Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa zachodnia » Alpy

Alpy - koniec września też jest fajny (2010)

Autor: Oliwnik

Decyzję o wyjeździe motocyklowym podjąłem w ostatniej chwili. W tym roku dopiero teraz dostałem urlop. Robota wylewała mi się już uszami więc musiałem odreagować. Przy pełnej aprobacie żony. Pierwotnie chciałem pojechać w nasze Bieszczady i objechać Tatry od południowej strony ze wschodu na zachód ale ostatecznie padło na Alpy. Zdaję sobie sprawę, że to dość późna pora roku i może być różnie ale bardzo lubię Alpy i podejmuję ryzyko. Na szybko planuję trasę i wychodzi mi tak. Lubię wracać w miejsca, w których już byłem.

DZIEŃ 1 24.09.2010

Rano pakowanie. Standard - gacie, skarpety, 3 koszule, kosmetyki, narzędzia. Zginęła mi gdzieś mapa Austrii i Południowego Tyrolu ale mam nawigację z zapisanymi trasami, które chce zaliczyć. Wyjeżdżam z domu o 9 - ej.Ok 12 - ej zatrzymuję się na stacji benzynowej na papierosa. 1/10 dojazdówki mam za sobą.

Po drodze zajeżdżam jeszcze do podwrocławskiej Czernicy, by na tutejszym cmentarzu zapalić świeczkę dobremu człowiekowi. Wieczorem zjeżdżam z niemieckiej autostrady przed Dreznem i znajduję nocleg w Bischofswerda. Hotel w centrum miasteczka 36 Euro ze śniadaniem. Motocykl bezpiecznie zamknięty w pomieszczeniu. Ładuję 200 wiśniówki i śpię.

DZIEŃ 2 25.09.2010

Rano pochmurno ale dość ciepło. Kolega podaje mi adres Louis'a w Dreźnie i za jego namową jadę kupić ochraniacze przeciwdeszczowe na buty. Na autostradzie łapie mnie deszcz i w ciągu 10-15 minut jazdy jestem cały mokry. Najgorzej z butami. Momentalnie przemokły i po zabiegu. Zanim dojechałem do Louis'a wyszło słońce. Ochraniacze kupuję i stwierdzam, że skoro jest ładnie i ciepło, to buty bez ochraniaczy szybko wyschną. A więc jadę dalej bez założonych ochraniaczy. Chwilę po wjechaniu na autostradę dopada mnie ulewa i rozumiem swój błąd z ochraniaczami. Zanim dojeżdżam do jakiegoś parkingu z butów się wylewa woda i nawigację szlag trafia. Zostają mi trasy w głowie. W tych warunkach dojeżdżam do Allersberg pod Norymbergą i znajduję nocleg. 30 Euro ze śniadaniem. Motocykl zamknięty. Co prawda pod chmurką ale zabezpieczony. Pytam gospodarza o suche i ciepłe pomieszczenie żeby wysuszyć ciuchy a on wskazuje mi natrysk na korytarzu i mówi, że zaraz włączy ogrzewanie, będzie sucho i ciepło. Faktycznie, Heizung szybko zaczyna grzać i w łazience robi się ciepełko. Oczywiście w moim pokoju też. Chcę sprawdzić pogodę. Pytam o internet. Nie ma. Pytam o kawiarenkę internetową. Jest ale nawet jak mi wytłumaczy to nie trafię. Pan proponuje, że mnie podwiezie. Poprosiłem o chwilę na przysznic i skorzystałem z jego uprzejmości. Pogoda na niedzielę ma być ok, w poniedizałek lekkie opady a potem to już w ogóle bajka. Na stronie Louis'a sprawdzam adres sklepu w Norymberdze. Ze strony internetowej wynika, że w niedzielę nie pracuje. Znajduję jednak informację, że w niedzielę 26 września sklep czynny będzie od 13-ej. Ok, jutro jadę kupić buty. W ramach wdzięczności wręczam Panu 200 wiśniówki, sam ładuję drugie 200 i śpię.

DZIEŃ 3 26.09.2010

Poprzedniego dnia rozkręciłem nawigację i suszę ją na grzejniku. Mimo tych zabiegów nie trybi. Muszę jechać do Norymbergi, znaleźć sklep nie znając miasta. Koniec języka za przewodnika o około 12-ej jadę do Norymbergi. W mieście na stacji benzynowej pytam o ulicę SiegmundStr. Sprzedawca wyjmuje plan miasta, pokazuje mi gdzie jesteśmy i gdzie jest mój cel. Postanawiam kupić plan. Studiuję zakupiony plan jeszcze przez chwilę i pojawia się zarośnięty młodzieniec w skórze i pyta czego szukam. Wyjaśniam mu o co chodzi. Mówi, że na tej samej ulicy jest jeszcze Polo i objaśnia jak będzie mi wygodniej tam jechać. Dojeżdżam na miejsce. Polo nie znalazłem ale jest Louis. zaczepiam motocyklistę wychodzącego ze sklepu i pytam o Polo. Mówi mi, że na tej ulicy nie ma Polo ale jakiś inny sklep i żeby w nim nie kupować bo jest kiepski i do tego w niedzielę nie czynny. Mówi, że chętnie zaprowadzi mnie do Polo. No to pojechałem za nim. W Polo kupuję buty. Reusch. Z karty schodzi 200Euro. Mogę nie jeść ale buty muszę mieć. Wracam do Allersberg i jako że jest już dość późno postanawiam zostać do rana. Ładuję 200 wiśniówki i śpię.

DZIEŃ 4 27.09.2010

Jadę. Nawigacja odżywa. Co jakiś czas się wiesza i nie pokazuje drogi ale komunikaty głosowe działają. Piękna pogoda, słońce i dość ciepło. Dojeżdżam do Lindau na jeziorem Bodeńskim. Tam, na wszelki wypadek kupuje mapę Szwajcarii. Rezygnuję z winiety na szwajcarskie autostrady za 29 Euro. Wybieram drogi lokalne. Przejeżdżam prze Lichtenstein i jestem w Szwajcarii. Kończy się pogoda.

Zaczyna padać. Nauczony przykrym doświadczeniem po kilku kroplach zakładam wszystko co mam przeciwdeszczowego. Dobra decyzja. Dziś chcę dojechać do Davos. W Davos jest problem z noclegami. W pierwszym hotelu Pani rzuca cenę 58Euro. Chyba ją powaliło. Dziękuje uprzejmie i szukam dalej. W drugim Pan podaje cenę 64Euro. Nie wiem jak się mówi po niemiecku to co myślę, więc tez uprzejmie dziękuję. W trzecim miejscu miły Pan mówi, że jego hotel teraz nie pracuje. Ale oferuje mi swoją pomoc w znalezieniu noclegu. Na wszelki wypadek pytam go o cenę. Odpowiada 35-40Euro. Ok. Nie marudzę. Ostatecznie wyszło 46Euro. Pokój z prysznicem i umywalką ale bez kibla. Taki standard. Gdzieś spać muszę. Ładuję 250 wiśniówki i idę spać.

DZIEŃ 5 28.09.2010

Jest cholernie zimno ale nie pada. Czyli jest dobrze. Jadę W kierunku Bormio we Włoszech przez przełęcz Flueelapass. Jezdnia mokra z pobocza zaśnieżone. Na drodze jestem sam. Do szczytu przełęczy minąłem tylko jeden samochód. Jadę bardzo ostrożnie. Boję się, że w razie wywrotki mogę dość długo leżeć zanim ktoś się pojawi. zaraz za szczytem warunki na drodze trochę się poprawiają i pokazują się ładne widoczki.

Dojeżdżam do granicy z Włochami i w dół do Bormio. Z Bormio jadę do Livigno. Nie planowałem Livigno ale tem jest strefa wolnocłowa. Kończy mi się wiśniówka więc muszę uzupełnić zapasy. W livigno tankuję tanie paliwo - chyba 0,84Euro/litr i kupuje 2 litry whisky. Wracam do Bormio i pod górę do Stelvio.

Spotykam kilku motocyklistów. Jest ok. Czyli nie tylko ja jestem jakiś dziwny. Im wyżej tym zimniej i więcej śniegu. Zjazd z przełęczy Stilfserjoch (Stelvio) w lecie jest wymagający. Asfalt jest mokry, temperatura chyba poniżej zera. Strach się bać.

Ostrożnie, powoli zjeżdżam na dół do Spondigna. Tutaj już inny świat. Gdyby nie żółte liście na drzewach, można by uznać że to późna wiosna/wczesne lato. Dla mnie, po mrozie na górze temperatura odczuwalna to wręcz upał. Jadę w kierunku Kaunertal. droga fajnie wije się w dolinie. Trwają prace drogowe. Czasem ruch wahadłowy. Przejeżdżam przez Curon Venosta. Jest tam sztuczny zbiornik, w którym zatopione jest niewielkie miasteczko. Z wody wystaje jedynie wieża kościoła. W lecie są tu tłumy turystów. Teraz pustki. Zatrzymuję się w agroturystyce w okolicach Feichten w drodze na Kaunetral. Ładuję ostatnie 250 wiśniówki i idę spać.

DZIEŃ 6 29.09.2010

Po śniadaniu jade na lodowiec. Wjazd 12Euro. Drogo ale warto. Dojazd na góre prowadzi wzdłuż dolinki do sztucznej tamy. Im wyżej, tym zimniej. Zaczyna się śnieg. Na górze sezon narciarski rozpoczęty. Pracują wyciągi i armatki śnieżne. Jest też kilku narciarzy i snowboardzistów.

Zjeżdżając chcę zrobić zdjęcie doliny ze sztucznym zbiornikiem. Kieruję się na niby parking, chcę postawić motocykl na podstawce bocznej. Ta się złożyła no i leżymy. Typowa parkingówka. Zdejmuję kask, tankbag, zabieram się do podnoszenia i w tym momencie zatrzymuje się Golf. Wyskakuje zniego kierowca i mowi, że mi pomoże i pyta czy wszystko w porządku. Krzyczę, że jest ok i "wprawnym ruchem ręki" podnoszę motocykl. Jeszcze raz dziękuję Panu, stawiam - tym razem pewniej- motocykl na podstawce bocznej i robię fotki.

Po drodze do Mittelberg też są fajne widoczki.

Dalej kieruję się na San Leonardo in Passiria przez Timmelsjoch. Googlemaps nie chce prowadzić przez przełęcz. Jest wysoko i droga śliska. Ale tamtedy przejechałem. Kolejne 12Euro za przejazd. Warto.

Droga po stronie włoskiej prowadzi przez ponad 500 metrowy tunel. Przy wjeździe jest ostrzeżenie o lodzie w tunelu. Faktycznie w sufitu zwisają sople a na jezdni jest lód. Ostrożnie przejechałem. Prawie na ślepo bo przed tunelem ostre słońce do tego światło odbija się w śniegu a w tunelu ciemno. Kierowałem się na światło w tunelu. Za tunelem znów pięknie. Z San Leonardo in Passiria jadę dalej przez przełęcz Jaufenpass. Tam też są fajne widoczki

Jadę dalej. Chcę dziś dojechać w okolice przełęczy Staller. Jest na granicy włosko-austriackiej. Zatrzymuję się w agroturystyce, około 10 km przed przełęczą. Przyjmuje mnie sympatyczna staruszka. Wskazuje miejsce dla motocykla w stodole i pyta czy pomóc mi nieść bagaże. Trochę zdziwiony odpowiadam, że poradzę sobie sam. Tym razem whisky łagodnie kołysze mnie do snu.

DZIEŃ 7 30.09.2010

Dotychczas jedynie w Bischowswerda i w Davos nie byłem jedynym gościem. W pozostałych miejscach oprócz mnie, nie spał żaden gość. Tak samo było tu. Rano, w czasie sniadania przyszła włascicielka domu, córka starszej Pani z poprzedniego dnia. Dość długo rozmawiamy o sytuacji w Południowym Tyrolu. Jest to przemiła kobieta ale zagadałaby na śmierć. Opowiada mi o szkole, o dzieciach, o pracy. Pyta o Smoleńsk, Kaczyńskiego i krzyże pod Pałacem Prezydenckim. Mowię co myslę. W końcu Pani udaje się do swoich obowiązków. Rozliczam się i jadę na przełęcz. Droga biegnie obok jeziora. Kiedy byłem tu ostatnio w lecie ub. roku, to były tu tłumy ludzi. Teraz puściutko. Na przełęczy jest ruch wahadłowy. Wjazd jest możliwy tylko przez 15 minut na godzinę z jednej strony.

W kolejce stoję jako drugi. Pierwszy stoi Niemiec w Golfie. Rozmawiamy chwilę o pogodzie i przełęczach. Pytam, czy mogę jechać pierwszy. Naturalnie - odpowiada. W międzyczasie podjeżdża dwóch Niemców na GS'ach. Jeden na 1200 Adv drugi na 800. Nie zwracając uwagi na nikogo ustawiają się pierwsi. Zapala się zielone światło, oni ruszają ja za nimi i znikają za pierwszym zakrętem. Jakoś sobie radzę w górach ale oni są dobrzy. Wjazd na górę zajmuje 7 minut i jestem w Austrii. Zatrzymuję się na parkingu i robię fotki jeziorka. Tym razem z góry.

Z Huben kieruję się do Mattersill przez tunel Felbertauerntunnel - 8Euro. Tunel ma ponad 5 km długości.

Z Mattersill jadę na zachód w kierunku Krimml i Gerlos. Wodospad w Krimml jest fajny.

Zaliczam przełęcz Gerlos - 4Eur. Fajne zakręty i na nich się skupiam. Widoki sobie odpuszczam. Chciałem jeszcze wjechać na Grosslockner ale ze względu na późną porę roku mogła być zamknięta. Oprócz tego wystraszyła mnie możliwość mrozu. Odpuszczam. Ze względu na czas, mam w plecy przynajmniej jeden dzień, odpuszczam sobie zwiedzanie obozu w Mauthausen. Oba cele poczekają do przyszłego roku. Wbijam w kulejącego GPS'a adres domu i jedziemy. GPS pokazuje 1350 km do domu. Ok, jadę przez Norymbergę. Nocuję w Allersberg. Gospodarze przyjmują mnie jak starego znajomego. Whisky. Mała dygresja. Pod Monachium trafiłem na 30-to kilometrowy korek. Wygląda na to, że Niemcy "z urzędu" robią pas dla motocykli. Nawet jeśli ktoś nie odsunie się, to sąsiednie samochody ułatwiają przejazd. Przyhamuje albo poczeka chwilę z ruszeniem. U nas sytuacja poprawia się z roku na rok ale czegoś takiego to rzadkość. Obserwując zachowanie kierowców niemieckich, odnoszę wrażenie, że Niemiec trzy razy pomyśli zanim wykona manewr. Oczywiście są wyjątki. Ale ogólnie jest bardzo ok.

DZIEŃ 8 01.10.2010

Z Allersberg mam do domu 940 km. Rano rozmawiam z żoną. Mówi, że do Hof będzie padało a dalej to już ładna pogoda. Tankuję motocykl, trochę mży. Zakładam deszczowkę i jazda. Żona się myliła. Nie padało. Deszcz nap..lał jak głupi. Ale tylko do Hof. Dalej było już tak jak mówiła. Przed Dreznem zjeżdżam na stację. Rozbieram się z deszczówki. Tankuję, idę płacić i stwierdzam że nie mam portfela. Nerwowo szukam we wszystkich kieszeniach. Nie ma. Tankowałem rano pod Norymbergą i tam miałem. Nie zatrzymywałem się nigdzie czyli musiał wypaść mi tam. Kasy było tam mało ale dokumenty i karta kredytowa !!! W jednej z kieszeni mam zadołowane 100Euro. Płacę za paliwo i wracam do motocykla. Portfel leży między motocyklem a dystrybutorem. Ale ulga. Na parkingu spotykam Estona. Mieszka we Francji a pracuje przez internet w Estonii. Fajnie. Kupił BMW z policji i jedzie teraz do swojego pracodawcy. Jedzie już dwa dni i jeszcze ze trzy dni drogi przed nim. Gadamy chwilę robimy sobie fotki.

Uścisk ręki, życzenia dobrej drogi i jazda. Dojeżdżam pod Wrocław. Jest godzina 15-ta. W lecie goniłbym dalej. Ale teraz szybko robi się ciemno. Kolega z pracy mieszka niedaleko. Jadę do niego. Wykańczamy whisky.

W sobotę żegnam się z kolegą i jego rodziną o 9-ej. Przed 16-tę jestem w domu.

Teraz to, co najważniejsze. Koszty. Jak się podliczyłem, to tanio nie było.
Przebieg - 3 900 km.
Paliwo - 202 litry = 256Euro.
Noclegi - 225Euro.
Płatne drogi 40Euro.
Alkohol 35Euro. (łącznie w wiśniówką z Polski)
Jedzenie - wg uznania.
Złotówki wydane na paliwo w Polsce przeliczam na Euro przyjmując kurs 4zł/Eur.

Mimo że było drogo, zimno i mokro, to było fajnie. Już planuję następną wycieczkę. Tym razem w lecie i też w Alpy i Dolomity.