Wiadomości

Strona 1 z 56  > >>


26-11-2016
Napisał: bober
Pojawił się kolejny film w naszym nowym dziale z video relacjami.

13-11-2016
Napisał: bober
... na naszej stronie

04-11-2016
Napisał: bober
Już dzisiaj :)

Jesteś na: Relacje » Europa wschodnia » Chorwacja

Chorwacja XXL (2010)

Autor: lasooch

Przygotowania do wyjazdu trwały od dawna. Od roku czytaliśmy różne relacje, szukając ciekawych i wartych odwiedzenia miejsc w Chorwacji. Wiele wieczorów spędziliśmy zachwycając się cudzymi zdjęciami i planując naszą własną pierwszą daleką wyprawę. Im bliżej wyjazdu tym dłuższa była lista rzeczy, które należy załatwić, skompletować, spakować. Ubezpieczenia, zielona karta, paszporty, mapy, awaryjne kontakty i adresy. Apteczka, narzędzia, żarcie, ubrania. Aż dziw, że udało się to wszystko upchnąć w 3 kufry.

Dzień 1 – 646km

Pruszków - Mikulov

Pobudka o 6 rano, poranna odprawa, ostatnie dopakowywanie kufrów i o 7:45 wyruszamy z Pruszkowa. Pogoda super na jazdę – 14 stopni rano, słonecznie, wieczorem temp. wzrosła do 19st. Po 2 godzinach robimy pierwszy postój w Częstochowie. Tankujemy motocykl, Sylwia aplikuje sobie gorącą kawę, żeby trochę się rozbudzić (kilka razy zasnęła mi na plecach) i jazda dalej na południe. Po drodze przypominam sobie, że zapomnieliśmy zabrać żółtych kamizelek, które niestety w Czechach są obowiązkowe. Szukając po stacjach benzynowych stroju bobofruta (wszędzie mają pomarańczowe kamizelki, a żółtych jak na lekarstwo, przypadkiem trafiamy na ciekawy billboard.

A po chwili jesteśmy za granicą. Nie wiedziałem jakie panują tu zwyczaje jeśli chodzi o prędkość jazdy, więc początkowo starałem się jechać grzecznie. Niestety długo się tak nie da i po kilkudziesięciu kilometrach powróciliśmy do normalnego tempa podróży Czesi nie szaleją na drogach, ale normą jest, że kolumna pojazdów jedzie 30km/h szybciej niż znaki nakazują, normą też są xenony w motocyklach. Ale pierwsze co rzuca się w oczy na tamtejszych drogach, to panujące pustki. 3-pasmowa autostrada i oprócz nas może 1 samochód w lusterku, kolejny kilkaset metrów przed nami. I to wszystko. Tak to można sobie podróżować  W międzyczasie zrobiła się pora obiadowa i stwierdziliśmy, że najwyższy czas zjechać z głównej trasy do jakiegoś miasteczka – padło na Olomuc. Na starówce spotkaliśmy trampka na polskich blachach z naklejką „motocykle są wszędzie” na kufrze, więc zostawiliśmy DL tuż obok i poszliśmy na obiad. Kolejne kilometry równie „pasjonujące” jak i poprzednie. Dobra droga, mały ruch, widoki takie sobie. Pewnie dlatego Sylwia notorycznie mi przysypiała z tyłu. Tylko tym razem już nie urządzała sobie półki na kask na moim ramieniu, więc nawet nie wiedziałem, że śpi oparta o kufer – przyznała się jędza dopiero wieczorem. Zgodnie z planem późnym popołudniem dojechaliśmy do Mikulova, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Jak przez cały dzień nie spotykaliśmy prawie wcale motocyklistów, tak tu jest ich cała masa. Może gdzieś w okolicy są fajne winkle? Miasteczko aż roi się od pensjonatów i hotelików. Niestety gdzie nie zapytaliśmy, wszędzie wszystko zajęte. Dopiero w którymś z rzędu pensjonacie dowiadujemy się, że akurat trafiliśmy na lokalne święto wina oraz odbywający się jednocześnie zlot motocyklowy – stąd problem z kwaterami i takie nasilenie jednośladów w okolicy. W efekcie wylądowaliśmy w hoteliku na przedmieściach Mikulova. Cenę pokoju rekompensują trochę 2 gratisowe butelki lokalnego półwytrawnego. Szybki prysznic, wino z gwinta lub blaszanego kubka i idziemy w miasto. Jak na święto wina, to było zadziwiająco cicho i spokojnie – sobota, godzina 20 i knajpy pozamykane, ludzi brak, za to był otwarty sklep z kosiarkami. Są kosiarki, jest impreza. Nie wiem jak Czesi świętują, ale chyba ciut inaczej niż my. Połaziliśmy po starówce, po zamku i wróciliśmy do hotelu.

Dzień 2 – 639km

Mikulov - Senj

Wyjazd o 9 rano, po chwili przekroczyliśmy austriacką granicę, gdzie orżnęli nas na winietkach. Akurat nie było motocyklowych i musieliśmy kupić samochodowe – 2 razy droższe. Równo o 10 wjechaliśmy do Wiednia. Pogoda nadal przyjemna – 16 stopni rano, wciąż nie pada  Wiedeń obejrzeliśmy na szybko z siedzenia V-stroma, zajęło nam to może z godzinę i dalej na autostradę. Autostrada jak autostrada – kilkupasmowa, równa i nudna. Jedyny świetny odcinek był gdzieś w połowie drogi między Wiedniem i Grazem – przejazd przez góry. Kilkadziesiąt kilometrów szybkich łuków (takich po 140-160km/h - ja, fantastiś tempo Helmut!), super widoki, kapitalny asfalt. Przyczepił się tam do nas goldwing, ale jakoś w międzyczasie zniknął w lusterku, chyba winkle to nie jego żywioł. Później znowu nudna autostrada aż do samej granicy ze Słowenią. Ze względu na drogie winiety w tym kraju zdecydowaliśmy, że całe 60km przez Słowenię przejedziemy bocznymi dróżkami i poczułem się jak w Bieszczadach – zielone pagórki oraz wąska droga z nierównym, łatanym asfaltem. Idealnie ten sam krajobraz. Uniknięcie autostrady nie jest znowu takie łatwe – wszystkie znaki kierują właśnie na nią, a żeby ją ominąć, trzeba się nieźle nakombinować. Odcinek od granicy do Mariboru to jakaś tragedia – ciągłe nawrotki, masa rond, jakieś tunele, znowu nawrotki. Istne labirynty. Gdyby nie nawigacja, to pewnie nadal bym się tam kręcił próbując znaleźć właściwą drogę. Na szczęście bez większych przygód docieramy bezproblemowo do Chorwacji i z krajobrazu Bieszczad zrobił się krajobraz rodem z Avatara. Jeszcze bardziej zielono, bujna roślinność, no faktycznie całkiem ładnie zapowiada się ten kraj. Drogi super, ludzie najnormalniej w świecie cisną tyle, ile fabryka dała. Autostrada wiedzie przez góry i jest to kolejny miły odcinek – łuki jeszcze szybsze niż w Austrii (tym razem koło 170km/h) i coraz ładniejsze widoki. Po chwili zjeżdżamy w podrzędną drogę, wspinamy się na przełęcz Vratnik i pierwszy raz doświadczamy niesamowicie mocnego wiatru, który jest tu normą. Ale widok zapiera dech w piersiach.

Ostatnie 20km serpentyn i jesteśmy w Senj. Początkowo chciałem zrobić rundkę po całym mieście, żeby rozeznać się co gdzie jest i zobaczyć gdzie szukać noclegu. Od razu przy wjeździe do miasta przykleiła się do nas wściekle zielona skoda felicia. Gość niesamowicie musiał ją cisnąć, by nadążyć za nami jadąc pod górę, ale nie odpuszczał ani na chwilę. Kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, zajechał nam drogę, otworzył szybę i pyta się po polsku:
- A pokoju to wy nie chcecie?
- No jasne, że chcemy!
- No to jedźcie za mną.
I w ten sposób o 19 rozłożyliśmy graty w 2 pokojowym apartamencie z kuchnią, łazienką, tarasem i rudym kotem na wyposażeniu. Sylwia była wniebowzięta. Wieczorem połaziliśmy jeszcze po mieście, obejrzeliśmy port i przetestowaliśmy pierwsze chorwackie piwka.

Dzień 3 - 241km

Senj - Jeziora Plitvickie - Senj

Wyjazd o 9 rano, kierunek Vratnik. Tuż po przejechaniu przełęczy wjechaliśmy w góry i… w chmurę. Nie mgłę, chmurę! Widoczność może ze 20m przed siebie, krajobraz iście bajkowy. Pięknie, tyle że wilgotno. Po 20-30km takiej jazdy mamy przesiąknięte ciuchy i jakoś tak zimno się zrobiło. Na szczęście po zjechaniu w niższe rejony pogoda wróciła do słonecznej normy. Ok. 30km od Plitvic, gdzie się kierowaliśmy, GPS zrobił nam psikusa. Można było jechać albo główną drogą, albo skrótem przez las. Nawigacja początkowo wyznaczyła trasę po głównej drodze, a w trakcie zdecydowała się na wariant leśny. Asfalt wąski, trochę dziurawy, ale przecież mamy „turystyczne ęduro”, więc to coś akurat dla nas. Dróżka wije się wzdłuż koryta rzeki, dziury, łaty, miejscami szuter zamiast asfaltu, jakieś błotko. Po drodze trafiła się nawet maleńka wieś. Chorwacja dość szybko pozbierała się po wojnie, ale w takich miejscach widać doskonale jej skutki. Spalone lub częściowo zburzone domy, znaki drogowe z dziurami po kulach i ludzie, którzy powoli starają się to odbudowywać. Po 8km tej drogi naszym oczom ukazuje się stojący w poprzek szlaban i znak stop. Ominąć się nie da, bo z lewej stromo w dół, a z prawej stromo w górę. Kłódka i łańcuch też niestety wyglądają solidnie. A przez las przebijają się już jeziora, do których zmierzamy.

No nic, trzeba zawrócić. Więc znowu 8km w żółwim tempie i wracamy na główną drogę. W Plitvicach parking dla motocykli jest darmowy. Bilety wstępu do parku narodowego są po 80kn/os, ale można je śmiało olać. W cenie biletu jest wstęp do parku, możliwość przejechania kilku odcinków busami zamiast na pieszo i rejs stateczkiem po jeziorze. Nikt ich nigdzie nie sprawdzał, można śmiało korzystać z tego wszystkiego na krzywy ryj, my niestety tego nie wiedzieliśmy. W parku jest wyznaczonych kilka szlaków, prowadzących po najciekawszych zakątkach. Warto sobie zarezerwować na to cały dzień, bo widoki są rewelacyjne.

Dzień 4 – 314km

Senj - Pag - Zadar - Senj

Dzisiejszym celem jest wyspa Pag i miasto Zadar. Wyjazd z Senj rano na południe trasą nr 8 czyli Jadranską Magistralą. Po 50km zakrętów odbijamy w prawo na prom (30kn/moto + 2x17kn/os).

15min na promie i już jesteśmy na Pagu. Zdecydowanie czuć, że nadal jest tu lato. Krajobraz na wyspie iście księżycowy. Droga wije się pomiędzy kamieniami, skałami, gdzieniegdzie murkami chroniącymi przed wiatrem. Kamienie, kamienie, owce, kozy, kamienie, dziwka przy drodze, kamienie. Odludzie takie, że kozy dupami szczekają. Dopiero pod koniec wyspy znajduje się miasto Pag, chętnie odwiedzane przez turystów.

Przejeżdżamy przez most i już na stałym lądzie kierujemy się do Zadaru. Jest tu zdecydowanie jeszcze cieplej. Z atrakcji miejskich to cała masa zabytkowych budowli, wielki port z pięknymi jachtami, pomnik słońca i organy morskie z wygrywaną przez fale muzyką. No i wszędzie drogo jak cholera.

Z Zadaru do Senj wracamy drogą nr 8 co oznacza 150km winkli. Głównie bieg 4, 3 i 5 rzadziej, jeszcze rzadziej 2 i 6. Opony prawie pozamykane, pod koniec trasy jedziemy praktycznie na autopilocie. Zero widoczności, ale bazując na oznaczeniach zakrętów i wierząc, że za zakrętem nie będzie niespodzianek, docieramy do domu. A w Senju oczywiście po staremu – zimno i wietrznie.

Dzień 5 - 371km

Senj - Krk - Cres - Pula - Pazin - Senj

Dziś wyjeżdżamy z Senj również trasą nr 8, lecz na północ, w kierunku Rijeki. Odbijamy z trasy w lewo na Krcki most, jeszcze tyko opłata za przejazd i już jesteśmy na wyspie.
Szybka rundka przez Krk i lądujemy na nabrzeżu, czekając na prom na wyspę Cres.

Kolejne pół godziny na wodzie i lądujemy na Cresie. Znowu szybka rundka przez wyspę, znowu prom i w ten sposób wreszcie dostajemy się na Istrię – nasz dzisiejszy cel podróży. Niestety na promie byliśmy dość daleko od pole position, więc razem z austriackimi motocyklistami musimy jechać w tempie wszystkich samochodów campingowych. Wreszcie udaje się wyprzedzić całą tą karawanę i co? Nawrotka. Ot taki psikus od nawigacji, zmieniła zdanie. No to wracamy i znowu widzimy przed sobą niemiecki samochód z kajakiem na dachu i przyczepą kampingową. Po iluś tam kilometrach trafia się jakiś odcinek z widocznością wystarczającą do wyprzedzenia, uff. Później chyba musieliśmy zjechać na tankowanie. Nie wiem jak to się stało, ale znowu wylądowaliśmy na tyłach tej zawalidrogi z kajakiem. Łącznie tego dnia wyprzedzałem go 3 razy, na koniec Sylwia już z pod kasku słyszała jak wkur...zdenerwowany darłem się coś o je**nych Niemcach w je**nych przyczepach kempingowych i zemście za Grunwald. Wreszcie docieramy do Puli. Zwiedzamy miasto - rzymski teatr, koloseum oraz inne zabytki.

Późno się już robi, więc aby zaoszczędzić trochę czasu, wracamy do domu autostradą. Po drodze zatrzymujemy się tylko w Pazinie – jest tam zamek, a u jego podnóży pazińska jama czyli jaskinia, w której kończy swój bieg rzeka. Pod zamkiem znajdują się 2 podziemne jeziora, raz na kilkanaście lat gdy mocniej popada, ponoć widać wodę z powierzchni ziemi.

Wracamy na drogę i kierujemy się przez Rijekę do Senj. Chorwaccy kierowcy kolejny raz pokazują nam, że ludzka głupota nie zna granic. Nie wiem skąd u nich takie frustracje (jakieś kompleksy czy co?), ale jak widzą przed sobą obcokrajowca, to muszą pokazać, że jeżdżą szybciej. Chociaż widoczności zero (ciągle zakręty), wszyscy jedziemy w długim sznurku z tą samą prędkością, to musi taki matoł wyprzedzić, wepchnąć się i zajechać drogę, przyciąć po hamulcach i skręcić w lewo. Wyprzedzanie na chama połączone ze spychaniem motocyklisty na prawo to norma. Może oni traktują tak po prostu motocyklistów, a nie przyjezdnych? Ale najlepszy popis to dał jakiś burak w „tuningowanym” punto z naklejkami sparco i pajonier na szybie. Jak go wyprzedziłem, to widocznie obraziłem tym jego całą rodzinę i dziadek się w grobie przewracał. Więc sparco-punto jechał za mną 20km, aż w końcu udało mu się obronić honor, wyprzedzić mnie z powrotem i... zawrócić na pierwszym możliwym zjeździe. Widocznie kolesiowi było nie po drodze jechać w moim kierunku, więc tylko wyprzedził (pokazał kto tu rządzi) i wrócił.

Jeszcze ostatnich kilka kilometrów i znowu jesteśmy w Senj. A tu znowu zimno i wietrznie, faktycznie to najzimniejsze miasto Chorwacji. Na szczęście jutro spadamy daleko na południe. Wieczorem szturmujemy jeszcze raz twierdzę Nehaj, tym razem na V-stromie. A po powrocie na kwaterę znajdujemy na podwórku 2 słoweńskie motocykle. Nie pogadaliśmy zbyt wiele z właścicielami, bo gdy my przyszliśmy, oni właśnie wychodzili. Mąż na GS, żona na TDM i właśnie zaczynają swoją podróż po Chorwacji

Dzień 6 – 368km

Senj - Tucepi

Bez żalu żegnamy zimne miasto i przez Vratnik kierujemy się na szosę nr 1. Znowu lądujemy w chmurze. Tym razem nie aż tak gęstej, ale wystarczająco by znowu nas przemoczyć.

Na szczęście z każdym kilometrem na południe jest coraz cieplej. Widoki piękne – do wyboru góry, gęste lasy, wypalona sawanna i pola czerwonych paproci. A do tego zerowy ruch, pojedyncze samochody mijamy raz na kilka minut. Na 1-ce nie ma też za dużo stacji benzynowych. Jak już się jakąś trafi, to trzeba lać pod korek, bo następna może być za 100km. Po drodze napotykamy za to sporo kontroli drogowych pilnujących prędkości w małych miejscowościach. Na szczęście lokalesi bezbłędnie ostrzegają przed każdą jedną kontrolą. Albo mrugają światłami albo pokazują ręką by przyhamować, nawet jeśli do najbliższej wioski i kontroli jeszcze z 10km. Większy ruch zaczyna się dopiero przed Splitem. Od splitu jedziemy już 8-ką wzdłuż morza. Po przejechaniu całej Riviery Makarskiej i dojechaniu do Tucepi zgodnie z Sylwią stwierdzamy, że to właśnie w tym miasteczku z całej riviery podoba nam się najbardziej. Szybko znajdujemy sobie spanie i od razu lecimy na plażę

Dzień 7 – 12km

Tucepi - Makarska - Tucepi

Pierwszy dzień, kiedy po prostu się opierdzielamy. Od rana byczenie na plaży. Morze już nieco zimne i zadziwiająco słone. Sylwia na razie nie daje się namówić na pływanie, ja za to łapię w morzu jeżowca – raz w palec i 2 razy w piętę. Buty do pływania najwyraźniej nie dają pełnej ochrony (1 kolec w pięcie mam do dnia dzisiejszego).

Po południu jedziemy do Makarskiej na lody. Miasteczko całkiem spore, dużo ludzi ale bardzo mała i spokojna plaża. Za to roi się tam od straganów (jak targowisko pod Gubałówką, tylko zamiast ciupag mają maski do nurkowania, a reszta asortymentu na tym samym poziomie).

Dzień 8 – 154km

Tucepi - Split - Tucepi

Pomimo chmur i ogólnie mało ciekawej aury, decydujemy się jechać do Splitu. Split jest ciasny, zapchany, zatłoczony, kiepsko oznaczony i co najgorsze mokry. Wszystkie parkingi pozajmowane, chodniki, ulice, niezależnie od zakazów czy nakazów – wszędzie stoją samochody skutecznie ograniczając przejazd innym. Ponieważ z „mało ciekawej aury” zrobiło się w międzyczasie „leje jak cholera”, to całkiem odchodzi nam ochota na zwiedzanie. Parę kółek po mieście na motocyklu i wracamy do domu. Tu pogoda ciut lepsza, wiec poszliśmy na spacer, niestety zaraz znowu zaczęło lać, więc już 2-gi komplet ciuchów mamy tego dnia całkiem przemoczony. I to by było na tyle atrakcji.

Dzień 9 – 12km

Tucepi - Makarska - Tucepi

W nocy leje, od rana leje, wreszcie koło południa zaczyna się rozpogadzać. Żeby jechać gdzieś dalej i zwiedzać, jest już za późno, więc wybieramy kierunek – plaża. Przypadkiem lądujemy na plaży nudystów, skąd niezwłocznie przerażeni uciekamy. W międzyczasie pięknie się wypogodziło, więc do 18 pływamy i grzejemy tyłki. Po 2 dniowych opadach woda nie jest już ani niebieska, ani przejrzysta – szara jak Bałtyk i bardzo duże fale. Wieczorem jedziemy sobie znowu do Makarskiej, bo Tucepi złaziliśmy już wzdłuż i wszerz 2 razy.

Dzień 10 - 391km

Tucepi - Jeziora Krka - Tucepi

Pobudka o 7:30 i nareszcie pogoda jest taka, jaka być powinna. Piękne słońce, bezchmurne niebo i tęcza nad morzem. Chociaż Sylwia protestuje, to pakuję do kufra nasze kondomy przeciwdeszczowe i ruszamy w stronę parku narodowego Krka. Po kilku kilometrach pierwszy leciutki deszcz. Sylwia od razu zakłada kombinezon przeciwdeszczowy, ja wolę bez, bo szybciej wyschnę w trakcie jazdy, a tak się tylko będę kisił w gumowym kubraczku. Jedynie dla bezpieczeństwa ubieram nawigację w innowacyjny pokrowiec przeciwdeszczowy Durex extra safe i jedziemy dalej.

Po chwili przestaje padać, mamy kilkadziesiąt kilometrów spokoju, aż 30km przed Krka zaczyna lać. Jesteśmy na totalnym pustkowiu, nic pod czym można by się schować i przeczekać ulewę. W końcu trafiamy na 1 częściowo zburzony dom, drzewo i stojącą obok naczepę od TIRa. Pomimo kombiaków przeciwdeszczowych wszystko mamy mokre (tak to jest jak się je zakłada w trakcie ulewy). Po kilkunastu minutach spędzonych pod naczepą dochodzimy do wniosku, że chyba nie przestanie szybko padać, bo czarne chmury pokrywają całe niebo po horyzont, w każdym kierunku. Ale że do domu mamy mocno ponad 100km, do Krka już tylko 30, a i tak jesteśmy cali mokrzy, to w deszcz ruszamy dalej. No i to był dobry pomysł, bo po przejechaniu kolejnego pasma górskiego, przestało padać. Na parkingu przy wejściu do parku narodowego parkujemy obok czerwonej VFR z Grudziądza, niestety załogi brak. Bilety do parku narodowego to 95kn/os (80kn/studenci i dzieci) i gówno jest w ich cenie – wstęp do parku i przejazd busem 800m (można ten odcinek iść pieszo). Potem godzinny pieszy spacer ścieżką wyznaczoną wokół jezior i już. Można było jeszcze wybrać rejs statkiem, ale to 100-170kn/os i rejsy są po 2,5, 3 i 3,5 godz., a weszliśmy do parku po 14, trochę późno i trochę drogo.

Przy wodospadach są też resztki pierwszej w Europie, a drugiej na świecie elektrowni wodnej. Niestety nie bardzo jest co zwiedzać - jakiś kawałek muru, jakaś turbina obok niego i to wszystko. Powiem szczerze, że gdybym wcześniej wiedział jakie atrakcje tu na nas czekają, to odpuściłbym sobie wycieczkę. Krajobrazy w stylu Jezior Plitvickich, ale nie robią aż takiego wrażenia, teren jest o wiele mniejszy, słabo zagospodarowany, a opłaty zwalają z nóg. W Plitvicach widoki są lepsze, bilety tańsze i w ich cenie jest już rejs stateczkiem, a do tego łazić można cały dzień, a nie godzinę. Po spacerze na parkingu spotykamy załogę VFR. Wymieniamy się doświadczeniami i po niedługim czasie decydujemy, że ruszamy we czwórkę w kierunku klasztoru na wyspie Visovac, a następnie na Roski Slap.

Wodospad roski slap jest mocno przereklamowany, ale za to droga do niego prowadząca jest wspaniała. Kaniony, rozpadliny, przełęcze, winkle – bajka. Niestety zrobiło się już bardzo późno, więc VFRkowicze zostają w Skradinie na obiedzie skąd do swojej kwatery mają kilka km, a my ruszamy w stronę naszych noclegów – niecałe 200km, a robi się już ciemno. 150km po górach robimy już całkiem po nocy. Do dupy taka jazda. Całe szczęście mieliśmy nawigację, bo oznaczenia dróg były słabe. Przy okazji dowiadujemy się co aktualnie jest w modzie, jeśli chodzi o tamtejszy agro-tuning. Po zmroku lokalesi odpalają wszystko co świeci – reflektory przeciwmgielne, dalekosiężne, diody, xenony. Za to oszczędzają prąd i żarówki nie używając prawie wcale kierunkowskazów. Do domu dotarliśmy wreszcie koło 22.

Dzień 11 – 312km

Tucepi - Dubrovnik - Tucepi

Pobudka bladym świtem. Pogoda super, prognoza super, więc lecimy do Dubrovnika. 150km trasą nr 8 wzdłuż morza, przejazd przez Bośnię, 2 godzinki i jesteśmy na miejscu.

Stare miasto otaczają mury. Wejście na nie to koszt 70kn/osoba dorosła (30kn/studenci i dzieci), więc całkiem sporo, ale można tak obejść cały Dubrovnik dookoła, obejrzeć z góry, warto.

Później jeszcze trochę połaziliśmy po starym mieście, na koniec objazd całego miasta na motocyklu i z powrotem do domu. Kraina tysiąca zakrętów jak nic. Lokalni motocykliści traktują drogę nr 8 jak tor, aż miło popatrzeć jak latają na kolanie po zakrętach. Na wieczór docieramy z powrotem do Tucepi i rozpakowując kufer pod domem, widzę przejeżdżającą obok znajomą parę Słoweńców (BMW & TDM).

Dzień 12 – 71km

Tucepi - Baśka Voda - Tucepi

W sumie to nie bardzo wiem, jak nakręciliśmy aż tyle, kręcąc się tylko po okolicy. Pogoda tego dnia była raczej słaba, ani na plażę, ani na jakiekolwiek wycieczki, pochmurno i co chwilę padało. Jedyny pozytywny aspekt, to kupno lokalnego wina nalewanego z wielkiego gąsiora do plastikowej butelki 2l oraz rakiji. Podobno najlepsza rakija w okolicy jest sprzedawana w miejscowości Baśka Voda, na północnym końcu deptaka, tuż koło knajpy „Jelena”. Butelki są z napisami „Baśka Voda” wykonanymi farbkami do szkła. To miał być nasz ostatni dzień w Chorwacji, jednak postanowiliśmy zostać o 1 dzień dłużej, a za to ograniczyć zwiedzanie podczas powrotu. I była to dobra decyzja

Dzień 13 – 66,4km

Tucepi - Sveti Jure - Tucepi

Nareszcie pogoda – zero wiatru, zero chmur, ciepło i słonecznie. Skoro mamy takie warunki, to obowiązkowym planem na dziś jest wjazd na górę Śveti Jure. Szczyt o wysokości 1762m góruje nad Tucepi, a co najważniejsze – można tam wjechać samochodem czy motocyklem. Jadąc 8ką od Tucepi w stronę Makarskiej, trzeba odbić w prawo, na pierwszych światłach w Makarskiej. Po kilku kilometrach krętą drogą dojeżdża się do Górnego Tucepi i ze 2km za wioską jest skręt w lewo, we właściwą wąską drogę prowadzącą na szczyt. Należy jechać zgodnie z tablicami kierującymi do parku narodowego Biokovo lub Śv. Jure. Piszę o tym, bo rozbieżność między papierową mapą, nawigacją, a rzeczywistością, jest niestety spora. Przy wjeździe do parku narodowego jest budka i okazuje się, że są bilety. Niestety w przewodniku nie było o tym ani słowa (nawet nie wiedzieliśmy, że jest tu park narodowy), a kuny specjalnie wydaliśmy poprzedniego dnia co do grosza. Najbliższy bankomat to jakieś 15km w jedną stronę, ale strażnik w końcu sam z siebie pozwala nam wjechać bez opłaty (dzięęękujemy!) I teraz zaczyna się wspinaczka – 23km początkowo na 2 i 1 biegu, później już głównie na 1. Zdecydowanie odradzam osobom z lękiem wysokości. Droga jest wąska i stroma, początkowo wiedzie przez las, później zboczem skalnym. Barierek nie ma, jedzie się tuż przy krawędzi kilkusetmetrowej przepaści. Co chwila nawrotki o 180 stopni i stromo pod górę. Ani ja ani Sylwia nie mamy problemów z wysokością, sporo łazikujemy po górach, ale jakoś wjeżdżając w takich warunkach po dziurawym asfalcie czułem się nieswojo, a Sylwia o dziwo kurczowo się mnie trzymała, zamiast trzymać w ręku aparat.
Przy okazji jadąc wzbudzamy niezdrowe zainteresowanie spacerujących sobie luźno po drodze krów i koni, trochę to trwało nim zlazły z drogi i pozwoliły nam jechać dalej.

Wreszcie docieramy na samą górę. Widoki zapierają dech w piersiach, coś wspaniałego. Ze szczytu widać całą wyspę Hvar, Split, ponoć również Włochy. Pamiątkowe foty, potem zjazd do Tucepi, tym razem już z aparatem w ręku.

Szybki obiad i ostatni raz na plażę. Zero wiatru, zero fal, woda ciepła i znów krystalicznie czysta – dno widać na głębokości kilkunastu metrów. Bycząc się na plaży i popijając wino żegnamy się z Chorwacją i jednocześnie świętujemy urodziny Sylwii, a moje imieniny.

Dzień 14 – 803km

Tucepi - Budapeszt

Wyjeżdżamy z Tucepi o 9 rano. Pogoda jest ładna, 17 stopni, ale później ma padać, więc kierujemy się na autostradę i ciśniemy 160-180km/h, bo jak się rozpada, to trzeba będzie się wlec. Przy tej prędkości wyprzedza nas Carrera S, a tuż za nią leci BMW 330d. Po chwili obaj zjeżdżają na stację benzynową, a w tylnej szybie BMW świecą się na przemian czerwone i niebieskie lampki. Czyli na autostradzie też mają policję… Niestety później się rozpadało, gdy schowani pod wiaduktem zakładaliśmy przeciwdeszczówki, znowu zobaczyliśmy to samo BMW w akcji, tym razem zapraszało na pobocze opla insignię. Gdzieś jeszcze po drodze suszyli radiowozem na poboczu, ale tubylcy oczywiście ostrzegli. Na szczęście padało krótko i autostradą docieramy do Węgier. Nawet po drodze urządzamy sobie piknik - dzisiejsze danie dnia: chleb z pasztetem o smaku herbaty (kupiony w Chorwacji).

50km od minięcia granicy węgierskiej jest pierwsza stacja benzynowa, na której możemy kupić winietę, 150km od granicy pierwszy bankomat. W pierwotnej wersji mieliśmy zatrzymać się nad Balatonem, ale że zostaliśmy w Chorwacji dłużej, to lecimy od razu do Budapesztu, gdzie mamy zaklepany nocleg. Z resztą jest zimno, robi się już ciemno, jakoś nastroju do zwiedzania brakuje, szczególnie, że smród od Balatonu było czuć nawet jadąc autostradą... Wreszcie dojeżdżamy na kwaterę. Zmarzliśmy jak cholera, ale przynajmniej poza małym deszczem w Chorwacji, reszta podróży już na sucho. Jeszcze tylko gorący prysznic i do wyra, bo jutro znowu długa droga przed nami.

Dzień 15 – 775km

Budapeszt - Pruszków

Znowu wyjazd o 9 rano. Zimno jest już na starcie, co wcale nie napawa optymizmem. Przy wyjeździe z Budapesztu GPS nas oszukuje. Miał wytyczyć szybką trasę, w miarę możliwości po autostradach, omijając promy. Zamiast tego wjeżdżamy w jakieś wiochy, jedziemy brukowaną drogą i lądujemy na przystani promu. Nie no, bajka. Godzina w plecy i jakoś na czuja dostajemy się na Słowację. Niestety nie mając papierowej mapy ze sobą, trzeba się zdać na GPS, który chyba ma zły dzień i prowadzi nas fatalnie. Drogi, które miały być tymi głównymi, okazują się gównianymi, często dziurawymi, można jechać najwyżej 100-120km/h. A najgorsze, że ciągle przechodzą przez wiochy i miasteczka, gdzie jest ograniczenie do 40-50km/h. I tubylcy tyle jeżdżą niestety, a policja daje mandaty w euro, więc my też nie szalejemy. Jest coraz zimniej, ale chociaż nie pada. Pierwotnie chciałem objechać Tatry od Południa, przez Strebskie Pleso, Stary Smokowiec (stąd w ogóle powrót przez Słowację), ale że zimno i do domu daleko, to do Polski wjeżdżamy przez Chyżne zamiast przez Łysą Polanę i w ten sposób zaoszczędzamy 80km, tracąc niestety piękne widoki. Po wjeździe do Polski od razu lepsze drogi i lepsza prędkość przelotowa. W Krakowie oczywiście lądujemy w gigantycznym korku, a 3 kufry jakoś nie pomagają w przeciskaniu się. Wreszcie udaje się wydostać z miasta, później już z górki – Kielce, Radom i o 22 jesteśmy w Pruszkowie, gdzie temperatura wynosi całe 4st.

Podsumowanie

Wyjazd trwał 15 dni - od 18 września do 2 października 2010.

Całkowity przebieg: 5175km.

Średnie spalanie z całego wyjazdu: 5,62l/100km.

Paliwo: w Polsce 4,50-4,60zł/l, w Czechach i Austrii 5,42zł/l, w Chorwacji 4,86zł/l, na Węgrzech 5,32zł/l, na Słowacji 5,00zł/l.

Kwatery w Chorwacji: 12 nocy po 25e / 2-os. apartament. Nocleg w Mikulovie 1300czk / 2-os. pokój + śniadanie. Nocleg w Budapeszcie 36e / 2os. pokój + śniadanie.

Awaraii, wywrotek, kontuzji, mandatów i innych nieprzyjemnych sytuacji nie było.

Przed wyjazdem, przygotowując się na najgorsze, spakowałem pod siedzenie obszerny zestaw narzędzi. Masa kluczy, zestaw do łatania opon, olej na ew. dolewkę (chociaż motocykl nigdy nie brał ani grama), zapasowy olej do oliwiarki łańcucha, żarówki, bezpieczniki, trytytki, kawałek kabla, izolację, powertape, latarkę... Oczywiście nic z tego się nie przydało. Podczas całego wyjazdu obsługa serwisowa ograniczyła się do jednorazowego naciągu łańcucha, co jest zasługą mojego przyjaciela Petera, od którego odkupiłem zadbany motocykl

Nawigacja kilka razy zrobiła nam psikusa, ale mimo wszystko jestem z niej bardzo zadowolony. Zarówno z urządzenia, jak i z mapy. Korzystaliśmy z europejskiej AutoMapy 6.6.0, z urządzenia Manta EasyRider 440 oraz pokrowca durex extra safe. Koniecznie trzeba mieć ze sobą aktualne papierowe mapy terenów, na których będziemy. My wzięliśmy świetną mapę Chorwacji (wydawnictwo Demart, skala 1:310000, 12zł), ale niestety olaliśmy mapy krajów, przez które jechaliśmy tranzytem. Miałem co prawda wydrukowane rozpiski z nazwami miejscowości, numerami dróg i odległościami między nimi, ale na nic się to nam przydało.

Warto wziąć ze sobą jedzenie, bo w Chorwacji praktycznie nie ma tanich knajp, są jedynie drogie restauracje (obiad 40-60zł na głowę). Ale trzeba przyznać, że porcje są wielkie i żarcie pyszne Very Happy Większość kwater to apartamenty, czyli pokoje z łazienką, balkonem i co najważniejsze, aneksem kuchennym. Opłaca się gotować samemu, bo ceny żywności w sklepach są nieco wyższe niż w Polsce, ale nie zabijają.

Cała Chorwacja jest krajem bardzo górzystym. Ciężko tam o poziomy odcinek drogi, jeszcze ciężej o prosty, bez zakrętów. W związku z górami również pogoda jest mocno niepewna i potrafi się zmieniać diametralnie w ciągu kilkunastu minut / kilkunastu kilometrów. Trzeba być zawsze przygotowanym na to, że temperatura może się obniżyć o kilkanaście stopni i może solidnie lunąć, więc koniecznie wodoodporne ciuchy, podpinki, ciepła bielizna i kondomy przeciwdeszczowe.

Większość motocyklowych wyjazdów wygląda nieco inaczej niż nasza wyprawa - zazwyczaj nocleg codziennie w innym miejscu. My świadomie olaliśmy ten wariant. Dzięki temu nie musieliśmy ze sobą brać namiotu, śpiworów, materaca itd. A jadąc w 2 osoby na 1 motocyklu i tak było już ciasno. Druga sprawa, że nie musieliśmy codziennie tracić czasu na szukanie noclegów. Wadą takiego rozwiązania jest to, że nakręciliśmy sporo więcej kilometrów, niż gdybyśmy codziennie spali gdzie indziej. Ale dla mnie to akurat zaleta, nie wada, bo jazda po tamtejszych serpentynach to czysta przyjemność Very Happy A kasę za paliwo rekompensowały nam oszczędności na żarciu - mając porządne kwatery mogliśmy sobie gotować sami.

A na koniec chciałbym gorąco podziękować Sylwii, bo jest wymarzoną towarzyszką podróży! Taka dziewczyna na plecaku to prawdziwy skarb.