczne “szuranie”. Myślę sobie, że pewnie osłona silnika odpadła od tych drgań bo przecież na centralnej podstawce mam nowe sprężyny... no niestety już nie mam... kolejne zgubiłem... chwile szukamy, ale nie znajdujemy, z pomocą przychodzi taśma McGyvera...

Ten “asfalt” to tylko tak na zdjęciu ładnie wygląda. Jak jest asfalt to człowiek czuje się jakoś pewniej i chce za szybko jechać. Po kolejnych kilku km widać oznaki cywilizacji. Wymijamy samochód (znowu na warszawskich blachach) i motocykl... koleś na jakimś sportowo-turystycznym sprzęcie z plecaczkiem. Mówi, że chcą do Rajskiego dojechać i że miał już parę miejsc gdzie kolektorem przycierał o podłoże... powiedziałem, że będzie miał jeszcze parę takich miejsc i kamienie wielkości pięści, ale się nie zraził i pojechali... szacun. Niejeden na DLu by nie wjechał. Powiedzieli nam też żeby na skrzyżowaniu skręcić w lewo bo w prawo jest ślepa “uliczka” ale tak poza tym to jest pięknie, no i faktycznie. Po drodze kilka fotek Sanu.

W Dwerniku jest skrzyżowanie do Brzegów Górnych (10 km), ale było już późno i robiło się ciemno więc pojechaliśmy przez Lutowiska do Czarnej i tam skręciliśmy na Hoczew. Było już ciemno więc prędkości też trochę mniejsze, szczególnie, że co i rusz widać było świecące oczy sarenek i jelonków (dobrze, że nie niedźwiedzi)... No i nareszcie było chłodno. Niestety razem z ochłodzeniem przyszła burza, bez deszczu na szczęście, ale widok wyładowań atmosferycznych przed nami nie nastrajał mnie optymistycznie, szczególnie gdy serpentynami wjeżdżaliśmy na szczyt jakiegoś wzniesienia i byliśmy wystawieni na “strzał”... na całe szczęście wyładowania były chyba wewnątrz chmur (takie poziome), ale i tak miałem stracha. Dodatkowo kontrolka paliwa już mrugała od dłuższego czasu, a stacja była w Solinie... jakoś udało nam się dojechać, a na stacji pani mówi, że do 20 (a była 21)... powiedziała, że nie ma szans na tankowanie i nie bardzo dało się wytłumaczyć, że mamy zero... dobra, na wariata lecimy do obozu... ufff, udaje się bez strat w ludziach i na resztkach paliwa...

Czeka już na nas piwo i karkówka... Dzisiaj długo nie siedzimy bo zmęczeni jesteśmy, a jutro wracamy.

Dzisiaj nakręcone 357 km.

Od ostatniego tankowania przejechałem jakieś 420 km co nie zdarzyło się jeszcze nigdy (po prostu nie wystarczyło mi tyle nerwów ). Ciekawe czy jutro dojadę do stacji, na szczęście przeważająca części drogi jest z góry.

Poniedziałek - 16/08/2010

Jadę z rana na stacje... udaje się bez problemu chociaż pompa ledwo co już zasysa jak moto stoi na bocznej podstawce.

Chcemy wracać przez Przemyśl... więc mapa w rękę i już obmyślam powrót wschodnią granicą RP do Terespola, a później prosto do w-wy, ale porzucam ten plan bo tak to pewnie dzisiaj nie dojedziemy.

O 10-tej jesteśmy w Ustrzykach Dolnych kierując się na Krościenko gdzie odbijamy na drogę 890 i po kilku kilometrach “w las” na Arłamów i Makową. Droga przez las, wąsko, asfalt taki sobie, ale gęba się cieszy...

W Kwaszeninie chcieliśmy pojechać drogą przy samej granicy, ale zatrzymał nas znak zakazu i nie chcąc ryzykować odstrzelenia głowy przez pograniczników wróciliśmy do drogi “głównej”. Makowa, Fredropol, Pikulice to miejscowości przez które przejeżdżaliśmy... asfalt okropny, ale okolica piękna.

Straż Graniczna dziwnie patrzy na załadowanego DLa, ale nic od nas nie chcą. W Przemyślu ze 2h szukaliśmy grobu dziadka Agnieszki. Pomyślicie, że szukanie powinno być łatwe, ale po pierwsze cmentarz jest na zboczu wzgórza i jest duży, po drugie mamy na sobie spodnie motocyklowe więc po 30 sek. od zatrzymania jest gorąco jak w piekle (kurtki zostawiliśmy przy moto), a pot wpływa do butów, po trzecie jest gorąco, a po czwarte to nie do końca wiemy gdzie on leży... Babcia tłumaczy, że plac 44 no to idziemy.

Plac 44 przeczesaliśmy dokładnie i nic. Babcia mówi, że to zaraz za cmentarzem wojskowym (żołnierzy austro-węgierskich)... hmmm... to trochę gdzie indziej. Ojciec podpowiada, że pod dużym kasztanem. Ekstra, ja bym nigdy nie znalazł, ale Aga znalazła to drzewo (a drzew tam od groma). Później wjechaliśmy pod Kopiec Tatarski i weszliśmy na górę żeby zobaczyć panoramę Przemyśla.

Szybko na rynek bo to juz 13, a do domu daleko. Chwilę chodzimy, a ja rozciągam za sobą zapach jakbym rok się nie mył (w tym momencie doceniłem koszulki ze srebrną nicią która miałem, ale w kufrze). Szybko zjedliśmy pizze i w drogę. Postanowiłem nie bawić się w zwiedzanie kraju tylko jechać 77 do Sandomierza i później 79 do W-wy.

Zanosiło się na deszcz z czego bardzo się ucieszyłem niestety pokropiło tylko trochę i znowu zaduch. Na pożegnanie kilka fajnych serpentyn na wyjeździe z Przemyśla i jesteśmy na drodze do Jarosławia... 140-150 km/h, trzeba trochę nadrobić. Po drodze kawałek mokrego asfaltu, widać, że przed chwilą przeszła tędy ulewa, niestety nie zdążyliśmy

Niestety nigdy nie jest tak fajnie jak by się chciało i przed Jarosławiem jest z 5 kilometrowy korek spowodowany popsutą ukraińska ładą. Popsuła się w taki miejscu, że nie było nawet gdzie jej przestawić (w “dołku” z barierkami po bokach). My przeciskamy się, a to środkiem, a to poboczem bo gdybyśmy mieli tam stać to z godzina zmarnowana. Dalej 77 na Nisko i Sandomierz. Droga fajna, sporo zakrętów na których można trochę poprzycierać buty pod warunkiem, że nie trafi się na tiry.

W Sandomierzu zatrzymujemy się na krótki odpoczynek... jest 17. Dupa z planu dotarcia do domu koło 18.

Teraz 79-tka. Znowu 140-150 km/h, jakieś roboty drogowe i ruch wahadłowy, jak zawsze startujemy z pole position i przed siebie. W Kozienicach tankujemy, uzupełniamy płyny i jedziemy.

Mocno spowalnia nas ruch między Górą Kalwarią i Piasecznem i na 20 jesteśmy w domu po przejechaniu 460 km.

W sumie przejechaliśmy 1 300 km, moto spaliło 56 litrów + to co na trasie z Kozienic do domu tak więc średnia wyszła w okolicy 4,7-4,9 l/ 100 km.

Co do cerkwii to tydzien pozniej naszlo mnie zeby pojechac kawalek wzdluz wschodniej granicy RP i w sobote zrobilem trase ok 700 km przez Terespol, Kostomloty, Jableczna, Sobibor.

Jezeli chodzi o "czas sie zatrzymal" to te rejony z bieszczadami wygrywaja w przedbiegach, no i zero turystow