Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Bałkańska Tura - Grecja

Bałkańska Tura - Grecja (2011)

Autor: ray68

Oto moja relacja z wyprawy. Istotnie przejechaliśmy przez Bałkany do Grecji. Wyprawa trwała trzy tygodnie. Cztery motocykle, czterech jeźdźców Apokalipsy mnóstwo wrażeń. Wojtek DL1000, Andrzej DL1000, Janek GS1150 i ja ray68/Przemek DL650.
W tym szacownym gronie byłem absolutnie nuworyszem. Najmniejsze doświadczenie, motocyklowe rzecz jasna, bo życiowe to mamy podobne.
ONI jeżdżą od dawna i zwiedzili już całą Europę, ja jeżdżę od trzech lat i taaaak daleko to jeszcze nie byłem.
Pierwsze moje moto to był suzuki Intruder M800 7500 km, drugi to ten ulubiony właśnie "forumowy" DL 650 przed wyprawą 7000 km.
Jak widac zupełna "zieleń" no tylko "listka" brakuje.
Ale jak powiadał Andrzej najważniejsze to jeździc!
Dla mnie to "imperatyw kategoryczny" muszę pojechac.
To ON pozwolił mi szczęśliwie pojechac i wrócic.
Dziękuję mojej Żonie za wspieranie mnie.
A moim Przyjaciołom z wyprawy za to,że mnie zabrali ze sobą.

Ostatecznie stanęło na tym, że jedziemy do Grecji. Jeśli z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu będzie czas wjedziemy do Turcji.

To dzień pierwszy dla mnie i dla Janka. Ponieważ ruszamy z Krakowa rano 25.04, to musimy tam dojechac 24.04 czyli wstaliśmy od stołu Wielkanocnego po śniadaniu

Bez zbytecznego pośpiechu ruszamy. Ruch niewielki taki świąteczny, czyli "w każdą stronę"od stołu do stołu jeżdżą ludzie odświętni w puszkach. Policjantów brak, chyba też dzielą się jajkami. A my nie spieszymy się. Pierwsze wrażenia motocykl jest ciężki, ale dobrze w nim, w nim bo z przodu tank bag, a z tyłu worki żeglarskie.... jakie wygodne oparcie. Pogoda początkowa niezła, ale im bliżej Krakowa tym gorzej, na końcu leje! Dojeżdżamy na miejsce, nocujemy u Wojtka. Kolacja pogaduchy omawianie trasy ostatnie uzgodnienia telefoniczne . Rano pobudka 7.00. JEDZIEMY!

Wyruszamy zgodnie z planem. Z Krakowa na Chyżne. Pochmurno, czekamy kiedy zacznie padac, nie będziemy czekac długo Zaraz po przekroczeniu granicy, słowacka budka z serami. a przy parkowaniu chyba zapomniałem wystawic podnóżek bo moto położył się na piachu , ale wstyd )) Zakładamy kondomy

Prze Słowację jedziemy w deszczu, albo w ulewie. Jest też śnieg na szczęście nie pada, ale leży Donovaly tak sie to miejsce nazywa chyba stacja narciarska, jeszcze trochę go zostało po sezonie, brrr... Pogoda paskudna szkoda nawet wyciagac aparat. Obiad w Westernowe Jadlo. Westernowe jak westernowe gorące i w środku sucho;-) Lecimy dalej. Wegry i pogoda sie poprawia można zdjąc kondomy. Kupujemy winietki a dokładnie e-winietki, żadnych naklejek, kosztuje to/3-dniowa/ 825 forintów czyli ok. 12 PLN. Tankowanie 1litr ok 5,72. Jedziemy w kierunku Budapesztu. Pogoda coraz lepsza sucho i ciepło. Przejeżdżamy przez centrum aleją Andrassy, jedna z najpiękniejszych ulic jakie widziałem. Najważniejsza ulica w mieście. Szkoda, że nie bardzo jest czas na zwiedzanie ,kawę w licznych kawiarniach, chocby popatrzenie, trudno może innym razem. z Budapesztu kierunek wprost nad Balaton, tam w końcu muszą byc jakieś kwatery na nocleg;-) Wjeżdżamy do miejscowości o trudnej nazwie, zaczynajacej się od Balaton.... Co jest jest tu kto?! Nikogo.. Wymarłe miasteczko.... acha sezon jeszcze się nie zaczął. mamy szczęście przy piątej furtce którą chcemy sforsowac pojawia się kobieta , a za Nią jej Mąż. Pytamy, Oni mówią, że jeszcze nieczynne, nie ma sezonu nie wszystko gotowe, ale proszę bardzo możecie przenocowac. Dwie a w zasadzie trzy sypialnie dwie łazienki, kuchnia warunki dobre, a ile to kosztuje. Gospodarz mówi ,że jeszcze zamknięte, więc ile uważacie no i bądź człowieku mądry. Bierzemy. Rozpakowujemy graty, prysznic kolacja.... Przychodzi Gospodarz oprowadza po terenie, duży piękny ogród, basen jaccuzi, fiu fiu...

Miejsce jak z "bajki". To piwniczka Lajosza tak ma na imię nasz Gospodarz. Lajosz oprócz prowadzenia agroturystyki ma winnicę, i produkuje też nalewki oparte na palince. No cud miód. Legalnie ! Jak wszyscy jego sąsiedzi. Palinkę czyli bimber z owoców produkuje legalnie sąsiad a Lajosz poddaje ten produkt tuningowi za pomocą świeżych owoców. Palinka ma od 40 do 70%, Tutejsza ma dokładnie 51%. Posiada też czyste destylaty bez tuningu o specyficznym smaku zależnym od owocu wyjściowego. Próbujemy, tak próbujemy Lajosz wziął kieliszki... gruszkowego, czereśniowego, morwowego, pomarańczowego... Przy piątym owocu zapomniałem jaki był przechodzimy na per TY. Lajosz powtarza każde imię, przy moim Przemysław, szczerzę zęby Lajosz kapituluje napijmy się mów mi Przemek. Jeszcze jest Janek acha Janek!!! "four tank men and a dog" teraz wszyscy szczerzą zęby, napijmy się. Lajosz zna temat palinki powtarza z uporem maniaka przed każdym "owocem" "be careful" o co Mu chodziii, poźniej się dowiemy. Palinkę pije się w temperaturze pokojowej wyjaśnia 18-20 st.C wtedy najlepiej czuje się aromat i MOC, a w piwniczce panuje stała temperatura 10 st.C. No w każdym razie było fajnie bardzo fajnie. Acha Lajosz przyznaje się , że właśnie kończy 55 lat, gromkie sto lat zakończone toastem na jego cześc. Czas opuścic piwniczkę... zasiadamy na ganku a Lajosz przychodzi jeszcze ze świeżym chlebem i przynosi salami paprykowe no poezja... Rano przed naszym domkiem zastajemy prezent kilka butelek rieslinga i palinki gruszkowej najlepszej. w związku z wczorajszymi uroczystościami postanawiamy ruszyc nieco później po obiedzie;-) Pogoda piękna... Lajosz pojechał za swoimi sprawami zostawiamy w kuchni po 20 euro od osoby, zamykamy chatę i jedziemy zobaczyc Balaton, sie rozumie. Zobaczyliśmy, zatankowaliśmy i jazda... Kierunek Chorwacja.

Z Ploce odchodzi prom na półwysep Peljesac na którym jest miejscowośc Żuljana jedyne miejsce w trasie upatrzone "z góry". Jedziemy autostradą , granicę przekraczamy bardzo sprawnie. Za przejazdy płaci Wojtek ze składkowych pieniędzy, podobnie jak za hotele i inne takie tam. Pogoda fajna , ale tylko przez godzinę może półtorej poxniej pada kropi, albo leje. Nie założyliśmy kondomów, a później już było za późno ;-( Na kolejnych postojach wahamy się czy nie zjechac z autostrady bo nudno, a skierowac sie na Knin, ale pogoda wyraźnie pogarsza się, zostajemy na autostradzie. I dobrze bo zaczyna się ulewa. Leje i leje i jest coraz zimniej im bliżej Zadaru przed tunelami jest juz ok 9 st.C i leje zaczynają się tunele w okolicach Zadaru. Jeden z nich to "Maly Alan" tak mi się wydaje, ze to ten , za nim na banerze nad drogą ostrzeżenie przed wiatrem i ograniczenie prędkości do 40 km/h ?! Wypadam z tunelu i wiem dlaczego. Diametralna zmiana pogody nagle robi się cieplej, mniej pada i wieje nie jest to huragan , ale są to gwałtowne podmuchy, momentami porywiste. Motocykl zachowuje sie dziwnie, miota mną i nim. Jak mi sie wydaje z trudem trafiam we wjazd do następnego tunelu, a za nim nie jest lepiej lecz gorzej. Wiatr utrudnia mi znacząco jazdę. Katem oka dostrzegam zatokę a nad nią Zadar Powoli oddalamy się od frontu atmosferycznego w kierunku na południe jest cieplej, ale znowu zaczyna padac.

Koniec autostrady, ale do Ploce jeszcze ok 60 km a stąd promem planujemy popłynąc na półwysep Peljesac i do Żuljany zaoszczędzając 150 km. Ploce godzina 22.00 prom już dawno ostatni odpłynął , następny jutro. Jechac już nie mamy siły trzeba poszukac hotelu. Spotykamy Polaków w camperze też nie zdążyli na prom, ale Oni mają hotel za kabiną. A my kwatery w hotelu Bebic 35 euro od osoby ze śniadaniem Tanio nie jest, ale sucho:-) Jak się okaże to był najdroższy nocleg na trasie Podobnie jak rozmowy telefoniczne w zależności od operatora nawet do 7 PLN za minutę!!!! Instalujemy się w hotelu i próbujemy wysuszyc ubrania. Buty Sidi adventure gore tex sucho w srodku, kurtka i spodnie held carese/torno serii quatrotempi środek suchy, tylko rekawiczki held z goreteksem mokre, ale mam wrażenie, że to woda spływająca po rękawie zamoczyła wnętrze.

Rano, ale nie za wcześnie po skromnym śniadaniu, chyba byliśmy jedynymi goścmi w hotelu to i lodówke mieli pustą, ruszamy w kierunku portu, aj tam aj tam to zaledwie 300 metrów, ale! a w porcie okazało się , że jeden już odpłynął, a następny za trzy godziny, no i super palimy fajki, a później wrotki i jedziemy daleko nie jest. Jedziemy przez Neum czyli Bośnię i Hercegowinę bardzo sprawna kontrola, poza kolejnością. Po drodze mijamy Mali Ston miasteczko z XIV wieku powstałe jako fragment Republiki Dubrownickiej. Do Dubrownika mamy ok 50 km. Chwalą się nim Chorwaci, że to najdłuższe mury miejskie, obronne w Europie, mimo, że na przestrzeni wieków jedni je budowali po czym inni je rozbierali, a kamienia używali do budowy domów , ot taka historia , nie mniej jednak budzą podziw. Ułożone na planie nieregularnego pentagramu są niewątpliwie ciekawostką turystyczną

Jest i Żuljana i dom Zdrawka. To jedyne zaplanowane miejsce bo Wojtek i Andrzej już tu byli. Tu będziemy regenerowac siły. Instalujemy się w apartamencie, skromny , ale fajny dwie sypialnie diwe łazienki, kuchnia i taras prawie nad samą plażą. Czego można jeszcze chciec? Płacimy 12 euro od osoby za noc. I jeszcze na przywitanie dostajemy rakiję, czyli znowu owocowy bimber . Chwila odpoczynku i jedziemy polatac po winklach Po południu pranie i gotowanie, siedzimy długo w nocy na tarasie jest bajka!!!

Następny dzień rozpoczynamy bez pośpiechu, kawa nad brzegiem morza, bo z tarasu mamy do plaży 5 metrów i dwie palmy śniadanie lekkie. Papieroski, oczywiście cały czas rozmawiamy o tym dokąd jeszcze można pojechac, albo jaki motor kupic i takie tam fajne tematy:-). Nie można też zaniedbywac motocykli, krótki przegląd sprzętów, smarowanie i jazda po półwyspie. Po drodze spotykamy małą knajpkę. Podają tu tylko owoce morza. Tzn. mule i ostrygi. Okolice Peljesaca to "zagłębie" małżowo-ostrygowe hodowla na skalę przemysłową. I trzeba przyznac , że wiedzą jak je przyrządzac, pycha.

Po drugim śniadaniu ruszamy do Orebica tam jest prom na Korcule.Nie pamiętam dokładnie ceny, chyba ok 10 euro za osobomotocykl.Natomiast pamiętam, że benzyna w Chorwacji kosztuje ok 5,35 PLN za litr . Autostrady płatne sa dosyc drogie, za niektóre odcinki nawet ok 20 euro. wracam do tematu. W oczekiwaniu na nasz rejs pijemy pyszną kawę w knajpce "pod trzema palmami" mimo, że są tylko dwie:-))). Spotykamy Polaków w kamperach, lub robimy zdjęcia.

Rejs trwa ok 15-20 minut. Po wyspie zasuwamy, aż miło chociaż mnie dzisiaj idzie" jak k....wie w deszcz", ale i tak jest fajnie. Po powrocie kupujemy w miejscowym tzn w Orebicu, bo w Żuljanie w sklepie to niewiele jest, jedzonko ;1,5 kg surowych cevapcici/ mielone uformowane w paluszki/. Po powrocie wysmażymy to to i zjemy z wielkim apetytem. Dobrze, że Zdravko zaopatrzył nas w wino bo bez niego nie dalibyśmy rady tej górze mięsa Siedzimy do późna bo jest fajnie.

Krótko podsumowuję swoje przygotowanie sprzętowo-bagażowe, nawet nieźle, ale za dużo ubrań, za duży śpiwór, niepotrzebne polarowe koce. Jeszcze muszę naprawic spodnie podszewka puściła w kroku.

Dzisiaj opuszczamy gościnną Chorwację, jedziemy w bardziej nieznane tereny. Celem jest Czarnogóra okolice Zatoki Kotorskiej, ale to jest koniec etapu. Prawdziwym celem są góry. jest koniec kwietnia absolutnym hitem jest Park Narodowy Durmitor i przełęcze, ale znawcy czyli moi Koledzy mówią, że tam teraz leży jeszcze dużo śniegu i na pewno nie wjedziemy, wierzę widziałem video nie da się Oni tam byli w czerwcu i nie wjechali. Tak więc jedziemy do Parku Lovcen. Ale zanim tam dojedziemy mijamy Dubrownik.

Spróbujemy do Czarnogóry dojechac przez BiH, niekoniecznie nas wpuszczą. Kontrola na granicy, budka celników i pograniczników więcej niż skromna, przypominają się stare czasy.... jest pieczątka można jechac.... Kierujemy się na Niksic, ale odbijamy na południe na Lovcen. Oczywiście chmurzy się i pada , ale najgorsze było przed nami, tuż przed nami... gradobicie, lód o kształcie ziaren fasoli leży w olbrzymiej ilości na trawie i poboczu. Zdziwieni jesteśmy, że bardzo często trąbią i migają światłami inni kierowcy, o co chodzi?.... a Oni nas pozdrawiają, policjanci też Nawiasem mówiąc policjantów jest mnóstwo i wszyscy z suszarkami, a tubylcy i tak zasuwają ile fabryka dała, o co chodzi? Im bliżej Lovcen tym coraz więcej zakrętów i coraz wyżej, coraz chłodniej. Coraz chłodniej i coraz więcej zakrętów. Wjeżdżamy na Jezerski Vrh, najwyższy szczyt w tym Parku 1657 mnpm.

Na szczycie znajduje się mauzoleum Piotra II Petrovića Njegoša. Taki czarnogórski Adam Mickiewicz, z tą różnicą , że nasz tylko wielkim poetą był, a tamten jeszcze władał Czarnogórą. Z mauzoleum rozciąga się przepiękny widok na Zatokę Kotorską, podobno bo szczyt jest w chmurze... nasze oczy też

Po wykonaniu serii zdjęc tuż pod szczytem powoli i ostrożnie ruszam bo wkoło zaspy, asfalt jakiś taki błyszczący i mokry.... i nagle jj...b moto leży ja zeskakuję, no gołoledź, k....wa gołoledź. Podnoszę bestię i tym razem daję radę Czas jechac na wybrzeże. Drogi , dróżki coraz węższe. Wyjeżdżamy z Parku. Pogoda się zmieniła, dzisiaj już czwarty raz, teraz jest pięknie.

Po drodze mnóstwo ogłoszeń o sprzedaży gruntów i działek, mnóstwo! Ale my nie na zakupy. Jedziemy, jedziemy. Mijamy Budvę i energiczniej szukamy noclegu, tu też jeszcze nie sezon, ale znajdujemy bungalow dwie sypialnie kuchnia łazienka weranda za 10 euro od osoby bez śniadania , ale z kawą sic! którą rano proponuje właścicielka. Miejscowośc nazywa się Buljarica. Na zamkniętym terenie jest 5 bungalowów oraz coś co nazwałbym samoobsługową knajpą , zamawiasz i siedzisz z tym co zamówiłeś bardzo przyjemnie

kolację znajdujemy w knajpie nad brzegiem morza , pyszne kałamarnice, dobrze, że jest po zachodzie słońca bo byłoby już mdło od tych cudowności. Dzisiaj trochę zmęczeni nie siedzimy długo jutro jedziemy do Albanii będzie się działo.

Po porannej kawie , którą serwowała właścicielka, kawa typu "po turecku" tutaj po czarnogórsku, śniadanie, pakowanie i w drogę. Robi się ciepło, bardzo ciepło. Jedziemy wzdłuż Jeziora Skadarskiego na przejście graniczne Muriqan .Jest fajnie, wąskie drogi łuki i zakręty. Po kilkunastu kilometrach zaczynamy jeszcze bardziej uważac kierowcy z Czarnogóry jak wspominałem, a teraz jeszcze albańscy jeżdżą no powiedzmy brawurowo. Jest fajnie. Przejście graniczne bez większych problemów, sprawnie i szybko obok kilkudziesięciu samochodów. Za przejściem w przydrożnym barze o wątpliwych walorach architektonicznych pijemy kawę , jest BOSKA!!! Ale wyprawa to nie siedzenie tylko jazda , jazda! Przed nami ok 250 km z czego 180km w górach.

Z każdym kilometrem jest bajkowo, ale z takiej bajki typu braci Grimm. Źrenice szerokie jak piękny to jest kraj, ale z drugiej strony niepokój i lęk nawet czasami. Przyroda jest niezwykle surowa. Przez kilkadziesiąt kilometrów nie spotykamy ani jednego żywego człowieka. Jest tylko coraz więcej kapliczek, na zakrętach ,na prostych, na łukach. Kapliczki pojawiały się już w Chorwacji i Czarnogórze, tutaj jest ich mnóstwo, a będzie później jeszcze więcej.... Kapliczki poświęcane są TYM którzy zginęli w wypadkach. Zakręty, zakręty, łuki, agrafki bez końca tylko kilka prostych przez 180 km. Opony prawie zamknięte.

Warto wspomniec o dośc kłopotliwej sytuacji na samym początku podróży po Albanii. W okolicach miasta Skhoder kierujemy się wg znaków drogowych, występujących w tym miejscu mało licznie, mijamy most , który jest w budowie i jedziemy na stary most , bardzo stary. Konstrukcja pamiętająca Envera Hodżę, stalowo-kratownicowe przęsła, pokryte zniszczonymi dechami. Po drodze mijamy dziwne zabudowania jak się okazuje slumsy. Na most wjechac nie możemy bo akurat z drugiej strony licznie nadjeżdżają puszki, albo bardzo stare, trudne do określenia marki albo najnowsze modele najdroższych marek, takie kontrasty. Czekamy, przybiegają dzieci poklepują chcą pokręcic manetką gazu, a jednocześnie sprawdzają czy można otworzyc kufry. Po killkunastu sekundach już nie mamy wody, a sprawdzają dalej. Pojawia się też młodzież, a za nimi i starsi... Jak dzieci biorą wodę to co bierze młodzież?

Wojtek coś woła spod kasku, ale nie słyszymy, domyślamy się
-chłopaki nap.......lamy.
Tak też zrobiliśmy, nie ,nie nie ICH, tylko na most pod prąd, na grubośc lakieru. Było ciasno, bardzo ciasno, na szczęście nie poszli za nami... A za mostem policjant patrzył w niebo i dłubał w nosie. Dlatego jak nam dalej w drodze machali to na wszelki wypadek nie robiliśmy nic, oczywiście jadąc dalej. A wspominając Envera Hodżę. Dalej istnieją popadające w ruinę pomniki ku jego czci, oraz bunkry, setki bunkrów....

Niemniej jednak jest to miejsce podobnie jak Czarnogóra warte osobnej wyprawy. Mimo wszystko jest tam pięknie. Jeszcze dziko. Powoli kończy się droga przez góry, zbliżamy się do autostrady w budowie, tzn autostrada jest, ale nie ma bezpośredniego połączenia drogi E851 z autostradą. Wjeżdżamy pod prąd i po 100 metrach przez dziurę w barierkach dostajemy się na właściwy pas. Odkręcamy manetki, pędzimy. Asfalt idealny/ albański/. Co jakiś czas brak barierek, czasami ułożone są tam kamienie, czasami też brak barierek z na poboczu ?! O co chodzi zastanawiam się. Zaraz się dowiaduję... ONI przez te dziury zawracają, albo włączają się do ruchu, mam na myśli te na poboczu , albo uwaga, przepędzają krowy!!! Pod koniec odcinka na prawym pasie stało kilka okazów, słowo daję. Skręcamy rolgaz. Już tylko przejście graniczne i będziemy szukac noclegu w Kosowie. Ale wcześniej spadnie deszcz:-))) Na granicy galimatias straszny. Z racji wydarzeń marcowych z 2004 roku chyba nie pałają do siebie miłością. Kontrola obustronnie dokładna. My omijamy kolejkę, pogranicznicy sprawdzają dokumenty, również dowody rejestracyjne ale w Bośni i Czarnogórze było podobnie. Wszystko ok. można jechac, ale wcześniej trzeba wykupic polisę OC. W Kosowie zielona karta jest nic nie warta. 15 euro i proszę bardzo. Jedziemy do Prizren, miasta niszczonego w 2004 przez albańczyków. Miasta w którym stacjonuje KFOR, a przedmieścia wyglądają jak połączenie outletu z wesołym miasteczkiem, ze względu na obecnośc wojsk KFOR. Trzeba zatankowac. zajeżdżamy z fasonem na stację, z pawilonu wypada czterech gości, żeby zatankowac nasze rumaki. Ja jestem szybszy, bo nie lubię jak ktoś mi nalewa benzynę, lubię ten zapach, po prostu lubię to. Nalewam sam, słucham szumu paliwa wypełniającego zbiornik mojego Dl-a. Spoglądam w niebo w geste chmury i lejące się strugi deszczu... Patrzę na licznik dystrybutora..... gdzie on to wszystko mieści.... K....wa !!!!!! jakieś 4-5 litrów wylało się mi na nogi , zbiornik i silnik . Po głowie przeleciało mi życie moich Synów... w tle leczenie oparzeń w szpitalu w Kosowie, w następnym tle , a może trafię do szpitala KFOR?

Tak mi przeleciało, na szczęście nic się nie stało.. Przepchnąłem moto na ubocze.. Kląc w żywy kamień, wyciągnąłem płyn do mycia naczyń z bagaży co nieco ulewając go na karimatę, po czym uprałem spodnie i motocykl.

Na szczęście hotel był obok. Kolacja na szybko ze środków własnych, piwo ...Dzisiaj jestem wkurwiony idę spac, ale jak tu spac jak w pokoju wali benzyną. Za karę piorę spodnie jeszcze raz i wieszam w łazience zamykając dokładnie drzwi. Jeszcze słuchamy tłumaczenia wiadomości miejscowych/ w hotelu nocuje Kosowianin, który przez dwa lata mieszkał w Warszawie/ o tym jak się w Turcji napieprzają.... dobra jedziemy do Grecji, wyspy czekają

Po śniadaniu opuszczamy hotel. Zamierzamy przejechac przez Macedonię , ale zanim tam dojedziemy robimy petelkę po górach. Przez Macedonię przelatujemy szybko, ale i tak szybciej jadą na ścigaczach, jadą bardzo szybko. Z jedną taką grupą spotykamy się na bramce na autostradzie, Oni przejeżdżają bez płacenia prze nieczynną bramkę, która zablokowana jest gumowym pachołkiem. Machają na nas , żebyśmy zrobili to samo. Na następnej tak właśnie czynimy i nikt z tego nie robi problemu. Jest granica to już Grecja. Jest coraz cieplej. Autostradą pędzimy 140 km/h . Opuszczamy autostradę zmierzamy do Meteorów. Późnym popołudniem docieramy do miejscowości Kastriaki, znajdujemy nocleg. Jest dużo wolnych miejsc, ale wybieramy takie w którym są już turyści na motocyklach. rezerwujemy miejsce i jedziemy w góry zobaczyć monastyry. Po kolacji wcześnie idziemy spać, może wreszcie się wyśpimy. A w nocy ulewa. To ostatni deszcz w trasie na szczęście nas nie dotyczy bo jesteśmy pod dachem. Zapoznajemy się jeszcze z turystami na motocyklach. To Szwajcarzy. Trzy pary. A motorki to Moto Guzzi, GS 1150 i Yamaha Tenere 660. Szczególnie o tej ostatniej długo rozmawiamy z właścicielem. Oni podziwiają naszą dotychczasową trasę; sami przypłynęli promem z Wenecji i tak też będą wracać. Bardzo im się podobają moje kufry od Pancernika, bardziej niż SW Motech Trax na Tenerze. Idziemy spać. Rano pobudka. Śniadanie i ruszamy bo mamy dotrzeć do Pireusu, ale przedtem jeszcze jedno miejsce podobno warte zobaczenia. Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę jeszcze raz jedziemy popatrzec na monastyry zawieszone w chmurach. Pierwsze ślady i dowody na pustelniczo-ascetyczny pobyt mnichów pochodzą jeszcze z X wieku n.e. Klasztory powstawały przez setki lat, przetrwały nieliczne, niektóre są jeszcze zamieszkałe przez mnichów. Połowę można zwiedzac, jako ciekawostkę należy traktowac transport w prymitywnym malutkim wyciągu... kiedyś do niektórych można było się dostac tylko w koszu wciąganym na linach. Ale akurat w dzień wyjazdu żaden nie jest dostępny dla turystów.

Rano po śniadaniu całkiem dobrym i w miłej atmosferze, bo w końcu jest tutaj duża grupa motocyklistów, pakujemy nasze motory. Cały czas wymieniamy uwagi ze Szwajcarami oczywiście na temat Motocykli podróży i takich tam fajnych tematów. Kawy jest olbrzymi termos właściciel namawia my nie protestujemy, pijemy kolejne pycha! Da się zauwazyc, że Szwajcarzy jakby zwlekają ze swoim wyruszeniem w drogę, czekając na nas. Pogoda jest piękna po ulewie nocnej nie ma śladu. No to co? trzeba jechac , zwłaszcza, że jeszcze raz chcemy pojechac w góry pomiędzy monastyry. Jedziemy! Po raz kolejny zachwycamy się urokiem zawieszonych w powietrzu klasztorów. Zjeżdżamy po winklach na dół, spoglądamy w kierunku Kastriaki, które nas gościło, lecimy. Kierunek Pireus, ale najpierw Termopile bo po drodze i w ogóle Przed nami duży odcinek drogi krajowej, a następnie autostrada. Jedziemy za tablicą Termopile skręcamy, jedziemy jest kierunek 2 km... Wjeżdżamy jest pomnik Leonidasa, tablica , która mówi, że "przechodniu" jesteś na miejscu, ale gdzie kuźwa jest ten wąwóz???

Chodzimy rozglądamy się i.... ? Pytamy turystów zresztą jedynych bo tu pustki. Jedynie Bułgarzy , którzy kąpali się w źródłach/ w końcu to Termopile/ i my poza tym nikogo. Otóż Ci turyści wyjaśniają nam, że kiedyś tutaj było trochę inaczej w końcu to był rok 480 p.n.e. trzeba wyobraźni, żeby popatrzec na to miejsce tak: Tam gdzie stoją nasze motocykle było urwisko i ..... morze, teraz oddalone o kilka kilometrów?! To miejsce z którego wykonane jest zdjęcie to kopiec/pagórek Kolonosa miejsce ostatniej bitwy. Jeszcze oglądamy film w technice 3D w miejscowym muzeum bitwy/ powstało dzięki dotacji UE 28.000.000 euro / i no cóż jak mamy zdążyc na prom to musimy leciec. No tak, ale i tak nie wiemy o której jest prom, prom na Kretę. Wiemy tylko, że płynie w nocy. Lecimy! Jest coraz cieplej. Na ostatniej przerwie na tankowanie ok. 50 km przed Atenami jest już 28 st.C Próbujemy wpisac w nawigację Pireus, nie ma...!? nie ma "takiego miasta Londyn jest Lądek, Lądek Zdrój..." ale jest" port promowy Pireus" ?!

Na ostatnim tankowaniu udało się wprowadzic do navi port promowy Pireus, pudełko nakreśliło trasę... Nawiasem mówiąc nawigacja nie zawsze pomagała, zwłaszcza w mniej cywilizowanych rejonach, np. Albania , nie chciała przeprowadzic nas po drodze , którą wybraliśmy, bo jej nie ma ?! Pireusu też nie ma, fakt administracyjnie należy do tzw. Wielkich Aten, ale jest to miasto, które ma własne władze i granice. W każdym razie mamy koordynaty, jedziemy! Autostrada robi się coraz szersza, jest już cztery pasy w każdą stronę plus pas awaryjny. Jest 17.00 czyli godziny szczytu, za wszelką cenę staramy się utrzymac szyk i nie dac się rozdzielic. Nie zawsze jest to możliwe. Ograniczenie prędkości do 80 km/h Jedziemy ok 90. Pasem drugim od środka. Utrzymując odległośc bezpieczną między sobą, za chwilę każdy z nas jedzie osobno, zwieramy szyki... i posladki K...wa !!!! Zajęte są wszystkie pasy, pełno samochodów.... i motocykli, skuterów... Wyobraźcie sobie na czterech pasach pojazd za pojazdem, my jedziemy ok 90 połowa samochodów tyle samo druga połowa 110 na godzinę i wszyscy motocykliści i... skuterzyści jadą szybciej. Słuchajcie ONI NIE JECHALI, ONI ZAP.....LI 130 PO PASIE!!! U nas to bajka tam walka o przeżycie Druga obserwacja nie używają kierunkowskazów, no przecież widac, że wyprzedzają. Nawiasem mówiąc istnieje zwyczaj podobnie zresztą jak u nas , ale tam jest wręcz usankcjonowany, jeśli jedziesz drogą o jednym pasie ruchu w każdą stronę to zjeżdżasz na bok bez względu na to czy jest pas awaryjny czy nie, jeśli z tyłu ktoś jedzie szybciej Trzecia obserwacja jeśli włączają światła awaryjne to: UWAGA ZROBIĘ COŚ , ŻE CIĘ K...A ZASKOCZĘ ! Nie raz widziałem awaryjne po czym ktoś wyskakiwał z samochodu i zasuwał do sklepu na zakupy, które właśnie tutaj chce je zrobic i nie miało znaczenia, że żaden samochód nie przejedzie po prostu: TUTAJ MUSZĘ ZAPARKOWAC I KROPKA ))

Kolejnym tym razem bardzo miłym akcentem jest fakt, że Grecja to kraj, który można nazwac Vstromlandią , to chyba najpopularniejszy motocykl w tym państwie. Jeździ nim również Policja. Policjanci jeżdżą parami; Policjant i Policjantka, czasami dwóch Policjantów zależy co kto woli.

Walcząc o przeżycie dojeżdżamy do jednej z kilku bram portowych i zatrzymujemy się. W biurze/ akurat mieści się obok tej bramy/ kupujemy bilety na prom nocny na Kretę oraz dowiadujemy się o możliwych połączeniach promowych na dalsze wyspy, oraz powrót. Informacja pełna, ale jak się okaże później nie bardzo dokładna. Bilety z kabiną, przynajmniej się wyśpimy, kosztują nas :240 euro /4 os./ 4 moto/ z kabiną/ jedna osoba ma gratis;-) Prom należy do linii ANEK LINES, bardzo popularna, tania , ale niezbyt wysoki standard, ale co tam to nie jest ważne. mamy bilety, robimy zakupy w porcie i wjeżdżamyn aprom Rejs od 21.00 do 5.30. Pakujemy się już o 19.00. Uwaga praktyczna, ten jeden jedyny raz zabraliśmy buty i kaski oraz rzeczy osobiste ze sobą na górę do kajuty. Następne rejsy: buty pod "pajączki klapki na nogi, kask na lusterko, tylko dobrze trzeba przymocowac , żeby nie spadł, ze soba tylko osobiste rzeczy, lżej , łatwiej a w ładowni jest bezpiecznie, nic nam nie zginęło.

Kąpiel i podziwianie panoramy Pireusu oraz całego pierdolniku który panuje w porcie.

Mimo całego tego burdelu: piesi biegający w tę i z powrotem, samochody , motocykle, Tiry wjeżdżające w wielkie trzewia promów, taksówki i imigranci sprzedający zegarki, okulary i torebki z poru wychodzimy o czasie i nikt nie zginął.

Do późna siedzimy na pokładzie, jest ciepło przed zachodem słońca było 29 st.C a jeśli mnie pamięc nie myli był to drugi maja, a w Polsce wtedy... było chłodniej. Siedzimy, zajadając mielonkę, popijamy Retsiną, pycha!!!!

Rejs minął szybko, nawet nie zauważyliśmy, że prom przybił do brzegu. Zero kołysania tylko szum i drgania silników mówiły nam , że jesteśmy na promie. Żadnego kołysania Delikatnie ale skutecznie obudziły nas komunikaty po grecku, nie wiedzieliśmy co mówią, ale łatwo się można było domyślec, że w sumie za to co zapłaciliście to już macie, jesteście na Krecie , a teraz biegiem do ładowni "bo mi tu wscyscy cekaja i do gabloty powtós" Skoro tak pieknie proszą no to my w gacie i do ładowni, ale najpierw toaleta )) Przy wyjściu tłok!!! Jak wchodziliśmy na prom to schody były ruchome, ale w dół to już nie zbudowali Jesteśmy w ładowni.... i skoro pierwsi wjechaliśmy no prawie pierwsi to... wyjedziemy no jak? .... ostatni No prawie ostatni, troszkę się przepchaliśmy.... Kawy się chce.... lura, którą częstowali w recepcji promu podczas gromadnego opuszczania okrętu dawno już w zapomnienie poszła... Ale trudno, jak znajdziemy kwaterę to się napijemy kawy też.! Pierwsza polecana przez znajomych znajomych nieczynna w ogóle wszystko nieczynne godz. ok. 7.30 jesteśmy niedaleko Chani do której przybił prom, porządny Grek śpi o tej porze.

Jesteśmy jak się okazuje w Maleme niedaleko Chani. Robimy rundkę po osadzie, znajdujemy to! Strzał w dychę 50 euro, po negocjacjach, za dwie osoby w apartamencie : sypialnia/znowu z Jankiem w jednym łóżku ))/ ze śniadaniem, za dobę.

Oczywiście recepcja zamknięta, ale znaleźliśmy Ciecia zadzwonił do właścicielki, a ta zaspana pojawiła się za 10 minut i dała klucze. Yes, yes, będzie kawa!!!!

Kawa!? Za 15 minut będzie śniadanie i to jakie? Rewelacyjne! Po wzmocnieniu idziemy chwilę odpocząc, ale tylko chwilę bo przecież wyspaliśmy się na promie! Dzień powoli budzi się do życia tubylcy również co słychac, widac i czuc

A my do maszyn i w drogę. Kręcimy się po górkach mniejszych i większych Szukamy drogi na plażę Balos. Zatoka i plaża Balos znana jest z tego, że Księżna Dian z Księciem Karolem zawinęła tutaj w podróży poślubnej... Ja jakoś nie zajarzyłem, że jedziemy na plażę i nie mam "akwalungu" Jeździmy, szukamy.... jest..... K...wa . ale to nawet nie szuter tylko kamienie.

Wojtek z Jankiem poszli na plażę, ja z Andrzejem w tawernie na cyplu. Stąd do plaży jeszcze 1,5 km, a gorąco!!! Siedzimy i pijemy kawę po grecku pycha!!! Obserwujemy życie dzikiej przyrody. Poniżej koza rasy Kriti, pod ochroną podobno, setki tych sierściuchów kręci się po wyspie, po drogach również. I wtedy olśnienie przecież ja nie zdejmuję kufrów, bo są przykręcone, a w kufrach co?! "akwalung" "o ja głupia cipa jestem!" No nic trudno będzie kąpiel w basenie. Ale zanim do basenu dojedziemy kręcimy się po wyspie.

Przejeżdżając przez osadę , diabli wiedzą jak się zowie, zatrzymujemy się tutaj. Właścicielka macha do nas , a my odpowiadamy przyjęciem Jej zaproszenia. Jemy pyszne souvlaki, ośmiornice, do tego sałatka grecka, ale taka swojska, pycha! Późnym popołudniem wracamy do apartamentu, uprzednio robiąc zakupy. Kupujemy m in. raki czyli bimber z owoców, wydanie greckie Piękna pogoda zachęca do długiej dyskusji na tematy ważne i ważniejsze

Rano śniadanie i.... Ja i Andrzej zostajemy, odpoczynek, luz... A Wojtek i Janek jadą Ci to mają zdrowie. Wracają późnym popołudniem, pokazują na mapie trasę , zdjęcia... no i kuźwa trzeba było jechac, jechac Ale jutro też jest dzień i jutro się najeździmy!!!

W związku z tym, że poprzedniego dnia było raczej lajtowo, dzisiaj musi byc hardkorowo Wyruszamy po śniadaniu, ale nie od razu... " w końcu są wakacje..." to powiedzonko Janka towarzyszy nam od samego początku wyjazdu. Jest panaceum na wszelki trud i przeciwności. Ruszamy, ale wcześniej myjemy motocykle, a zwłaszcza łańcuchy, miały ciężko. Ruszamy na południe wyspy. W każdej chwili czekac może niespodzianka za zakrętem... a zakrętów jest tutaj dużo

Po przerwie regeneracyjnej białkowo-węglowodanowej lecimy dalej. Kierujemy się do plaży Matala, ale zanim tam dojedziemy szukamy drogi-skrótu . Skrót polega na tym, że pojedziemy drogą krótszą, ale gorszą, biel viziru na mapie , czyli kamienie i szuter. posiłkujemy się, tzn. próbujemy, miejscową mapą-znakiem drogowym, ale co z niej wynika ano nic. Zupełnie nie znane mi są powody dla których "rozstrzelano" ten i dziesiątki innych znaków. Widocznie sobie zasłużyły. Albo to taki sport narodowy, strzelanie do znaków szukamy i znajdujemy była taka fajna,że nikt nie pomyślał, żeby zatrzymac się i pstryknąc fotkę. Zmierzamy do plaży Matala. Plaża ta w latach siedemdziesiątych była jedną z bardziej znanych na świecie komun hipisowskich. Mieszkali w grotach w piaskowej skale, która klifem ogradza plażę od zachodu.

Plaża ma niesamowity klimat , mimo ,że widac wyraźnie wpływy przemysłu turystycznego, zachowała undergroundowy charakter. Udzielił mi się. Brakowało tylko czegoś do zajarania Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.... Palimy normalne fajki i szukamy pamiątek. Ja i Andrzej znajdujemy je na straganie /który prowadzi z pochodzenia Włoch- hipis ,od 10 lat poza domem/

Jest bajka. Jest mała grupka hejów, która popijając miejscową retsinę posila się konserwami. Skąd ja to znam?...

Posiedziałby człowiek jeszcze, ale jasny gwint trzeba wracac i to szybko. Recepcja jest czynna do 20.00 trzeba zapłacic i odebrac paszporty, jutro musimy przed świtem wyjechac, żeby zdąrzyc na prom wypływający o 8.20. Zastanawiając się nad wakacjami na plaży Matala, jedziemy w kierunku hotelu. Okazuje się, że mamy do przejechania 120 km. Wojtek z Andrzejem jadą szybciej, żeby zdąrzyc i udaje im się. Janek i ja dojeżdżamy potem. Pod hotelem patrzę na licznik i ...420 km jakoś tak samo przyszło.

Odpoczynek, kąpiel,posiłek.....pakowanie dobytku. Jutro rano, e tam w środku nocy o 4.00 czyli 3.00 czasu polskiego trzeba wstac , prom wypływa z Iraklionu, a my jesteśmy w pobliżu Chani.

Wstajemy w środku nocy jest 3.00 czasu polskiego. Po omacku się ubieramy i robimy śniadanie no bo jak otworzyc oczy w nocy?!!!! Kawa jedna , druga... jakoś dochodzimy do siebie. Po śniadaniu pakujemy Motocykle i jazda. Jedziemy jeszcze jest ciemno. Moje odblaski na kufrach podobno świecą jak latarnia. I teraz uwaga na temat bezpieczeństwa. Jak wspomniałem wcześniej sposób jazdy nacji południowych powiedzmy sobie jest kontrowersyjny. Przypomniałem sobie pewne zdarzenie. Parę dni wcześniej zmierzając do Aten wypadamy z zakrętu jak na autostradę dosyc ostrego, a za zakrętem zonk na dwóch pasach jedzie coś coś dużego bardzo dużego. Na wielkiej naczepie załadowana jest ciężarówka caterpillar. To takie coś co powinno miec windę żeby kierowca się dostał do kabiny,a koło pompuje się tydzień. Jedzie to monstrum jakieś 40 km/h. Oczywiście jest pilotowana. Ale pilot jedzie tuż za naczepą )) Czyli wjeżdżając w zakręt nie wiesz co Cię spotka za nim. Nosz k..wa! pisk hamulców omijamy z wielkim trudem , samochody mają gorzej, chyba nikt nie wpada w tą zaporę.... Ale wracam do dnia trzynastego. Do Iraklionu dojeżdżamy na godzinę przed odpłynięciem promu. Kierujemy się do portu. Znajdujemy biuro, w środku wszystko zamknięte, ale jest jedno biurko za nim facet i chyba sprzedaje bilety, przynajmniej tak twierdzi. Płyniemy dzisiaj na Santorini proszę Pana. Proszę Pana Pan da nam cztery bilety na Santorini. Oczywiście, mówi, 50 euro za sztukę. Co???? Tak , a na jaki to prom ? Fastboot! Acha rozumiemy, ale my chcemy na prom Anek Lines . No jest taki, 30 euro. No właśnie człowieku o to nam chodzi. Klika Pan po klawiaturze drukarka wypluwa bilety, a w zasadzie jeden bilet A reszta ? Więcej nie mam, musicie kupic w budynku obok , taka mała budka Anek Lines. A idź w diabły! Dawaj szukac tej budki ! Jest! Prosimy o cztery i dostajemy cztery. 30 euro za osobę i motocykl, klasa ekonomiczna pokład, kawiarnia no gdzie kto chce. Teraz gdzie ten prom, przelatujemy po porcie no nic co pasuje do naszych biletów. Pytamy , a na Santorini to będzie za 5 minut czyli na załadunek i wyładunek będzie jakieś 8 minut Fajnie, ale w końcu są wakacje... czekając na prom obserwujemy

Sprawnie przybija do nabrzeża niczym autobus dalekobieżny. Jednocześnie trwa wyładunek i załadunek, burdel jak się masz Wiktor, al o dziwo nikt nie ginie rozjechany przez ciężarówkę. Pakujemy się do "living roomu" kawka kanapki i niewiele brakuje ...

Rejs z Krety trwa ok. 6 godzin i dzisiaj trochę huśta, fajnie!

Wokół mnóstwo młodzieży chyba jadą na "zieloną szkołę". Tubylcy co kupili coś ciekawego i wracają , młode amerykanki z nadwagą ... Dokonuję ciekawych obserwacji socjologicznych.

Nie powiem , że rejs mija szybko... W porcie tłum nagabywaczy 25 ero za nocleg. Jedziemy szukamy sami. Znajdujemy na klifie, zresztą co nie jest trudne bo tu hoteli jest pełno. Negocjujemy cenę przez chwilę zastanawiamy się czy akurat tego chcemy no trudno niech będzie trochę luksusu. Ten niebieski to nasz 125 euro za dobę, ap. jest 5-osobowy, na początku Pani powiedziała 250 !

Jest bajkowo, pocztówkowo.... Jeśli wpiszesz w googlu santorini, "obrazy", na bank na pierwszych pozycjach będzie widok na naszą zatokę, widok z klifu oraz błękitna kopuła kościoła. Tych błękitnych kopuł jest kilkanaście na klifie. Odnoszę wrażenie, że są specjalnie zbudowane po to ,żeby po powrocie z wakacji można było się pochwalic na fb lub nk zdjęciem )). No cukierek Tego dnia nie jeździmy, chyba, nie pamiętam dokładnie. Pogoda dziwna słońce świeci wściekle co czuję za chwilę na łysej płaszczyźnie czaszki, a wiatr zimny jak diabli. Początkowo z zaciekawieniem patrzymy na ekspedientki w sklepie czy Panie w biurze, które siedzą w kurtkach bynajmniej nie letnich. Po godzinie gdy już stygniemy sami patroszymy nasze bagaże w poszukiwaniu polarów. Wieczór jest już bardzo chłodny. Pijemy gorącą herbatę )). Mieszkamy w skale, a w nocy sięgam po śpiwór, fajnie. Ale, ale.... zanim słońce zaszło rekonesans po okolicy. To koledzy, ja smagnięty słońcem zostaję na wachcie.

Przed oczami rozciąga się widok na zatokę pięknie. Tak naprawdę jest olbrzymia kaldera czyli resztka po wielkim buuum , które zrobił wulkan wpływając na klimat, historię i kulturę. Mam nadzieję, że teraz smacznie śpi i nie w głowie mu harce. Ostatnie trzęsienie ziemi na Santorini miało miejsce w 1956 i zniszczyło pół miasta Oia.

Wieczorem słuchamy wiadomości: Grecja wyjdzie ze strefy euro, a we Włoszech jakiś strajk generalny.... Czasami tego typu informacje się przydają, niestety nie docierają do nas te, które później będą miały znaczenie Na kolację wiadro spaghetti. Jutro 14 dzień wyprawy i w końcu może trochę pojeździm.

Kawa na tarasie rano z widokiem na zatokę bezcenne... Na śniadanie sałatka grecka wielka porcja! Z górnych balkonów czujemy wzrok innych gości, oni mają śniadanie w cenie, my jakoś nie pomyśleliśmy o śniadaniu, ale obserwując reakcję sąsiadów nie żałujemy Zanim ruszymy trzeba wspiąc się po schodach, 78 schodach Nasze maszyny zaparkowane są "po grecku"

Jedziemy ubrani raczej lekko, słońce pali, wiaterek chłodzi. za moimi plecami złoża pumeksu, ale nie mamy ochoty na pedicure... Przejeżdżam po hałdzie sproszkowanego minerału i niewiele brakuje... dziwnie po tym się jeździ, już lepszy jest piach

Po przejechaniu przez kilka plaż tzw "czarnych" wspinamy się do ruin starożytnej Thiry. Położone są wysoko pochodzą prawdopodobnie z czasów kultury minojskiej, kiedyś zapewne były niżej. Teraz dotrzec tam można po serpentynach wyłożonych kamieniem brukowym. Jazda fajna. Na górze wieje wściekle. Nawet kask trudno zdjąc. na szczycie wydaje się, Państwo Młodzi zrobili sobie sesję zdjęciową w strojach z epoki , no oczywiście starożytnej. Nam zdjęcia nie bardzo wychodzą więc ich tu nie zamieszczę. Po zjeździe na dół, chwila na papierosa. A teraz pojedziemy na plażę "czerwoną". Na klifie z którego robimy zdjęcia kręci się kilkunastu turystów, a ja nabieram ogromnej ochoty na ... opaleniznę

Ciekawostką są winnice, liczne, wyglądają tak jakby je dopiero założono, krzewy są niskie, płożące. Taki tutaj jest pokrój tych roślin. Płożą się, stąd czerpią wilgoc z porannej rosy. Po południu kupuję dwie butelki czerwonego wina z "lawy" na prezenty. Ale zanim dotrzemy do hotelu przemierzamy wyspę. Stare "farmy" wiatraków ustępują nowym, niektóre działają i dają prąd , a inne pieniądze jako hotele wyglądające jak wiatraki.

Dzień szybko mija i wracamy do hotelu. Po drodze zagadujemy tu i ówdzie o bilety promowe, jutro będą potrzebne. Dysponujemy wiedzą z poprzednich rejsów, dlatego nie dajemy się nabrac na bilet z 50 euro skoro dłuższy rejs zapłaciliśmy jakieś 30 ?! Okazuje się , że marża to marża, brzmi jak orżną cię.... W hotelu, wyposażonym w kuchnię dokonujemy przeglądu lodówki i okolic.... Uwaga podaje się przepis na tort makaronowy....

Ranek budzi się bez pośpiechu.... tzn. my budzimy się bez pośpiechu prom mamy dopiero o 15.30. Leniwie pakujemy graty... czeka nas noszenie tobołów po schodach , pojękiwanie i postękiwanie za nic nie pomaga nie jest bliżej... Hotel musimy opuścic do 12.00. W pocie i znoju wynosimy wszystko na górę. Kawka i kąpiel w basenie. Dzisiaj zmieniła się pogoda nie ma wiatru, żadnego, upał staje się nie do zniesienia... Z fasonem zajeżdżamy do portu. jak przypłynęliśmy był gwar mnóstwo nagabywaczy informatorów i w ogóle "było życie na osiedlu" Teraz nikt nie przypływa i pustki tylko policjanci i policjantki przeganiają nas, nie mogąc się zdecydowac jak nasze motocykle mają stac, no w końcu udaje się. No to teraz bilety.... ale wszystko zamknięte, tzn biuro Anek Lines i Blue Star. Jest nadzieja , że otworzą. Tak mówią policjanci. Odpoczywamy w porcie, jest dworzec i w nim jest chłodno.

Dokonujemy ciekawych obserwacji.... To facet, który sobie nurkował w porcie z kuszą, to duże czerwone za nim to prom, który 15 minut wcześniej przybił do nabrzeża !

Ok. 14.00 otwiera się biuro i kupujemy bilety. Jeden bilet za motocyklosób oczywiście bez kabiny/ po co kabina na dwie godziny rejsu/ kosztuje 30,5 euro. Kupujemy. Z okazji przybicia wzmiankowanego wyżej fastboota oraz rychłego nadejścia naszego okrętu w porcie nie wiadomo jak i nie wiadomo skąd zaczyna się ruch. Niczym zjawy pojawiają się fachowcy żyjący z turystów....

Prom przypływa, a z jego trzewi wylewa się potok turystów, tubylców i towaru zapakowanego w ciężarówki... Po chwili w jego wnętrzu lądujemy my wraz z tłumem równie kolorowym jak Ci co przed chwilą zostali wypluci na nabrzeże Santorini... Pakujemy moto i zajmujemy miejscówkę na górnym pokładzie. Rejs jest krótki, ale i tak udaje się dokonac ciekawych obserwacji, Grecy palą megailości fajek.. A jedna Greczynka, ale o blond włosach ślicznie podśpiewywała sobie pod nosem w przerwach pomiędzy rozmowami na dwa telefony

Rejs na rozmowach o motocyklach i podróżach mija szybko. Jak widzicie to już jest 15-sty dzień podróży, więc w/w tematy nie są jedyne... a oczka rozbiegane mamy....

Z portu zabiera nas Janis. Nagabuje nas jak to wszyscy tubylcy mają w zwyczaju, ale robi to nienachalnie. 25 euro za pokój 2-os. ze śniadaniem. Godzimy się i jedziemy za nim. I uwaga uwaga UWAGAAAAA!!!!! To jedyny przypadek w historii, że kierowca grecki używa kierunkowskazów!!!

Żartuję, ale to zwraca moją uwagę. Po drodze widzimy to, oczywiście zdjęcie robimy następnego dnia dzisiaj musimy pilnie śledzic Janisa A na zdjęciu widzimy światła stojące na skrzyżowaniu drogi i..... i co? pasa startowego

Janis jest bardzo gościnny, zwyczajowo częstuje nas domowym winem, oliwkami w zalewie, własnej, tzn. matczynej roboty. Przypadamy mu chyba do gustu bo dośc szeroko opowiada nam o sobie, podróżach i ... kobietach no straszny babiarz, ale rozumiemy Go acha i po raz kolejny schodzi do piwniczki, po wino domowe, pyszne!!

Dzisiaj zobaczymy Naxos. To wyspa nieco inna niż poprzednie. Zdecydowanie bardziej kameralna. Pod każdym względem. Klimat łagodniejszy, mimo, że uchodzi za wietrzną wyspę. Zarówno kapliczki ukryte gdzieś w gaju oliwnym, ruiny smagane wiatrem na wzgórzu... wszystko budzi nasz podziw. Tutaj nikt się nie spieszy jak na kontynencie... Ruszamy w wyższe partie wyspy, trudno tutaj o wysokie góry, ale i tak jest pięknie. " bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście"

Takie obrazy są częste, wszystkie psy są uwiązane na łańcuchu, te akurat mają strzec granicy pomiędzy dwiema posesjami, strzec, aby owce nie przeszły przez drogę na posesję sąsiada, poza drogą granice wyznaczają płoty lub murki ułożone z kamieni polnych... Nie ma znaczenia i tak to budzi mój sprzeciw. Tak nie wolno traktowac zwierząt.

Wyspa nie jest duża, więc zajeżdżamy ją całą. W drodze powrotnej kupujemy bilety na prom do Pireusu, jutro tam płyniemy. Jeszcze jedno znaleźliśmy tutaj dwie bardzo klimatyczne knajpy, pierwsza prowadzona prze grecką wielopokoleniową Rodzinę serwują pyszne ośmiornice, a druga prowadzona przez Niemki znaturalizowane w tej potrawy przygotowywane są na tzw. widoku na grillu. Same pyszności. Turystów mało. Jest pięknie. Dzisiaj poznajemy naszych sąsiadów, małżeństwo z pochodzenia Rosjan, mieszkają i pracują na Ukrainie. Są pod wrażeniem naszej podróży, we wrześniu będą tydzień w Polsce , doradzamy poproszeni, co trzeba koniecznie zobaczyc, Oni też bardzo chętnie nam doradzają i w razie potrzeby służą pomocą przy planowaniu następnej wyprawy.... Wieczór spędzamy na kolacji u "Niemców" .

Po śniadaniu sporządzonym przez Janisa pakujemy się i w drogę do portu mamy niedaleko. Po drodze nabywamy w drodze kupna pieczywo. Tak się składa ,że każdy z nas osobno dociera do portu, na szczęście jesteśmy razem przed wypłynięciem promu, a nawet przed jego przypłynięciem. Jesteśmy pod wrażeniem fantazji ułańskiej z jaką kapitan na.....la po morzu i z jakim fasonem robi nawrót przy nabrzeżu. Z właściwą sobie gracją trwa wyładunek i załadunek promu, mimo oczywistego bałaganu nikt nie ginie , nikt się nie gubi, wszyscy są zadowoleni i trąbią na siebie na znak zadowolenia. Jesteśmy na promie zajmujemy miejscówkę na górnym pokładzie, zadaszony nieco osłonięty od wiatru kanapa wyściełana...

Rejs trwa ok. 4 godzin jak dobrze pamiętam....

Jak zwykle próbuje dokonac obserwacji socjologicznych, i są takie sobie.. no żadne ;-( zmęczenie materiału. Jedyne to reakcje pasażerów na prezentację sposobu użycia kamizelki ratunkowej, objaśnienia jak reagowac na sygnały załogi i gdzie są szalupy ratunkowe...

Praktycznie za rejs zapłaciliśmy po 56 euro za osobocykl klasa bardzo ekonomiczna ;-(

Naszym celem jest zawinięcie do Pireusu, zakup biletów na prom do Wenecji /!/, a z Wenecji mając dzień zapasu, runda po Słowenii. Prom do Wenecji odpływa z Patras do którego mamy sto kilkadziesiąt kilometrów, spoko.

Po kilku godzinach rejsu z krótką przerwą na Paros, zawijamy do znanego już nam Pireusu.

Nic się nie zmieniło dalej jest tutaj jak w ulu. Sprawny wyładunek bez strat w ludziach i sprzęcie. Znaną drogą jedziemy do biura w którym zaczynaliśmy naszą marszrutę po wyspach, jedziemy zgodnie z miejscową tradycją, której nauczyliśmy się parę dni wcześniej, czyli pod prąd, mijani prze Policję , nie zrobiliśmy na nich żadnego wrażenia, docieramy do biura i pewnym krokiem zmierzamy do jego wnętrza. jako starzy wyjadacze morskich podróży, składamy słownie zapotrzebowanie na bilety na dzisiejszy rejs z Patras do Wenecji. Oczywiście Pani wklikuje dane jest wszystko dobrze 305 euro za cztery osobocykle plus kabina i........ k....waaaaaa dzisiaj nie ma tego rejsu jest jutro, a dzisiaj jest z Patras do Ankony. O której?! Pytamy. Za dwie godziny. No to .... nie zdążymy. Przed biurem czekają chłopaki. I co? I ..." w końcu są wakacje....". Nie mamy dnia zapasu , nie zrobimy rundy po Słowenii, za to pojedziemy i zrobimy rundę po Peloponezie. Jeszcze przez chwile zastanawiamy się nad jazdą przez Bułgarię, ale prognozy pogody nie są dobre, a czasu nie ma za dużo. Nastawiamy navi na Patras , aby wyprowadziła nas z kotła Pireusu i jedziemy szukac przygód na Peloponezie.

Droga prowadzi wzdłuż morza, po kilkudziesięciu kilometrach robimy przerwę i palcem na mapie zaznaczamy obszar, który interesuje nas jako miejsce noclegowe. Zjeżdżamy z drogi i szukamy nad morzem hotelu, apartamentowca, albo campingu... To nie sezon jest pusto i nikogo nie ma. W klejnej znajdujemy czynny hotel wynajmujemy pokoje 40 euro za pokój 2-osobowy niestety bez śniadania. Miejscowośc nazywa się Diakopto. Znana jest z tego, że jest stacją poczatkową kolejki Diakopto- Kalvryta. Kolejki wąskotorowej chętnie odwiedzanej przez turystów, biegnie w górach Peloponezu i jest wielką atrakcja turystyczną regionu. Jutro pojedziemy kolejką

Jutro jest 11.05. Siedzimy długo w nocy, uprzednio odwiedzając knajpę w której szef nie używa menu, ale pokazuje co ugotował w kuchni. Jest pycha. Zamawiamy gołąbki, wołowinę w sosie, paprykę faszerowaną stek wołowy z grilla duży, wszystko pięknie przygotowane, ale przede wszystkim pyszne. Mój stek jest wielki i aromatyczny zabieram się do niego, przeglądając przyprawy. Właściciel i kucharz w jednej osobie wystarczająco karcącym tonem sugeruje, abym najpierw spróbował, a później przyprawiał. Ma rację jest wyśmienity. Na deser owoce jakieś takie dziwne nazwy nie pamiętam oraz pomarańcze prosto z drzewa. Są brzydkie ale zajebiście słodkie i soczyste. Kładziemy się późno.

Dzień powitał nas pięknym słońcem, błękitnym niebem. Nasi Sąsiedzi w hotelu, Austriacy wyjechali wcześnie "w nocy" tzn. ok. 8.00, dla nas to noc jeszcze była. Nie zdążyliśmy się zaznajomic wczoraj. Jak myśmy byli do użytku to Oni już spali, jak Oni wstali to myśmy jeszcze spali, ale na pewno to fajni ludzie w końcu motocykliści. Dzisiaj mamy w planie kolejkę o której wspominałem powyżej, przejazd do Patras, zakup biletów na prom do Wenecji, a ja osobiście jeszcze chcę wymienic dolce na eurasy... no wziąłem taką walutę pod kątem Turcji, Turcji nie było, po co wozic w kółko zielone wymienię "se" i będę miał, a co!

Ok., ale dzisiaj jest 11.05, !!!!!!!!!!!!!!! o ile dobrze zrozumieliśmy, tego dnia w Grecji odbywa się doroczny strajk generalny... zonk!!!!

Kolejka nie chodzi..... No trudno , dawno już wyrośliśmy z modeli marki "piko"/ kto jeszcze to pamięta?/ ale szkoda, podobno jest fajnie. Dobra jedziemy na "podbój" Peloponezu. I tu kolejna niespodzianka, tym razem pozytywna Peloponez do jazdy motocyklem to piękne miejsce, na osobną wyprawę.

Taaak to piękne miejsce. Kiedyś może tu wrócimy... Ale czas szybko płynie, nieuchronnie zbliżając nas do Patras. Dzięki nawigacji bez pudła dojeżdżamy do miasta i okolic portu. Instalujemy się w kawiarni tuż przy porcie.

Ale zanim tak spokojnie zasiedliśmy w fotelach, udaliśmy się do biura, które sprzedaje bilety promowe. Zamawiamy bilety, tak są, jeszcze dwie kabiny, bez okna co prawda, po diabła nam okno?! ucinamy sobie pogawędkę z panem z biura , który biegle też mówi po czesku... a w tym czasie znika jedna z dwóch kajut. Dobra nie gadamy nurkujemy... eeee znaczy się kupujemy. Dopóki ostatni kwitek nie wypluje drukarka... czekamy w niepewności. W ostateczności bez kabiny damy radę, ale rejs trwa 32 godziny więc.... Są bilety 305 euro za cztery osoby w kabinie , cztery motocykle... Idziemy do kawiarni, ale najpierw coś trzeba upolowac na obiadokolację..

W pobliżu portu mnóstwo jest restauracji i fastfódów w jednym z nich posilamy się. Dla pewności idziemy na posiłek parami Jedna parka pilnuje motków, druga w tym czasie próbuje nadrobic ujemny bilans energetyczny... nigdy w życiu tyle nie zjadłem co wtedy, po co ja to wszystko zamówiłem i po co zjadłem. Chcąc nie chcąc muszę się jeszcze przejśc, jak siądę to umrę.. W biurze w którym kupiliśmy bilety zasięgam języka, gdzie tu można "change money" stara szkoła Pan mówi, że dzisiaj strajk, ale jest może czynny kantor no jakieś 10 minut drogi " per pedes". Per pedes zasuwam, jest! Wymieniam walutę zieloną na europejską i wracam, dokonuję spektakularnej obserwacji socjologicznej: kawiarnie pękają w szwach no jak strajk, to strajk. Ciekawe co by było gdyby zastrajkowały kawiarnie .... chyba wojna domowa. Na terenie obozu przejściowego w kawiarni, czekamy cierpliwie na możliwośc zaokrętowania się w charakterze pasażerów. Czas z wolna płynie. W sumie spędzamy w cafe ok 4 godzin. Na początku kelner przyjął łaskawie zamówienie,a na moje pytanie czy parzą kawę po grecku, zmierzył mnie wzrokiem takim jakbym go obraził... To ja poproszę jedną greek cofee...gliko! I tutaj gęba mu się rozpromienia, warto było czytac przewodniki Gliko to najsłodsza wersja kawy po grecku, a ja lubię dobrze słodką kawę. po tym wejściu kelner jest do rany przyłóż. Jak się później okazuje sam też jeździ motocyklem i to jakim oczywiście Vstromem W okolicach portu , również naszej kawiarni kręci się mnóstwo imigrantów, chcących sprzedac "original.... absolutely original sir" no trudno odmówic, ale nie kupujemy...

Ok 21.00 , czyli mniej więcej wtedy, kiedy można przystąpic do abordażu, pewnie zmierzamy wzdłuż pirsu do naszego celu, jakim jest "Europa Palace", czyli prom pływający dla firmy Minoan. Takich chętnych jest więcej, ale , ale jest jeszcze 11 maja!!!!!!!!!!! Jest strajk czyli można, ale..... o północy No fajnie. Mamy mnóstwo czasu na obserwacje

Tam za ogrodzeniem są imigranci, którzy za wszelką cenę, chcą się dostac się na prom do Wenecji.... Czas płynie szybko na obserwacji kryterium "portowego", które naszym oczom pokazane jest: Imigranci kontra Straż Graniczna. Wygrywają strażnicy..... A mnie przypomina się słynne "300 mil do Nieba"...

około 23.00 załodze nudzi się strajkowanie i zaczyna się załadunek. nawet porządnie strajkowac nie potrafią, spaliliby jaką oponę czy co? Dobra, dobra już .... pakujemy się. Okazuje się, że załadunek trwa tyle ile miał trwac, czyli kończy się około 2.30 w nocy, a rejs normalnie rozpoczyna się 23.59. Nie śpimy, bo szkoda czasu na spanie, tyle ciekawych rzeczy jest jeszcze do "zrobienia"

Spoglądając na zamierające życie portowe i finał naszego załadunku, jesteśmy świadkami majestatycznego wyjścia w morze. Z żalem żegnamy Grecję.... Bardzo późno, albo bardzo wcześnie zajmujemy miejsca w naszej kajucie. Nawiasem mówiąc jest prom bez porównania bardziej komfortowy niż promy Anek Lines.

Trudno nam było określic czy tempo naszego promu jest takie jak zwykle czy kapitan przyspieszył, żeby nadrobic opóźnienie... Po drodze zawijał gdzieś w Grecji, ale planowo. Na promie średnia wieku była raczej wyższa. Pojedyncze pary w trakcie miodowego miesiąca jak się wydaje, zauważyliśmy jeszcze jednego motocyklistę, ale dopiero na końcu rejsu. Dzień przywitał nas piękną pogodą, siedząc na pokładzie napawaliśmy się widokami

Obiad w restauracji self serwisowej zarządziliśmy golonkę, autentycznie, nawet kucharz potwierdził "golonko super" i było super.

"a po nocy nastaje dzień" i ten był piękny, mimo, że to trzynasty i piątek Absolutnie najlepsza moja wizyta w Wenecji, mimo tego że nie zamierzaliśmy się tam zatrzymywac. Byłem w Wenecji kilkakrotnie, ale nigdy nie wpływałem do NIEJ. Bajkowo, około 8.00 gdy miasto budzi się do życia, a sprawy bieżące mieszkańcy załatwiają tak

Jak się okazało Kapitan nadrobił późnienie prawie 3-godzinne, no dał do pieca szacun. Wyładunek jak zwykle sprawny.

Po wyjechaniu z portu wsiadamy na superstradę, a następnie dojeżdżamy do autostrady.... i gnamy Jest nudno jak to na autostradzie...Włosi jeżdżą nieprawdopodobnie przepisowo w porównaniu z Grekami. Zaraz za granicą przyozdabiamy nasze motocykle winietkami austriackimi. Naszym celem jest sklep Louisa w Klagenfurt. Zjeżdżamy z autostrady i szukamy, moi Towarzysze podróży już tam byli..... Szukamy i szukamy i .... nie ma Tubylcy mówią tędy owędy i jesteście.... i nie jesteśmy, dopiero w rowerowo-trekingowym sklepie sprzedawca sprawdza w www.internet.com

i jest!!!!! ale w Villach, zawracamy po kilkunastu minutach jesteśmy, no, no dlaczego u nas nie ma takich sklepów. Po wydaniu paru eurasów, jedziemy na tankowanie żołądków i baków. Po zaopatrzeniu w energię zasuwamy dalej. Tego dnia docieramy, aż za Brno gdzie w przydrożnym motelu dają pyszną kolację i piwo. W telewizji mecz półfinałowy hokeja Finowie strzelają Rosjanom bramkę i Słowacy się cieszą jak i my. Zasłużyliśmy na odpoczynek , błogo zasypiamy.....

po noclegu Bóg wie gdzie, gdzieś koło Brna, nie wiem czy Bóg zna te okolice... ruszamy w stronę OJCZYZNY. Podróż mija szybko z przerwami na tankowanie , palenie, odpoczynek. W czasie jednego z tankowań zapełniając bak benzyną, słyszę: ożesz k...wa , k....wa, k...wa zatankowałem diesla... Andrzej od kilku godzin ma gorączkę, grypsko chodziło po nas przez całą wyprawę najbardziej doświadczony z nas wszystkich, zalał olej napędowy Co robic, no jak to co robic. PIT STOP Spuszczamy paliwo z baku z pomocą rurki pożyczonej od TIROWCÓW, a paliwo wlewamy do ... TIRÓW

Tankujemy właściwe paliwo..... i.... moto trochę krztusi się, ale kaszle jak trzeba. jesteśmy szczęśliwi! W Cieszynie radośnie trąbimy widząc znak POLSKA w aureoli gwiazdek unijnych... ależ to ku*wa cieszy zaraz za granicą w Cieszynie spożywamy posiłek, kucharza bym powiesił za jaja, ale to polskie danie i nam smakuje, jest pyszne

Próbujemy się nie zgubic w drodze z Cieszyna, przed zjazdem na autostradę do Krakowa żegnamy się POWIEM TAK Z TYMI FACETAMI MOŻNA ZAJEŹDZIC ŚWIAT WIELKIE DZIĘKI PANOWIE!!!

Wojtek z Andrzejem jadą do Krakowa, a my z Jankiem naparzamy na Warszawę.
Przed Piotrkowem Janek kieruje się do siebie, a ja zmierzam do STOLICY.

Po przejechaniu 6500 km jestem w DOMU.
BOŻE JAK MNIE TO CIESZY!!!!!
POWIEM W TEN SPOSÓB, PODRÓŻE TAKIE UZALEŻNIAJĄ, ALE NAJWAŻNIEJSZE CHWILE TO POWRÓT DO DOMU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!